Postać, na którą Maddie wskazała palcem trzymała coś całkiem sporego w dłoniach i kierowała się do psa.
- Gargamel przyszedł tylko nakarmić Klakiera - szepnąłem, w duszy śmiejąc się z własnego żartu. Pies zaczął agresywnie ujadać. Anonim zamarł i skierował swój wzrok w kierunku naszej kryjówki. Natychmiastowo poczułem jak żelki i ich działanie odsuwają się na bok, a mnie ogarnia adrenalina i strach. Maddie ścisnęła jeszcze mocniej dłoń, którą trzymała na moim ramieniu. Skrzywiłem się nieco, jeden zły ruch i po nas.
Mężczyzna uciszył psa, ochrzczonego przez nas Klakierem i chyba rzucił mu kurczaka, albo innego królika. Ponownie nie czułem się trzeźwo, no tak, to działa falami. Z jednej osoby zrobiły się trzy, śmiali się głośno i ewidentnie byli z czegoś zadowoleni. I pijani, patrząc po ich chwiejnym kroku.
Jeden z nich coś rzucił do rąk tego, który karmił. Zaczęli oddalać się ku mniejszemu budynku, chyba jakiegoś blaszaka.
- Gargamel miał braci? - zapytałem, zaaferowany tym, co właśnie zobaczyłem. Maddie wlepiła we mnie swoje wielkie oczy i przetarła twarz dłońmi. Zaśmiała się.
Zza budynku wyjechał ciemny pick-up, poczekali chwilę zanim odpalili świata i wjechali między drzewa. Nie minęło dużo czasu, nim zniknęli nam z oczu.
- Jak myślisz, ilu ich tu może być? - tym razem nie szepnęła. Była pewniejsza i wydawałoby się, że jest też bardziej trzeźwa.
- Kto? Jeśli tu były Gumisie, to pewnie już uciekły - podniosłem się szybko z kucek i wyszedłem z krzaków, w których przed chwilą obserwowaliśmy dziwnych anonimowych ludzi. Maddie również pojawiła się na stosunkowo otwartej przestrzeni i przez chwilę stała, jakby zastanawiała się który przycisk na klawiaturze teraz należy wcisnąć, by pójść do przodu.
Uznałem, że wie, że zwykle do przodu idzie się na W, więc samemu skierowałem się do budy, w której powinien znajdować się Kakier.
- Czekaj! Bo wystraszysz Klakiera! - Nagle znalazła się bok mnie. Kucnąłem i przechyliłem głowę na bok, chcąc zobaczyć czy pies dalej tam jest. - Co Ty robisz?!
- Sprawdzam, czy zamienił się w kota.
- Chodź, trzeba uratować Gumisie. - szepnęła, a ja podniosłem się natychmiastowo, co najmniej jakby ktoś kazał mi stanąć na baczność. Poczułem się jak w szpiegowskim filmie, James Bond czy coś takiego. No, jak tajni agenci w każdym razie. Maddie zachowywała się, jakby nie było to nic nowego, przyklejała się do ścian i ewidentnie nasłuchiwała, czy kogoś nie ma w środku.
Może jest tajną agentką? muszę ją o to spytać. Sprawdziliśmy główne wejście, tak samo jak i boczne, oba były zamknięte.
Rozczarowałem się, myślałem, że nasza tajna misja potrwa nieco dłużej. Zdecydowałem, że wciąż mogę być agentem i może uda mi się znaleźć rozwiązanie.
Okno. Przecież w filmach wchodzą oknami. I tu, zaraz przed nami, jedno było uchylone. Zawołałem Maddie i wskazałem jej nasze nowe wejście.
Dziewczyna podjęła heroiczną próbę ratunku smerfów, próbując doskoczyć do szyby. Ewidentnie była zbyt niska, a mnie strasznie rozśmieszyły jej nieudolne próby dobrania się do wejścia.
Teraz moja kolej.
Tak, jak Spider-Man.
