piątek, 11 września 2026

Od Anthony'ego cd. Arthura

Tony miał oczywiście plany na święta. Chociaż w Idaho Falls nie spędził nawet roku, tęsknił za rodzinnymi stronami. Miał dosyć nieznośnej ciszy w mieszkaniu i szumu akademickiego miasta. Na ranczu otaczały go inne dźwięki, krowy, a przede wszystkim znane kąty. Gdyby nie naciski ze strony ojca, na pewno nie ruszyłby się z Teksasu. Przecież po co zmieniać to, co było dobre od lat? Nie był jak Mallory, która nie wiązała przyszłości z rodzinnym biznesem. Kobieta chciała takiego życia. Studiów, aglomeracji i głupich chłopaków. Czystej odwrotności pragnień swojego brata. 
- Wracam do domu. - Przełknął kolejny kawałek pizzy. - Ale wiesz, wrócę po nowym roku. - Otrzepał ręce z okruszków. - Krowa będzie musiała tutaj zostać, ale raczej dobrze się nią zajmą. - Nadal nie ufał w pełni obsłudze akademii jeździeckiej. - Pewnie będziemy piec ciasta, ogarniać longhorny, sprawdzę, czy mój pokój nie został schowkiem na szczotki. - Wsparł się na łokciach. - A ty? Jak nie masz planów, mogę zabrać cię ze sobą. - Totalnie nie przejmował się tym, że nie znali się od bardzo dawna. - No weź, ta pizza wcale nie jest taka gorąca - Dodał, widząc, że ten dalej męczy się z temperaturą ciasta. 

Arthur? Święta w Teksasie? 

