wtorek, 25 lutego 2025

od Arthura cd. Maddie

Wreszcie papieros zajął się ogniem i uraczył mnie drażniącym gardło dymem. Dziewczyna odsunęła się kilka kroków, delikatnie się krzywiąc. 
- Chcesz dołączyć? - wypuściłem dym z ust. Wzruszyła ramionami, równocześnie malując na swojej twarzy coś na wzór grymasu. Koniec końców, przystała na moją propozycję. - A telefon? - ponowiłem pytanie.
- Za papierosa.
Uczciwa wymiana. Wyciągnąłem paczkę z kieszeni i pstryknąłem w nią, jeden z papierosów wyskoczył do góry. Zabrała go i spojrzała na mnie, jakby czekała na coś jeszcze. 
Pomiędzy nami znów nastąpiła cisza, przerywana irytującym pykaniem kończącej się zapalniczki.    


    Popołudniowe godziny w barach oznaczały pustki. Czyli to, czego nam obojgu było dzisiaj trzeba.  
Maddie stanęła naprzeciwko baru, zerkając na menu, jakby liczyła, że znajdzie w nim coś, co zmieni jej dzień. Znałem to spojrzenie – typowy wyraz twarzy kogoś, kto nie do końca wie, czego chce, ale i tak musi coś wybrać. W końcu zamówiła ciemne piwo. Gorzki smak idealnie do niej pasował – coś w jej sposobie bycia mówiło, że nie szuka w życiu słodkich rozwiązań. Zamówiłem to samo.
- Co cię tak zdenerwowało? - ledwo zdążyłem ściągnąć z siebie kurtkę, a zostałem wywołany do tablicy przez dziewczynę. Nie wiem, może to że próbuję sam sobie być terapeuta? Mimochodem zacząłem bawić się kluczami, unikając odpowiedzi najdłużej jak tylko się dało. - Wyglądałeś, jakby coś chciało cię zjeść, ale mu się nie udało. - Przystawiłem kufel do ust.
- Zapisałem się na jazdę konno. W tej uczelni. - wydusiłem; twarz Madelyn nie wyrażała dosłownie żadnej emocji. Złapałem z nią kontakt wzrokowy. - Jestem zły na siebie, że to zrobiłem. - kącik ust dziewczyny powędrował do góry, jakby ją to rozbawiło. 
- Czyli zostałeś przymuszony? - wyglądała, jakby miała pochylić się przez stół i przytrzymać mnie za twarz, bylebym wydukał z siebie większą ilość informacji. Fascynujące, że kogoś takiego jak ona - ładną, wartościową kobietę, z całą pewnością z tych zamożniejszych i bardziej rozwiniętych w każdej płaszczyźnie - interesuje barman-mechanik, z autem starszym od niego i irracjonalnym strachem do koni. I pewnie rakiem wszystkiego.
Wyciągnąłem papierosa i odpaliłem go, dziewczyna spojrzała na bok, marszcząc delikatnie brwi.
- Chce przestać bać się koni - wreszcie wydusiłem z siebie te słowa. Jak to, kurwa, głupio brzmi. Dziewczyna zawinęła mój kufel z piwem sprzed twarzy i zsunęła się z krzesła. Podążyłem za nią jak pies, nie wyjmując papierosa z ust. Poinformowała mnie, że "tu nie wolno palić" i po prostu zniknęła za rogiem. 
Znaleźliśmy się w pomieszczeniu, które prawdopodobnie nie było nigdy wietrzone. Czuć było zapach nikotyny, wymieszanych ze sobą alkoholi i zioła. Całe to miejsce zapewne widziało lepsze czasy, ale coś w tej obskurności miało swój klimat.
- To w sumie odważne. Nie boisz się, że będzie gorzej? - Już jest. Wzruszyłem ramionami.
- A może być gorzej? - dziewczyna pokręciła głową, popijając łyk piwa i poprawiając się na krześle. Zwróciłem uwagę, że jej nogi zwisają w powietrzu jak u dziecka. To trochę urocze, taki mały, tajemniczy zabijaka, który nie dosięga do końca krzesła. Pinczer miniaturowy. Przypisałem jej łatkę tego zwierzęcia w głowie i postanowiłem wykorzystać to jako jej przezwisko w najbliższym czasie. 
Konwersacja jeszcze przez chwilę opierała się stricte o mój lęk, po czym dziewczyna przejęła pałeczkę i opowiedziała mi swoją historię. "Grubasek na grubasku" wydawał się być nierealny. Nie wyglądała na taką, która kiedykolwiek miałaby problemy z wagą.
Dowiedziałem się także, że w akademii nie mają koni pociągowych. Muszę sprawdzić, czym dokładnie są konie pociągowe. 
Dogasiłem papierosa w popielniczce i zaproponowałem Maddie, by nie krępowała się i zapaliła ze mną. Odmówiła, lecz przyjęła to do wiadomości. 
- Ogólnie nie palę, tylko przy okazji. A przy alkoholu nie powinnam - zaczęła się tłumaczyć, spotykając się z moją zdziwioną miną. - Alkohol wchodzi szybko. Za szybko - Przerwała na sekundę. - Wiesz co, cofam. Następnym razem poproszę.
Zastanowiłem się nad zapaleniem jeszcze jednego, ale ludzki ekwiwalent pinczera zmierzał już w stronę naszego poprzedniego stolika. Wzruszyłem ramionami i poszedłem za nią, upewniając się, że wszystko co najważniejsze mam w kieszeniach. 
Moją uwagę przykuł plaster na brodzie dziewczyny; wskazałem palcem na swoją, oczekując odpowiedzi.
- Co sobie zrobiłaś? - jej dłoń powędrowała w kierunku plastra. Wyjaśniła, że często się o coś obija. Skinąłem głową, akceptując ten fakt.
- Pojawiają się na tyle często, że przestałam liczyć - dodała po chwili namysłu. - Kiedy masz pierwszą jazdę?
Przysięgam, że poczułem się, jakby ktoś uderzył mnie w splot słoneczny. 
- Właściwie, to jutro przed południem. - Nawet nie zauważyłem, kiedy zdążyłem wyciągnąć kluczyki i zacząć nimi kręcić wokół palców. - Mam szczerą nadzieję, że wrócę z całym zestawem kończyn. - Mimowolnie się uśmiechnąłem, chociaż stres rozsadzał mnie od środka.
Posiedzieliśmy jeszcze chwilę, nim rozeszliśmy się w swoje strony. Maddie wzięła jeszcze papierosa ode mnie "na drogę" i zniknęła. Tajemniczy pinczer. 

