sobota, 22 lutego 2025
Od Anthony'ego cd. Mi'i
Od Ricka do Ktosia
Wieczór był chłodny - nie na tyle, żeby wciągnąć kurtkę, ale wystarczająco, by czuć w powietrzu zapowiedź nadchodzącej zimy. Siedziałem na dachu kamienicy, plecami oparty o komin. Idaho nocą zawsze miało w sobie coś spokojnego. Puste ulice, przygaszone światła, cichy szum miasta, które nigdy nie zasypia, ale ledwo żyje. Noc pachniała deszczem, choć niebo było czyste. Papieros żarzył się między moimi palcami, a dym leniwie unosił się ku górze, mieszając się z chłodnym powietrzem. Było cicho. Taka cisza, która wypełnia całe miasto, kiedy większość ludzi już śpi, a reszta po prostu nie ma dokąd wracać.
Lubiłem ten stan. Tę przestrzeń między dniem a nocą, kiedy świat wydawał się mniej rzeczywisty.
Tylko ja, dach i kilka świateł migających w oddali. Zaciągnąłem się dymem i wypuściłem go leniwie w stronę gwiazd, obserwując, jak niknie w mroku. Byłem zmęczony. Nie tak zwyczajnie, fizycznie – to było coś innego, głębszego. Jakby całe moje ciało składało się z ciężaru, który nosiłem od lat, i choćbym nie wiem jak się prostował, nigdy nie udało mi się go zrzucić. Byłem tu znowu. W tym cholernym mieście. Nie wiedziałem, co mnie tu trzymało. Rosalie? Może. Może to była jedyna rzecz, która jeszcze miała jakiś sens. Reszta – praca, ludzie, moje własne życie – to wszystko wydawało się rozmazane, jakby ktoś celowo zamazał kontury rzeczywistości. Przymknąłem oczy, starając się o niczym nie myśleć, ale to było niemożliwe.
Spojrzałem w dół. Na pustej ulicy poniżej stała dziewczyna. Sama. Nie ruszała się.
Miała na sobie długi płaszcz, ale wyglądał na cienki, jakby nie do końca pasował do chłodu wieczoru. Włosy zasłaniały jej twarz, a ręce miała schowane w kieszeniach. W pierwszej chwili pomyślałem, że może czeka na kogoś, ale im dłużej na nią patrzyłem, tym bardziej wyglądało to inaczej. Nie była kimś, kto czeka. Była kimś, kto nie wie, dokąd iść.
Westchnąłem cicho, gasząc papierosa o kant barierki. Nie mój interes. Ludzie mają swoje powody, żeby stać samotnie na ulicy o tej godzinie. A jednak, zanim zdążyłem się powstrzymać, zszedłem na dół.
Kiedy wyszedłem przed budynek, wciąż tam była, ale teraz wpatrywała się w swoje buty.
— Nie za późno na samotne spacery? — zapytałem, wcisnąwszy ręce w kieszenie. Podniosła wzrok. Jej oczy odbijały światło latarni, ale nie potrafiłem określić ich koloru.
— Może — odpowiedziała po chwili, jakby rozważała tę kwestię naprawdę poważnie. — Ale czy to coś zmienia?
Z jakiegoś powodu uśmiechnąłem się lekko. — Raczej nie.
Przez moment patrzyliśmy na siebie w ciszy.
— Zmarzniesz.
— Nie jestem zimna.
— Nie wyglądałaś, jakbyś była.
Spojrzała na mnie z zaciekawieniem, jakby przez chwilę próbowała zrozumieć, o co mi chodzi.
— Ty też nie wyglądasz, jakbyś chciał być tutaj.
— Może. Ale jestem. - westchnąłem głośno.
Milczenie znów rozciągnęło się między nami. Ale nie było niezręczne. Było… zwyczajne. Jakby ta rozmowa miała wydarzyć się dokładnie w tym momencie.
- Hej może to głupie pytanie ale chciałabyś pójść do baru? Zaprosiłbym cię na kawę jak normalny człowiek ale jest druga w nocy. - zaśmiałem się zerkając na zegarek.