poniedziałek, 7 września 2026

od Arthura cd. Maddie

 Maddie do reszty oszalała.
Wyciągnęła ręce do tych wielkich pomiotów szatana, koni. Poderwałem się z miejsca i stanąłem jak wryty. Jeszcze mnie zobaczą. Zginę. Zginę przez te cholerstwa.
Dziewczyna stwierdziła zdecydowanie pewniejszym tonem, że chce nas stąd wydostać, sięgając do wysokiego konia, który ewidentnie nie był zadowolony z jej pomysłu. Kłapnął zębami w jej kierunku.
- Chyba stracić palce - fuknąłem. Psychopatka jak się patrzy.
- Byś pomógł.
- Dopinguje cię z tyłu.
Teraz zainteresowała się tym jaśniejszym koniem. No świetnie.
- Zginiemy - szepnąłem do siebie, choć chyba nieco za głośno, bo Maddie przekierowała to na "przygodę życia". Po moim trupie.
Poprosiła mnie o pomoc w założeniu tego czegoś co zakłada się na głowę. Ogłowia? Uzdy? Dalej stałem jak wryty i patrzyłem na jej nieudolne próby. Naprawdę chcę ci pomóc, ale lubię swoje palce. Udało jej się samej, ale zamiast zostawić to tak jak jest, podała mi kocyk i siodło. Trochę pewniej, ale wciąż z przerażeniem i ślimaczym tempem, ubrałem zwierzę.
- No, już.
Pociągnęła za sznurki wiszące po obu stronach szyi konia, a ten stał jak wryty. No, tu się rozumiemy.
- Weź go jakoś zachęć.
- Jak? Mam udawać marchewkę?
- Do buraka ci bliżej. - przysięgam, że przewróciła oczami. - Może go popchaj?
- Sama stań za jego zadem i pchaj, jak ci przywali kopytami to na pewno szybko się stąd ulotnisz.
Spróbowała wepchać mi sznurki w ręce, ale zabrałem dłonie i wlepiłem wzrok w wielkie zwierzę. Kazała mi sobie pomóc, więc wrzuciłem ją na zwierzę. Spłoszony koń poruszył resztę kopytnych, co spowodowało reakcję łańcuchową reszty. Zrobiło się zdecydowanie zbyt głośno.
Dziewczyna ponownie rzuciła kurwą i kazała mi otworzyć szopę a następnie wskoczyć na konia. To pierwsze jest realne, drugie mniej. Otworzyłem drzwi zgodnie z życzeniem psychopatki i moją chęcią przeżycia. Zwierzę zostało zatrzymane praktycznie przede mną.
- To jest zły pomysł...
- Czyli do nas pasuje, chodź. - Podała mi rękę. Główne drzwi otworzyły się z hukiem, a ja nagle znajdowałem się za plecami dziewczyny. Zginę śmiercią żałosną.
Zwierzę ruszyło dosłownie z kopyta przed siebie, praktycznie taranując mężczyznę który próbował złapać konia.
Wszystko nagle było niesamowicie głośne, pies wyszczekiwał sobie płuca a z szopy wybiegła pozostała trójka koni.
Maddie nie wie jak kierować tym bydlęciem. Chwyciłem się najmocniej jak potrafiłem, krzycząc do dziewczyny, że to debilny pomysł. 
W zamian usłyszałem, żebym się pierdolił. Mądra rada.
Nagle zamiast sznureczków, dziewczyna trzymała się grzywy. Chwyciła też moją rękę i dosłownie wepchała ją we włosy konia, tak, żebym i ja miał cokolwiek.
- Umrzemy!
- To się nie puszczaj!
- To twoja rada?
- Mam ci zrobić prezentacje?!
Mój boże, chce do mojego auta. To zwierzę nas zabije.
Gałązki smagały mnie po twarzy i chyba rozciąłem rękę, tak mi się wydaje przynajmniej. To generalnie na chwilę obecną moje najmniejsze zmartwienie.
Minęło może dziesięć, maksymalnie piętnaście minut, nim koń przestał tak pędzić. Nie mam pojęcia gdzie jesteśmy.
Teraz telepało mną na wszystkie strony, to chyba ten cały kłus. Marzę o ziemi. Coś za nami wydało przenikliwy pisk, brzmiało jak lis czy inny kojot. Ewidentnie nie spodobało się to naszemu wierzchowcowi, bo ponownie wyrwał do przodu, praktycznie zostawiając nas w środku niczego.
I znowu pędziliśmy przed siebie.
Nagle pod nogami konia skończył się grunt. Urwisko, może na cztery czy pięć metrów, ale wystarczające, żebyśmy przelecieli do przodu i z głuchym hukiem wylądowali na ziemi. Koń rżał i rzucał się w panice, nie wiem gdzie jest Maddie, kręci mi się w głowie.
- Jaaapierdole - stęknąłem, podsuwając się do góry. Oby to był tylko zły sen. Zaraz obudzę się w swoim łóżku. - Maddie?
- Kurwa jego mać!
Czyli żyje.
- Jesteś cała?
- Żyje.
Wstałem i podparłem się o swoje kolana. Japierdole, moje wszystko. Zlokalizowałem dziewczynę i pomogłem jej wstać. Koń stał kilka metrów dalej, cały z piachu i siodłem przesuniętym na bok. Nie wyglądał na rannego, prędzej w szoku.
Nie wiem dlaczego, ale uznałem że ściągnę z niego siodło i rzucę je na bok. Tak się chyba robi, żeby nic się mu nie stało. Sznurki przejęła dziewczyna.
- Wyjdźmy stąd. - Kiwnąłem głowę na jej propozycję, wydawała się być ewidentnie przejęta bardziej koniem, niż mną.
Zaczęliśmy wdrapywać się pod górkę, z naszym nowym kompanem, Koniem Pierwszym. Chyba jesteśmy gdzieś baardzo daleko. A przed nami chyba są krowy. Pełno krów.

Maddie?


wtorek, 1 września 2026

Od Maddie cd. Arthura

UWAGA.

Za napisem znajdowały się dwa ciasne boksy, w każdym z nich upchane były dwa konie. W pomieszczeniu było ciemno, dlatego nie potrafiłam określić czy ciemna szata zwierząt bazowała na ich naturalnej maści, czy może na przyklejonych do sierści błocie i łajnie. Do nosa docierały nieprzyjemne, ostre zapachy końskich odchodów, wokół twarzy latały małe muszki, a na zewnątrz zaczął ujadać pieś.

UWAGA.

Ujrzałam bladą twarz Arthura. Jego szare oczy nie skrywały przerażenia, który zaraz udzielił się mi. Szczekanie psa czułam aż w klatce piersiowej, gdzie zaczął nieprzyjemnie wybijać rytm zbyt szybkiej piosenki. Łamanie gałęzi oraz ryk silnika gwałtownie obił się w mojej głowie, przyspieszając serce oraz wywołując na ciele gęsią skórkę.

UWAGA.

