czwartek, 27 marca 2025

Od Ricka cd. Maddie

- Jakbyś nie miał tu kota, powiedziałabym, że twoje mieszkanie wygląda jak nora zboczeńca - oznajmiła, schylając się po kotkę. 
- Jest aż tak źle? - zapytałem udając rozbawienie. Wiedziałem że było tu tragicznie ale na nic lepszego nie było mnie stać.
- Mógłbyś chociaż ściany pomalować. Przytulnie tu jak w piwnicy u...
- Zboczeńca - dokończyłem rozbawiony. - mogłem pomalować te jebane ściany ale nie chciało mi się. Po prostu.
Otworzyłem apteczkę i wyjąłem potrzebne rzeczy. Gdy przyłożyłem do jej ust wacik nasączony płynem dezynfekującym, spojrzała na mnie uważniej, jakby dopiero teraz zaczęła się przyglądać. Nie odpowiedziałem, zajęty swoją robotą, ale dostrzegłem, jak przesuwa wzrokiem po mojej twarzy. Widziałem to już wcześniej – spojrzenie, które rejestrowało linię żuchwy, krótkie, czarne włosy, kolczyki na twarzy. Jak zwykle ciekawość zatrzymała się na tatuażach wystających spod rękawa koszulki. Pewnie zastanawiała się, co oznaczają. Większość ludzi pytała. Gdyby nie złamany, teraz już nastawiony nos, wyglądałbym pewnie jak facet z gangsterskiego filmu – to też często słyszałem.— Kiedyś myślałem, żeby tu trochę odświeżyć — powiedziałem, przykładając kolejny wacik.
Dotykałem jej ust spokojnie, ostrożnie. Nie miałem zamiaru zrobić jej większej krzywdy, ale wiedziałem, że moje oczy mogły mówić coś zupełnie innego.
— I? Skończyło się na myśleniu? — zapytała powoli, starając się za bardzo nie poruszać wargami.
Odłożyłem wacik, teraz zabarwiony na czerwono.
— Widzisz rezultaty. Poza tym ani mi, ani Savannah to nie przeszkadza.
Kotka przeciągnęła się na jej kolanach, zupełnie obojętna na całą sytuację.
— Skąd jesteś? Co to za akcent? — zapytała nagle, unosząc brwi.
— Zgadnij — odpowiedziałem z rozbawieniem.
Zmarszczyła czoło.
— Nie wiem. To w ogóle ten kontynent?
Pokręciłem głową. Nie wyglądała na zainteresowaną zgadywaniem, więc po chwili westchnąłem i odpowiedziałem wprost:
— Z Rosji.
Przytaknęła, jakby wszystko nagle miało sens.
— Pasuje — mruknęła. — Przypominasz mi takiego wrednego, zadufanego Rosjanina, który robi, co chce, bo jego prawo nie dotyczy. Pewnie stamtąd nauczyłeś się tak słabo bić.
Zatrzymałem się na moment, mrużąc oczy. Poczułem, jak coś we mnie się zaciska.
— Wiesz, kogo ty mi przypominasz? — odparłem, nachylając się lekko. — Wyszczekaną i zbuntowaną Amerykankę, która po dorośnięciu nie będzie miała w życiu nic innego niż dzieci i kuchnię. Zazwyczaj takie żyją z zasiłku.
W jednej chwili jej stopa wylądowała w moim brzuchu, wytrącając mnie do tyłu razem z krzesłem. Upadłem, ale nie wydałem z siebie żadnego dźwięku
— To ty zaczęłaś — przyznałem, podnosząc się i ustawiając krzesło z powrotem na miejsce.
— Powiedziałam tylko, co myślę.
— Ja też.
Przez chwilę panowała cisza, zanim oznajmiłem, że skończyłem.
Oblizała usta z przyzwyczajenia, krzywiąc się lekko na smak płynu dezynfekującego.
— Twoje tatuaże coś oznaczają? — zapytała.
Uśmiechnąłem się kąśliwie.
— Tak, że gryzę.
Zmierzyła mnie wzrokiem, jakby próbowała ocenić, czy żartuję, czy mówię serio.
— Nie zdziwiłoby mnie to — mruknęła, przesuwając palcami po futrze Savannah.
Kotka zamruczała, a ja oparłem się o oparcie krzesła, przyglądając się jej. Wciąż miała lekko spuchnięte usta, ale wyglądała, jakby kompletnie o tym zapomniała.
— A tak serio? — zapytała w końcu, przechylając głowę.
— Niektóre coś oznaczają, inne po prostu są — wzruszyłem ramionami. — Nie jestem typem, który lubi się zwierzać.
— A gdybym ci powiedziała, że wyglądasz jak ktoś, kto ma wytatuowane całe życie na skórze?
— Pewnie bym się zaśmiał — odpowiedziałem, opierając łokieć o stół.
— No to się śmiej — odparła, unosząc brew.Zamknąłem na moment oczy, jakbym zastanawiał się, co powiedzieć. Potem podciągnąłem rękaw koszulki, odsłaniając fragment tatuażu na dłoni – czarny kruk z rozpostartymi skrzydłami, wpleciony w gęstą sieć cienkich, splątanych linii przypominających stare blizny.