Oparłem ręce o ścianę i wybiłem się do góry, licząc, że magicznie się przykleję. Jeszcze raz spróbowałem swoich sił w wejściu po ścianie, jednak na próżno. Maddie praktycznie tarzała się po ziemi ze śmiechu, ja w międzyczasie stałem i obmyślałem nowy plan wejścia do środka budynku.
Genialny pomysł przypadł jednak mojej towarzyszce, nie mnie. Wspięła się po moich plecach i spróbowała dosięgnąć parapetu. Przekleństwa, które padły z jej ust, jednak nie sugerowały sukcesu. Moja złota myśl o rozkręceniu dziewczyny i wrzuceniu jej przez okno spotkała się z dezaprobatą. Szkoda, śmiesznie by to wyglądało. Mała, czarna kula armatnia.
Pomysł z wejściem na barana okazał się być strzałem w dziesiątkę. No, prawie, bo więcej czasu spędziliśmy na łapaniu równowagi i generalnej próbie nie zabicia się nawzajem. Przez nasze śmiechy, nie miałem zbyt dobrej przyczepności do ziemi, co spowodowało, że uderzyłem nami w ścianę. Maddie wykorzystała to i chwyciła się parapetu.
- Pociągnij mnie! - odruchowo zacząłem ciągnąć ją w dół za kostki. Poprawiła mnie, że jednak nie w te stronę. Sprawniej już, wypchnąłem ją ku górze. Weszła.
Z okna wysunęły się jej ręce. Zacząłem podskakiwać, próbując się ich chwycić. Nareszcie mi się udało Zawisnąłem tak w powietrzu, wyobrażając sobie że jestem w środku jakiegoś epickiego pościgu, i mój drugi tajny agent ratuje mi życie, wciągając mnie znad przepaści.
Ale jazda.
W środku było okropnie ciemno. Po omacku odnalazłem pstryczek od światła i od razu go nacisnąłem. Agentka 2 ochrzaniła mnie, że mam to zgasić, bo nie mogą nas znaleźć. Skubana mądra jest.
Stanąłem na palcach i rozpocząłem proces badania pomieszczenia. Kopnąłem w coś, więc zatrzymałem się i wyciągnąłem telefon z kieszeni, celem zapalenia latarki.
Mebel, w który kopnąłem, był stołem. I chyba znaleźliśmy nielegalną bimbrownie.
- Gargamel jednak nie był czarodziejem. - pokręciłem rozczarowany głową i oświetliłem resztę pomieszczenia. Masa plastików, szkieł, butelek. Generalnie wszystko, co wygląda na nielegalne i równie dobrze mogłoby być planem filmowym z Breaking Bad.
A może jesteśmy tajnymi agentami w Breaking Bad??
- Spóźniliśmy się! - rozczarowane jęknięcie Maddie odebrało mi radość z tworzenia scenariuszy o filmach akcji. Trzymała w rękach dużą butelkę z czymś fioletowym. - Przerobili Gumisie... - załamał jej się głos. O boże, więcej nie dam jej żelków. Biedne Gumisie.
Poklepałem ją po głowie, biedna naprawdę przejęła się ich losem.
- Ale teraz możemy spróbować gumisoku - spróbowałem ją pocieszyć. Chyba mi się udało, bo odkręciła butelkę i powąchała jej zawartość. Nie musiała nawet podstawiać mi jej pod nos, zalatywało obrzydliwym, szczypiącym w nos amoniakiem. Skrzywiła się, mówiąc że gumisie nie były świeże.
- Myślę, że z pewnością są mocno po terminie. - Zabrałem butelkę z jej rąk i odłożyłem na swoje miejsce. - Chodź, zobaczymy co tu jeszcze jest.
Uchyliłem drzwi. Wielka hala, pełna różnych dziwnych śmieciopodobnych rzeczy. Raczej nic wartego uwagi. Bardziej zainteresowały mnie kolejne drzwi. Pociągnąłem dziewczynę za sobą.
Skierowałem światło latarki na coś przykrytego płachtą.
W całym pokoju śmierdziało smarem i skórą.
