Tony miał oczywiście plany na święta. Chociaż w Idaho Falls nie spędził nawet roku, tęsknił za rodzinnymi stronami. Miał dosyć nieznośnej ciszy w mieszkaniu i szumu akademickiego miasta. Na ranczu otaczały go inne dźwięki, krowy, a przede wszystkim znane kąty. Gdyby nie naciski ze strony ojca, na pewno nie ruszyłby się z Teksasu. Przecież po co zmieniać to, co było dobre od lat? Nie był jak Mallory, która nie wiązała przyszłości z rodzinnym biznesem. Kobieta chciała takiego życia. Studiów, aglomeracji i głupich chłopaków. Czystej odwrotności pragnień swojego brata.
- Wracam do domu. - Przełknął kolejny kawałek pizzy. - Ale wiesz, wrócę po nowym roku. - Otrzepał ręce z okruszków. - Krowa będzie musiała tutaj zostać, ale raczej dobrze się nią zajmą. - Nadal nie ufał w pełni obsłudze akademii jeździeckiej. - Pewnie będziemy piec ciasta, ogarniać longhorny, sprawdzę, czy mój pokój nie został schowkiem na szczotki. - Wsparł się na łokciach. - A ty? Jak nie masz planów, mogę zabrać cię ze sobą. - Totalnie nie przejmował się tym, że nie znali się od bardzo dawna. - No weź, ta pizza wcale nie jest taka gorąca - Dodał, widząc, że ten dalej męczy się z temperaturą ciasta.
Arthur? Święta w Teksasie?
piątek, 11 września 2026
Od Anthony'ego cd. Arthura
poniedziałek, 7 września 2026
od Arthura cd. Maddie
Maddie do reszty oszalała.
Wyciągnęła ręce do tych wielkich pomiotów szatana, koni. Poderwałem się z miejsca i stanąłem jak wryty. Jeszcze mnie zobaczą. Zginę. Zginę przez te cholerstwa.
Dziewczyna stwierdziła zdecydowanie pewniejszym tonem, że chce nas stąd wydostać, sięgając do wysokiego konia, który ewidentnie nie był zadowolony z jej pomysłu. Kłapnął zębami w jej kierunku.
- Chyba stracić palce - fuknąłem. Psychopatka jak się patrzy.
- Byś pomógł.
- Dopinguje cię z tyłu.
Teraz zainteresowała się tym jaśniejszym koniem. No świetnie.
- Zginiemy - szepnąłem do siebie, choć chyba nieco za głośno, bo Maddie przekierowała to na "przygodę życia". Po moim trupie.
Poprosiła mnie o pomoc w założeniu tego czegoś co zakłada się na głowę. Ogłowia? Uzdy? Dalej stałem jak wryty i patrzyłem na jej nieudolne próby. Naprawdę chcę ci pomóc, ale lubię swoje palce. Udało jej się samej, ale zamiast zostawić to tak jak jest, podała mi kocyk i siodło. Trochę pewniej, ale wciąż z przerażeniem i ślimaczym tempem, ubrałem zwierzę.
- No, już.
Pociągnęła za sznurki wiszące po obu stronach szyi konia, a ten stał jak wryty. No, tu się rozumiemy.
- Weź go jakoś zachęć.
- Jak? Mam udawać marchewkę?
- Do buraka ci bliżej. - przysięgam, że przewróciła oczami. - Może go popchaj?
- Sama stań za jego zadem i pchaj, jak ci przywali kopytami to na pewno szybko się stąd ulotnisz.
Spróbowała wepchać mi sznurki w ręce, ale zabrałem dłonie i wlepiłem wzrok w wielkie zwierzę. Kazała mi sobie pomóc, więc wrzuciłem ją na zwierzę. Spłoszony koń poruszył resztę kopytnych, co spowodowało reakcję łańcuchową reszty. Zrobiło się zdecydowanie zbyt głośno.
Dziewczyna ponownie rzuciła kurwą i kazała mi otworzyć szopę a następnie wskoczyć na konia. To pierwsze jest realne, drugie mniej. Otworzyłem drzwi zgodnie z życzeniem psychopatki i moją chęcią przeżycia. Zwierzę zostało zatrzymane praktycznie przede mną.