Nieznajomy ktosiu? A raczej ktosia? ;3
Od Ricka do Maddie
***
Jego ciepły wzrok przeszywał moje ciało. Przysiągłbym że się uśmiecha, albo to mój umysł płatał mi figle. Znajoma twarz zaczęła się jednak rozmywać a na jej miejsce wskoczyła twarz nieznajomego. Zmierzył mnie wzrokiem i przeszedł za moim samochodem. Westchnąłem głośno. Czułem się jak schizofrenik - albo mój umysł sprawiał że widziałem jego twarz, czy słyszałem jego głos albo sam zmuszałem się do wyobrażania sobie go wokół mnie. Powinienem przestać, minęło już tyle czasu...
Odpaliłem silnik, poprawiając lusterko. Ruszyłem do przodu, gdy nagle wyskoczyła mi przed maskę młoda dziewczyna, wpatrująca się w telefon. Zahamowałem z piskiem opon. Sam nie wiem czy byłem zszokowany tym co się przed chwilą stało (a raczej mogło stać) czy raczej faktem że dziewczyna zaczęła coś krzyczeć i wyglądała na wkurzoną. Rozumiem nie miła sprawa jest zostać prawie potrąconym przez samochód ale do kurwy nędzy PRAWIE. I tak była to jej wina. Uśmiechnąłem się lekko starając się ją uspokoić wzrokiem, opuściłem lekko szybę i miałem ją przeprosić gdy zamarłem jak w dłoni nieznajomej zobaczyłem klucze, które po chwili pozostawiły po sobie długą rysę na masce.
- Dupek! - krzyknęła, przyspieszając kroku, wręcz może i biegnąc a ja siedziałem za kierownicą jak wryty. Przecież to nie była nawet moja wina!?
Westchnąłem głośno przygłaszając radio w którym leciała piosenka The Weeknda. Nie obchodził mnie artysta, nie znałem nawet tytułu utworu, jedyne czego chciałem to żeby zagłuszyło to gotujące się we mnie myśli. Silnik warczał cicho, gdy wcisnąłem gaz, zostawiając za sobą miejsce, w którym moja maska została brutalnie potraktowana przez klucze tamtej wściekłej dziewczyny. Mogłem wysiąść, zrobić aferę, ale szczerze? Nie miałem na to siły. Nie dzisiaj.
Droga do akademii była już niemal automatycznym procesem. Moje dłonie same prowadziły, a myśli powoli dryfowały gdzieś indziej. Ostatecznie jednak, jak zwykle, zatrzymałem się na parkingu, westchnąłem i w końcu wysiadłem z auta. Przesunąłem dłonią po zarysowanej masce. Pięknie. Po prostu pięknie.
Wszedłem do budynku akademii, przeskakując dwa stopnie schodów naraz. Nie miałem ochoty tu być, ale obiecałem swojemu dawnemu terapeucie, że chociaż spróbuje. To moja kolejna środa w tej sali. Druga, może trzecia? Nie liczę. Wiem tylko, że to jedno z niewielu miejsc, gdzie nie patrzą na mnie jak na kogoś, kto powinien mieć zakaz zbliżania się do ludzi. Zajęcia dla osób z problemami w kontrolowaniu nerwów – brzmi jak coś dla ludzi, którzy wrzeszczą na kasjerki w sklepie albo tłuką szklanki w kuchni. Nie dla mnie. Ale skoro już tu jestem, to lepiej udawać, że mnie to obchodzi. Siadam na swoje standardowe miejsce, w drugim rzędzie pod ścianą. Nie rzucam się w oczy, ale mam dobry widok na resztę. Większość twarzy jest znajoma – koleś, który rzucił krzesłem w barze, dziewczyna, która prawie uderzyła nauczyciela w liceum, typ, który wkurza się, bo nie umie składać mebli z Ikei. Normalna ekipa.
Dzisiaj jednak pojawia się ktoś nowy. Widzę ją kątem oka, zanim jeszcze prowadząca zaczyna spotkanie. Siedzi na skraju, noga na nogę, ręce skrzyżowane, twarz w telefonie. Znałem już ten typ. "Nie potrzebuję tego, jestem tu za karę, nie zamierzam z nikim gadać." Standard.
