środa, 26 grudnia 2018

Od Maxime do Quilla

Odchyliłam głowę do tyłu, jednocześnie pozwalając sobie delikatnie opaść na trawę. Moje trzy ukochane konie oraz wszystkie rzeczy już dawno są w akademii, pomyślałam, wpatrując się w chmury. Te białe obłoczki zawsze robiły na mnie wrażenie. Właściwie, to bardzo często im zazdrościłam. Mają prawo przybierać jaką postać chcą i podróżować gdzie tylko chcą. Mogą zniknąć i nikomu się nie pokazywać. I nikt nie będzie się pytał, gdzie są.
Ciężko jest myśleć, że mój przyjazd do akademii tak się opóźnia. W tej chwili miałam obserwować wszystko to co teraz w Tasmanii, ale w Alabamie, nad Zatoką Meksykańską. Jednak samoloty i loty potrafią płatać takie figle. Wylot miałam dopiero o godzinie dwudziestej trzeciej trzydzieści, co znaczy, że na lotnisko muszę jechać za maksymalnie pół godziny. Mieszkanie na małej wyspie jest cudowne, przynajmniej wszędzie mam blisko!
Siedząc w samochodzie, obserwowałam wszystko, co dzieje się za szybą. Cała droga, którą jechałam, ciągnęła się koło Oceanu Spokojnego, który wieczorem wyglądał pięknie. Opis tego widoku zająłby mi o wiele więcej niż lot do Ameryki, więc nie będę się tym z wami dzieliła.
Siedzenia w samochodzie były niezwykle wygodne, a on sam bardzo duży. Dawało mi to pełną swobodę ruchu. Mogłam się rozłożyć, a kierowcy, mojemu dziadkowi, na pewno by to nie przeszkadzało.
Będę tęsknić, za całą tą wyspą, pomyślałam. Za diabełkami tasmańskimi, za fokami, zachodami słońca nad plażą i wielkością tego państewka. Było tu tak spokojnie, nie powiem, dość ciężko jest się tu dostać.
- Jak tam, Maxi? Cieszysz się, że wyjeżdżasz? - spytał się mnie siwowłosy mężczyzna siedzący za kierownicą.
Wzruszyłam ramionami z obojętną miną.
- Wiesz, że nie wiem? - odparłam. - Boję się, że tak wielka zmiana nie wypłynie na mnie i moich podopiecznych dobrze.
~-~
2018.12.26
Drogi pamiętniku!
W akademii jest świetnie. Jestem tu od kilku dni i nie mam żadnych znajomych, a na żadnego z moich Pysi jeszcze nie wsiadłam. Fascynuje mnie tutejsza architektura, a przede wszystkim różnorodność osób. Pamiętam, jak pisałam, że boję się przyjazdu, ale teraz widzę, że nie było trzeba! Niczego mi nie brakuje. Dobra, niczego, prócz znajomych. Bo w końcu bez innych ludzi jest trochę dziwnie, prawda? Ale tam, pewnie kogoś poznam w następnych dniach. Ten wpis jest krótki, ale to dlatego, że idę teraz do stajni. Więc dziękuję Ci bardzo za to, że mnie wysłuchałeś!
Włożyłam gruby notes, który aktualnie jest moim kochanym dziennikiem, z powrotem do szafki, po czym przeciągnęłam się leniwie. Wzięłam z krzesła granatowe bryczesy, białą koszulkę z długim rękawem i szarą rozpinaną bluzę, po czym przebrałam się w cały swój dobytek. Założyłam brązowe oficerki, wzięłam do ręki toczek oraz nałożyłam na siebie kurtkę. Rozejrzałam się po pokoju. Moją uwagę zwrócił leżący na biurku srebrny telefon, który bez wahania wzięłam. Zgasiłam wszystkie światła, wyszłam z pokoju i zamknęłam go na klucz. Musiałam się chwilę z nim siłować. Z kluczykiem i zamkiem się nie polubiłam, definitywnie. Gdy wreszcie udało mi się zamknąć pokój i wrzucić kluczyki do kieszeni kurtki, odwróciłam się i nie patrząc gdzie i w co idę, wpadłam na coś. A może raczej na kogoś? Tak, zdecydowanie był to ktoś. Płeć męska, duże, granatowe oczy, kręcone włosy i… Otrząsnęłam się. Lis.

 Quill?