- Nie ma szans że to zwłoki - mruknąłem do dziewczyny, modląc się w duchu, żeby faktycznie nie były to zwłoki. Szarpnąłem w dół materiał, a naszym oczom ukazała się masa sprzętu dla koni. Siodła, ogłowia, więcej siodeł, jakieś rzeczy które wyglądały jak narzędzia tortur.
Pies, ochrzczony Klakierem, zaczął ujadać na zewnątrz.
Maddie pociągnęła mnie za jakiś mebel, chyba była to szafa. Z dłoni wypadł mi telefon, z wciąż zapaloną latarką. Wyczołgałem się po niego i natychmiast zgasiłem światełko.
Spojrzałem na nią wielkimi oczami, a ona trzymała dłoń na swoich ustach.
Wskazała palcem na drzwi przez które weszliśmy, i choć nikogo nie było widać, Klakier wciąż ujadał.
Przestał dopiero po kilku minutach. Odetchnęliśmy z ulgą.
- Chodź na tyły - wyszeptała dziewczyna, wychodząc pierwsza z naszej kryjówki. Nie mogłem się powstrzymać i spojrzałem jeszcze raz na sprzęt spod płachty. Coś mi się wydaje że nie tylko bimbrosmerfy tu znajdziemy.
Prawie uderzyłem w ścianę przez swoje rozmyślenia.
Wyszliśmy po kompletnie innej stronie budynku, niż wchodziliśmy. Widziałem tylko buty Maddie znikające w kolejnej dziurze, tym razem znajdującej się w środku budynku szopy.
Pokręciłem głową i wczołgałem się za nią. Nie zdążyłem się nawet podnieść, a już zostałem szarpnięty na bok i bezczelnie uciszony. Takie rzeczy w filmach dzieją się zdecydowanie rzadziej.
Dziewczyna położyła palec na swoich ustach ponownie, a drugą ręką wskazała powoli przed siebie. Zamrugałem kilka razy, czekając aż moje oczy przyzwyczają się do ciemności. Coś tu szurało. I generalnie śmierdziało tu okropnie. Jakby coś zdechło. Przypominało to też trochę końskie łajno. I obrzydliwy smród spoconych, zaniedbanych zwierząt.
Nareszcie mój wzrok stosunkowo przywyknął do tego mroku. Może dwa metry przede mną, stało może cztery, pięć koni, odgrodzonych od nas plastikową taśmą "UWAGA".
Konie.
Przede mną stoi chmara koni.
Spojrzałem z przerażeniem na dziewczynę, czując, jak blednę. Ku naszemu nieszczęściu, Klakier znów zaczął ujadać, tym razem ewidentnie reagując na dźwięk łamanych gałęzi i silnika katowanego na jedynce.
Maddie?
wtorek, 1 września 2026
od Arthura cd. Maddie
poniedziałek, 31 sierpnia 2026
Od Maddie cd. Ricka
Trzymając go pod rękę, próbowałam iść w miarę prosto chodnikiem, nie zwracając na nas niczyjej uwagi. Niestety utrzymywanie dwumetrowego Ricka było jak trzymanie dużego otwartego parasolu na silnym wietrze: przy mocniejszych porywach przechylałeś się razem z nim.
Wypiłam mniej alkoholu niż Rick, w końcu jutro (a raczej już dzisiaj) miałam pewne obowiązki w postaci pracy. Nie oznaczało to jednak, że całkowicie sobie odpuściłam - czasem trudno jest zerwać ze starymi nawykami i odpuścić.
Odpuścić... Jakie okropne słowo.
- Wiesz, że jesteś… - Rick zaczął mówić, spojrzałam na niego i czekałam, gotów mu dać w twarz. - …strasznie trudna do prowadzenia.
- To ty się chwiejesz - zauważyłam.
- Właśnie dlatego to wiem - odparł dumnie. - Gdyby nie ja, nie dałabyś radę iść.
Mimo jego uszczypliwości uśmiechałam się, było zabawnie. Albo był zabawny, albo alkohol całkowicie mnie rozluźnił. Albo oba.
Nagle chłopak uderzył nogą o hydrant. Alkohol w jego głowie stłumił ból. Zamiast krzyknąć czy przeklinąć, chłopak powiedział:
- Przepraszam pana - i szedł dalej.