— Dobrze, zaczynamy — mówi prowadząca. — Widzę, że mamy nową osobę. Może się przedstawisz?
Dziewczyna wzdycha teatralnie, jakby wywracanie oczami było jej językiem ojczystym.
— Maddie — rzuca krótko.
Okej. Maddie. Powtarzam imię w głowie i wtedy do mnie dociera.
Nie, nie, nie. To nie może być ona.
Patrzę na nią uważniej i wszystko się zgadza – ta sama ciemna kurtka, te same włosy opadające na ramiona, ta sama wkurzona mina. To dziewczyna, która godzinę temu przywaliła mi kluczami w maskę samochodu. Otwieram usta, żeby coś powiedzieć, ale zamykam je równie szybko. Czekam. To będzie za dobre, żeby spieprzyć.
— Maddie, możesz powiedzieć, dlaczego tu jesteś? — prowadząca nie odpuszcza.
Maddie przewraca oczami, jakbym mógł przewidzieć.
— Ktoś uznał, że mam problem z nerwami — mówi znudzonym tonem. — Nie wiem, o co tyle krzyku.
— Och, ja wiem — wtrącam się nagle.
Wszystkie głowy zwracają się w moją stronę. Maddie też, a kiedy mnie zauważa, jej oczy się rozszerzają. Uśmiecham się niewinnie.
— Myślałem, że kojarzę ten styl. Szybkie kroki, wkurzona mina i klucze jako broń. Świetna technika. Chociaż lakier samochodowy nie podziela mojego entuzjazmu.
Maddie wpatruje się we mnie w szoku, a potem jej twarz robi się czerwona.
— Może gdybyś nie jechał jak kretyn, nie musiałabym...
— A może gdybyś patrzyła, gdzie idziesz, nie musiałbym gwałtownie hamować? — przerywam jej, unosząc brew.
W sali zapada cisza. Widzę, jak zaciska zęby, próbując się nie odpalić, i szczerze? To najzabawniejsza rzecz, jaką widziałem od dawna. Prowadząca klaszcze w dłonie, próbując rozładować atmosferę.
— To może być dobry moment, żeby porozmawiać o impulsywnych reakcjach i jak wpływają na innych. Maddie, Rick, może chcecie podzielić się, co wtedy czuliście?
Spoglądam na Maddie z rozbawieniem.
— Ja? Czułem... zaskoczenie. I podziw, szczerze mówiąc. Nie każdy od razu przechodzi do aktu wandalizmu.
— Boże, zamknij się — warczy Maddie, kręcąc głową.
Nie mogę się powstrzymać przed uśmiechem. Te zajęcia właśnie stały się o wiele ciekawsze.
Maddie? :3
piątek, 21 lutego 2025
Od Zei cd. Arthura
Świetlik prowadził mnie przez zarośla przez dobre kilkaset metrów, zanim zniknął w koronie jednego z drzew. Roślinność była na tyle gęsta, że polanka, Impala i Arthur nie byliby widoczni nawet, gdyby wokół nie było ciemno jak w przysłowiowej dupie. Wiedziałem mniej więcej, w którą stronę musiałem się udać, żeby trafić z powrotem, więc uznałem, że przejście się jeszcze kawałek nikomu nie zaszkodzi. Las tętnił o tej porze życiem. Podobało mi się to. Nawet komary były znośne.
Coś zaszeleściło w krzaku rosnącym przy wąskiej ścieżce, na którą przypadkiem natrafiłem. Ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem i rozchyliłem gałęzie. Szop. O mój boże, jaki słodki. I do tego się nie bał, więc (logiczne) (chyba) po chwili miałem go już na rękach.
Nagle dookoła mnie zrobiło się jasno. Odwróciłem się w stronę źródła światła. Arthur. Nie spodziewałem się, że będzie mnie szukać. A on chyba nie spodziewał się, że nie znajdzie mnie samego.
- Szop. Kurwa mać. Szop?
- To mój nowy przyjaciel. - Pogłaskałem zwierzaka. - Nazwałem go Dorian.
- Dorian - powtórzył. - Zeya, znalazłeś szopa i nazwałeś go Dorian. - Zaczął grzebać w paczce papierosów.