— Ten ma znaczenie — powiedziałem cicho, przesuwając kciukiem po tuszu.
Oparła brodę na dłoni i zmrużyła oczy.

— Kruk?

— Mhm.

— Co symbolizuje?

— W Rosji mówi się, że kruki to złe znaki. Przynoszą śmierć albo nieszczęście. Ale wiesz co? Dla mnie to zawsze były ptaki, które przetrwają wszystko.

Milczała przez chwilę, wpatrując się w moją dłoń.

— I co, ty też jesteś jak kruk?

Zaśmiałem się cicho.

— Powiedzmy, że nauczyłem się spadać na nogi.

— Ale kruki nie spadają na nogi.

— Właśnie dlatego są mądrzejsze ode mnie.

Przewróciła oczami, ale uśmiechnęła się lekko.

— No dobra, przyznaję. Nie spodziewałam się, że za tymi tatuażami faktycznie coś się kryje.

— Nie wszystkie mają znaczenie — wzruszyłem ramionami. — Ale ten akurat coś dla mnie znaczy.

Nie odpowiedziała, ale patrzyła na mnie inaczej. Jakby przez moment zobaczyła coś więcej niż tylko faceta z tatuażami i paskudnym charakterem.

Podwinąłem rękaw pokazując skolopendrę. 

- Jestem czasem jak taki robak: obrzydliwy, wijący się, zgrabny. - mrugnąłem do niej. Lekko się uśmiechnęła ale próbowała to ukryć.

- Kosiarz - podniosłem koszulkę pokazując z przodu klatki piersiowej tatuaż, nad nim napis demon. - Śmierć jest dla mnie motywem tragicznym, mrocznym ale i ciekawym. Czuje że te tematy są mi po prostu bliskie. - odwróciłem się, poprawiając koszulkę i odłożyłem obok apteczkę.

- A ten coś na plecach? - zapytała, zapewne zauważając tatuaż zza kołnierza koszulki. 

- Oni - poprawiłem ją, unosząc tył ubrania. - Symbolizują siłę i męskość, ochraniają przed złem ale też każą złych ludzi. - zatrzymałem się na chwilę. - Demony które niegdyś były ludźmi. Są też ciemną stroną ludzkiej natury. - mruknąłem odwracając się do niej przodem. 

- Kawy, herbaty? - uciąłem temat 

- A to? - spytała wskazując na moje przedramię. Tatuaż psa, owiniętego drutem kolczastym który pokrywał stare blizny z wojska. Szarpane blizny  gdy uciekałem z poligonu i zahaczyłem o drut kolczasty. Próbowałem zakryć je tuszem.

- Pamiątka z wojska. - mruknąłem ucinając ponownie temat tym razem z nadzieją że skutecznie, odwracając się do kuchenki. - To co chcesz do picia? 