- To był hydrant - zauważyłam.
- To tym bardziej mi przykro - zaśmiałam się, a on mi tylko zawtórował. Wątpię, aby zrozumiał o czym mówiłam.
W pewnym momencie się zatrzymał. Podniósł głowę do góry i spojrzał w nocne niebo. Pomimo tego, że stał na szeroko rozstawionych nogach, wydał się nagle trzeźwiejszy.
- Wiesz, co jest największym problemem człowieka? - zapytał spokojnym głosem.
- Co? - przez chwilę milczał. W końcu westchnął i odpowiedział:
- Schody - i cały obraz bardziej trzeźwego Ricka zgasł.
Wyciągnął telefon z kieszeni.
- Czekaj, idziemy nie w tą stronę - zaczął stukać w telefon.
- Idziemy w dobrym kierunku.
- Mylisz się - chwila ciszy. - Ja poprowadzę - i objął stery.
Przeszliśmy kolejne kilkaset metrów.
- Widzisz, dobrze że jestem - powiedział i nagle przechylił się na moją stronę. Ciężar dwumetrowego pijanego typa kazał mi na chwilę przystanąć.
- Tak? - mruknęłam kiedy go od siebie odetchnęłam, a ten stanął na równych nogach.
- Beze mnie byś się zgubiła - twierdził.
Nagle noga chłopaka ześlizgnęła się z krawężnika i mocno przechylił się na bok. Szliśmy złączeni ramię w ramię, więc musiałam się mocno zaprzeć nogami i odchylić do tyłu, aby razem z nim nie polecieć na asfalt.
Jadący samochód na nas zatrąbił. Rick pokazał mu środkowego palca i coś wykrzyknął (wydawało mi się, ale to było po rosyjsku?), a auto zaczęło zwalniać. Odsunęłam go od ulicy. Przy krawężniku zaparkowało auto, pasażer opuścił szybę.
- Mamy rozjechać ciebie i tą twoją niunię? - zapytał młody mężczyzna. Za kierownicą siedział podobny mu człowiek, a z tyłu auta przez przyciemnione szyby mogłam ujrzeć tylko sylwetki.
- Mamy ciebie rozjechać? - Rick próbował spapugować mężczyznę mówiąc bardziej kobiecym głosem. - Mam zaorać ci twarz chodnikiem? - powiedział tym samym tonem głosu. Sytuacja wydawała mi się zabawna do momentu, aż otworzyły się drugie drzwi pasażera od strony ulicy. Mężczyzna wzrostu Ricka o zdecydowanie większe wadze odwrócił się w naszą stronę trzymając w rękach kawałek kija albo metalowego drążka.
Kto normalny takie rzeczy wozi w aucie? Tylko ci, co szukają kłopotu.
- Moment, na tą walkę nie postawiłem żadnej kasy - zaprotestował pijany Rick.
- Bo ta nie była ustawiona - uśmiechnęłam się krzywo i przyciągnęłam do siebie Ricka mając nadzieje, że nabierze rozumu do tej pijanej głowy i oboje weźmiemy nogi za pas. Albo mężczyźni okażą się dobrymi duszyczkami o demonicznym twarzach - obojętnie.
Gdy zobaczyłam, że kolejny pasażer otwiera drzwi instynktownie uderzyłam podeszwą o auto, aby je zamknąć. Metal się zgiął w miejscu uderzenia buta.
Rick? Wybierz mądrze, ja chcę żyć
Od Ricka cd. Maddie
- Wiedziałem, że chcesz siedzieć bliżej mnie – zaśmiałem się, trzymając w dłoni szklankę alkoholu.
- Po prostu wszystkich odstraszasz tą swoją gębą – odgryzła sięz po czym zamówiła kolejny mocny alkohol.