Od Billa cd. Scarlett

- Bill, nie chcę żebyś myślał że jesteś w jakiś sposób przez nas zaniedbywany. - zagadnęła moja ukochana matka, przerywając rozkoszną ciszę między nami. Od pieprzonych paru godzin musiałem wysłuchiwać jej zasranego gadania. Jak to jej przykro że do tego doszło, że jej też jest ciężko. Najgorzej że tłumaczy mi wszystko jakbym miał 5 lat, a mam 19. Nie jest jakaś nadopiekuńcza, chociaż teraz nagle taka się stała.
Sam nawet nie wiem co strzeliło mi do głowy bym tu przyjechał, choć było to jedyne miejsce ucieczki. Żadne inne szkoły, nie zainteresowały mnie jakoś szczególnie, a w ,,Dressage Academy" miałem chociaż możliwość jazdy konnej jednocześnie z nauką w szkole. Chociaż po stracie Sanguisa, nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze będę jeździł. Tak czy inaczej, już wszystko ustalone i opłacone.
- Billie, proszę cię powiedz coś w końcu. - mama rzuciła mi wymowne spojrzenie.
- Vad fan... - syknąłem w jej stronę. - Mogłabyś choć raz przestać tyle gadać. -
- Odzywaj się! Jestem twoją matką! - wzburzyła się. Ta, jakby nagle przypomniała sobie o mnie. O moim istnieniu.
- Bo co? Bo mnie urodziłaś? To nie powód byś nią była. - odrzekłem ze spokojem.
- Boli mnie że tak sądzisz... - odpowiedziała po czym skupiła się na drodze. Poczułem lekkie wyrzuty sumienia, miałem ochotę ją przeprosić. Mimo wszystko jednak tego nie zrobiłem. Nawet nie zorientowałem się kiedy byliśmy już na terenie akademii. Zatrzymaliśmy się na parkingu, matka uznała że świetnym pomysłem będzie zostawienie mnie tutaj samego z bagażami a sama poszła mnie zameldować. Zupełnie jakbym miał pięć lat...
Postanowiłem skorzystać z chwili wolności i spokojnie powdychać toksyczny zapach dymu z papierosa. Wyszedłem z auta, po czym zacząłem szukać w kieszeni owego przedmiotu, odnalazłem jednak tylko zapalniczkę i nic więcej.
- Kurwa... - syknąłem cicho. Pewnie przez pomyłkę zapakowałem je do walizki. Tylko teraz której? Otworzyłem bagażnik i wyjąłem jedną z walizek, była wypchana po brzegi ubraniami. Zacząłem w chaosie przeszukiwać każdy zakamarek tego pudła, co spowodowało że magicznym sposobem większość rzeczy się podwoiła. W końcu udało mi się znaleźć ukochane papierosy na samym jej dnie, schowałem je do kieszeni po czym próbowałem zamknąć walizkę. Przy kolejnej nieudanej próbie, wręcz musiałem wywalić się na kostkę brukową, powodując że część zawartości walizki wysypała się.
- Cholera - powiedziałem głośno, pocierając obtartą dłoń. Jak zwykle muszę zrobić sobie krzywdę. Wstałem z ziemi i zacząłem wkładać rzeczy z powrotem do walizki.
- Nic ci nie jest? - usłyszałem dziewczęcy głos za plecami, odwróciłem się w stronę właściciela głosu. Okazała się nią dość wysoka dziewczyna, jasno włosa z intensywnie ciemnozielonymi oczami. Nie dało się też zauważyć kolczyka w nosie i okularów. W rękach trzymała też jakieś torby
- Nic takiego - odparłem. - A ciebie co to obchodzi?
- Może mogłabym pomóc.
- Niby w czym? - spytałem. Nie miałem zbytnio ochoty na jakieś akcje dobroczynne ze strony innych ludzi.
- Na przykład w zamykaniu walizki - odparła, wskazując na nią głową. - Dzięki temu nie będę musiała pomagać ci iść do pielęgniarki.
- Jeśli jesteś taka mądra, to próbuj - powiedziałem i podałem jej walizkę.
Odłożyła na bok torby i zaczęła próbować zamknąć to przeklęte pudło. Po paru minutach niestety jej się udało.
- I co? - spytała, uśmiechając się.
- Może mam ci dać za to puchar? Pogratulować? - uniosłem brew w geście zażenowania.
- Dziękuję? - dziewczyna spojrzała na mnie wyczekująco.
- Nie ma za co - odpowiedziałem, udając że nie zrozumiałem o co jej chodzi. Ludzie są tacy irytujący. Robią coś z dobrej woli a potem oczekują że będzie się ich całować po nogach.
Wyjąłem papierosy z kieszeni, wsadzając jeden do ust po czym sięgnąłem po zapalniczkę i podpaliłem go. Zaciągnąłem się powoli słodkim zapachem tej powoli zabijającej trucizny. Uwielbiam to...
- Chcesz? - spytałem, gdy dziewczyna przypatrywała się mi.
- Nie, dzięki. - pokręciła głową, sięgnęła po torby i chyba miała zamiar odejść.
- Co tam masz? - zatrzymałem ją. Nie miałem ochoty zostawać sam w tym miejscu.
- Nowy sprzęt dla moich koni - odparła z lekkim uśmiechem.
- Koni?
- Tak, posiadam dwa konie.
- Mógłbym... - przerwałem na chwilę, zastanawiając się czy to odpowiednie pytanie. - mógłbym potem je zobaczyć?
- Tak, pewnie. - odpowiedziała. Zaciągnąłem kolejny łyk dymu, sprawdzając godzinę na zegarku.
- To odłożę walizki i powinienem być za jakieś dwadzieścia maks trzydzieści minut w stajni. - odparłem. - O ile ją znajdę.
- To tam, stajnia dla koni prywatnych. - dziewczyna wskazała na duży budynek za jej plecami.
- Więc, do zobaczenia. - wycedziłem przez papieros w zębach.
- Do zobaczenia. - odparła i skierowała się do stajni. Uśmiechnąłem się w duchu. To chyba była pierwsza osoba w moim życiu która była nawet dla mnie miła. 
Dokończyłem papierosa, po czym rzuciłem go na ziemię i przygasiłem butem. Nie musiałem długo czekać na matkę, która już wracała z kluczykiem do mojego pokoju. Uroczy numer 58, na trzecim piętrze. Odłożyłem swoje rzeczy do pokoju, po czym pożegnałem się z matką.
~Skip tajm bo nie mam pomysłu~
Spokojnym krokiem zbliżałem się do wielkiego budynku stajni. W głębi odczuwałem lekki nie pokój, bałem się zobaczyć to co kiedyś pokochałem. Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Stało się, stałem tam. Powolnie rozejrzałem się dookoła. Dało się słyszeć stukoty kopyt, co jakiś czas rżenia. W oddali zauważyłem znajomą mi dziewczynę, stała przed boksami obok konia którego właśnie szczotkowała. Dziewczyna zauważyła mnie i machnęła ręką w moją stronę. Podszedłem do niej, oglądając konia już z daleka. 
- Cześć! - przywitała się, ja jedynie skinąłem jej głową.
- Śliczny... Jak się nazywa? - wskazałem na karusa.
- Brigand - odpowiedziała odkładając szczotkę. Wpatrywałem się w konia jak zahipnotyzowany. Był podobny do Sanguisa...
- Mógłbym go... dotknąć? - zapytałem niepewnie. Nieznajoma pokiwała głową, chociaż wyglądała na lekko zdziwioną pytaniem. Wyciągnąłem rękę przed siebie, powoli zbliżając się do konia. Zatrzymałem się kiedy ogier, parsknął.
- Nie bój się, nic ci nie zrobi - zaśmiała się dziewczyna.
- Wiem. Bardziej ja boję się że zrobię coś jemu. - odrzekłem. Delikatnie położyłem dłoń na chrapach konia. Nie szarpał się, wydawał się wręcz anielsko spokojny. Pogłaskałem go po pysku, po czym cofnąłem rękę. Może jednak uda mi się to przeżyć?
- A więc co cię tu sprowadza, do akademii? - zapytałem.

