poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Od Maddie cd. Ricka

Trzymając go pod rękę, próbowałam iść w miarę prosto chodnikiem, nie zwracając na nas niczyjej uwagi. Niestety utrzymywanie dwumetrowego Ricka było jak trzymanie dużego otwartego parasolu na silnym wietrze: przy mocniejszych porywach przechylałeś się razem z nim.

Wypiłam mniej alkoholu niż Rick, w końcu jutro (a raczej już dzisiaj) miałam pewne obowiązki w postaci pracy. Nie oznaczało to jednak, że całkowicie sobie odpuściłam - czasem trudno jest zerwać ze starymi nawykami i odpuścić.

Odpuścić... Jakie okropne słowo.

- Wiesz, że jesteś… - Rick zaczął mówić, spojrzałam na niego i czekałam, gotów mu dać w twarz. - …strasznie trudna do prowadzenia.

- To ty się chwiejesz - zauważyłam.

- Właśnie dlatego to wiem - odparł dumnie. - Gdyby nie ja, nie dałabyś radę iść.

Mimo jego uszczypliwości uśmiechałam się, było zabawnie. Albo był zabawny, albo alkohol całkowicie mnie rozluźnił. Albo oba.

Nagle chłopak uderzył nogą o hydrant. Alkohol w jego głowie stłumił ból. Zamiast krzyknąć czy przeklinąć, chłopak powiedział:

- Przepraszam pana - i szedł dalej.

- To był hydrant - zauważyłam.

- To tym bardziej mi przykro - zaśmiałam się, a on mi tylko zawtórował. Wątpię, aby zrozumiał o czym mówiłam.

W pewnym momencie się zatrzymał. Podniósł głowę do góry i spojrzał w nocne niebo. Pomimo tego, że stał na szeroko rozstawionych nogach, wydał się nagle trzeźwiejszy.

- Wiesz, co jest największym problemem człowieka? - zapytał spokojnym głosem.

- Co? - przez chwilę milczał. W końcu westchnął i odpowiedział:

- Schody - i cały obraz bardziej trzeźwego Ricka zgasł. 

Wyciągnął telefon z kieszeni.

- Czekaj, idziemy nie w tą stronę - zaczął stukać w telefon.

- Idziemy w dobrym kierunku.

- Mylisz się - chwila ciszy. - Ja poprowadzę - i objął stery.

Przeszliśmy kolejne kilkaset metrów.

- Widzisz, dobrze że jestem - powiedział i nagle przechylił się na moją stronę. Ciężar dwumetrowego pijanego typa kazał mi na chwilę przystanąć. 

- Tak? - mruknęłam kiedy go od siebie odetchnęłam, a ten stanął na równych nogach.

- Beze mnie byś się zgubiła - twierdził. 

Nagle noga chłopaka ześlizgnęła się z krawężnika i mocno przechylił się na bok. Szliśmy złączeni ramię w ramię, więc musiałam się mocno zaprzeć nogami i odchylić do tyłu, aby razem z nim nie polecieć na asfalt.

Jadący samochód na nas zatrąbił. Rick pokazał mu środkowego palca i coś wykrzyknął (wydawało mi się, ale to było po rosyjsku?), a auto zaczęło zwalniać. Odsunęłam go od ulicy. Przy krawężniku zaparkowało auto, pasażer opuścił szybę.

- Mamy rozjechać ciebie i tą twoją niunię? - zapytał młody mężczyzna. Za kierownicą siedział podobny mu człowiek, a z tyłu auta przez przyciemnione szyby mogłam ujrzeć tylko sylwetki.

- Mamy ciebie rozjechać? - Rick próbował spapugować mężczyznę mówiąc bardziej kobiecym głosem. - Mam zaorać ci twarz chodnikiem? - powiedział tym samym tonem głosu. Sytuacja wydawała mi się zabawna do momentu, aż otworzyły się drugie drzwi pasażera od strony ulicy. Mężczyzna wzrostu Ricka o zdecydowanie większe wadze odwrócił się w naszą stronę trzymając w rękach kawałek kija albo metalowego drążka.

Kto normalny takie rzeczy wozi w aucie? Tylko ci, co szukają kłopotu. 

- Moment, na tą walkę nie postawiłem żadnej kasy - zaprotestował pijany Rick.

- Bo ta nie była ustawiona - uśmiechnęłam się krzywo i przyciągnęłam do siebie Ricka mając nadzieje, że nabierze rozumu do tej pijanej głowy i oboje weźmiemy nogi za pas. Albo mężczyźni okażą się dobrymi duszyczkami o demonicznym twarzach - obojętnie.

Gdy zobaczyłam, że kolejny pasażer otwiera drzwi instynktownie uderzyłam podeszwą o auto, aby je zamknąć. Metal się zgiął w miejscu uderzenia buta.


Rick? Wybierz mądrze, ja chcę żyć 


Od Ricka cd. Maddie

 - Wiedziałem, że chcesz siedzieć bliżej mnie – zaśmiałem się, trzymając w dłoni szklankę alkoholu. 