Postawili przed nami kolejne dwie szklanki, uśmiechnąłem się widząc to. Moje geny alkoholika szalały, świat dookoła mocno już wirował a ja powoli czułem jak zaczynam tracić kontrolę. Było to nieziemsko fajne uczucie, relaksujące. Oj zdecydowanie posiadam geny alkoholika po starym. Siedziałem już zdecydowanie zbyt długo, a kolejne minuty zlewały się ze sobą w jedną, rozmazaną całość. Szklanka w mojej dłoni była chyba jedyną rzeczą, której jeszcze byłem pewien. Reszta — muzyka, światła, twarze ludzi dookoła — wirowała jak w kiepskim teledysku.
— Jeszcze jednego? — zapytałem, unosząc szklankę w stronę Maddie.
Spojrzała na mnie z miną, która mówiła zdecydowanie więcej niż słowa.
— Rick, chyba już wystarczy.
— Wystarczy? — parsknąłem śmiechem. — Nawet się nie rozkręciłem.
— Właśnie widzę.
Oparłem się wygodniej na barowym krześle i próbowałem skupić wzrok na jej twarzy. Nie wychodziło mi to najlepiej.
— Wiesz, że masz dwie głowy?
— Ty masz trzy — odpowiedziała bez zawahania.
— Czyli wszystko się zgadza.
Roześmiałem się tak głośno, że kilka osób obok nas spojrzało na mnie. Pomachałem im z szerokim uśmiechem, jakbym właśnie znalazł nowych przyjaciół.
Maddie pokręciła głową.
— Idziemy do domu.
— Jakiego domu?
— Mojego. Albo twojego. Wszystko jedno, byle stąd.
— Ale ja się świetnie bawię.
Wstałem, chcąc udowodnić jej, że doskonale sobie radzę. Przez pierwsze pół sekundy nawet w to wierzyłem. Potem zachwiałem się i złapałem się blatu.
Maddie natychmiast podniosła się z miejsca.
— No właśnie. To jest ten moment, w którym kończysz imprezę.
— To blat się przesunął. - burknąłem.
— Jasne.
— Przysięgam.
Spróbowałem zrobić krok w jej stronę, ale zamiast tego odbiłem się ramieniem od oparcia krzesła.
— Cholera — mruknąłem, po czym zacząłem się śmiać.
Maddie złapała mnie za ramię.
— Chodź, bohaterze.
— Nigdzie nie idę.
— Rick.
— Maddie.
— Jesteś pijany.
— Nie jestem.
— Ledwo stoisz.
Spojrzałem w dół na własne nogi, jakbym dopiero teraz sobie przypomniał, że rzeczywiście je mam.
— Stoją.
— Cudem.
Wyszczerzyłem się do niej i nagle uznałem, że świetnym pomysłem będzie zabranie jej szklanki.
— Daj.
— Po co?
— Sprawdzę, czy nie jest zatruta.
— Rick, nawet nie próbuj.
Oczywiście spróbowałem.
Maddie wyrwała mi szklankę sprzed nosa, a ja zacząłem się śmiać jeszcze bardziej.
— Jesteś niemożliwy.
— Ale przynajmniej ci się nie nudzi.
— To akurat prawda.
Przez chwilę próbowałem jeszcze przekonać ją, że powinniśmy zostać, ale w pewnym momencie sam przestałem pamiętać, jaki był mój argument. Ostatecznie pozwoliłem jej wyciągnąć mnie z lokalu.
A przynajmniej taki był plan.
Przy drzwiach zatrzymałem się nagle.
— Czekaj.
— Co?
Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na nią z ogromną powagą.
— Zapomniałem się pożegnać.
— Z kim?
Odwróciłem się w stronę sali.
— Ze wszystkimi.
— Rick...
— To niegrzeczne wyjść bez pożegnania.
Zrobiłem krok z powrotem, ale Maddie natychmiast mnie zatrzymała.
— Nie. Absolutnie nie.
— Ale...
— Jutro będziesz wszystkim dziękował.
— Za co?
— Za to, że pozwolili ci wyjść.
Przez chwilę patrzyłem na nią w milczeniu, po czym parsknąłem śmiechem.
— Dobra. Jesteś mądrzejsza ode mnie.
— Dzisiaj? Zdecydowanie.
Oparłem się na niej ciężarem ciała, a ona westchnęła, próbując mnie utrzymać.
— I właśnie dlatego nigdy więcej nie pijesz ze mną.