Napis był adekwatniejszy do powstałej sytuacji, niż do miejsca, w którym się znajdował. Miałam wrażenie, że w jednej chwili działanie żelek Arthura przygasło do zera, przyćmione czystym strachem i adrenaliną. Znaleźliśmy w dzikim lesie nielegalną bimbrownie oraz... oraz co? Nielegalną stadninę? Nie potrafiłam się domyślić, po co im były te konie, jednak patrząc na ich stan utrzymania, nieznajomi podlegali karze za znęcanie się nad zwierzętami. Do tej nieprzyjemnej sytuacji należało dodać jeszcze przynajmniej trzech, prawdopodobnie niebezpiecznych, może uzbrojonych, ale na pewno typów, którzy będą chcieli zatrzymać swoje miejsce w sekrecie.
- Co robimy? - zapytałam szeptem, ale Arthur nie odpowiedział. Wpatrywał się w stronę koni albo wyjścia z niemym przerażeniem. Auto zamilkło. Rozległ się trzask otwieranych i zamykanych drzwi: cztery razy. Ktoś krzyknął na psa, ale ten nie przestawał szczekać. 
Oboje czekaliśmy i obserwowaliśmy. Musieliśmy stąd szybko zwiać, ale jak?

UWAGA.

Napis zwrócił moją uwagę. Dopiero teraz zaczęłam analizować miejsce, w którym się znaleźliśmy oraz jego możliwości. Uważnie słuchając oddalających się kroków, otwieranych drzwi i zamykanych z trzaskiem, podniosłam się na nogi i obejrzałam konie. Wszystkie milczały, kiedy ruszyłam w ich stronę, spojrzały na mnie. Zaczęły nerwowo się poruszać.
- Spokojnie, spokojnie - szeptałam i wyciągnęłam przed siebie ręce. Dwa konie zaczęły prychać i machać głowami, aby mnie odgonić, więc podeszłam do drugiego boksu. 
- Co ty robisz? - zapytał chłopak, który również stanął na równe nogi. Nie ruszał się z miejsca. 
- Chce się stąd wydostać - skierowałam dłonie do wyższego konia. Stał nieruchomo, gdy się zbliżyłam, otworzył pysk i spróbował mnie ugryźć. Pies w końcu przestał szczekać.
- Chyba stracić palce - skomentował.
- Byś pomógł.
- Będę cię dopingować z tyłu.
Wysunęłam dłoń do jaśniejszego konia, który dał się dotknąć. Dobra, to jak to było w tej szkole? 
Powoli otworzyłam drewniane drzwiczki boksu. Te zaskrzypiały, a wyższy koń gwałtownie odsunął się do tyłu.
- Zginiemy... - usłyszałam cicho.
- Albo przeżyjemy przygodę, wyjdzie na to samo - burknęłam i kazałam mu podać uzdę. - Pomóż mi, zawsze mam problem, jak to założyć - Arthur bardzo długo się do mnie zbliżał, na tyle długo, że udało mi się założyć uzdę samej. - Dzięki za pomoc.
- Spadaj.
Wyciągnęłam konia z boksu i przymknęłam drzwiczki. Trzymałam uzdę i poleciłam mu, aby założył derkę i siodło. Tym razem jego ruchy były szybsze, ale dalej niepewne. Czy na prawdę tak bardzo wystraszył się powrotu tych ludzi? Nie byłam pewna, czy to był strach, czy może obrzydzenie do konia, którego ledwo dotykał. 
Bo chyba nie bał się koni, prawda? W szkole jeździeckiej?
- Już - oznajmił, a ja pociągnęłam konia, aby wyjść z nim na zewnątrz. Ten niestety stał i się nie ruszał.
- Weź go jakoś zachęć - powiedziałam do Arthura, który stał obok mnie.
- Jak? Mam udawać marchewkę?
- Do buraka ci bliżej. Może go popchaj?
- Sama stań za jego zadem i pchaj, jak ci przywali kopytami to na pewno szybko się stąd ulotnisz.
- Kurwa. Masz to - chciałam mu oddać w ręce lejce, ale ten odsunął dłonie i patrzył blado na konia.
- To twój pomysł - machnęłam na niego ręką i podeszłam do boku konia. 
- Pomóż mi - powiedziałam, po czym chłopak pomógł mi wejść na zwierzę. Te lekko się spłoszyło, cofnęło i machnęło głową, a w prowizorycznej stajni podniosła się wrzawa. Pies na zewnątrz znowu zaczął ujadać. - Kurwa - znowu przeklęłam. - Otwieraj tą szopę i wskakuj - powiedziałam szybko, a z budynku można było usłyszeć głośne krzyki każące się zamknąć tym wszystkim zwierzętom.
Arthur odsunął drewniane drzwi, a mój wierzchowiec kopnął tylnymi kopytami uderzając w drzwiczki drugiego boksu. Kątem oka zauważyłam, że uderzenie wysunęło metalowe zapięcie. Koń zaczął iść powoli do przodu, a ja go zatrzymałam przed chłopakiem.
- To jest zły pomysł...
- Czyli do nas pasuje, chodź - podałam mu rękę i kiedy w całym tym hałasie drzwi budynku się otworzyły, a w progu pojawił się chudy mężczyzna, Arthur wskoczył na konia.
Oboje się zachwialiśmy, a koń ruszył przed siebie.
Najpierw w kierunku mężczyzny, który zaczął coś wykrzykiwać i machać do nas obiema dłońmi, chcąc złapać konia.
Pies ujadał jak szalony, a wrzawa w szopie zamieniła się w głośny stukot kopyt. Pozostałe trzy konie wybiegły z drewnianej szopy, a nasz wierzchowiec ruszył za nimi.
- Kurwa! Jak to się kieruje! - wykrzyczałam próbując opanować zwierzę. Siedzący za mną Arthur tylko mocniej się złapał.
- To był durny pomysł! - wykrzyczał mi do ucha.
- Pierdol się! - poczułam jak uzda zaczyna ześlizgiwać się z wierzchowca. Wyklinając w głowie wszystkie przekleństwa jakie poznałam w ciągu tego marnego życia, chwyciłam się mocno grzywy. - Trzymaj się mocno! - wzięłam jego rękę i przycisnęłam do końskiej grzywy. 
- Umrzemy!
- To się nie puszczaj!
- To twoja rada?
- Mam ci zrobić prezentacje?!
Adrenalina wywołała na mej twarzy szeroki uśmiech. Poczułam, że żyje.
UWAGA! Jedziemy!