- To jest zły pomysł...
- Czyli do nas pasuje, chodź. - Podała mi rękę. Główne drzwi otworzyły się z hukiem, a ja nagle znajdowałem się za plecami dziewczyny. Zginę śmiercią żałosną.
Zwierzę ruszyło dosłownie z kopyta przed siebie, praktycznie taranując mężczyznę który próbował złapać konia.
Wszystko nagle było niesamowicie głośne, pies wyszczekiwał sobie płuca a z szopy wybiegła pozostała trójka koni.
Maddie nie wie jak kierować tym bydlęciem. Chwyciłem się najmocniej jak potrafiłem, krzycząc do dziewczyny, że to debilny pomysł.
W zamian usłyszałem, żebym się pierdolił. Mądra rada.
Nagle zamiast sznureczków, dziewczyna trzymała się grzywy. Chwyciła też moją rękę i dosłownie wepchała ją we włosy konia, tak, żebym i ja miał cokolwiek.
- Umrzemy!
- To się nie puszczaj!
- To twoja rada?
- Mam ci zrobić prezentacje?!
Mój boże, chce do mojego auta. To zwierzę nas zabije.
Gałązki smagały mnie po twarzy i chyba rozciąłem rękę, tak mi się wydaje przynajmniej. To generalnie na chwilę obecną moje najmniejsze zmartwienie.
Minęło może dziesięć, maksymalnie piętnaście minut, nim koń przestał tak pędzić. Nie mam pojęcia gdzie jesteśmy.
Teraz telepało mną na wszystkie strony, to chyba ten cały kłus. Marzę o ziemi. Coś za nami wydało przenikliwy pisk, brzmiało jak lis czy inny kojot. Ewidentnie nie spodobało się to naszemu wierzchowcowi, bo ponownie wyrwał do przodu, praktycznie zostawiając nas w środku niczego.
I znowu pędziliśmy przed siebie.
Nagle pod nogami konia skończył się grunt. Urwisko, może na cztery czy pięć metrów, ale wystarczające, żebyśmy przelecieli do przodu i z głuchym hukiem wylądowali na ziemi. Koń rżał i rzucał się w panice, nie wiem gdzie jest Maddie, kręci mi się w głowie.
- Jaaapierdole - stęknąłem, podsuwając się do góry. Oby to był tylko zły sen. Zaraz obudzę się w swoim łóżku. - Maddie?
- Kurwa jego mać!
Czyli żyje.
- Jesteś cała?
- Żyje.
Wstałem i podparłem się o swoje kolana. Japierdole, moje wszystko. Zlokalizowałem dziewczynę i pomogłem jej wstać. Koń stał kilka metrów dalej, cały z piachu i siodłem przesuniętym na bok. Nie wyglądał na rannego, prędzej w szoku.
Nie wiem dlaczego, ale uznałem że ściągnę z niego siodło i rzucę je na bok. Tak się chyba robi, żeby nic się mu nie stało. Sznurki przejęła dziewczyna.
- Wyjdźmy stąd. - Kiwnąłem głowę na jej propozycję, wydawała się być ewidentnie przejęta bardziej koniem, niż mną.
Zaczęliśmy wdrapywać się pod górkę, z naszym nowym kompanem, Koniem Pierwszym. Chyba jesteśmy gdzieś baardzo daleko. A przed nami chyba są krowy. Pełno krów.
Maddie?
wtorek, 1 września 2026
Od Maddie cd. Arthura
Za napisem znajdowały się dwa ciasne boksy, w każdym z nich upchane były dwa konie. W pomieszczeniu było ciemno, dlatego nie potrafiłam określić czy ciemna szata zwierząt bazowała na ich naturalnej maści, czy może na przyklejonych do sierści błocie i łajnie. Do nosa docierały nieprzyjemne, ostre zapachy końskich odchodów, wokół twarzy latały małe muszki, a na zewnątrz zaczął ujadać pieś.
UWAGA.