— To brzmi jak groźba.
— To obietnica.
— Szkoda.
Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy wyprowadziła mnie na zewnątrz. Chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz, ale zamiast otrzeźwieć, tylko bardziej zakręciło mi w głowie.
— Ooo... — mruknąłem, patrząc na ulicę. — Świat dalej wiruje.
— Bo ty wirujesz.
— Nieprawda.
Zrobiłem krok i niemal od razu zatoczyłem się w bok.
Maddie złapała mnie za kurtkę.
— Właśnie dlatego idziesz do domu.
— Dobrze, mamo.
— Jeszcze raz tak powiesz, to wracasz tam sam.
— Przepraszam, Maddie.
Po sekundzie dodałem:
— Mamo.
— Rick!
Roześmiałem się, a ona tylko pokręciła głową, prowadząc mnie dalej.
Maddie? sorrry że tak długo uwu
niedziela, 12 października 2025
Od Maddie cd. Arthura
sobota, 11 października 2025
od Arthura cd. Maddie
Dziewczyna wreszcie otworzyła oczy i spojrzała na mnie uradowana.
- Możemy wszystko! - wyrzuciła ręce do góry i zaśmiała się. Pierwszy raz od momentu jak ją poznałem, widziałem ją tak szczęśliwą. Świat był teraz fajny.
- Hura! - również podniosłem ręce, naśladując ją. - Teraz z tych wszystkich możliwości wybierz jedną - ściszyłem głos, to nasza tajemnica.
Patrzyłem na nią, choć moje spojrzenie było raczej nieobecne. Jej tak samo. Cisza była śmieszna, chichotałem. Chyba.
- Idziemy do lasu. Miasto jest nuuuuudneeeee - stwierdziła, sącząc soczek. Podniosłem się i na chwilę zastanowiłem, jak używa się swojego ciała. Dobra, jedna noga, druga, ręka i ręka. Okej. Znam kontrolki.
Rozmawialiśmy o niebie i patrzyliśmy na batoniki. Wróć, patrzyliśmy na niebo i rozmawialiśmy o batonikach.
Spacer był śmieszny. Miałem wrażenie że dryfuję, a nie idę. Dziewczyna złapała mnie za przedramię i zwolniła, fukając, że jestem olbrzymem. Odparłem jej, że jest karłem, za co wylądowałem w trawie obok chodnika. Kątem oka widziałem tylko, jak Maddie znika za winklem i prawdopodobnie wchodzi do sklepu. Położyłem się wygodniej i utopiłem w miękkiej, choć trochę wilgotnej, trawie i liściach. Było mi błogo.
Wreszcie postawiłem się do pionu i zlokalizowałem Maddie w sklepie. Była na dziale ze słodyczami, wpatrując się w paczki żelków jakby były najpiękniejszą rzeczą na świecie. Ma racje, chociaż ja wolę batoniki.
Właśnie, batoniki.
Pozbierałem kilka różnych smaków do rąk i wsypałem je do naszego koszyka, chichocząc pod nosem. Usiedliśmy na ławce i zabraliśmy się za ucztę, żartując z kasjerki o fioletowych włosach. W sklepowym świetle wyglądały jak galaktyka. I szczerze, była piękna. Aż żałowałem, że nie poprosiłem jej o numer. Chociaż patrząc na jej wzrok, pełen politowania, mogłem spodziewać się negatywnej odpowiedzi.
Maddie wyrwała mnie z układania sobie przyszłości z kasjerką i wsadziła mi rękę do kieszeni bluzy. Popatrzyłem na nią jak na świrniętą, ale nie odezwałem się. Szuka żelków, a tam ich nie znajdzie. Wsadziła ją więc do drugiej kieszeni, analizując jej zawartość.
- Czego chcesz?
- Żelków. Masz jeszcze, wiem to
- Może mam, może nie - uśmiechnąłem się do niej, odsuwając batona na bok. - Nie znajdziesz, mówię ci.