Zepsułam trochę... Scarlett?

Maxime Jackson!

Dołączyła do nas Maxime! Powitajmy ją ciepło.

środa, 19 grudnia 2018

Od Seana C.D. Alana

Zabolało. Każde najdrobniejsze słowo niczym szpilka wbijana w moje ciało. Jednak nie pozwolę znowu się niszczyć. Po prostu go zignoruję. Tak. To bardzo dobra opcja. Odnalazłem w kieszeni bluzy słuchawki oraz telefon. Podłączyłem do siebie urządzenia i odwróciłem się tyłem do Alana, żeby dogłębnie pokazać mu gdzie mam jego pytanie. Gdy tylko rozbrzmiały pierwsze nuty High Hopes, jednej z nowszych piosenek Panic! At the disco, spróbowałem skupić się na melodii a nie obecności bruneta, który zresztą niezwykle działał mi na nerwy. Muzyka zawsze pomagała mi się odprężyć, przejść do innego świata. Bliżej nieba, bliżej gwiazd, z dala od spraw nijakich. (teraz taka rozkmina jak się nazywał mój koń xd) Entertainer nadal nieufnie wpatrywał się w chłopaka, szczególnie, że odkąd tylko się zjawił jestem cały spięty, a koń doskonale potrafi to wyczuć. Poczułem jak ktoś niezbyt delikatnie mnie szturcha. Ze świstem wypuściłem powietrze z płuc, nawet nie zauważyłem kiedy przestałem je pobierać. Spokojnie Sean, jesteś klasztorem pełnym pieprzonych tybetańskich mnichów. Wcale nie masz ochoty przywalić mu łopatą. Uśmiechnąłem się pod nosem. Ostatnio zdecydowanie zbyt często to robię. Zupełnie jakbym planował morderstwo, co wcale bardzo by się z prawdą nie mijało.
- Czego ode mnie chcesz Winters? Bawi cię wkurwianie mnie? - zdobyłem się na opanowany ton, co przyszło mi z trudem.
Chłopak przez krótką, ulotną chwilę wydawał się przetwarzać moje słowa, próbując wymyślić jak najlepszą odpowiedź, która zapewne miałaby na celu ponowne doprowadzenie mnie na sam skraj opanowania. Wydaje mi się, że mogłoby nawet dojść do rękoczynów z mojej strony, a wierzcie mi, nienawidzę się bić.
- Jak już mówiłem, uroczo się złościsz - jego nonszalancki ton i ten ironiczny uśmieszek już sam w sobie doprowadzał mnie do furii.
- Nie wydaje mi się Adamie, przecież nie jestem w twoim typie - krzywy uśmieszek zagościł na moich ustach.
Brunet zacisnął szczękę, widocznie nie spodobało mu się jego nowe imię. Nawiasem mówiąc sto razy lepsze od jego obecnego.
- Jak ty mnie irytujesz Montgomery - warknął.
- Z wzajemnością mon amour - uniosłem brew.
Zauważyłem, że Entertainer powoli zaczyna przygotowywać się do ataku na mojego niechcianego towarzysza. Nie miałbym nic przeciwko widokowi skopanego przez konia Alana, jednak wolałbym uniknąć związanych z tym konsekwencji. Bez ostrzeżenia wypchnąłem chłopaka z boksu mojego konia.
- Wybacz, ale obawiam się, że po dłuższej wizycie w boksie tego zwierzaka mógłbyś wylądować u pielęgniarki i to byłaby moja wina - powiedziałem szybko i zacząłem odchodzić w stronę wyjścia z budynku.
- Czyżbyś się martwił Sean? - zawołał jeszcze za mną.
Właśnie. Zaczyna mi zależeć na tym by nic mu się nie stało? Nie bądźmy śmieszni. Znamy się jedynie dwa dni a ja już mam trzydzieści opracowanych planów morderstwa.
*** 
Równo o godzinie piątej rano z głośników w moim telefonie popłynęła piosenka U2. Jakim durniem trzeba być żeby ustawić sobie na budzik ulubiony zespół? Wystarczy być mną. Niechętnie zwlokłem się z wygodnego i ciepłego posłania. Rozbudzona już Comanche latała po całym pokoju, merdając przy tym radośnie ogonem. przewróciłem na ten widok oczami.Szybko się ogarnąłem i ubrałem szare jeansy oraz (niespodzianka!) czarną bluzę. Do tego czarne Nike'i. Z biurka zabrałem plecak w którym już znajdowały się wszystkie potrzebne książki, spakowane tam przeze mnie wczoraj. Nauczony