Arthur?

od Arthura cd. Maddie

 Postać, na którą Maddie wskazała palcem trzymała coś całkiem sporego w dłoniach i kierowała się do psa.
- Gargamel przyszedł tylko nakarmić Klakiera - szepnąłem, w duszy śmiejąc się z własnego żartu. Pies zaczął agresywnie ujadać. Anonim zamarł i skierował swój wzrok w kierunku naszej kryjówki. Natychmiastowo poczułem jak żelki i ich działanie odsuwają się na bok, a mnie ogarnia adrenalina i strach. Maddie ścisnęła jeszcze mocniej dłoń, którą trzymała na moim ramieniu. Skrzywiłem się nieco, jeden zły ruch i po nas.
Mężczyzna uciszył psa, ochrzczonego przez nas Klakierem i chyba rzucił mu kurczaka, albo innego królika. Ponownie nie czułem się trzeźwo, no tak, to działa falami. Z jednej osoby zrobiły się trzy, śmiali się głośno i ewidentnie byli z czegoś zadowoleni. I pijani, patrząc po ich chwiejnym kroku.
Jeden z nich coś rzucił do rąk tego, który karmił. Zaczęli oddalać się ku mniejszemu budynku, chyba jakiegoś blaszaka. 
- Gargamel miał braci? - zapytałem, zaaferowany tym, co właśnie zobaczyłem. Maddie wlepiła we mnie swoje wielkie oczy i przetarła twarz dłońmi. Zaśmiała się. 
Zza budynku wyjechał ciemny pick-up, poczekali chwilę zanim odpalili świata i wjechali między drzewa. Nie minęło dużo czasu, nim zniknęli nam z oczu.
- Jak myślisz, ilu ich tu może być? - tym razem nie szepnęła. Była pewniejsza i wydawałoby się, że jest też bardziej trzeźwa.
- Kto? Jeśli tu były Gumisie, to pewnie już uciekły - podniosłem się szybko z kucek i wyszedłem z krzaków, w których przed chwilą obserwowaliśmy dziwnych anonimowych ludzi. Maddie również pojawiła się na stosunkowo otwartej przestrzeni i przez chwilę stała, jakby zastanawiała się który przycisk na klawiaturze teraz należy wcisnąć, by pójść do przodu.
Uznałem, że wie, że zwykle do przodu idzie się na W, więc samemu skierowałem się do budy, w której powinien znajdować się Kakier.
- Czekaj! Bo wystraszysz Klakiera! - Nagle znalazła się bok mnie. Kucnąłem i przechyliłem głowę na bok, chcąc zobaczyć czy pies dalej tam jest. - Co Ty robisz?!
- Sprawdzam, czy zamienił się w kota.
- Chodź, trzeba uratować Gumisie. - szepnęła, a ja podniosłem się natychmiastowo, co najmniej jakby ktoś kazał mi stanąć na baczność. Poczułem się jak w szpiegowskim filmie, James Bond czy coś takiego. No, jak tajni agenci w każdym razie. Maddie zachowywała się, jakby nie było to nic nowego, przyklejała się do ścian i ewidentnie nasłuchiwała, czy kogoś nie ma w środku.
Może jest tajną agentką? muszę ją o to spytać. Sprawdziliśmy główne wejście, tak samo jak i boczne, oba były zamknięte.
Rozczarowałem się, myślałem, że nasza tajna misja potrwa nieco dłużej. Zdecydowałem, że wciąż mogę być agentem i może uda mi się znaleźć rozwiązanie.
Okno. Przecież w filmach wchodzą oknami. I tu, zaraz przed nami, jedno było uchylone. Zawołałem Maddie i wskazałem jej nasze nowe wejście.
Dziewczyna podjęła heroiczną próbę ratunku smerfów, próbując doskoczyć do szyby. Ewidentnie była zbyt niska, a mnie strasznie rozśmieszyły jej nieudolne próby dobrania się do wejścia. 
Teraz moja kolej.
Tak, jak Spider-Man.
Oparłem ręce o ścianę i wybiłem się do góry, licząc, że magicznie się przykleję. Jeszcze raz spróbowałem swoich sił w wejściu po ścianie, jednak na próżno. Maddie praktycznie tarzała się po ziemi ze śmiechu, ja w międzyczasie stałem i obmyślałem nowy plan wejścia do środka budynku.
Genialny pomysł przypadł jednak mojej towarzyszce, nie mnie. Wspięła się po moich plecach i spróbowała dosięgnąć parapetu. Przekleństwa, które padły z jej ust, jednak nie sugerowały sukcesu. Moja złota myśl o rozkręceniu dziewczyny i wrzuceniu jej przez okno spotkała się z dezaprobatą. Szkoda, śmiesznie by to wyglądało. Mała, czarna kula armatnia.
Pomysł z wejściem na barana okazał się być strzałem w dziesiątkę. No, prawie, bo więcej czasu spędziliśmy na łapaniu równowagi i generalnej próbie nie zabicia się nawzajem. Przez nasze śmiechy, nie miałem zbyt dobrej przyczepności do ziemi, co spowodowało, że uderzyłem nami w ścianę. Maddie wykorzystała to i chwyciła się parapetu.
- Pociągnij mnie! - odruchowo zacząłem ciągnąć ją w dół za kostki. Poprawiła mnie, że jednak nie w te stronę. Sprawniej już, wypchnąłem ją ku górze. Weszła.