Od Ricka cd. Audrey

Odprowadziłem nieznajomą wzrokiem, gdy szła przed siebie szybkim krokiem. Było coś w jej ruchach – może zmęczenie, może napięcie – co sprawiło, że postanowił nie zostawiać jej samej na tej ulicy. Poza tym sam miałem ochotę na coś mocniejszego, a pobliski bar był dobrym wyborem. Przedarliśmy się przez tłum w wejściu, zająłem miejsce przy barze, nieprzyjemne siedzenia wbijające się w uda. Spojrzałem na nieznajomą kątem oka, zamówiła wściekłe psy. Ciekawy wybór jak na spotkanie z nieznajomym. Dla siebie wziąłem szklankę whisky. 
Miałem krótką okazję przyjrzeć się jej lepiej, zmęczone ale uważne spojrzenie. Znałem to już gdzieś. Odwróciła się lekko w moją stronę i westchnęła.
- Uratowałeś mnie dzisiaj z tym barem. - powiedziała rzucając spojrzenie w stronę barmana.
- Chyba potrzebowałam wyjść dzisiaj z domu.
Uniosłem lekko brwi.
- Przynajmniej nie błąkasz się po ulicach.
— Nie, ale mówię poważnie. Od kilku dni żyję przeprowadzką.
— Jesteś tu nowa?
Zauważyłem, jak zmrużyła oczy, wpatrując się we mnie badawczo.
— Aż tak to widać? — Zawahała się na moment, jakby coś ją nagle zaskoczyło. — Mój pierwszy dzień w Idaho. I pokonały mnie papiery. I kartony.
Uśmiechnąłem się.
— Czasami tak bywa, ale...
Nie dokończyłem, bo nagle telefon dziewczyny zapiszczał na blacie, rozpraszając ich rozmowę. Przez chwilę wpatrywała się w ekran, a potem wyraźnie się rozluźniła.
— Słuchaj, a jak ty właściwie się nazywasz? — zapytała nagle i wyciągnęła do mnie rękę. — Ja jestem Audrey.
Uścisnąłem dłoń pewnie ale delikatnie.
— Rick Morgan.
Audrey uśmiechnęła się lekko, a barman w tym momencie postawił przed nimi dwa małe kieliszki z warstwowym, kolorowym alkoholem. Spojrzałem na nie z rozbawieniem.
— Dawno nie piłem wściekłych psów.
— Zawsze jest czas na przypomnienie sobie starych rzeczy.
— Ciekawe, czy dotyczy to też ludzi — rzuciłem,  łapiąc za szklankę whisky którą właśnie podał mi barman.
Audrey spojrzała na mnie z zastanowieniem, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, stuknęliśmy się szkłem i wypiliśmy po łyku. Alkohol zapiekł w gardle, a ja poczułem znajome ciepło rozlewające się po ciele.
- Co cię sprowadza droga Audrey na takie zadupie? - uśmiechnąłem się do niej na moment, wystawiając swój rozdwojony język.

Audrey?
 

wtorek, 11 marca 2025

Od Audrey cd. Mi'i

Dopiero nieprzyjemne szarpnięcie wyrwało Audrey z letargu. Dziewczyna zachłysnęła się powietrzem, czując, że nie jest już w pomieszczeniu. Dalej trzymała drobną dłoń białowłosej, nerwowo zaciskając na niej palce. Pomału wracała jej świadomość, ale widok ognia niemal odciął ją od rzeczywistości. Mia zaciągnęła ją na najbliższą ławkę, która była kilkadziesiąt metrów od wejścia do sklepu. Audrey usiadła, wzięła kilka głębszych wdechów i ukryła twarz w dłoniach. 

Minęło zaledwie kilka minut jak drzwi księgarni otworzyły się gwałtownie i stanął w nich właściciel. Na jego koszuli widać było kłęby sadzy i dziwnej, gęstej piany. Podbiegł do dziewczyn i objął je zmartwionym spojrzeniem.
— Ugasiłem – oznajmił, oddychając ciężko — Ale cały regał poszedł z dymem. Ale jak? Spięcie? Zepsuty kabel? W tej kamienicy pożaru nie było od lat...
Audrey przełknęła ślinę, czując, że to nie koniec kłopotów. Spalony regał. Spalone książki. Nikt, poza białowłosą, nie wiedział, że to ona. Spojrzenie Audrey skierowało się na dziewczynę. Zanim zdążyła się odezwać, na ulicę wjechał rozpędzony wóz strażacki. 

To, co zaczęło się potem dziać, było absurdalne. Kilku mężczyzn wbiegło do księgarni, mimo zapewnienia, że żadnego ognia już nie ma. Ich smutne miny po wyjściu niemal wywołały w Audrey wyrzuty sumienia. Kilku z nich oglądało spalony regał, a jeden zaczął przesłuchiwać właściciela. W tym czasie dziewczyny siedziały w grobowej ciszy na ławce. Chcąc czy nie chcąc, słyszały całe przesłuchanie właściciela.

— Ale jak to, jest pan pewien?
— Nie wiem, po prostu zobaczyłem ogień i próbowałem się go pozbyć — odpowiedział właściciel księgarni, który wydawał się dość poddenerwowany całą tą sytuacją, tłumaczeniem się i pedantyzmem ze strony strażaka — Udało mi się ugasić pożar samodzielnie, ale cały regał z książkami został zniszczony. Na szczęście, na zapleczu, zgodnie z zaleceniami sanepidu, miałem gaśnicę... Mam papiery z ostatniej inspekcji. Mam też ubezpieczenie. Cały lokal i książki są ubezpieczone.
Strażak spojrzał na niego sceptycznie, ale nie skomentował tego. Najwyraźniej dał sobie już spokój. W końcu twierdził, że jeśli nie było co gasić, to równie dobrze mogli tu nie przyjeżdżać.
— Czy ktokolwiek został ranny? — zapytał finalnie, niemalże minucie ciszy.
— Nie, nikomu nic się nie stało — odpowiedział chłopak, kierując szybko wzrok na dwie dziewczyny, które jako jedyne poza nim były w tej księgarni — Dziękuję, że przyjechaliście tak szybko.