błędami poprzednich dwóch dni ubrałem ciepłą kurtkę oraz czapkę. Niestety mój ostatni szalik stał się nową zabawką Savage co oznacza, że za tydzień dopiero będę mógł sobie sprawić nowy. Podłączyłem słuchawki do telefonu i uruchomiłem swoją ulubioną playlistę, uprzednio zamykając drzwi na klucz. Nie jestem okrutny, zabrałem ze sobą suczkę, co oznacza, że będę musiał jeszcze wrócić do pokoju by ją zostawić. Westchnąłem ciężko i zbiegłem po schodach wraz z białą kulką energii. Może szybciej się zmęczy? Małe szanse. Po spacerze zostawiłem ją wybieganą, wysikaną i nadal szczęśliwą w pokoju.  Akurat mam piętnaście minut do znalezienia sali matematycznej. Na pewno się spóźnię. 021, 016, 010... Szlag. Przede mną jakby spod ziemi wyrósł nie kto inny jak sam Winters.
- Czyżbyś czegoś szukał skarbie? - poprawił plecak na ramieniu.
- Obędę się bez twojej wielkoduszności, naprawdę Adam - uśmiechnąłem się sztucznie.
Idź lepiej zanim coś ci zrobię, chyba skoczyło mi ciśnienie.
- I tak miałem dotrzymać twojej zagubionej duszyczce towarzystwa - wzruszył ramionami - Jak tam twoja dziewczyna?
CO?! Jaka dziewczyna?  Czy ja o czymś nie wiem? Zakrztusiłem się, a brunet poklepał mnie po plecach. Zdecydowanie za mocno.
- Tobie już do reszty mózg wyparował Winters? Ostatnią dziewczynę miałem może rok temu - uniosłem brew w niezrozumieniu.
Przez chwilę brunet był zdezorientowany, jednak szybko się pozbierał. Nie powinno go obchodzić czy kogoś mam.
- Po prostu myślałem, że ta dziewczyna która dzwoniła... - potarł dłonią kark.
Woah, udało mi się go wprawić w zakłopotanie.
- Więc nie myśl, to nie jest twoja mocna strona jak już wszyscy dobrze wiemy - przerwałem mu szybko.
Prawie bym zapomniał o tym, że w sobotę dzwoniła do mnie Charline. Co ja takiego jej wtedy mówiłem, że w jego głowie pojawiły się takie wnioski to ja nie wiem. Zerknąłem na zegarek. Pięć minut do rozpoczęcia przedmiotu szatana. Przyśpieszyłem nieco. Ku mej wielkiej radości odnalazłem klasę dosyć szybko, a kolejnym powodem do radości było wolne miejsce obok jakiegoś randomowego chłopaka. Nie będę więc musiał siedzieć obok Alana i może przetrwam te czterdzieści pięć minut tortur. Nieznajomy miał jasne włosy i dosyć jasną karnację. Bez słowa zająłem miejsce obok niego. Podniósł na mnie wzrok, a jego twarz rozjaśnił lekki, nieśmiały uśmiech.
- Jestem Matthew - przedstawił się.
- Ja jestem Sean, wybacz, że nie zapytałem czy to miejsce jest wolne - odwzajemniłem jego uśmiech, choć wcale nie miałem na to zbytniej ochoty.
- Nie ma sprawy, nic się nie stało - powiedział chłopak, a do klasy wszedł postawny mężczyzna.
Zapewne nauczyciel mojego znienawidzonego przedmiotu. Przez piętnaście minut wydających się być wiecznością jedynie pisałem słowa jakiejś piosenki na marginesie zeszytu. Oczywiście jednak mój spokój musiał zostać zakłócony. Matematyk ze złośliwym uśmieszkiem podszedł do ławki w której siedziałem wraz z Matt'em. Widocznie zauważył mój brak zainteresowania jego osobą i tym co tłumaczy.
- To może pan Montgomery rozwiąże nam to równanie? - wwiercał we mnie swoje upiorne spojrzenie.
Z drugiego końca sali rozległ się dobrze mi znany śmiech.
- Pan Winters przyjdzie więc do drugiego przykładu - nauczyciel radośnie klasnął w dłonie.
Zajebiście. Podniosłem z krzesła swoje cztery litery i niechętnie podszedłem do tablicy. Halo? Dzwonku? Wziąłem do ręki pisak choć nie miałem zielonego pojęcia o co w ogóle chodzi w zadaniu. Obok mnie równie ochoczo stanął brunet. Posłałem mu wkurzone i jednocześnie przerażone spojrzenie.
Alanek? Trochę się nad tym męczyłam