    Nie mogłem zasnąć, obracałem się z boku na bok i próbowałem każdego możliwego sposobu, by zasnąć. W lodówce nie było ani piwa, ani energetyka. Właściwie, to nie było nic, poza wczorajszym obiadem, sokiem i pierdołami, które kupiłem, kiedy natchnęło mnie na gotowanie sensownych posiłków. Szybko straciłem do tego jakikolwiek zapał, więc powoli dostawały nóżek. 
- Powinienem to wyrzucić. - Mruknąłem do samego siebie, zamykając lodówkę i zakładając na siebie bluzę, z której wypadła mi zapalniczka. Sprawdziłem, czy działa i wyszedłem na miniaturowy balkonik, celem zapalenia papierosa. 
Akademia nocą była aż niekomfortowo cicha. Gdybym miał chodzić po dziedzińcu sam, prawdopodobnie obracał bym się za siebie co krok i liczył na to, że nie skończę z workiem na głowie. Coś w tym miejscu sprawiało, że w człowieku budził się niepokój. Może to te wielkie, przerośnięte stworzenia, które wydawały dźwięki jak smoki?
Sam nie wiem, ale na pewno nie chce jutra. A z drugiej strony nie wybaczę sobie, jeśli zrezygnuje. Najgorsze, co może się stać, to skręcenie karku. Albo zmasakrowanie mnie i dopiero potem skręcenie karku. O, i do tego odgryzienie mi palców. Wielkie, straszne zgredki. 
 Zegarek wskazywał drugą z minutami, a jedyne powiadomienia jakie mi przychodziły, to te z pracy. Może przejadę się do baru? Bez sensu, nim tam dojadę, już będą szykować się do zamknięcia.
Pod wpływem chwili wybrałem numer do Maddie. Położyłem telefon na parapecie i wsłuchałem się w dźwięk sygnału, zaciągając się papierosem.
Ciekawe, czy ona też nie może spać.

Maddie?


 



 

Od Audrey cd. Ricka

 Audrey musiała unieść podbródek, aby złapać z nieznajomym spojrzenie - olbrzym. Mimowolnie ogarnęła spojrzeniem całą okolicę, zaciskając paznokcie prawej ręki na metalowej puszcze gazu pieprzowego. Przy tak wysokiej osobie poczuła się nad wyraz mizernie, uświadamiają sobie, że gdyby był to jakiś pijak albo wariat, to nie miałaby najmniejszych szans na ucieczkę. Nieznajomy miał rację, było kurewsko zimno. A ciemny trencz był najbardziej kretyńskim wyborem na pogodę, gdzie człowiek przedziera się w śniegu po kostki po ośnieżonych ulicach.