- Nie dość, że nie widzisz kurwa Impali na parkingu, to teraz znajdujesz szopa? - Obserwował uważnie to Doriana, to mnie. - Dobra, jak ty go kurwa znalazłeś?
Spojrzałem na Arthura, nie do końca rozumiejąc czemu zadaje durne pytania.
- Siedział tam - wskazałem pobliskie krzaki szopem, który zaczął się niemiłosiernie wiercić.
Sylwetka Arthura sugerowała, że spojrzał na mnie jak na debila. Albo normalnie? Chyba cały czas patrzył na mnie jak na debila. Na szczęście nie byłem w stanie powiedzieć na pewno, bo jego czołówka świeciła mi prosto w oczy.
- Tam? - Powtórzył załamanym głosem. - I tak po prostu go wziąłeś?
- Taaak?
Westchnął dosadnie.
- Nie przejmuj się nim, Dorian.
- Dobra, wypuszczaj go i wracamy - wyczekująco przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą.
Posłałem mu najbardziej zranione spojrzenie, na które byłem w stanie się zdobyć, nie wybuchając przy tym śmiechem. Oczywiście nie miałem zamiaru zabierać dzikiego zwierzęcia ze sobą, ale Arthur nie musiał o tym wiedzieć.
- Nie ma opcji. Jest lepszym przyjacielem niż ty - podkreśliłem ostatnie słowa. - Wraca ze mną.
- Co najwyżej na piechotę. - Kropka nienawiści była niemal namacalna.
- Nie zrobiłbyś mi tego, prawda? - Nieprawda, zrobiłby to z przyjemnością.
- Chyba cię do reszty popierdoliło jeśli myślisz, że wpuszczę to coś do dziecinki. - Zacisnął dłoń mocniej na trzymanym przez siebie przedmiocie.
Dopiero teraz zwróciłem uwagę, że ma ze sobą łom. Zacząłem się zastanawiać czy w bagażniku mógł też mieć łopatę, czy rozważa zostawienie mnie tu przysypanego liśćmi. Szop chyba wyczuł okazję i wyskoczył mi z rąk, znikając w otaczającej nas roślinności.
- Dorian! Nie!
Arthur? kochaj go takiego jakim jest, bo się nie zmieni
wtorek, 4 lutego 2025
Od Juniper cd. Arthura
***
Staraliśmy się oglądać film ale ciągle czułam się rozproszona przez to jak blisko mnie był Arthur. Wyglądał na nieobecnego, nie wiem czy przez jego ogólne rozkojarzenie czy przez to że ciągle w jego krwi były procenty. Miałam już coś powiedzieć, otworzyłam nawet usta ale zamurowało mnie gdy chłopak też rozchylił swoje usta.
- Halo, ziemia do Arthura? - pomachałam mu dłonią przed twarzą, starając się opanować chęć przyłożenia mu w tę jego przystojną twarzyczkę. Dmuchnęłam lekko w stronę kosmyka włosów który opadł mi na twarz.
- Mogę? - spytał, podnosząc dłoń w kierunku moich włosów. Skinęłam głową, od razu żałując szybciej zgody. Delikatnym ale trochę niezgrabnym ruchem odgarnął rudy kosmyk, chowając je za uchem. Widać było że lada moment i straci równowagę i najpewniej by mnie przygniótł, jednak w ostatniej chwili odsunął się i z cichym stuknięciem wylądował na poduszkach. Parsknęłam głośno śmiechem, Arthur zawtórował mi.
- Dobra, dobra, ale opowiedz mi, co ja wczoraj odjebałem, że jestem w takim stanie. - chłopak starał się brzmieć poważnie ale sprawiło to tylko że bardziej zaczęliśmy się śmiać, zmieniając nie świadomie swoje pozycje ciała. A może i świadomie? Nie wiem kiedy moja głowa znalazła się praktycznie na klatce piersiowej Arthura.
- Cóż - chrząknęłam. - Wywijałeś nagi na stole, musiałam cię siłą odciągać od tłumu fanów. - parsknęłam głośno jak to mam w zwyczaju.