Podszedł do nich jeden z ratowników. Nie ten, który przesłuchiwał właściciela, ale inny. Był wysoki, postawny, a na jego ciemnożółtym mundurze widniała naszywka z nazwiskiem Gibson. Dla Audrey ten kolor bardziej przypominał musztardę niżeli klasyczny odcień żółci.
– Wszystko w porządku? – zapytał, mierząc je spojrzeniem.
Białowłosa kiwnęła głową, ale Audrey nadal wyglądała na oszołomioną.
– Możemy zadać wam kilka pytań? – Gibson spojrzał na notatnik, który trzymał w dłoni – Właściciel mówi, że ogień pojawił się nagle, a wy byłyście w środku.
Audrey ścisnęła rąbek swojej koszulki i spojrzała na dziewczynę.
– Tak – powiedziała szybko – Byłyśmy tam.
Strażak zapisał coś w notatniku. Audrey niemalże wzdrygnęła się, widząc, jak obgryziony do bólu długopis sunie po papierze z niewiarygodną szybkością.
– Widział ktoś, jak to się zaczęło?
Audrey zbiła obcasem buta niewidzialny pyłek z chodnika. Białowłosa widziała. Ja widziałam. Ale jeśli powiemy prawdę... Nie, jeśli ona powie prawdę...
– Nie jesteśmy pewne – powiedziała ostrożnie Audrey – Byłyśmy skupione na książkach, kiedy nagle... ogień się pojawił.
Dziewczyna drgnęła. Gibson spojrzał na nią i uniósł brew.
– Niczego nie widziałaś? – zwrócił się teraz bezpośrednio do niej.
Białowłosa otworzyła usta, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, Audrey chwyciła ją delikatnie za rękę i ścisnęła.


Mia?
im just a girl


czwartek, 6 marca 2025

od Arthura cd. Zei

 Zerkałem to na szopa, to na Zeye. Obłęd w ich oczach był dość podobny, chociaż szop wyglądał na nieco bardziej agresywnego i niezadowolonego ze swojej sytuacji, niż Zeya. Duże dziecko.
Odpaliłem papierosa, czekając na odpowiedź chłopaka.
- Siedział tam. - Wskazał na pobliskie krzaki szopem. Użył szopa jako wskaźnika. Zwierzak zaczął się wiercić, walcząc o wolność. 
- Tam? - powtórzyłem. - I tak po prostu go wziąłeś?
- Taak?
Szuszczenie szopa w rękach Zei przerwało moje westchnięcie. Zaciągnąłem się dymem, patrząc, jak Zeya przytula do siebie zwierzę i coś do niego mówi.
Poprosiłem chłopaka, by wypuścił zwierzę, drepcząc w miejscu. Zeya spojrzał na mnie wzrokiem zbitego szczeniaka, wręcz błagalnie, byleby nie musieć rozstawać się z Dorianem. Kąciki jego ust zadrżały, jakby chciał powstrzymać się od wybuchnięcia śmiechem.
- Nie ma opcji. Jest lepszym przyjacielem niż ty - Byłem bliski odegrania dramatycznej sceny, jak łamie mi się serce, że szop jest ważniejszy ode mnie. - Wraca ze mną.
- Najwyżej na piechotę. 
- Nie zrobiłbyś mi tego, prawda? 
- Chyba cię do reszty popierdoliło, jeśli myślisz, że wpuszczę to coś do dziecinki. - Zacisnąłem mocniej dłoń na łomie, powoli tracąc cierpliwość do tej dwójki. Za chwilę ten szop będzie mi pomagał zakopać tego barana, albo zostaną sami ze sobą i nie będę się niczym przejmował.
Moje marzenia, o pozostawieniu ich w lesie przerwał histeryczny krzyk mojego towarzysza.
- Dorian! Nie! 
Światło z mojej czołówki odprowadziło domniemanego Doriana do krzaków, gdzie zniknął, szeleszcząc liśćmi. 
Na miejscu tego szopa, uciekałbym do innego stanu, w nadziei, że ten chory pojeb mnie nie znajdzie.
- Wracamy. - mruknąłem, gasząc papierosa pod butem. Zacząłem iść w kierunku z którego przyszedłem; tak przynajmniej myślę. Nie dochodziły mnie dźwięki kroków azjaty, więc odwróciłem się za siebie. Chłopak stał, patrząc raz w krzaki, raz na mnie. - Wracamy. - Ponowiłem informacje. - Chodź stary, Dorian pewnie ma rodzinę. - Dodałem, już nieco mniej agresywnym tonem, i opuściłem przedmiot, który trzymałem w ręce. - Nie pobije cię.
Z Zei jakby zeszło napięcie, ostatni raz spojrzał z rozczarowaniem na miejsce, gdzie zniknął jego przyjaciel i podszedł do mnie, burcząc coś pod nosem.