Ujrzałam bladą twarz Arthura. Jego szare oczy nie skrywały przerażenia, który zaraz udzielił się mi. Szczekanie psa czułam aż w klatce piersiowej, gdzie zaczął nieprzyjemnie wybijać rytm zbyt szybkiej piosenki. Łamanie gałęzi oraz ryk silnika gwałtownie obił się w mojej głowie, przyspieszając serce oraz wywołując na ciele gęsią skórkę.
UWAGA.
Napis był adekwatniejszy do powstałej sytuacji, niż do miejsca, w którym się znajdował. Miałam wrażenie, że w jednej chwili działanie żelek Arthura przygasło do zera, przyćmione czystym strachem i adrenaliną. Znaleźliśmy w dzikim lesie nielegalną bimbrownie oraz... oraz co? Nielegalną stadninę? Nie potrafiłam się domyślić, po co im były te konie, jednak patrząc na ich stan utrzymania, nieznajomi podlegali karze za znęcanie się nad zwierzętami. Do tej nieprzyjemnej sytuacji należało dodać jeszcze przynajmniej trzech, prawdopodobnie niebezpiecznych, może uzbrojonych, ale na pewno typów, którzy będą chcieli zatrzymać swoje miejsce w sekrecie.
- Co robimy? - zapytałam szeptem, ale Arthur nie odpowiedział. Wpatrywał się w stronę koni albo wyjścia z niemym przerażeniem. Auto zamilkło. Rozległ się trzask otwieranych i zamykanych drzwi: cztery razy. Ktoś krzyknął na psa, ale ten nie przestawał szczekać.
od Arthura cd. Maddie
Postać, na którą Maddie wskazała palcem trzymała coś całkiem sporego w dłoniach i kierowała się do psa.
- Gargamel przyszedł tylko nakarmić Klakiera - szepnąłem, w duszy śmiejąc się z własnego żartu. Pies zaczął agresywnie ujadać. Anonim zamarł i skierował swój wzrok w kierunku naszej kryjówki. Natychmiastowo poczułem jak żelki i ich działanie odsuwają się na bok, a mnie ogarnia adrenalina i strach. Maddie ścisnęła jeszcze mocniej dłoń, którą trzymała na moim ramieniu. Skrzywiłem się nieco, jeden zły ruch i po nas.
Mężczyzna uciszył psa, ochrzczonego przez nas Klakierem i chyba rzucił mu kurczaka, albo innego królika. Ponownie nie czułem się trzeźwo, no tak, to działa falami. Z jednej osoby zrobiły się trzy, śmiali się głośno i ewidentnie byli z czegoś zadowoleni. I pijani, patrząc po ich chwiejnym kroku.
Jeden z nich coś rzucił do rąk tego, który karmił. Zaczęli oddalać się ku mniejszemu budynku, chyba jakiegoś blaszaka.
- Gargamel miał braci? - zapytałem, zaaferowany tym, co właśnie zobaczyłem. Maddie wlepiła we mnie swoje wielkie oczy i przetarła twarz dłońmi. Zaśmiała się.
Zza budynku wyjechał ciemny pick-up, poczekali chwilę zanim odpalili świata i wjechali między drzewa. Nie minęło dużo czasu, nim zniknęli nam z oczu.
- Jak myślisz, ilu ich tu może być? - tym razem nie szepnęła. Była pewniejsza i wydawałoby się, że jest też bardziej trzeźwa.
- Kto? Jeśli tu były Gumisie, to pewnie już uciekły - podniosłem się szybko z kucek i wyszedłem z krzaków, w których przed chwilą obserwowaliśmy dziwnych anonimowych ludzi. Maddie również pojawiła się na stosunkowo otwartej przestrzeni i przez chwilę stała, jakby zastanawiała się który przycisk na klawiaturze teraz należy wcisnąć, by pójść do przodu.
Uznałem, że wie, że zwykle do przodu idzie się na W, więc samemu skierowałem się do budy, w której powinien znajdować się Kakier.
- Czekaj! Bo wystraszysz Klakiera! - Nagle znalazła się bok mnie. Kucnąłem i przechyliłem głowę na bok, chcąc zobaczyć czy pies dalej tam jest. - Co Ty robisz?!
