Trzymając go pod rękę, próbowałam iść w miarę prosto chodnikiem, nie zwracając na nas niczyjej uwagi. Niestety utrzymywanie dwumetrowego Ricka było jak trzymanie dużego otwartego parasolu na silnym wietrze: przy mocniejszych porywach przechylałeś się razem z nim.
Wypiłam mniej alkoholu niż Rick, w końcu jutro (a raczej już dzisiaj) miałam pewne obowiązki w postaci pracy. Nie oznaczało to jednak, że całkowicie sobie odpuściłam - czasem trudno jest zerwać ze starymi nawykami i odpuścić.
Odpuścić... Jakie okropne słowo.
- Wiesz, że jesteś… - Rick zaczął mówić, spojrzałam na niego i czekałam, gotów mu dać w twarz. - …strasznie trudna do prowadzenia.
- To ty się chwiejesz - zauważyłam.
- Właśnie dlatego to wiem - odparł dumnie. - Gdyby nie ja, nie dałabyś radę iść.
Mimo jego uszczypliwości uśmiechałam się, było zabawnie. Albo był zabawny, albo alkohol całkowicie mnie rozluźnił. Albo oba.
Nagle chłopak uderzył nogą o hydrant. Alkohol w jego głowie stłumił ból. Zamiast krzyknąć czy przeklinąć, chłopak powiedział:
- Przepraszam pana - i szedł dalej.
- To był hydrant - zauważyłam.
- To tym bardziej mi przykro - zaśmiałam się, a on mi tylko zawtórował. Wątpię, aby zrozumiał o czym mówiłam.
W pewnym momencie się zatrzymał. Podniósł głowę do góry i spojrzał w nocne niebo. Pomimo tego, że stał na szeroko rozstawionych nogach, wydał się nagle trzeźwiejszy.
- Wiesz, co jest największym problemem człowieka? - zapytał spokojnym głosem.
- Co? - przez chwilę milczał. W końcu westchnął i odpowiedział:
- Schody - i cały obraz bardziej trzeźwego Ricka zgasł.
Wyciągnął telefon z kieszeni.
- Czekaj, idziemy nie w tą stronę - zaczął stukać w telefon.
- Idziemy w dobrym kierunku.
- Mylisz się - chwila ciszy. - Ja poprowadzę - i objął stery.
Przeszliśmy kolejne kilkaset metrów.
- Widzisz, dobrze że jestem - powiedział i nagle przechylił się na moją stronę. Ciężar dwumetrowego pijanego typa kazał mi na chwilę przystanąć.
- Tak? - mruknęłam kiedy go od siebie odetchnęłam, a ten stanął na równych nogach.
- Beze mnie byś się zgubiła - twierdził.
Nagle noga chłopaka ześlizgnęła się z krawężnika i mocno przechylił się na bok. Szliśmy złączeni ramię w ramię, więc musiałam się mocno zaprzeć nogami i odchylić do tyłu, aby razem z nim nie polecieć na asfalt.
Jadący samochód na nas zatrąbił. Rick pokazał mu środkowego palca i coś wykrzyknął (wydawało mi się, ale to było po rosyjsku?), a auto zaczęło zwalniać. Odsunęłam go od ulicy. Przy krawężniku zaparkowało auto, pasażer opuścił szybę.
- Mamy rozjechać ciebie i tą twoją niunię? - zapytał młody mężczyzna. Za kierownicą siedział podobny mu człowiek, a z tyłu auta przez przyciemnione szyby mogłam ujrzeć tylko sylwetki.
- Mamy ciebie rozjechać? - Rick próbował spapugować mężczyznę mówiąc bardziej kobiecym głosem. - Mam zaorać ci twarz chodnikiem? - powiedział tym samym tonem głosu. Sytuacja wydawała mi się zabawna do momentu, aż otworzyły się drugie drzwi pasażera od strony ulicy. Mężczyzna wzrostu Ricka o zdecydowanie większe wadze odwrócił się w naszą stronę trzymając w rękach kawałek kija albo metalowego drążka.
Kto normalny takie rzeczy wozi w aucie? Tylko ci, co szukają kłopotu.
- Moment, na tą walkę nie postawiłem żadnej kasy - zaprotestował pijany Rick.
- Bo ta nie była ustawiona - uśmiechnęłam się krzywo i przyciągnęłam do siebie Ricka mając nadzieje, że nabierze rozumu do tej pijanej głowy i oboje weźmiemy nogi za pas. Albo mężczyźni okażą się dobrymi duszyczkami o demonicznym twarzach - obojętnie.
Gdy zobaczyłam, że kolejny pasażer otwiera drzwi instynktownie uderzyłam podeszwą o auto, aby je zamknąć. Metal się zgiął w miejscu uderzenia buta.
Rick? Wybierz mądrze, ja chcę żyć