- Po prostu wszystkich odstraszasz tą swoją gębą – odgryzła sięz po czym zamówiła kolejny mocny alkohol. 
Postawili przed nami kolejne dwie szklanki, uśmiechnąłem się widząc to. Moje geny alkoholika szalały, świat dookoła mocno już wirował a ja powoli czułem jak zaczynam tracić kontrolę. Było to nieziemsko fajne uczucie, relaksujące. Oj zdecydowanie posiadam geny alkoholika po starym. Siedziałem już zdecydowanie zbyt długo, a kolejne minuty zlewały się ze sobą w jedną, rozmazaną całość. Szklanka w mojej dłoni była chyba jedyną rzeczą, której jeszcze byłem pewien. Reszta — muzyka, światła, twarze ludzi dookoła — wirowała jak w kiepskim teledysku.
— Jeszcze jednego? — zapytałem, unosząc szklankę w stronę Maddie.
Spojrzała na mnie z miną, która mówiła zdecydowanie więcej niż słowa.
— Rick, chyba już wystarczy.
— Wystarczy? — parsknąłem śmiechem. — Nawet się nie rozkręciłem.
— Właśnie widzę.
Oparłem się wygodniej na barowym krześle i próbowałem skupić wzrok na jej twarzy. Nie wychodziło mi to najlepiej.
— Wiesz, że masz dwie głowy?
— Ty masz trzy — odpowiedziała bez zawahania.
— Czyli wszystko się zgadza.
Roześmiałem się tak głośno, że kilka osób obok nas spojrzało na mnie. Pomachałem im z szerokim uśmiechem, jakbym właśnie znalazł nowych przyjaciół.
Maddie pokręciła głową.
— Idziemy do domu.
— Jakiego domu?
— Mojego. Albo twojego. Wszystko jedno, byle stąd.
— Ale ja się świetnie bawię.
Wstałem, chcąc udowodnić jej, że doskonale sobie radzę. Przez pierwsze pół sekundy nawet w to wierzyłem. Potem zachwiałem się i złapałem się blatu.
Maddie natychmiast podniosła się z miejsca.
— No właśnie. To jest ten moment, w którym kończysz imprezę.
— To blat się przesunął. - burknąłem.
— Jasne.
— Przysięgam.
Spróbowałem zrobić krok w jej stronę, ale zamiast tego odbiłem się ramieniem od oparcia krzesła.
— Cholera — mruknąłem, po czym zacząłem się śmiać.
Maddie złapała mnie za ramię.
— Chodź, bohaterze.
— Nigdzie nie idę.
— Rick.
— Maddie.
— Jesteś pijany.
— Nie jestem.
— Ledwo stoisz.
Spojrzałem w dół na własne nogi, jakbym dopiero teraz sobie przypomniał, że rzeczywiście je mam.
— Stoją.
— Cudem.
Wyszczerzyłem się do niej i nagle uznałem, że świetnym pomysłem będzie zabranie jej szklanki.
— Daj.
— Po co?
— Sprawdzę, czy nie jest zatruta.
— Rick, nawet nie próbuj.
Oczywiście spróbowałem.
Maddie wyrwała mi szklankę sprzed nosa, a ja zacząłem się śmiać jeszcze bardziej.
— Jesteś niemożliwy.
— Ale przynajmniej ci się nie nudzi.
— To akurat prawda.
Przez chwilę próbowałem jeszcze przekonać ją, że powinniśmy zostać, ale w pewnym momencie sam przestałem pamiętać, jaki był mój argument. Ostatecznie pozwoliłem jej wyciągnąć mnie z lokalu.
A przynajmniej taki był plan.
Przy drzwiach zatrzymałem się nagle.
— Czekaj.
— Co?
Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na nią z ogromną powagą.
— Zapomniałem się pożegnać.
— Z kim?
Odwróciłem się w stronę sali.
— Ze wszystkimi.
— Rick...
— To niegrzeczne wyjść bez pożegnania.
Zrobiłem krok z powrotem, ale Maddie natychmiast mnie zatrzymała.
— Nie. Absolutnie nie.
— Ale...
— Jutro będziesz wszystkim dziękował.
— Za co?
— Za to, że pozwolili ci wyjść.
Przez chwilę patrzyłem na nią w milczeniu, po czym parsknąłem śmiechem.
— Dobra. Jesteś mądrzejsza ode mnie.
— Dzisiaj? Zdecydowanie.
Oparłem się na niej ciężarem ciała, a ona westchnęła, próbując mnie utrzymać.
— I właśnie dlatego nigdy więcej nie pijesz ze mną.
— To brzmi jak groźba.
— To obietnica.
— Szkoda.
Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy wyprowadziła mnie na zewnątrz. Chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz, ale zamiast otrzeźwieć, tylko bardziej zakręciło mi w głowie.
— Ooo... — mruknąłem, patrząc na ulicę. — Świat dalej wiruje.
— Bo ty wirujesz.
— Nieprawda.
Zrobiłem krok i niemal od razu zatoczyłem się w bok.
Maddie złapała mnie za kurtkę.
— Właśnie dlatego idziesz do domu.
— Dobrze, mamo.
— Jeszcze raz tak powiesz, to wracasz tam sam.
— Przepraszam, Maddie.
Po sekundzie dodałem:
— Mamo.
— Rick!
Roześmiałem się, a ona tylko pokręciła głową, prowadząc mnie dalej.


Maddie? sorrry że tak długo uwu