Propozycja baru nie zabrzmiała źle, choć Audrey nie spodziewała się kogoś poznać - przynajmniej nie w dniu przeprowadzki do Idaho. Ten dzień był na tyle intensywny, że godzinę temu wręcz wybiegła z mieszkania pełnego kartonów. Już nie zniosła kolejnego dokumentu, gdzie potrzeba tysięcy podpisów i aneksów  - nie miała pojęcia, ile załatwiania będzie, by się wprowadzić i podomykać pewne tematy. Na nogach była od piątej, bo oprócz mieszkania, musiała ogarnąć transport konia przez dwa stany - Whiskey Skittles miał dojechać do Idaho jutro po dwunastej. Znaczy dzisiaj, bo zegarek chłopaka wskazywał grubo po drugiej.
— To nie jest taki głupi pomysł — westchnęła, opuszczając spojrzenie — Ale wiesz, że nie mam pojęcia, gdzie tu jest bar? Prawdę powiedziawszy, ja nawet nie wiem, gdzie jestem.
Nieznajomy uniósł brwi. Audrey nie była w stanie ocenić, czy prędzej zmartwiła, czy rozbawiła chłopaka.
— Aż tak źle?
— Dramatycznie. Chyba na ten moment nie może być gorzej.

Bar, zlokalizowany w odległości dziesięciu minut szybkiego marszu, przyjemnie zaskoczył Audrey. Wchodziło się do niego od głównej ulicy, by po chwili znaleźć się w całkiem dużym pomieszczeniu obitym ciemnym drewnem - mimo późnej godziny siedziało i bawiło się tam całkiem sporo osób - ledwie przecisnęli się przez zastawione spitą młodzieżą wejście, zdjęli okrycia i zajęli wolne miejsca przy barze na niemiłosiernie wąskich hokerach. Gdy doskoczył do nich barman, Audrey zamówiła dwa wściekłe psy. Obróciła się w stronę nieznajomego i westchnęła. Dopiero teraz, w lepszym świetle, Audrey zdołała dokładniej przyjrzeć się wielkoludowi. Miał przyjemne rysy twarzy i ciemne, schludnie rozłożone na boki włosy.
— Uratowałeś mnie dzisiaj z tym barem — wymamrotała, kierując wzrok na barmana, który walczył z natłokiem zamówień — Chyba potrzebowałam wyjść dzisiaj z domu.
— Przynajmniej nie błąkasz się po ulicach.
— Nie, ale mówię poważnie. Od kilku dni żyję przeprowadzką.
— Jesteś tu nowa?
— Aż tak to widać? — Audrey zmrużyła oczy, wpatrując się w twarz chłopaka i jego ciemne oczy. Dopiero po kilku sekundach zarejestrowała fakt, że są niebieskie  — Mój pierwszy dzień w Idaho. I pokonały mnie papiery. I kartony.
— Czasami tak bywa, ale...
Telefon na blacie agresywnie zapiszczał, wyświetlając powiadomienie od kierowcy. Właśnie zatrzymali się na chwilowy postój, z jej gniadoszem było wszystko w porządku. Przynajmniej tak twierdził kierowca. Nagle Audrey jakby wyrwała się z letargu, niemal prostując na krześle.
— Słuchaj, a jak ty właściwie się nazywasz? — wyciągnęła w stronę ciemnowłosego dłoń — Ja jestem Audrey.