- Sprawdzam, czy zamienił się w kota.
- Chodź, trzeba uratować Gumisie. - szepnęła, a ja podniosłem się natychmiastowo, co najmniej jakby ktoś kazał mi stanąć na baczność. Poczułem się jak w szpiegowskim filmie, James Bond czy coś takiego. No, jak tajni agenci w każdym razie. Maddie zachowywała się, jakby nie było to nic nowego, przyklejała się do ścian i ewidentnie nasłuchiwała, czy kogoś nie ma w środku.
Może jest tajną agentką? muszę ją o to spytać. Sprawdziliśmy główne wejście, tak samo jak i boczne, oba były zamknięte.
Rozczarowałem się, myślałem, że nasza tajna misja potrwa nieco dłużej. Zdecydowałem, że wciąż mogę być agentem i może uda mi się znaleźć rozwiązanie.
Okno. Przecież w filmach wchodzą oknami. I tu, zaraz przed nami, jedno było uchylone. Zawołałem Maddie i wskazałem jej nasze nowe wejście.
Dziewczyna podjęła heroiczną próbę ratunku smerfów, próbując doskoczyć do szyby. Ewidentnie była zbyt niska, a mnie strasznie rozśmieszyły jej nieudolne próby dobrania się do wejścia.
Teraz moja kolej.
Tak, jak Spider-Man.
Oparłem ręce o ścianę i wybiłem się do góry, licząc, że magicznie się przykleję. Jeszcze raz spróbowałem swoich sił w wejściu po ścianie, jednak na próżno. Maddie praktycznie tarzała się po ziemi ze śmiechu, ja w międzyczasie stałem i obmyślałem nowy plan wejścia do środka budynku.
Genialny pomysł przypadł jednak mojej towarzyszce, nie mnie. Wspięła się po moich plecach i spróbowała dosięgnąć parapetu. Przekleństwa, które padły z jej ust, jednak nie sugerowały sukcesu. Moja złota myśl o rozkręceniu dziewczyny i wrzuceniu jej przez okno spotkała się z dezaprobatą. Szkoda, śmiesznie by to wyglądało. Mała, czarna kula armatnia.
Pomysł z wejściem na barana okazał się być strzałem w dziesiątkę. No, prawie, bo więcej czasu spędziliśmy na łapaniu równowagi i generalnej próbie nie zabicia się nawzajem. Przez nasze śmiechy, nie miałem zbyt dobrej przyczepności do ziemi, co spowodowało, że uderzyłem nami w ścianę. Maddie wykorzystała to i chwyciła się parapetu.
- Pociągnij mnie! - odruchowo zacząłem ciągnąć ją w dół za kostki. Poprawiła mnie, że jednak nie w te stronę. Sprawniej już, wypchnąłem ją ku górze. Weszła.
Z okna wysunęły się jej ręce. Zacząłem podskakiwać, próbując się ich chwycić. Nareszcie mi się udało Zawisnąłem tak w powietrzu, wyobrażając sobie że jestem w środku jakiegoś epickiego pościgu, i mój drugi tajny agent ratuje mi życie, wciągając mnie znad przepaści.
Ale jazda.
W środku było okropnie ciemno. Po omacku odnalazłem pstryczek od światła i od razu go nacisnąłem. Agentka 2 ochrzaniła mnie, że mam to zgasić, bo nie mogą nas znaleźć. Skubana mądra jest.
Stanąłem na palcach i rozpocząłem proces badania pomieszczenia. Kopnąłem w coś, więc zatrzymałem się i wyciągnąłem telefon z kieszeni, celem zapalenia latarki.
Mebel, w który kopnąłem, był stołem. I chyba znaleźliśmy nielegalną bimbrownie.
- Gargamel jednak nie był czarodziejem. - pokręciłem rozczarowany głową i oświetliłem resztę pomieszczenia. Masa plastików, szkieł, butelek. Generalnie wszystko, co wygląda na nielegalne i równie dobrze mogłoby być planem filmowym z Breaking Bad.
A może jesteśmy tajnymi agentami w Breaking Bad??