sobota, 15 grudnia 2018

od Douglasa cd. Quil

Chłopak miał siny policzek i nos, z którego ciekło trochę krwi. Wyglądał, jakby ktoś go porządnie walnął w twarz.
Kiedy tylko mnie zobaczył, przyspieszył kroku i wyminął mnie. Najpierw chciałem go zignorować, ale później uznałem, że w sumie to ciekawi mnie, co się stało.
Pobiegłem za nim i złapałem go za ramię.
- Hej, co ci jest?
Zatrzymał się i spojrzał na mnie, nie odpowiadając. Miał niesamowicie niebieskie oczy.
- Co ci się stało? - zapytałem znowu.
Chłopak przygryzł wargę i spuścił wzrok.
Zacząłem się zastanawiać, dlaczego nic nie mówi. Doszedłem jednak do wniosku, że pewnie po prostu jest nieśmiały.
Westchnąłem.
- Jeśli nie chcesz nic mówić, to nie musisz - odparłem i ruszyłem do siodlarni.
Odłożyłem sprzęt na wolne haki. Po drodze postanowiłem zajrzeć jeszcze do mojej klaczy.
Okazało się, że Lilka już tutaj mieszka, także psychicznie.
Stała spokojnie w boksie, przeżuwając kilka źdźbeł siana, ale kiedy tylko usłyszała moje kroki, zarżała radośnie i wystawiła głowę. Jej uszy były postawione do góry, jak zwykle zresztą.
- Hej, młoda - powiedziałem, drapiąc ją po czole, tak jak lubi. Zamknęła oczy i parsknęła cicho.
Upewniłem się, że nic nie zdemolowała i z nią także wszystko w porządku.
- Widzimy się jutro - powiedziałem, dając jej na pożegnanie kawałek jabłka, który znalazłem w kieszeni dżinsów.
Wróciłem do pokoju. Usiadłem na fotelu i zacząłem się zastanawiać, co by tu można porobić. Po chwili postanowiłem przygotować się na jutrzejszy pierwszy dzień w nowej szkole. Spakowałem wszystkie potrzebne rzeczy do nowego, białego plecaka, który zamówiłem ostatnio przez internet.
Nagle usłyszałem stukanie pazurów o podłogę. Myślałem, że to jakiś pies chodzi po korytarzu, ale kiedy spojrzałem drzwi, zrozumiałem, że to nieco inne zwierzę. Z początku myślałem, że to duży rudy pies, ale kiedy się przyjrzałem...
Stał tam lis. Nie wiem, skąd się wziął, ale stał i patrzył na mnie. Kompletnie mnie zamurowało. Nie wiedziałem, co robić, jeszcze nigdy nie widziałem lisa z bliska. I co on tu w ogóle robi? Skąd się tu wziął? Po chwili zauważyłem jednak, że ma obrożę. Nawet nie wiedziałem, że niektórzy mają tu takie zwierzęta. Owszem, psy, koty, gryzonie i te sprawy, ale lis?
Trochę się uspokoiłem, kiedy okazało się, że nie jest to dzikie zwierzę. Nawet jak coś mi zrobi, to nie zarazi mnie jakąś chorobą.
Lis tymczasem wykorzystał to, że tylko stoję, bo wszedł powoli do mojego pokoju, nadal jednak mi się przyglądając. Na początku nie miałem nic przeciwko temu... No, do chwili, kiedy znalazł na stoliku mój batonik proteinowy, który właśnie chciałem zjeść. Powąchał go i wziął do pyska.
- Hej! - krzyknąłem. Zwierzę przestraszyło się i uciekło, a ja za nim.
- Oddaj to! - krzyknąłem znowu. Rudzielec oczywiście nie miał najmniejszego zamiaru mnie słuchać. Zatrzymał się dopiero pod jakimiś drzwiami. Tam skulił się, a moja przekąska była do odebrania wyłącznie siłą. Cóż.
Złapałem za wystający z jego pyska baton i pociągnąłem. Zwierzę wydało z siebie dziwny dźwięk przypominający warczenie.
Osoba z pokoju pod którym się "mocowaliśmy" musiała chyba nas usłyszeć, bo drzwi powoli się otworzyły.
Momentalnie puściłem batonik i spojrzałem w górę.
Zza drzwi wyjrzał jakiś chłopak.
Nietrudno było go rozpoznać. Był to ten sam, którego spotkałem dzisiaj na schodach.