Rick? 
Pobaw się w przewodnika turystycznego xD


niedziela, 23 lutego 2025

Od Maddie cd. Ricka

Na moje usta cisnęły się najgorsze przekleństwa, jakie znałam. Wszystkie opisywały tego idiotę, któremu nagle coś odbiło. Żeby tak nagle się rzucać na kogoś… cóż. Znałam to. A teraz zastanawiałam się, czy już kiedyś to widziałam. 
Chęć walki zniknęła. W jakiś sposób poczułam się tak bardzo żałośnie i słabo. On przegrał? To ja wylądowałam na samym końcu na ziemi. To ja zaczęłam bójkę i to ja wtargnęłam na ulicę nie patrząc na jadące auta. Do diaska, co on pieprzył?
- Co ty odpierdalasz? – zapytałam cicho, czując głośne uderzenia mojego serca. Czułam je aż w mózgu, było mocne i szybkie. Oddychałam równie szybko i głęboko, aby opanować mieszające się we mnie sprzeczne uczucia. Złość, żal, smutek i jednocześnie obrzydzenie. Nie byłam tylko pewna, do kogo były skierowane. 
- Chciałbym to wiedzieć – coś się nagle w nim zmieniło. Ten wredny uśmiech, którym mnie dzisiaj obdarzał na każdym kroku i te rozbawione spojrzenie z góry, ustąpiły miejsca… panice? Czy to właśnie była panika? Czy może jej początki? Widziałam, jak zaciska palce na kluczach, aż do zbielenia opuszków. Patrzył w ziemie, a krew z nosa zaczynała brudzić chodnik. Sprzątające jutro rano będą się zastanawiały, kto się tutaj pobił, że prócz wgniecenia w trawie obok, znalazła się również krew na chodniku. 
Podeszłam do niego szybko, może nawet za, ponieważ drgnął i szybko podniósł głowę. Wyciągnęłam w jego stronę ręce, ale nie zamierzałam się już bić. Na dziś mi wystarczyło. 
- Dawaj ten łeb – powiedziałam i złapałam jego policzki, przyciągając jego twarz bliżej siebie. Stał nieruchomo i milczał. – Jaki film wczoraj oglądałeś? – zadałam randomowe pytanie i podczas kiedy on zastanawiał się nad odpowiedzią albo nad tym, co jest ze mną nie tak, chwyciłam szybko między palce jego złamany nos i jednym ruchem nastawiłam na odpowiednie miejsce. Krzyknął, ale nie zabrał głowy, jakby nie krzyknął z bólu, ale bardziej z szoku. Puściłam go i się odsunęłam. – Masz. Auta ci nie naprawię, ale nos masz nastawiony – powiedziałam jakby ze złością, jednak był to wynik ulatujących ze mnie emocji. Znowu zaczęłam gryźć usta, ale gdy ruszyłam zębami rozdartej rany, syknęłam i przestałam.
Chłopak wymruczał jakieś podziękowania, a ja go zignorowałam. Zaczęłam się rozglądać po miejscu bójki. Trawa wgnieciona, a w niektórych miejscach wyrwana i goła ziemia. Na chodniku brudne plamy po ziemi i zaschłe, już czerwone, małe plamki krwi. Przy aucie zauważyłam swój telefon. Kucnęłam, by po niego sięgnąć i z ulgą odkryłam, że obudowa i hartowane szkło zadziałało i nie zniszczyło przedmiotu. Sięgnęłam dłońmi do kieszeni, nie wyczuwając moich kluczy do pokoju. Zaczęłam się za nimi rozglądać, po chwili Rick również zaczął ich wypatrywać. 
Dopiero gdy kucnęłam i zajrzałam pod auto, zobaczyłam plik kluczy z zawieszką pandy pod autem. Sięgnęłam po nie ręką, ale nawet ich nie musnęłam. Przeklęłam pod nosem, po czym zobaczyłam, że chłopak się schyla, zagląda pod auto, a potem wyciąga rękę po przedmiot. Wstałam i czekałam, zdając sobie ponownie sprawę ze swojego niskiego wzrostu i krótkich rączek.
Kiedy wyciągnął klucze spod auta, przeczytał napis na zawieszce.
- Upadłeś? Doturlaj się do celu – na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu, po czym oddał mi klucze.
- Jak panda. Wszędzie się turlają – dodałam, mając na myśli figurkę pandy, przyczepioną do zawieszki. – Już ochłonąłeś? Dasz radę jechać autem i nie przejechać nikogo?

Rick?

Od Ricka cd. Maddie

***
Zajęcia zaczęły robić sie nudne gdy nasza kochana Maddie zaczęła odwalać szopkę niewinnej dziewczynki. Irytowało mnie to, durna przykrywka. A mogło być tak ciekawie. 
Wtedy zobaczyłem jak wyszła z budynku, miętosząc leniwie coś w kieszeni, zapewne swoją morderczą broń czyli klucze. Nasze spojrzenia spotkały się a ona zaczęła iść w moją stronę. Uśmiechnąłem się do siebie na ten widok, nie potrafiła kompletnie nad sobą panować co było żałośnie intrygujące. Jak dawny ja.
- Hm? Zapomniałaś o czymś? – odezwałem się chłodno gdy się zbliżyła.
- Przerysować auto z drugiej strony – odparła i wyjęła klucze z kieszeni. Zmarszczyłem brwi, zachodząc jej szybko drogę. Chyba ją pogięło że znowu rozjebie mi furę.
- Rozzłościła się biedna dziewczynka na zajęciach? – zapytałem z rozbawieniem by odwrócić jej uwagę.
- Nieeee, dziewczynka się rozzłościła na widok kutafona, który nie umie jeździć. Za przeproszeniem, już kobiety lepiej prowadzą – schowała dłoń z kluczykami do kieszeni.
- Uderzyłem cię autem? Przejechałem? – zmarszczyłem brwi. – To twoja wina. Świata po za telefonem nie widzisz – Zauważyłem trafnie co musiało ją zaboleć, dostałem pięścią w brzuch praktycznie niespodziewanie. Chociaż po mojej chamówie mogłem się spodziewać. Z drugiej strony uderzenie było dość silnie, mimo jak na kobietę. 