Z okna wysunęły się jej ręce. Zacząłem podskakiwać, próbując się ich chwycić. Nareszcie mi się udało Zawisnąłem tak w powietrzu, wyobrażając sobie że jestem w środku jakiegoś epickiego pościgu, i mój drugi tajny agent ratuje mi życie, wciągając mnie znad przepaści.
Ale jazda.
W środku było okropnie ciemno. Po omacku odnalazłem pstryczek od światła i od razu go nacisnąłem. Agentka 2 ochrzaniła mnie, że mam to zgasić, bo nie mogą nas znaleźć. Skubana mądra jest.
Stanąłem na palcach i rozpocząłem proces badania pomieszczenia. Kopnąłem w coś, więc zatrzymałem się i wyciągnąłem telefon z kieszeni, celem zapalenia latarki. 
Mebel, w który kopnąłem, był stołem. I chyba znaleźliśmy nielegalną bimbrownie.
- Gargamel jednak nie był czarodziejem. - pokręciłem rozczarowany głową i oświetliłem resztę pomieszczenia. Masa plastików, szkieł, butelek. Generalnie wszystko, co wygląda na nielegalne i równie dobrze mogłoby być planem filmowym z Breaking Bad.
A może jesteśmy tajnymi agentami w Breaking Bad??
- Spóźniliśmy się! - rozczarowane jęknięcie Maddie odebrało mi radość z tworzenia scenariuszy o filmach akcji. Trzymała w rękach dużą butelkę z czymś fioletowym. - Przerobili Gumisie... - załamał jej się głos. O boże, więcej nie dam jej żelków. Biedne Gumisie. 
Poklepałem ją po głowie, biedna naprawdę przejęła się ich losem.
- Ale teraz możemy spróbować gumisoku - spróbowałem ją pocieszyć. Chyba mi się udało, bo odkręciła butelkę i powąchała jej zawartość. Nie musiała nawet podstawiać mi jej pod nos, zalatywało obrzydliwym, szczypiącym w nos amoniakiem. Skrzywiła się, mówiąc że gumisie nie były świeże.
- Myślę, że z pewnością są mocno po terminie. - Zabrałem butelkę z jej rąk i odłożyłem na swoje miejsce. - Chodź, zobaczymy co tu jeszcze jest.
Uchyliłem drzwi. Wielka hala, pełna różnych dziwnych śmieciopodobnych rzeczy. Raczej nic wartego uwagi. Bardziej zainteresowały mnie kolejne drzwi. Pociągnąłem dziewczynę za sobą.
Skierowałem światło latarki na coś przykrytego płachtą. 
W całym pokoju śmierdziało smarem i skórą. 
- Nie ma szans że to zwłoki - mruknąłem do dziewczyny, modląc się w duchu, żeby faktycznie nie były to zwłoki. Szarpnąłem w dół materiał, a naszym oczom ukazała się masa sprzętu dla koni. Siodła, ogłowia, więcej siodeł, jakieś rzeczy które wyglądały jak narzędzia tortur.
Pies, ochrzczony Klakierem, zaczął ujadać na zewnątrz.
Maddie pociągnęła mnie za jakiś mebel, chyba była to szafa. Z dłoni wypadł mi telefon, z wciąż zapaloną latarką. Wyczołgałem się po niego i natychmiast zgasiłem światełko.
Spojrzałem na nią wielkimi oczami, a ona trzymała dłoń na swoich ustach.
Wskazała palcem na drzwi przez które weszliśmy, i choć nikogo nie było widać, Klakier wciąż ujadał.
Przestał dopiero po kilku minutach. Odetchnęliśmy z ulgą.
- Chodź na tyły - wyszeptała dziewczyna, wychodząc pierwsza z naszej kryjówki. Nie mogłem się powstrzymać i spojrzałem jeszcze raz na sprzęt spod płachty. Coś mi się wydaje że nie tylko bimbrosmerfy tu znajdziemy.
Prawie uderzyłem w ścianę przez swoje rozmyślenia. 
Wyszliśmy po kompletnie innej stronie budynku, niż wchodziliśmy. Widziałem tylko buty Maddie znikające w kolejnej dziurze, tym razem znajdującej się w środku budynku szopy.
Pokręciłem głową i wczołgałem się za nią. Nie zdążyłem się nawet podnieść, a już zostałem szarpnięty na bok i bezczelnie uciszony. Takie rzeczy w filmach dzieją się zdecydowanie rzadziej.
Dziewczyna położyła palec na swoich ustach ponownie, a drugą ręką wskazała powoli przed siebie. Zamrugałem kilka razy, czekając aż moje oczy przyzwyczają się do ciemności. Coś tu szurało. I generalnie śmierdziało tu okropnie. Jakby coś zdechło. Przypominało to też trochę końskie łajno. I obrzydliwy smród spoconych, zaniedbanych zwierząt.
Nareszcie mój wzrok stosunkowo przywyknął do tego mroku. Może dwa metry przede mną, stało może cztery, pięć koni, odgrodzonych od nas plastikową taśmą "UWAGA". 
Konie. 
Przede mną stoi chmara koni.
Spojrzałem z przerażeniem na dziewczynę, czując, jak blednę. Ku naszemu nieszczęściu, Klakier znów zaczął ujadać, tym razem ewidentnie reagując na dźwięk łamanych gałęzi i silnika katowanego na jedynce.