- Śliczne brunetki czy blondynki? - puścił mi oczko.
- Chyba raczej bruneci i blondyni - wybuchnęłam śmiechem, dodatkowo mina Arthura który był skłonny przez moment mi uwierzyć nie pomagała mi się uspokoić. Arthur zamrugał kilkakrotnie, próbując przetrawić moje słowa.
— Żartujesz, prawda?
Posłałam mu niewinną minę, wzruszając ramionami.
— A wyglądałam, jakbym żartowała?
Zmrużył oczy i spojrzał na mnie podejrzliwie.
— Z tobą nigdy nie wiadomo.
Zaśmiałam się, ale Arthur nadal patrzył na mnie, jakby próbował ocenić, czy rzeczywiście poprzedniej nocy przeżył swoje wielkie „wejście w nową erę seksualności”.
— No dobra, no dobra — podniosłam ręce w obronnym geście, wciąż się śmiejąc. — Żadnych fanów, żadnych blondynów i brunetów. Ale musiałam cię prawie wynosić z baru, bo postanowiłeś rzucić wyzwanie barmanowi na pojedynek na shoty.
Arthur westchnął i przetarł twarz dłońmi.
— No i kto wygrał?
— Sądząc po twoim stanie? Zdecydowanie nie ty.
Chłopak jęknął i przewrócił się na bok, opierając głowę o poduszki. Przez chwilę leżał w ciszy, bawiąc się rąbkiem koca, który częściowo zakrywał jego tors. Ja też się nie odzywałam, choć wciąż czułam, jak jego ciepło promieniuje na moją skórę. Był blisko, może nawet za blisko, ale nie chciało mi się przesuwać.
— Czemu tu jeszcze jesteś? — zapytał nagle, a w jego głosie zabrzmiało coś, czego nie potrafiłam od razu rozgryźć.
— Bo ty ledwo kontaktujesz z rzeczywistością — odpowiedziałam, wywracając oczami. — A ktoś musi dopilnować, żebyś nie utopił się we własnym poczuciu upokorzenia. - westchnęłam. - A no i to moje mieszkanie.
— Wspaniale — mruknął, ale kącik jego ust drgnął w lekkim uśmiechu.
Znów zapadła cisza, ale tym razem nie była niezręczna. Słychać było jedynie cichy szum telewizora, który oboje dawno przestaliśmy oglądać. Arthur nadal bawił się materiałem koca, a ja zauważyłam, że jego dłoń co jakiś czas mimowolnie sunie po moim nadgarstku.
— Masz delikatną skórę — powiedział cicho, jakby do siebie.
Poczułam, jak robi mi się cieplej, ale nie byłam pewna, czy to przez słowa Arthura, czy przez to, że jego palce nadal leniwie kreśliły niewidzialne wzory na mojej ręce.
— Dzięki, codziennie się szoruję — odparłam, próbując rozładować napięcie.
Arthur parsknął śmiechem.
— No tak, higiena to podstawa.
Arthur wciąż leżał na poduszkach, patrząc na sufit jakby próbował złożyć w całość strzępki wspomnień z poprzedniej nocy. Ja natomiast nie mogłam skupić się na filmie, choć dźwięki z telewizora dalej wypełniały pokój. Czułam się dziwnie świadoma jego obecności – ciepła bijącego od niego, jego zapachu, powolnych oddechów, które unosiły i opadały jego klatkę piersiową.
— Myślisz, że mam problem? — odezwał się nagle, nadal nie odrywając wzroku od sufitu.
Zamrugałam, zaskoczona pytaniem.
— Problem?
— Z alkoholem — wyjaśnił, a w jego głosie zabrzmiała nuta zmęczenia.
Przechyliłam głowę, przyglądając mu się uważnie. Jego twarz była rozluźniona, ale coś w jego oczach zdradzało, że myślami jest zupełnie gdzie indziej.
— A myślisz, że masz?
Arthur westchnął i podrapał się po brodzie.
— Nie wiem — przyznał szczerze. — Wczoraj chyba nie chciałem wracać do pustego mieszkania.
Jego słowa zawisły w powietrzu, cięższe niż cała rozmowa do tej pory.