Wygiąłem się pod niespodziewanym ciosem, utrzymując jednak stoicką minę, gorsze ciosy się dostawało.
- Ulżyła sobie? Na twoje szczęście, nie bije się z dziewczynami – powiedziałem, a na nią to chyba poszło jak płachta na byka. Znowu dostałem cios tym razem pięścią w twarz, straciłem równowagę jednak nie na długo. Trzymałem się za policzek obserwując jej posturę. Była gotowa się bić. Ale nie bić jak dzieciaki po podstawówce, tylko jak ktoś kto walczy na co dzień. Znałem tę posturę. Uliczniaki.
Podciąłem jej nogi szybkim ruchem, co dało mi krótką przewagę bo tego się nie spodziewała, pokładając się na ziemi. Dostałem kopniaka pod kolano co także niestety zwaliło mnie z nóg. Przetoczyliśmy się po ziemi, brudząc się jak gówniarze i okładając się po policzkach. Dostałem cios pod żebra, ona w brzuch. Mój rozbity nos i jej usta. Zrzuciła mnie w końcu z siebie, podniosłem się. Staliśmy i patrzyliśmy się na siebie, poobijani jak jakieś głupie nastolatki. 
- Bijesz się jak baba - mruknęła, odrzucając w moją stronę klucze która podniosła, które okazały się moje. Zmrużyłem oczy, czując, jak gniew zaciska mi gardło.
„Bijesz się jak baba.”
Słyszałem te słowa tysiące razy. Nie z jej ust. Nie tutaj. Nie teraz.
„Twardziej, Rick! Jeszcze raz!” Ojciec rzucał mną o ziemię, zanim zdążyłem złapać oddech. „Co ty odpierdalasz?! Jak baba?!”
„No dalej, rusz się, bo inaczej zgarną cię w worku, kretynie!” Krzyk sierżanta rozdzierał mi czaszkę, a piach wgryzał się w skórę.
Maddie nie miała pojęcia, co właśnie powiedziała. Nie miała pojęcia, co zrobiła. Nie pomyślałem. Rzuciłem się na nią.
Tym razem nie było zabawy, nie było miejsca na głupie przepychanki. Moja pięść trafiła w jej ramię, nie w twarz – bo, kurwa, nawet w tym stanie wiedziałem, że nie mogę jej po prostu rozwalić. Ale przewróciła się, a ja runąłem na nią, przyciskając jej nadgarstki do ziemi.
Oddychałem ciężko. Serce waliło mi w uszach. Maddie patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami – i pierwszy raz nie widziałem w nich kpiny.
- Puść mnie – warknęła, szarpiąc się.
- Zamknij się. – Moje własne słowa zabrzmiały mi w uszach obco. Czułem, jak całe moje ciało drży. Co ja odpierdalam?
Poluzowałem uścisk. Maddie wyrwała jedną rękę i zanim zdążyłem zareagować, dostałem otwartą dłonią w twarz.
To mnie otrzeźwiło.
Zerwałem się na nogi, wciąż czując, jak całe moje ciało woła o walkę. Ale to już nie była walka. To było coś innego. Coś, co mogło skończyć się o wiele gorzej.
- Spierdalaj. – Jej głos był cichy, ale wibrował złością.
Zaciskałem palce na kluczach, wpatrując się w Maddie, ale ona już na mnie nie patrzyła. Wytarła krew z ust wierzchem dłoni i odwróciła się, jakby miała to wszystko gdzieś. Ale nie miała. Wiedziałem to po tym, jak oddychała – płytko, urywanie. Jakby próbowała uspokoić nerwy. Ja też.
- Maddie – rzuciłem w końcu, choć nie wiedziałem, co chcę powiedzieć. Zatrzymała się, ale nie spojrzała na mnie.
- Co?
To jedno słowo brzmiało bardziej jak wyzwanie niż pytanie. Przez chwilę się wahałem. Miałem dwie opcje: olać to, rzucić jakimś durnym komentarzem, puścić w niepamięć i wrócić do normalności. Albo... spróbować coś naprawić.
- Przegrałem – powiedziałem cicho, podnosząc ręce w geście poddania się. Maddie milczała przez dłuższą chwilę, jakby ważyła moje słowa.
- No, nie spodziewałam się, że to przyznasz – mruknęła w końcu i odwróciła się do mnie bokiem. Jej dłoń uniosła się w stronę ust, jakby chciała sprawdzić, jak mocno się rozcięła.
-Nie o to chodzi – powiedziałem, spuszczając wzrok. – Nie o bójkę.
Nie odpowiedziała od razu, ale czułem, że zaczęła mi się uważniej przyglądać.
-To o co? – zapytała w końcu, a w jej głosie nie było już tej wściekłości sprzed kilku minut.
Przesunąłem dłonią po twarzy, zatrzymując się na rozbitym nosie. Czułem, jak powoli zbiera się tam krew.
- Pierdolone deja vu – mruknąłem, bardziej do siebie niż do niej. Maddie prychnęła, ale w jej oczach wciąż czaiła się ostrożność.
– Chcesz się w to bawić, Rick? Bo jeśli tak, to nie mam na to czasu.
– To nie zabawa – odparłem, nie patrząc na nią.
Przez chwilę panowała cisza. Słyszałem tylko własny oddech i dźwięk jej ciężkich kroków na żwirze. Stała blisko, ale jednocześnie czułem, jak bardzo chciała być jak najdalej ode mnie.
– Co ty odpierdalasz? – zapytała w końcu cicho.
Westchnąłem, odrzucając głowę do tyłu. Krew z nosa powoli spływała mi na wargę, czułem metaliczny posmak w ustach.
– Chciałbym to wiedzieć.
Nie odpowiedziała, ale nie odeszła. Oboje byliśmy roztrzęsieni, to było widać. Moje dłonie nadal drżały – nie z bólu, nie z adrenaliny. Z czegoś gorszego. Zacisnąłem palce na kluczach, wbijałem je w skórę, by wrócić do rzeczywistości.