Maddie?






poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Od Maddie cd. Ricka

Trzymając go pod rękę, próbowałam iść w miarę prosto chodnikiem, nie zwracając na nas niczyjej uwagi. Niestety utrzymywanie dwumetrowego Ricka było jak trzymanie dużego otwartego parasolu na silnym wietrze: przy mocniejszych porywach przechylałeś się razem z nim.

Wypiłam mniej alkoholu niż Rick, w końcu jutro (a raczej już dzisiaj) miałam pewne obowiązki w postaci pracy. Nie oznaczało to jednak, że całkowicie sobie odpuściłam - czasem trudno jest zerwać ze starymi nawykami i odpuścić.

Odpuścić... Jakie okropne słowo.

- Wiesz, że jesteś… - Rick zaczął mówić, spojrzałam na niego i czekałam, gotów mu dać w twarz. - …strasznie trudna do prowadzenia.

- To ty się chwiejesz - zauważyłam.

- Właśnie dlatego to wiem - odparł dumnie. - Gdyby nie ja, nie dałabyś radę iść.

Mimo jego uszczypliwości uśmiechałam się, było zabawnie. Albo był zabawny, albo alkohol całkowicie mnie rozluźnił. Albo oba.

Nagle chłopak uderzył nogą o hydrant. Alkohol w jego głowie stłumił ból. Zamiast krzyknąć czy przeklinąć, chłopak powiedział:

- Przepraszam pana - i szedł dalej.