Droga powrotna wydawała się być dużo dłuższa, niż ta, którą tu trafiłem. Miałem wrażenie, że co chwila mijamy to samo drzewo, a mojej niepewności wcale nie zmniejszało poczucie czyjegoś wzroku na sobie. I nie był to wzrok mojego towarzysza.
Oczywiście, że zwierzęta chodziły po lesie, te dźwięki były normalne. Ale jednak nie czułem się pewnie; tym samym chyba przeniosłem to na chłopaka, który chociaż na chwilę przestał opowiadać o Dorianie.
- A jeśli znajdziemy go i nazwę go Maurycy? 
- Zeya, przysięgam, że jeszcze raz coś powiesz o tym zasranym szopie, to cie tu zostawie i będziesz mógł się pieprzyć z tym szczurem ile tylko zapragniesz.
- Będzie więc Maurycy. - stwierdził tryumfalnie.
Przewróciłem oczami i poprawiłem czołówkę, szukając wzrokiem ścieżki do samochodu. Krążyliśmy tak kolejne kilka, albo kilkanaście minut, nim wreszcie las zaczął się przerzedzać. Dziecinka stała tam, gdzie stała. Odetchnąłem z domniemaną ulgą. Wciąż nie mogłem pozbyć się dziwnego przeczucia.
Zapaliłem papierosa.
- Masz wrażenie, że ktoś nas obserwuje? - dmuchnąłem w stronę nieba, modląc się, by to po prostu była moja paranoja, a nie fakt.
- Yhm. - coś zaszeleściło w krzakach, więc oczywiście, że musieliśmy to sprawdzić. Zeya rozchylił badyle, a ja stanąłem za nim, będąc gotowym by w razie czego udawać że nas obronię. Czarna kula wystrzeliła jak z procy, przebiegając po nogach Zei i odbijając się ode mnie. Krzyknęliśmy, odskakując w popłochu od krzaków.
- Co to do kurwy nędzy było?! - odwróciłem się, próbując znaleźć demona, który nas zaatakował. 
- Lis? - zgadywał - MAURYCY. - podekscytował się.
- Wracamy. - chwyciłem za klamkę. - JAPIERDOLE MAURYCY W IMPALI - odwróciłem się na pięcie i odszedłem o krok od auta, by wrócić do niego po chwili i upewnić się, że na pewno wszystko dobrze widzę. W moim aucie siedział jebany kurwa szop pracz.
- Mówiłem że wróci! - Spaliłem wzrokiem chłopaka, który zanosił się śmiechem, widząc moją wkurwioną  minę. Jakby nie patrzeć, musiałem wyglądać, jakbym uciekł z wariatkowa - łom, czołówka, pełno liści na sobie i do tego krzyczę, o jakimś Maurycym w środku nocy. W końcu i ja parsknąłem śmiechem, nie mogąc już tego dłużej powstrzymywać. 