Maddie?

Od Maddie cd. Ricka

Ten dzień był jednym, wielkim żartem. Pomijając fakt, że nienawidzę poniedziałków, to na dodatek dostałam wiadomość o odwołaniu mojej walki z wieczora. Samo odwołanie mnie nie wkurzyło, raczej powód. „Informuje Panią, że w związku z Pani przegraną po ostatniej walce, uczestnik z dzisiejszej umówionej walki odwołał ją”. Z wyrazami szacunku i innymi dziadami, organizator. Czyli krótko mówiąc, jeśli raz dasz sobie dać w mordę, od razu cię skreślają.
Przed tym i tak przywitała mnie seria niefortunnych zdarzeń. Spalone tosty, wpadnięcie szczoteczki do zębów za szafkę, zgubione klucze… i dzisiejsze zajęcia, na których koleś, który prawie mnie przejechał, chciał mi dopiec.
Obserwuje jego zadowoloną minę. Cieszy się z sytuacji, ewidentnie jest mu na rękę moja obecna sytuacja. Dopiekł mi, zwrócił na mnie uwagę i co gorsza, zwrócił uwagę na mój problem. Ja go normalnie…
Nie. Pamiętasz, co mówił terapeuta?
W tej chwili nie pamiętałam, wiedziałam tylko, że rozpoczynanie bójki w tym miejscu nie będzie korzystne dla mnie. 
- Maddie, a ty co czułaś? – zapytała kobieta, poczułam na sobie wzrok tych wszystkich ludzi i zaczęłam się zastanawiać, jaki jest powód, że tu przychodzę. Bo ktoś mi każę? Rany, żeby mi chociaż za to płacili, a ja co? Robię to z własnej woli! Dlaczego… dlaczego… 
„Żebyś nie miała spierdolonego życia jak ja” usłyszałam w głosie głos wuja. No tak. To dla niego tutaj byłam.
Wzięłam głęboki oddech, myśląc tylko o tym, że w tej chwili odwdzięczam się Kangee za uratowanie… wszystkiego. 
-  Złość… - miałam sucho w gardle, a mój własny głos wybrzmiewał w mojej głowie niczym dzwony kościoła. – I satysfakcję, że rozwaliłam auto kolesiowi, który nie widzi ludzi na ulicy – odparłam i spojrzałam na niego. Mierzyliśmy się ostrym spojrzeniem, on – z uśmiechem i satysfakcją, że to rozpoczął, ja – ze złością i myślami o jego zniszczeniu.
- Dobrze, a w tej chwili, z perspektywy czasu, co myślicie o swoim zachowaniu? – zapytała kobieta. 
- Że mogłem szybciej zahamować – odparł.
Że mogłam nigdzie nie wychodzić.
Mierząc go wzrokiem zaczęłam walczyć ze sobą w głowie; czy pokazać mu kto tu rządzi, czy odpowiadać wyuczonymi tekstami, aby pozbyć się bycia w centrum uwagi. Wybrałam drugą opcję wiedząc, że kobieta wszystkie nasze postępy przekazuje siłom wyższym, a zrewanżować się na chłopaku mogę potem. 
Tak więc zaczęłam tę grę. Grę w biedną dziewczynę, która nie potrafi kontrolować emocji i w przypływie złości nie panuje nad ruchami. Stwarza problemy i sytuacje niebezpieczne dla siebie i ludzi wokół. Grę w mądrą dziewczynę, która jest świadoma swoich problemów i stara się coś z nimi zrobić. Próbuje utrzymać równowagę i zapanować nad negatywnymi emocjami.
Pieprzenie. To jak uwierzenie, że gwałciciel po wyjściu z więzienia nie zgwałci ponownie.
Gdy zaczęłam grać, jak powinnam, uwaga przeniosła się na pozostałych uczestników, którzy mieli opowiedzieć, jakby się czuli w naszych sytuacjach, co według nich powinniśmy zrobić i tak dalej, i tak dalej.
A chłopak był zadowolony. Patrzył na mnie z uśmiechem, a w jego oczach widziałam, że czerpał z obecnej sytuacji satysfakcję. Udało mu się, wiedział to. A ja mogłam tylko czekać, aż zemszczę się na tej jego ładnej buźce. I obgryzać usta ze zdenerwowania.
Zajęcia minęły. Wszyscy opuściliśmy tą piekielną salę. 