- To był hydrant - zauważyłam.

- To tym bardziej mi przykro - zaśmiałam się, a on mi tylko zawtórował. Wątpię, aby zrozumiał o czym mówiłam.

W pewnym momencie się zatrzymał. Podniósł głowę do góry i spojrzał w nocne niebo. Pomimo tego, że stał na szeroko rozstawionych nogach, wydał się nagle trzeźwiejszy.

- Wiesz, co jest największym problemem człowieka? - zapytał spokojnym głosem.

- Co? - przez chwilę milczał. W końcu westchnął i odpowiedział:

- Schody - i cały obraz bardziej trzeźwego Ricka zgasł. 

Wyciągnął telefon z kieszeni.

- Czekaj, idziemy nie w tą stronę - zaczął stukać w telefon.

- Idziemy w dobrym kierunku.

- Mylisz się - chwila ciszy. - Ja poprowadzę - i objął stery.

Przeszliśmy kolejne kilkaset metrów.

- Widzisz, dobrze że jestem - powiedział i nagle przechylił się na moją stronę. Ciężar dwumetrowego pijanego typa kazał mi na chwilę przystanąć. 

- Tak? - mruknęłam kiedy go od siebie odetchnęłam, a ten stanął na równych nogach.

- Beze mnie byś się zgubiła - twierdził. 

Nagle noga chłopaka ześlizgnęła się z krawężnika i mocno przechylił się na bok. Szliśmy złączeni ramię w ramię, więc musiałam się mocno zaprzeć nogami i odchylić do tyłu, aby razem z nim nie polecieć na asfalt.

Jadący samochód na nas zatrąbił. Rick pokazał mu środkowego palca i coś wykrzyknął (wydawało mi się, ale to było po rosyjsku?), a auto zaczęło zwalniać. Odsunęłam go od ulicy. Przy krawężniku zaparkowało auto, pasażer opuścił szybę.

- Mamy rozjechać ciebie i tą twoją niunię? - zapytał młody mężczyzna. Za kierownicą siedział podobny mu człowiek, a z tyłu auta przez przyciemnione szyby mogłam ujrzeć tylko sylwetki.

- Mamy ciebie rozjechać? - Rick próbował spapugować mężczyznę mówiąc bardziej kobiecym głosem. - Mam zaorać ci twarz chodnikiem? - powiedział tym samym tonem głosu. Sytuacja wydawała mi się zabawna do momentu, aż otworzyły się drugie drzwi pasażera od strony ulicy. Mężczyzna wzrostu Ricka o zdecydowanie większe wadze odwrócił się w naszą stronę trzymając w rękach kawałek kija albo metalowego drążka.

Kto normalny takie rzeczy wozi w aucie? Tylko ci, co szukają kłopotu. 

- Moment, na tą walkę nie postawiłem żadnej kasy - zaprotestował pijany Rick.

- Bo ta nie była ustawiona - uśmiechnęłam się krzywo i przyciągnęłam do siebie Ricka mając nadzieje, że nabierze rozumu do tej pijanej głowy i oboje weźmiemy nogi za pas. Albo mężczyźni okażą się dobrymi duszyczkami o demonicznym twarzach - obojętnie.

Gdy zobaczyłam, że kolejny pasażer otwiera drzwi instynktownie uderzyłam podeszwą o auto, aby je zamknąć. Metal się zgiął w miejscu uderzenia buta.


Rick? Wybierz mądrze, ja chcę żyć 


Od Ricka cd. Maddie

 - Wiedziałem, że chcesz siedzieć bliżej mnie – zaśmiałem się, trzymając w dłoni szklankę alkoholu. 