<Quil? XD>

od Scarlett do Billa

Dzisiaj stwierdziłam, że najwyższa pora zrobić zakupy jeździeckie. Nie mogłam już patrzeć na wymemłany (wiadomo przez kogo) uwiąz Hota i stare, zniszczone siodło Briganda, które zdecydowanie miało już conajmniej pięć lat. Pewnie nawet więcej. W każdym razie moje konie potrzebowały nowych rzeczy. Spakowałam więc "trochę" kasy i poszłam do pobliskiego sklepu jeździeckiego.
Wcześniej w stajni obejrzałam dokładnie grzbiet Briganda, więc nie miałam zbyt dużego problemu z wybraniem odpowiedniego siodła - wzięłam takie jedno wszechstronne, koloru ciemno brunatnego, z dosyć wystającym przednim łękiem panującym do kłębu Karego i miękkim siedziskiem dla mojej wygody.
Jeśli chodzi o uwiąz, wybrałam gruby i mocny, aby długo wytrzymywał z zębami Hota. Był czerwono-beżowy i dosyć długi.
Przy kasie sprzedawczyni zaproponowała mi jeszcze wiaderko bananowych przysmaków na przecenie, więc skorzystałam z oferty. Zapłaciłam za wszystko i wyszłam.
Wracając wyżarłam jeden z przysmaków, niemalże łamiąc sobie zęby. Ale był smaczny. Muszę zresztą wiedzieć czym karmię moje wierzchowce.
Weszłam na teren Akademii. Zauważyłam jakiegoś chłopaka, który właśnie szukał czegoś w walizce. Pewnie nowy, nigdy go tu nie widziałam. Następnie próbował ją zamknąć, ale coś mu nie wychodziło, więc po przybraniu kolejnej dziwnej pozy wysiłku wywalił się na kostkę brukową, wysypując z walizki część zawartości.
- Chole*a - powiedział głośno, pocierając obrartą dłoń. Wstał i zaczął wpychać rzeczy z powrotem do walizki.
Podeszłam do niego.
- Nic ci nie jest?
Chłopak przyjrzał mi się i pokazał mi swoją obdartą dłoń.
- Nic takiego - odparł. - A ciebie co to obchodzi?
- Może mogłabym pomóc.
- Niby w czym? - spytał.
- Na przykład w zamykaniu walizki - odparłam, wskazując na nią głową. - Dzięki temu nie będę musiała pomagać ci iść do pielęgniarki.
- Jeśli jesteś taka mądra, to próbuj - powiedział chłopak i podał mi swoją walizkę.
Odłożyłam na bok swoje zakupy i zaczęłam okiełznywać dziwaczną kłódkę, w której kluczyk za nic nie chciał się przekręcić.
Po dwóch minutach wreszcie mi się udało.
- I co? - spytałam, uśmiechając się szyderczo. Byłam z siebie dumna.