- Spóźniliśmy się! - rozczarowane jęknięcie Maddie odebrało mi radość z tworzenia scenariuszy o filmach akcji. Trzymała w rękach dużą butelkę z czymś fioletowym. - Przerobili Gumisie... - załamał jej się głos. O boże, więcej nie dam jej żelków. Biedne Gumisie.
Poklepałem ją po głowie, biedna naprawdę przejęła się ich losem.
- Ale teraz możemy spróbować gumisoku - spróbowałem ją pocieszyć. Chyba mi się udało, bo odkręciła butelkę i powąchała jej zawartość. Nie musiała nawet podstawiać mi jej pod nos, zalatywało obrzydliwym, szczypiącym w nos amoniakiem. Skrzywiła się, mówiąc że gumisie nie były świeże.
- Myślę, że z pewnością są mocno po terminie. - Zabrałem butelkę z jej rąk i odłożyłem na swoje miejsce. - Chodź, zobaczymy co tu jeszcze jest.
Uchyliłem drzwi. Wielka hala, pełna różnych dziwnych śmieciopodobnych rzeczy. Raczej nic wartego uwagi. Bardziej zainteresowały mnie kolejne drzwi. Pociągnąłem dziewczynę za sobą.
Skierowałem światło latarki na coś przykrytego płachtą.
W całym pokoju śmierdziało smarem i skórą.
- Nie ma szans że to zwłoki - mruknąłem do dziewczyny, modląc się w duchu, żeby faktycznie nie były to zwłoki. Szarpnąłem w dół materiał, a naszym oczom ukazała się masa sprzętu dla koni. Siodła, ogłowia, więcej siodeł, jakieś rzeczy które wyglądały jak narzędzia tortur.
Pies, ochrzczony Klakierem, zaczął ujadać na zewnątrz.
Maddie pociągnęła mnie za jakiś mebel, chyba była to szafa. Z dłoni wypadł mi telefon, z wciąż zapaloną latarką. Wyczołgałem się po niego i natychmiast zgasiłem światełko.
Spojrzałem na nią wielkimi oczami, a ona trzymała dłoń na swoich ustach.
Wskazała palcem na drzwi przez które weszliśmy, i choć nikogo nie było widać, Klakier wciąż ujadał.
Przestał dopiero po kilku minutach. Odetchnęliśmy z ulgą.
- Chodź na tyły - wyszeptała dziewczyna, wychodząc pierwsza z naszej kryjówki. Nie mogłem się powstrzymać i spojrzałem jeszcze raz na sprzęt spod płachty. Coś mi się wydaje że nie tylko bimbrosmerfy tu znajdziemy.
Prawie uderzyłem w ścianę przez swoje rozmyślenia.
Wyszliśmy po kompletnie innej stronie budynku, niż wchodziliśmy. Widziałem tylko buty Maddie znikające w kolejnej dziurze, tym razem znajdującej się w środku budynku szopy.
Pokręciłem głową i wczołgałem się za nią. Nie zdążyłem się nawet podnieść, a już zostałem szarpnięty na bok i bezczelnie uciszony. Takie rzeczy w filmach dzieją się zdecydowanie rzadziej.
Dziewczyna położyła palec na swoich ustach ponownie, a drugą ręką wskazała powoli przed siebie. Zamrugałem kilka razy, czekając aż moje oczy przyzwyczają się do ciemności. Coś tu szurało. I generalnie śmierdziało tu okropnie. Jakby coś zdechło. Przypominało to też trochę końskie łajno. I obrzydliwy smród spoconych, zaniedbanych zwierząt.
Nareszcie mój wzrok stosunkowo przywyknął do tego mroku. Może dwa metry przede mną, stało może cztery, pięć koni, odgrodzonych od nas plastikową taśmą "UWAGA".
Konie.
Przede mną stoi chmara koni.
Spojrzałem z przerażeniem na dziewczynę, czując, jak blednę. Ku naszemu nieszczęściu, Klakier znów zaczął ujadać, tym razem ewidentnie reagując na dźwięk łamanych gałęzi i silnika katowanego na jedynce.
Maddie?