Zeyaa? adoptowaliśmy syna


poniedziałek, 3 marca 2025

Od Maddie cd. Ricka

Kamienica, w której mieszkał chłopak, była niemal tak stara, jak nasza, z tą różnicą, że jego posiadała windę - ale nie działała, więc punktacja się wyrównała. Mieszkanie zaś wyglądało gorzej, niż stara kamienica. W pierwszej chwili nie chciałam wchodzić, ale gdy zobaczyłam zwierzątko pałętające się po jego pokoju, zaryzykowałam. W najlepszym wypadku nie będę musiała myśleć o przyszłości. 
Gdy zajęłam się Savannah, chłopak zniknął w innym pomieszczeniu. Podniosłam głowę do góry, kiedy rzucił apteczkę na stół.
- Trzeba by się zająć tą twoją mordką, co? - zapytał spokojnie, uśmiechając się przy tym. Zastanawiałam się, czy był to szczery uśmiech, czy powoli wracał do tego, co było w sali. Jeśli tak, przyrzekam, że jeszcze raz mu złamie nos.
Podniosłam się i podeszłam do stolika, a kotka ruszyła za mną. Gdy usiadłam na krześle, rozejrzałam się po jego pokoju.
- Jakbyś nie miał tu kota, powiedziałabym, że twoje mieszkanie wygląda jak nora zboczeńca - oznajmiłam, schylając się i podnosząc kotkę, która zaczęła ocierać się o moją nogę. 
- Jest aż tak źle? - zapytał, chociaż na jego twarzy widziałam rozbawienie. On dobrze wiedział, że najlepiej nie było. Wystające rury, kable na podłodze i cienka kratka w oknie. 
- Mógłbyś chociaż ściany pomalować. Przytulnie tu jak w piwnicy u...
- Zboczeńca - chłopak dokończył, lekko ubawiony swoją sytuacją. Nie przejmował się swoim mieszkaniem, a mi nie przeszkadzało to, jak i gdzie żył. Przedstawiałam mu jedynie suche fakty.
Otworzył apteczkę i wyjął potrzebne rzeczy. Gdy przyłożył do moich ust wacik nasączony płynem dezynfekującym, przyjrzałam mu się i dopiero teraz stwierdziłam, że Bóg zamiast podarować mu rozum, podarował wygląd. Miał wyraźnie zaznaczoną linię żuchwy, a krótkie, czarne włosy dodawały mu tajemniczego uroku. Szafirowe oczy i kolczyki na twarzy były jego znakami szczególnymi. Ponad to spod koszulki wystawały tatuaże, a ja zaczęłam się zastanawiać, co w jego przypadku mogłyby oznaczać. Gdyby nie czerwony i nieco spuchnięty po złamaniu i nastawieniu nos jak u Rudolfa, przypominałby mi aktora, grającego w gangsterskim filmie.
- Kiedyś myślałem, by tu trochę odświeżyć - powiedział. Dotykał moich ust spokojnie i delikatnie, jakby się bał, że zrobi mi większa krzywdę. Szkoda, że jego oczy mówiły coś kompletnie odwrotnego. A może mi się wydawało?
- I? Skończyło się na myśleniu? - mówiłam powoli, starając się za bardzo nie ruszać wargami. Rick odłożył wacik nasączony czerwonym kolorem i przygotował drugi. 
- Widzisz rezultaty. Po za tym ani mi ani Savannah to nie przeszkadza - przyłożył czysty wacik do moich ust. Kotka wygodnie się ułożyła na moich kolanach.
- Skąd jesteś? Co to za akcent? - zapytałam, dopiero teraz wyłapując jego sposób mówienia.
- Zgadnij - zmarszczyłam brwi.
- Nie wiem. To w ogólne ten kontynent? - pokręcił głową, a ja tylko wzruszyłam ramionami, nie mając zamiaru zgadywać, bo równie dobrze mogłabym mu wymienić wszystkie kraje jakie znałam. W końcu po dłuższej chwili milczenia przyznał, że jest z Rosji.
- Pasuje. Przypominasz mi takiego wrednego, zadufanego Rosjanina, który robi co chce, bo jego prawo nie dotyczy. Pewnie stamtąd nauczyłeś się tak słabo bić - powiedziałam spokojnie, nie sądząc, że go to aż tak mocno wkurzy.
- Wiesz kogo ty mi przypominasz? Wyszczekaną i zbuntowaną Amerykankę, która po dorośnięciu nie będzie miała w życiu nic innego, niż dzieci i kuchnie. Zazwyczaj takie żyją z zasiłku - przytrzymałam kotka, aby nie spadł, po czym uderzyłam go stopą w brzuch, wywalając do tyłu z krzesła. Upadł, ale nie wydał z siebie ani jednego dźwięku. 
- To ty zaczęłaś - przyznał wstając z ziemi, podnosząc krzesło i z powrotem siadając przede mną. 
- Powiedziałam tylko co myślę.
- Ja też.
Potem milczeliśmy, aż nie oznajmił, że skończył. Polizałam z przyzwyczajenia usta, czując smak płynu dezynfekującego.
- Twoje tatuaże coś oznaczają? - zapytałam. 

Rick?

Od Ricka cd. Maddie


- Dawaj ten łeb – powiedziała i złapała mnie za policzki, przyciągając moją twarz do siebie. Nie wiedziałem co chciała zrobić więc nie ruszałem się praktycznie ani na milimetr.

- Jaki film wczoraj oglądałeś? - zadała pytanie od czapy, nie wiedziałem co odpowiedzieć, mój mózg próbował przeanalizować co się dzieje ale zanim doszedłem do jakichkolwiek wniosków poczułem jak łapie między palce mój nos i nastawia go. Krzyknąłem tym niespodziewanym ruchem ale szczerze nie czułem bólu, może adrenalina nie wyszła jeszcze z mojego ciała.