<Bill? XD>

niedziela, 9 grudnia 2018

Od Alana cd. Sean'a

- Wiesz mou amour, akurat jestem wyjątkowo głodny, a przeszkodą jesteś jedynie ty - Sean okropnie sztucznie się uśmiechnął. - Więc muszę chyba sobie z tobą poradzić.
Chłopak wstał od stolika i podszedł do mnie, patrzyłem na niego lekko zdziwiony. Po chwili dostałem mocnego kopniaka w piszczel, a on korzystając z okazji zabrał swoje jedzenie. Ból przez parę najbliższych sekund był niemiłosierny, miałem ochotę go zabić. Zmierzyłem go wściekłym spojrzeniem, ma szczęście że jest tu tyle ludzi inaczej dawno leżałby na ziemi z obitą mordą.
Gdy ból w końcu przeszedł, zaczynałem powoli rozmyślać plan zemsty. Co gdyby schlać go jak świnia, było by zabawnie przynajmniej dla mnie. Zresztą prawdziwą twarz kogoś, poznajesz dopiero po pijaku.
- Tak sobie pomyślałem... - zacząłem, jednak przerwał mi głośny śmiech bruneta. Zmarszczyłem brwi w lekkim zdezorientowaniu.
- Wow, Winters nie sądziłem, że jesteś zdolny do tak skomplikowanych czynności życiowych - uśmiechnął się wrednie.
- Zamknij się Montgomery - przewróciłem oczami. - Kończąc moją wypowiedź... Pojedziemy do miasta.