~*~

Złość mi trochę przeszła. Będąc na kolejnych zajęciach oderwałam się myślami od sytuacji zaistniałych dzisiejszego ranka. Było dobrze i chciałam utrzymać ten stan, ale ten chłopak, który nie wiedzieć czemu uczestniczył ze mną na zajęciach, ponownie wytrącił mnie z równowagi. Może to był przypadek, a może specjalnie zmierzył mnie wzrokiem, kiedy wychodziłam z uczelni i akurat przechodziłam niedaleko jego pięknego, porysowanego auta. Nasze spojrzenia się ze sobą skrzyżowały, a wtedy – na jego twarzy pojawił się ten sam, upierdliwy uśmieszek, a we mnie pojawiły się poranne uczucia. Ruszyłam w jego stronę, nie wiedząc jeszcze, co chce zrobić.
- Hm? Zapomniałaś o czymś? – odezwał się chłodnym głosem, gdy byłam blisko.
- Przerysować auto z drugiej strony – odparłam i jakby na polecenie, wyciągnęłam z kieszeni kurtki klucze. Chłopak zmarszczył brwi i ruszył w moją stronę, będąc gotowym bronić swojego autka. No tak, przecież oni mają bzika na punkcie swoich pojazdów, jakby te mogły im oddać nerkę albo wątrobę.
- Rozzłościła się biedna dziewczynka na zajęciach? – zapytał z rozbawieniem. 
- Nieeee, dziewczynka się rozzłościła na widok kutafona, który nie umie jeździć. Za przeproszeniem, już kobiety lepiej prowadzą – schowałam dłoń z kluczykami do kieszeni. Puściłam je.
- Uderzyłem cię autem? Przejechałem? – zmarszczył brwi rozzłoszczony moim porównaniem. – To twoja wina. Świata po za telefonem nie widzisz – w tej chwili moje ciało zareagowało samo. Nim się zorientowałam, uderzyłam go pięścią w brzuch.
Gdy wspomniał o telefonie, przypomniałam sobie o wiadomości, w której dowiedziałam się, że jestem beznadziejnym zawodnikiem i koleś zrezygnował z walki ze mną. Przelałam tę złość na nieznajomego chłopaka.
Patrzyłam jak się wygina, łapie za brzuch i po chwili prostuje, starając się utrzymać twardą minę silnego mężczyzny. Co ciekawsze, nawet mu to wyszło.
- Ulżyła sobie? Na twoje szczęście, nie bije się z dziewczynami – powiedział, a we mnie znowu coś pękło. Nie będzie się ze mną bił, bo jestem babą. Jestem w ciele tej beznadziejnej płci, tej słabej płci, która nie powinna podnosić ręki, bo nie potrafi.
Znowu go uderzyłam, tym razem pięścią w twarz. Jego ciało dotknęło ziemi, ale szybko się podniósł. Trzymał się za policzek, ale widząc moją przygotowaną posturę do walki, która była tylko wyuczoną pozycją i w rzeczywistości nie zamierzałam go już więcej uderzać, zmienił swoje zdanie, co do „nie biję dziewczyn”. 
Podciął mi nogi i zwalił na ziemię, a ja nie sądząc, że będzie do tego zdolny, położyłam się jak jakiś amator. W rezultacie kopnęłam go pod kolanem, dzięki czemu sam znalazł się na ziemi.
Przetoczyliśmy się po ziemi, brudząc ubrania jak małe bachory i zdzierając sobie nawzajem policzki pięściami przynajmniej z dwa razy. Uderzyłam go pod żebrami, a on mnie w brzuch. Ja jemu rozbiłam nos, a on mi usta. W końcu zrzuciłam go z siebie, a on się podniósł. Wstając z ziemi podniosłam klucze leżące obok mnie. 
Staliśmy i patrzyliśmy się na siebie brudni, sini i z krwią na twarzy. Spojrzałam na klucze, które miały inną zawieszkę, niż moje. 
- Bijesz się jak baba – powiedziałam i odrzuciłam w jego stronę klucze. Wytarłam usta rękawem bluzki.