- Masz. Auta ci nie naprawie, ale nos masz nastawiony. - wycedziła, przygryzając usta by po chwili syknąć z bólu. Westchnąłem, wolałbym naprawione auto ale no cóż. Wymruczałem cicho podziękowanie, nie raczyła nawet usłyszeć, zaczęła się za to rozglądać. Zrobiliśmy trochę bałaganu ale z drugiej strony to tylko trawa, a krew z chodnika zmyje się przy deszczu. Maddie kucnęła przy aucie, podnosząc telefon a po chwili zaczęła się nerwowo rozglądać. Zgadywałem że chodzi o klucze więc także zacząłem ich wypatrywać. Przykucnęła pod autem, sięgając po zapewne klucze pod maszynerię ale przeklnęła pod nosem. Uśmiechnąłem się do siebie widząc jej marną próbę, krótkie rączki. Schyliłem się mimo wszystko, zajrzałem pod auto i wyciągnąłem jej ukochane klucze. Zerknąłem na nie szybko, nie dając jej ani trochę prywatności i czytając ją głos napis na zawieszce.

- Upadłeś? Doturlaj się do celu? - uśmiechnąłem się lekko. Nie spodziewałem się po nerwusce uroczej pandki z ckliwym napisem.

- Jak panda. Wszędzie się turlają. - dodała. - Już ochłonąłeś? Dasz radę jechać autem i nie przejechać nikogo?

- Kolejna próba przejechania ciebie się liczy? - uśmiechnąłem się. Wywróciła oczami.

- Tylko jeśli zgodzisz się wpaść do mnie. - uśmiechnąłem się lekko. - Trzeba ci opatrzeć te usta bo zaraz się tu wykrwawisz. - zarzuciłem głową, zwracając uwagę jak ciągle przygryzała usta nie dając ranie się uspokoić. Widać że chwilę się wahała. 
- Niech będzie, tylko nie jeździj jak debil. - westchnęła, chowając do kieszeni klucze. Otworzyłem drzwi swojego Buicka regala gnx, stare autko, mające swoje lata ale wciąż w klasie sportowej. Nachyliłem się od strony pasażera, otwierając jej drzwi i rzucając jej tanie chusteczki ze schowka. 
- Nie pokrwaw mi tapicerki, wchłania wszystko jak cholera. - mruknąłem pokazując starą, wyblakłą plamę z krwi na kierownicy. Wywróciła oczami. Znowu. Gałki jej kiedyś wypadną jak tak będzie ciągle robić. Wzięła mimo wszystko chusteczki i przyłożyła je delikatnie do ust. 


Znaleźliśmy się u mnie w kamienicy, otworzyłem drzwi wejściowe, kierując się od razu do windy. Wcisnąłem przycisk przywołania windy, nawet się nie zaświecił. Westchnąłem głośno kierując się w stronę schodów. Maddie podeszła do windy, wciskając guzik topornie, jakbym ja zrobił to źle.

- Nie działa. Nie działała i pewnie nigdy nie będzie działać. - westchnąłem do niej, po czym zacząłem wspinaczkę po schodach. Po paru minutach znaleźliśmy się na najwyższym piętrze, wsadziłem klucze do drzwi swojego mieszkania, jedynego na tym piętrze. Pchnąłem mocno drzwi, zacinały się czasem przy otwieraniu. Zaprosiłem dziewczynę do środka. Nie zdążyliśmy zamienić słowa a z korytarza rozległo się donośne miałczenie. 

- Mam nadzieję że nie masz alergii na koty. - uśmiechnąłem się lekko, gdy z mojej sypialni przybiegła do nas mała kotka, przybłęda, głośno miałkając jak to miała w zwyczaju na moje powitanie. Savi szybko obtarła się wokoło moich nóg i poleciała obwąchiwać dziewczynę. Widziałem że miała iskierki w oczach na jej widok ale starała się je powstrzymać.

- Gryzie ale dla zabawy. I drze ryja. - powiedziałem do niej, zdejmując buty. 

- Mogę? - zapytała kucając do kotki, dając jej obwąchać jej dłoń. 

- Jasne, i tak jakbym powiedział nie to ciężko tą bestie utrzymać w miejscu. - westchnąłem. - Nazywa się Savannah. - 

Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie do Savi, gdy ta zaczęła ocierać się o jej dłoń pyszczkiem. Zaczęła się głaskanina, uśmiechałem się lekko do siebie i poszedłem do kuchni gdzie trzymałem apteczkę. Rzuciłem trochę zdarte, stare czerwone pudło na stół.