— No to dobrze, że wróciłeś tutaj — powiedziałam w końcu.
— Mogę zostać jeszcze trochę? - zapytał.
— Jeśli zaparzysz mi herbatę.
— Okrutna kobieta — mruknął, podnosząc się z westchnieniem.
Zaśmiałam się cicho, a on ruszył do kuchni, zostawiając za sobą ciepło i coś jeszcze – coś, co zostawiło delikatny ślad na mojej skórze, niewidzialne ślady jego dotyku.
Arciurze?
poniedziałek, 3 lutego 2025
Od Maddie cd. Arthura
od Arthura cd. Maddie
- Nie znam - stwierdziła. - Chociaż nie gwarantuje, że nie widziałam jej na ulicy. - Zamilkła, skupiając się na dopiciu swojego napoju, z takim zapałem, że po chwili słychać było tylko siorbanie.
Delikatnie marszczyła brwi, prawie niezauważalnie. Jej twarz szybko przybrała jednak neutralny wyraz, a ja wzruszyłem ramionami i dokończyłem swój posiłek.
- Jakie dalsze plany? - zapytałem, wycierając dłonie w chusteczkę. Z jej strony padło pytanie o godzinę; było koło południa.
- Myślisz, że wybranie się na ostatnie zajęcia to dobry pomysł? - Uśmiechnąłem się nieco, zastanawiając się czy doradzić jej wbrew sobie, czy pogłaskać ją po głowie i powiedzieć, że nie ma po co. Padło na "udawanie chorej". Zapytała mnie także, czy ja mam zamiar wrócić na obiekt, na co odparłem przecząco. Mogłem wpaść do baru od razu po rozstaniu się z nią, ale od kilku dni odkładałem podjechanie na warsztat - a dziś jest świetna okazja, by wreszcie to zrobić. Poinformowałem ją, że właśnie tam się udam.
- Podrzucić cię gdzieś? - zapytałem, zarzucając na siebie kurtkę i wyciągając z niej papierosy, wraz z zapalniczką. Dziewczyna wypaliła do przodu, idąc z telefonem przy uchu i ewidentnie będąc za coś korygowaną.
Oparłem się o zimny samochód i dokończyłem papierosa, wygaszając go o rozmemłany od samochodów śnieg.
- Nie zgadniesz. - Spojrzała na mnie.
- Tak szybko zadzwonili ze szkoły? - zdziwiłem się, choć nie byłem pewien, czy trafiłem. Kiwnęła głową, a ja poczułem satysfakcję. Zaproponowałem jej jeszcze raz podwózkę - nie chciałem, by zmarzła. I była na tyle intrygująca, że chciałem z nią jeszcze porozmawiać.
Odmówiła, dosyć stanowczo, po czym obróciła się na pięcie i odeszła.
Otworzyłem drzwi Impali i wsiadając, potarłem o siebie ręce, wyklinając się w duchu za brak rękawiczek. Silnik wydał z siebie charakterystyczny dźwięk przy odpalaniu; uśmiechnąłem się.
Do warsztatu dotarłem równo z końcem piosenki, która akurat leciała w radiu. Zaparkowałem pomiędzy dwoma dostawczakami i wysiadłem z auta, ślizgając się na oblodzonym asfalcie.
- Cześć Szefunciu! - Podniosłem głos w stronę starszego mężczyzny, który nie odwracając się w moją stronę, podniósł rękę ze skręconym papierosem w geście przywitania. - Gdzie mogę wjechać? - Ponownie nie odezwał się, wskazał tylko wolny podnośnik i pomachał, że mogę wjeżdżać.
Cały czas w głowie miałem poranną sytuacje. Kim do cholery była ta kobieta i o co w sumie w tym wszystkim chodziło?
W tle leciała jakaś popularna piosenka, szybko zagłuszona przez dźwięk odpalanego silnika. Podniosłem głowę, właściwie odruchowo, nie miałem na celu podglądać. Przy szefie stała młoda, naprawdę urodziwa kobieta. Zdecydowanie mogła pochwalić się wdziękami; wyraz jej twarzy wskazywał jednak na zniesmaczenie. Byłem prawie pewien, że szefunciu ma taki sam problem z utrzymaniem kontaktu wzrokowego, jak ja z odwróceniem się teraz.