Zignorowałem jej dalsze poczynania i wróciłem do zajadania się ambrozją w postaci batona. Dałbym się pokroić za ich dożywotni zapas. Piękne, idealnie czekoladowe, z idealnym środkiem. - Ej! - prawie poplułem się przysmakiem, gdy ręce Maddie wylądowały w moich kieszeniach spodni. I do tego mnie uszczypała! Wytłumaczyła się, że po chciała sprawdzić, czy nie mam ich ukrytych. Przewróciłem oczami i rozmasowałem bolące miejsce.
Rozpiąłem bluzę i wyciągnąłem paczkę żelków dziewczynie, rzucając żartem o rozbieraniu. Dziewczyna zjadła swoją porcję, ja zjadłem podobną ilość co ona. Powoli wracałem do rzeczywistości, a wcale tego nie chciałem.
Droga do lasu kojarzy mi się z gumisiami, smerfami i moimi cudownymi batonami. Chyba tak to było. I trochę mi zimno. Nie widzę ścieżki. Przed chwilą tu była. Aua, gałąź w twarzy. Gdzie jest ścieżka?
Odsunąłem liście z twarzy i rozejrzałem się po okolicy; nic nie zwróciło mojej uwagi. Drzewa, krzaki, więcej drzew, człowiek, więcej krzaków.
Człowiek?
- Patrz! - chwyciłem dziewczynę za ramię i potrząsnąłem nim, chcąc zwrócić jej uwagę na mnie.
- Co? Gumisie?? Czy Smerfy?
- Bardziej Gargamel - wyszeptałem, wskazując palcem na ciemną postać torującą sobie drogę.
- Pewnie idzie do wioski.. - stwierdziła, a ton jej głosu wskazywał, że uknuła już jakiś plan. Albo się zjarała.
- Śledźmy go!
Tym razem to ja byłem prowodyrem głupiego pomysłu, ale raz się żyje. Dziewczyna szła praktycznie ramię w ramię ze mną. Próbowaliśmy poruszać się jak najciszej, by nie zwrócić na siebie uwagi.
Maddie chyba nie musiała unikać gałęzi aż tak jak ja, ani razu nie usłyszałem jeszcze przekleństwa z jej strony.
Przyspieszyliśmy kroku, gdy, jak mniemam mężczyzna, zaczął znikać nam z pola widzenia. Cholernie daleko ma tę wioskę.
Nie jestem pewien, czy minęła godzina, czy kilka minut, ale dotarliśmy do mniej zalesionego terenu. Jakieś dwadzieścia, może trzydzieści metrów dalej, stał wielki pustostan. Wyglądał jak stara fabryka albo może szpital? Nie wiem, w każdym razie, był pusty. Po polance rozległ się dźwięk pękającego szkła, po czym echem poniosło się szczekanie psa.
- Myślisz że to psi Klakier? - zapytałem dziewczyny, która intensywnie wpatrywała się w osobnika wchodzącego oknem do budynku. - Wchodzimy tam, prawda?
Pokiwała głową.
Wyciągnąłem papierosa i odpaliłem go, chwytając nabuzowanego skrzata za ramię.
- Jak mają nas zastrzelić brokatem, to razem. - Jeszcze raz zerknąłem na budynek, wydawał się być większy, niż pierwszy raz na niego patrzyłem. - Ty, a może oni przerabiają tu Gumisie na ten cały sok z gumisiów? - poczułem się, jakbym odkrył Amerykę, albo jakiś nowy pierwiastek. Przecież to by miało tyle sensu! Wiedziałem, że ta bajka nigdy nie była skierowana do dzieci...
- O popatrz, sarenka. - wskazała palcem na coś chodzącego po krzakach. - Albo przerośnięta wiewiórka? - zaśmialiśmy się, a ja do tego zakrztusiłem się dymem.
- A może sarwiórka? - omal nie parsknąłem śmiechem na cały głos, ale powstrzymała mnie ręka Maddie na moim ramieniu. Szarpnęła mną do tyłu i kucnęła, wskazując palcem, żebym się przymknął.
Maddie?
czwartek, 9 października 2025
Od Maddie cd. Ricka
środa, 8 października 2025
Od Maddie cd. Arthura
Arthur?