- Trzeba by się zająć tą twoją mordką co? - uśmiechnąłem się do Maddie.

Maddie?

niedziela, 2 marca 2025

Od Mi'i cd. Audrey

Bart Dawes. Człowiek o świetlanej przyszłości, który na własne życzenie traci wszystko. Chcą zburzyć jego dom, a na jego miejscu postawić autostradę - i wedle głównego bohatera, jest to nie tylko wtargnięcie brudnymi buciorami w czyjeś prywatne życie, ale okrutne barbarzyństwo, które zabiera ci wszystko, co posiadasz i kochasz. Słyszałam o autorze tej książki wiele razy, jego opowiadania pojawiały się w magazynie New York Times i kiedy dzisiejszego dnia potrzebowałam małej zmiany w swoim codziennym życiu, sięgnęłam po cienką książkę, którą znalazłam w mojej ulubionej księgarni. Historia mnie wciągnęła i mocno poruszyła. Byłam już w jej połowie. Główny bohater, biedny Bart, utraciwszy wszystko, w tym zdrowy rozsądek, rzucił koktajle mołotowa w pojazdy, które siały spustoszenie na niewinnym mieście w imię obwodnicy miasta. Mężczyzna podpalił dwa walce, dwa buldożery, furgonetkę, polowe biuro Lane Construction oraz dźwig. Najważniejszy w tym momencie był dźwig, na którego mocnym i grubym łańcuchy zwisała ogromna kula, burząca wszystko na swej drodze. Dźwig płonął najmocniej ze wszystkich sprzętów. Ogień chłonął kabinę, a kiedy dotarł do baku z paliwem...
- O cholera - usłyszałam. Ten dźwięk przebił się do mojej przestrzeni cichej wyobraźni i zmusił, abym spojrzała na właścicielkę tych słów.
Żółto-pomarańczowe światło objęło książkę w ciasnym uścisku, niczym matka broniąca swoje dziecko. Dziewczyna, która niedawno pojawiła się w księgarni, próbowała zdeptać ów matkę, ale ona się tylko powiększyła i objęła swoimi ramionami kolejne dzieci. Ogień pożerał kolejne księgi, niczym dźwig z książki, którzy burzył pralnie aż do jej ostatnich fundamentów. 
- Nie nie nie... - za długo stałam, a to wszystko przez moje błądzące jeszcze w wyobraźni myśli, przewracające się między płonącym dźwigiem, a płonącymi książkami. Przez chwilę nie wiedziałam, które z nich jest rzeczywistością, aż do mojego nosa dotarł ostry smród palonego papieru. - Nie nie nie - mówiłam już głośniej i kiedy chciałam rzucić się na ogień, aby go ugasić, ujrzałam oczami wyobraźni, jak Bart Dawes nieświadomie uchyla się przed lecącymi kawałkami maszyn, które wybuchły od namiętnego spotkania ognia z benzyną. 
Spojrzałam na dziewczynę. Stała nieruchomo, a w jednej dłoni trzymała książkę, a w drugiej papierosa. W tej chwili nie powiązałam faktów, dla mnie jedyne, co było jasne to to, że ogień zdecydowanie za szybko się rozprzestrzeniał. Moje myśli były jeszcze daleko, ale nogi same zadziałały. Pobiegłam do Anthony'ego pracującego w księgarni.
Chłopak jednak myślał i działał szybciej niż my. Nim dobiegłam do lady, on był już w połowie drogi, kierującej go do pożaru. Musiał coś wyczuć, ale jak na złość, nie wziął ze sobą niczego, czym mógłby ugasić ogień. 
- Co jest?! - krzyknął zszokowany, widząc, jak pożar zajął już cały regał z książkami. Stałam za nim i patrzyłam, dopiero teraz rozróżniając co było rzeczywistością, a co fikcją. Bart Dawes za pomocą koktajli mołotowa podpalił maszyny budowlane. Dziewczyna z księgarni przypadkowo podpaliła książki papierosem. 
- Uciekajcie stąd - chłopak zwrócił się do mnie, po czym pobiegł z powrotem do lady. Szybko stanęłam obok znieruchomiałej nieznajomej, łapiąc ją za rękę i ciągnąc do siebie.
- Obudź się! - krzyknęłam do niej, a jej nogi zaczęły ją nieść tam, gdzie prowadziłam. A biegłam do wyjścia, zastanawiając się, co czuł Bart Dawes, gdy niszczył maszyny. Na pewno, tak samo jak ja, czuł przypływ adrenaliny.

Audrey?