Zaśmiałem się w duchu, wiedząc, że kobieta będzie temat wśród mechaników przez najbliższe kilka godzin.
Maska trzasnęła, ze znajomym kliknięciem na końcu. Podziękowałem szefowi i praktykantom za użyczenie stanowiska i poprosiłem o wysłanie kwoty, którą mam do spłacenia. Zawahałem się jeszcze, czy nie zapalić, ale zimno skutecznie odradziło mi tego pomysłu. Zapakowałem się do auta i wyjechałem z warsztatu w stronę akademii.
Przebrałem się w wygodniejsze (i cieplejsze) ubrania i rozłożyłem się na kanapie, otwierając zimnego energetyka. Przeglądając sociale, mignął mi post promujący akademie. Kliknąłem w niego, marszcząc brwi. Kojarzyłem babkę ze zdjęcia - to ta instruktorka, która posadziła mnie jakiś czas temu na Pierniczka. Poczułem jakieś dziwne ukłucie zazdrości, widząc, jak te osoby na filmikach świetnie sobie radzą i wcale nie wyglądają na przerażone; prawie tak, jakby sprawiało im to radość.
Niewiele myśląc, wyłączyłem telefon i wstałem, szukając swojej koszulki termicznej. Uraczyłem się także dwoma bluzami i flanelą z futerkiem, która akurat była pod ręką. Z szuflady odgrzebałem całkiem ciepłe skarpetki, które chyba komuś przez przypadek zawinąłem, bo nie byłem w stanie uwierzyć, że kiedykolwiek takie miałem. Udało mi się także znaleźć nawet ciepłe spodnie, których nie było mi niesamowicie żal upaćkać, w razie gdybym musiał ratować swoje życie przed przerośniętymi psami.
Dotarłem do stajni, w której niedawno jeszcze kacowałem i odpokutowywałem swoje grzechy, siedząc na Pierniczku i modląc się, by zejść. Znalazłem wzrokiem wejście do kantorka, skąd dochodziły mnie stłumione rozmowy.
Zapukałem do drzwi i po aprobacie, uchyliłem je.
- Witam. - skinąłem głową. - Teller Arthur. - Podałem rękę wpierw kobiecie, następnie mężczyźnie, który zrobił to dużo pewniej, niż ona.
Zachęcono mnie gestem, bym usiadł i rozwinął swój problem. Siadając na krześle, straciłem jakikolwiek rozum i wypaliłem, że chce nauczyć się jeździć i przestać bać się koni. W oczach mężczyzny pojawiły się iskierki rozbawienia; ugryzłem się w język, nie chcąc odżałować swojej decyzji o treningach.
- Rozumiem, że nie uczysz się tutaj? - pokręciłem głową, dodając, że mieszkam tu i dorabiam w barze. Zapisała coś w notatniku po czym zaproponowała mi kilka stałych godzin w tygodniu. Wstępnie się zgodziłem.
Praktycznie trzasnąłem za sobą drzwiami, wychodząc i wyciągając natychmiast papierosa z paczki. Wyszedłem poza teren stajni i rozpocząłem walkę z zapalniczką. Wlepiałem wzrok w iskierki, które nie chciały zmienić się w ogień i ukoić mój głód nikotynowy.
Moją desperacką próbę zapalenia przerwało wpadnięcie na kogoś, kto natychmiast odskoczył i zaklął pod nosem. Podniosłem głowę, by ujrzeć Maddie, całą od kurzu, z kolejnym plastrem na brodzie i dłońmi zaciśniętymi w pięści. Jej twarz nieco złagodniała, tak samo jak cała postura, widząc chyba znajomą już jej twarz.
- Daj mi swój numer. - Wypaliłem w jej stronę, wrzucając zapalniczkę do kieszeni i wyciągając kolejną, nieco bardziej zmaltretowaną życiem. - Idę się napić. - Dodałem, wreszcie zapalając tego cholernego papierosa. W głębi serca liczyłem, że dziewczyna zgodzi się, by napić się ze mną.
Maddie?