- Po prostu wszystkich odstraszasz tą swoją gębą – odgryzła sięz po czym zamówiła kolejny mocny alkohol. 
Postawili przed nami kolejne dwie szklanki, uśmiechnąłem się widząc to. Moje geny alkoholika szalały, świat dookoła mocno już wirował a ja powoli czułem jak zaczynam tracić kontrolę. Było to nieziemsko fajne uczucie, relaksujące. Oj zdecydowanie posiadam geny alkoholika po starym. Siedziałem już zdecydowanie zbyt długo, a kolejne minuty zlewały się ze sobą w jedną, rozmazaną całość. Szklanka w mojej dłoni była chyba jedyną rzeczą, której jeszcze byłem pewien. Reszta — muzyka, światła, twarze ludzi dookoła — wirowała jak w kiepskim teledysku.
— Jeszcze jednego? — zapytałem, unosząc szklankę w stronę Maddie.
Spojrzała na mnie z miną, która mówiła zdecydowanie więcej niż słowa.
— Rick, chyba już wystarczy.
— Wystarczy? — parsknąłem śmiechem. — Nawet się nie rozkręciłem.
— Właśnie widzę.
Oparłem się wygodniej na barowym krześle i próbowałem skupić wzrok na jej twarzy. Nie wychodziło mi to najlepiej.
— Wiesz, że masz dwie głowy?
— Ty masz trzy — odpowiedziała bez zawahania.
— Czyli wszystko się zgadza.
Roześmiałem się tak głośno, że kilka osób obok nas spojrzało na mnie. Pomachałem im z szerokim uśmiechem, jakbym właśnie znalazł nowych przyjaciół.
Maddie pokręciła głową.
— Idziemy do domu.
— Jakiego domu?
— Mojego. Albo twojego. Wszystko jedno, byle stąd.
— Ale ja się świetnie bawię.
Wstałem, chcąc udowodnić jej, że doskonale sobie radzę. Przez pierwsze pół sekundy nawet w to wierzyłem. Potem zachwiałem się i złapałem się blatu.
Maddie natychmiast podniosła się z miejsca.
— No właśnie. To jest ten moment, w którym kończysz imprezę.
— To blat się przesunął. - burknąłem.
— Jasne.
— Przysięgam.
Spróbowałem zrobić krok w jej stronę, ale zamiast tego odbiłem się ramieniem od oparcia krzesła.
— Cholera — mruknąłem, po czym zacząłem się śmiać.
Maddie złapała mnie za ramię.
— Chodź, bohaterze.
— Nigdzie nie idę.
— Rick.
— Maddie.
— Jesteś pijany.
— Nie jestem.
— Ledwo stoisz.
Spojrzałem w dół na własne nogi, jakbym dopiero teraz sobie przypomniał, że rzeczywiście je mam.
— Stoją.
— Cudem.
Wyszczerzyłem się do niej i nagle uznałem, że świetnym pomysłem będzie zabranie jej szklanki.
— Daj.
— Po co?
— Sprawdzę, czy nie jest zatruta.
— Rick, nawet nie próbuj.
Oczywiście spróbowałem.
Maddie wyrwała mi szklankę sprzed nosa, a ja zacząłem się śmiać jeszcze bardziej.
— Jesteś niemożliwy.
— Ale przynajmniej ci się nie nudzi.
— To akurat prawda.
Przez chwilę próbowałem jeszcze przekonać ją, że powinniśmy zostać, ale w pewnym momencie sam przestałem pamiętać, jaki był mój argument. Ostatecznie pozwoliłem jej wyciągnąć mnie z lokalu.
A przynajmniej taki był plan.
Przy drzwiach zatrzymałem się nagle.
— Czekaj.
— Co?
Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na nią z ogromną powagą.
— Zapomniałem się pożegnać.
— Z kim?
Odwróciłem się w stronę sali.
— Ze wszystkimi.
— Rick...
— To niegrzeczne wyjść bez pożegnania.
Zrobiłem krok z powrotem, ale Maddie natychmiast mnie zatrzymała.
— Nie. Absolutnie nie.
— Ale...
— Jutro będziesz wszystkim dziękował.
— Za co?
— Za to, że pozwolili ci wyjść.
Przez chwilę patrzyłem na nią w milczeniu, po czym parsknąłem śmiechem.
— Dobra. Jesteś mądrzejsza ode mnie.
— Dzisiaj? Zdecydowanie.
Oparłem się na niej ciężarem ciała, a ona westchnęła, próbując mnie utrzymać.
— I właśnie dlatego nigdy więcej nie pijesz ze mną.
— To brzmi jak groźba.
— To obietnica.
— Szkoda.
Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy wyprowadziła mnie na zewnątrz. Chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz, ale zamiast otrzeźwieć, tylko bardziej zakręciło mi w głowie.
— Ooo... — mruknąłem, patrząc na ulicę. — Świat dalej wiruje.
— Bo ty wirujesz.
— Nieprawda.
Zrobiłem krok i niemal od razu zatoczyłem się w bok.
Maddie złapała mnie za kurtkę.
— Właśnie dlatego idziesz do domu.
— Dobrze, mamo.
— Jeszcze raz tak powiesz, to wracasz tam sam.
— Przepraszam, Maddie.
Po sekundzie dodałem:
— Mamo.
— Rick!
Roześmiałem się, a ona tylko pokręciła głową, prowadząc mnie dalej.


Maddie? sorrry że tak długo uwu