Rick? ^^

Od Mi’i cd. Anthony’ego

Kryminał. Jeśli wyśle bratu kryminał o morderstwie z nazwą książki miasta, w którym studiuje, nie będzie mógł spać po nocach i będzie się biedny zastanawiał, czy to nie było tajemnicze wezwanie o pomoc. Może jednak nie jest tak dobrze, jak opisuje? Może jednak to nie jest szkoła jeździecka? Nie, ta książka odpadała. Może na inną okazję.
Przewodnik turystyczny. „Coś o stanach” nie brzmiało tak, jakby to była książka, której szukałam. Po za tym przewodniki turystyczne nie są najciekawszą formą rozrywki, a tym bardziej w miejscu oddalonym od cywilizacji. 
- W Teksasie nie byłam – odpowiedziałam spoglądając na kolorowe grzbiety książek. Przewodnik, czy młodzieżówka?
- Nie trzeba być w tym miejscu, aby móc o nim poczytać – usłyszałam, na co z lekkim uśmiechem skinęłam głowa. Miał rację, ale nie o to mi chodziło.
- Chciałam wysłać bratu do Szwajcarii książkę o Idaho razem z pocztówką. To moja pierwsza podróż i nie chciałabym go straszyć kryminałem – wyjaśniłam, nie będąc przekonana co do wyboru którejkolwiek z książek. Choć co prawda, moje myśli zbliżały się ku młodzieżowej książce o koniach, jednak byłaby ona przeznaczona tylko dla mnie. 
- Rozumiem – chłopak zmienił ton na niższy, ewidentnie się nad czymś zastanawiając. – Książki dokładnie o Idaho nie ma, ale może nada się książka podróżnicza? – zaproponował, a ja złapałam z nim kontakt wzrokowy, prosząc tym samym, aby mówił dalej. – Sam jej osobiście nie czytałem, ale ma bardzo dobre opinie – w tym momencie przeszedł do innego regału, a ja ruszyłam za nim. Zapach książek unosił się w powietrzu i był na tyle intensywny, że przez moment miałam lekką nadzieję, że moje ubrania nimi przejdą. – Busem przez świat, małżeństwo podróżuje po całych Stanach, w tym do Idaho – opisał po krótce książkę, którą po chwili wskazał na półce. Skinęłam głową, na co on ją wyciągnął i mi ją podał. Miała żółtawą okładkę, przedstawiającą parę starszych osób, siedzących na krzesłach po środku drogi, a po prawej stronie zauważyłam kolorowego busa. Niemal natychmiast zdecydowałam.
- Wezmę ją – podzieliłam się z nim szerokim uśmiechem.
- Czy to będzie wszystko? Czy potrzebujesz coś jeszcze? – miał spokojny głos. Pokręciłam głową na znak, że to już wszystko, dzięki czemu mogliśmy się udać do kasy. Po drodze zapytałam go o książki na temat koni.
- Zaczynam naukę w szkole jeździeckiej i zastanawiam się, czy nie będę potrzebowała jakichś książek – wyjaśniłam. 
- Dressage Academy? – zapytał, a ja skinęłam głową. Stanęliśmy po przeciwnych stronach jego biurka, zaczął nabijać książkę na kasę. Nie pytałam, czy zgadywał, bo nie byłam pewna, czy w pobliżu znajdowała się inna stajnia, niż w Akademii. 
- Jeszcze pocztówka – przypomniałam sobie, gdy poczułam, że cały czas coś trzymałam w dłoni. Gdy mu ją podawałam, zauważyłam na krańcu biurka małą, brązowo-różową owieczkę, ręcznie szydełkowaną. Moje oczy natychmiast się zaświeciły. - Jejku, ale urocza - wskazałam na przedmiot, zdając sobie sprawę, że w całym sklepie nie zauważyłam ani jednej podobnej rzeczy. - To twoja? Chciałabym wysłać coś podobnego bratu, wygląda jak nasza Neira - dotknęłam przedmiotu palcem, nie wiedząc, czy mogę go wziąć w dłonie. Ostatnio, gdy w taki sposób sprawdzałam pluszaki na stoisku, dostałam upomnienie od sprzedawcy, że jeśli nie zamierzam nic kupować, to mam nie dotykać. Zarazki, proszę pani. Wszędzie zarazki! mówił.
- Neira? - zapytał, gdy nabił pocztówkę na kasę. Zobaczyłam na wyświetlaczu cenę, ale chwilowo byłam zaaferowana owieczką.
- Nasza owca, też ma brązową mordkę, a jak zachodzi słońce to jej wełna nabiera różowego kolorku - wyjaśniłam i dopiero wtedy zaczęłam grzebać w poszukiwaniu portfela. 

Anthony?

Audrey Bennet!

 Dołącza do nas Audrey Bennet! Powitajmy ją ciepło!


Audrey Bennet | 19 lat | Whiskey Skittles | -