~skip tajm bo nie wiem co dalej~

Kiedy pojechaliśmy do miasta i udało znaleźć nam się sporą ilość alkoholu, szybko znaleźliśmy się u mnie. Sean cholernie szybko się upił i muszę przyznać po pijaku był całkiem milszy i fajniejszy. Mimo wszystko trochę żałowałem tego, że tak go zmanipulowałem.
Chłopak zdjął bluzę i rzucił ją na moje łóżko, a ja pod głosiłem radio w którym leciała nowa piosenka Ariany Grande. Przyznam trochę znałem tekst, słuchałem jej już parę razy mimo iż jest świeża. Nagle pan Montgomery zaczął dziwnie się poruszać, próbując dostosować się do rytmu muzyki i śpiewał.
- Though I 'd end up with Sean, but he wasn't a match - zanucił, po czym zaśmiał się. Damn, muszę przyznać nawet uroczo się śmieje. Sean ponownie zaczął tańcować, przy okazji pociągając łyk wódki.
- Wrote some songs about Ricky, now I listen and laugh - wtrąciłem się chłopakowi w piosenkę, nie mogłem się powstrzymać od zaśpiewania tego mimo iż mój głos do najlepszych nie należy.
- One taught me love, one taught me patience - chłopak ogromnie mocno wczuwał się w robienie z siebie debila, a ja byłem wręcz bliski uduszenia się ze śmiechu. - And one taught me pain, now I'm so amazing!
- Thank you, next next, thank you, next next - śpiew, przerodził się w bardziej przeraźliwy krzyk a ja już nie mogłem wstrzymywać śmiechu. - Thank you, next. I'm so fuckin' grateful for my ex.
Damn nigdy się tak nie bawiłem. Chyba częściej będę go upijać. Nagle rozległ się dźwięk dzwonka, jak okazało się był to telefon chłopaka który dość szybko odebrał. Zaczął coś mówić, właściwie bełkotać w jakimś innym języku. Brzmiało to trochę jak francuski, jednak wolałem udawać że mnie to nie interesuje. Zacząłem dopijać kolejną już butelkę alkoholu, cichaczem obserwując Sean'a.
- Tak jest! Kocham cię - chłopak zaśmiał się, po czym odłożył telefon. Były to jedyne słowa jakie zrozumiałem. Czyżby miał dziewczynę?
Chłopak po pewnym czasie zasnął na podłodze, z butelką wódki w ręku. Przez chwilę próbowałem go obudzić jednak ten spał jak zabity. Zaśmiałem się głośno na ten widok. Gdy jest spity jest o wiele milszy i fajniejszy. Chyba rozmyśle nad tym by częściej go upijać. W sumie odrobinę miałem takie poczucie winy, nie powinienem go tak upijać. Może powinienem też być choć trochę milszy? Choć ma to jakiś sens?
Mimo iż miałem dość dużo alkoholu we krwi, byłem bardziej trzeźwy od chłopaka i udało mi się jakoś ustać na nogach. Podszedłem do Sean'a, zabrałem mu z ręki butelkę po czym odłożyłem ją na pobliską szafkę. Udało mi się podnieść chłopaka, zresztą był tak pijany że pewnie tego nie wyczuł. Położyłem go na swoim łóżku i delikatnie przykryłem kołdrą. Kiedy niechcący dotknąłem jego ramienia, zaczął coś mamrotać przez sen. Uśmiechnąłem się pod nosem, w sumie nie taki okropny. Boże co ja pierdole. Przestałem już myśleć o czymkolwiek, dopiłem swoją butelkę wódki po czym przebrałem się w piżamę i nie zważając na jakiekolwiek zasady etyki, położyłem się spać na łóżku.
***
.***
Obudziłem się dość wcześnie, jednak byłem zbyt leniwy by wstać więc leżałem z zamkniętymi oczami. Po chwili poczułem jak  materac na moim łóżku odgina się, po czym usłyszałem ciche kroki. Udawałem że śpię, dla czystego bezpieczeństwa. Rozbudziłem się jednak do końca, kiedy tylko usłyszałem zamknięcie drzwi. Przeciągnąłem się głośno i rozłożyłem bardziej na łóżku, postanawiając że wszystko oleje i pójdę spać dalej. Jedną ręką przeciągnąłem do siebie poduszkę, na której spał Sean.
Poczułem słodki, mocny zapach i przez chwilę myślałem że po prostu taki proszek do prania jednak moja tak nie pachniała. Boże jaki ten zapach był cudowny i przyjemny, coś jakby lawenda. Zanurzyłem głowę w poduszkę, by łatwiej poczuć ten zapach jednak po chwili zrozumiałem że to nie proszek do prania tylko Sean. Boże, co ja wyprawiam, narkotyzuje się poduszką na której spał ten brunet. Pospiesznie wstałem, zostawiając łóżko samemu sobie. Chyba pójdę do Seana.
Wszedłem do łazienki, zrzucając z siebie piżamę i wchodząc pod prysznic. Gorąca, wręcz parząca woda powoli spływała mi po zimnym ciele, czułem delikatne dreszcze. Uwielbiałem tak przesiadywać w wannie czy pod prysznicem, mogłem wtedy spokojnie pomyśleć, tym razem jednak przebywałem dość krótko. Wytarłem się ręcznikiem, narzuciłem na siebie jeansy z dziurami, jakąś jak zwykle przy ścisłą w ramionach białą koszulkę i wyszedłem za łazienki nawet nie poprawiając włosów. W sumie i tak nie wyglądały najgorzej.
Postanowiłem nie jeść śniadania, po czym wyszedłem z pokoju i zakluczyłem drzwi uprzednie jednak zabierając ze sobą kurtkę. Narzuciłem ją na siebie i sprawdziłem godzinę w telefonie. Parę minut mi to zajęło, jednak nie miałem pojęcia gdzie może być Sean. Po chwili jednak zauważyłem bardzo podobnego chłopaka do niego, postanowiłem za nim pójść. Trochę odczekałem aż będzie w bezpiecznej odległości, po czym poszedłem za nim. Wyszliśmy z budynku, a po paru minutach można było zobaczyć jak znika w stajniach dla koni prywatnych. Z całej tej sytuacji, zapomniałem że przyjechałem w ogóle do akademii gdzie jeździ się na koniach, którego nie mam.
Po chwili znalazłem się w środku stajni, odnalazłem chłopaka wzrokiem i cicho powłóczyłem się do niego. Sean stał obok jakiegoś siwego konia i głaskał ją.
- Co tak szybko uciekłeś? - przywitałem się z nim na swój sposób. Chłopak chwilę patrzył na mnie, jednak bez słowa, wrócił do zapewne swojego zwierzaka.
- Nie podobało ci się w nocy? - Zrobiłem minę niewiniątka. Sean spojrzał na mnie zdziwiony.
- Chodzi o to jak mnie upiłeś? - chłopak uśmiechnął się ironicznie. Damn, ma rację. Pierwszy raz w życiu chyba tak poważnie się zawahałem.
- Nie, zresztą kotek... - ostatnio słowo wręcz wymruczałem. - Sam się na to zgodziłeś! - wywróciłem oczami.
- A nawet jeśli, to nie widzę byś miał jakiekolwiek zastrzeżenia co do wczorajszej nocy. - wyszczerzyłem się chamsko.
- Jakiej kurna nocy? - Sean zmierzył mnie wzrokiem.
- No wiesz, było nam razem tak cudownie! Tak jęczałeś! - westchnąłem, udając że coś wspominam.
- Przecież byłem w ubraniach... -
- Po wszystkim było ci zimno, ale byłeś tak pijany że musiałem cię ubrać. - udało mi się w miarę szybko skłamać. Co jak co, ale chociaż kłamstwa dobrze wychodzą mi w życiu. Sean patrzył na mnie zmieszany, po czym wbił wzrok w podłogę. Czyżby naprawdę mi uwierzył?
- Boże jaki ty jesteś żałosny! Chyba nie myślałeś że się z tobą prześpię?! - zaśmiałem się okropnie.
- Wcale tak nie myślałem. - warknął.
- Dobra, nie złość się już. Choć uroczo to robisz. - uśmiechnąłem się szczerze. - Twój? - wskazałem na konia.

Sean? Przepraszam zepsułam...