sobota, 5 października 2024

Od Anthony'ego cd. Zei

Anthony nie skupiał się na spotkaniu autorskim z Terrance Young. Chociaż wyglądał, jakby słuchał wywodów pisarki, myślami był zupełnie gdzieś indziej. Jutro nie pracował, dlatego zaczął obmyślać, jak sensownie ułożyć plan dnia. Na pewno zamierzał odwiedzić Milky Way. Trening nie brzmiał jak szczyt jego marzeń, ale jazda w teren wydawała się miłą odskocznią od rzeczywistości. Planując to na godziny popołudniowe, na poranne wrzucił przygotowanie obiadu na najbliższe dni. Do pory wieczornej nie zdążył nic przypisać, ponieważ został zmuszony do stanięcia za kasą. Zakończony wywiad skłonił uczestników do sporych zakupów. Patrząc po niektórych jednostkach, wątpił, by kiedykolwiek przeczytali coś z literatury faktu, a raczej czy w ogóle sięgnęli po literaturę inną niż dziecięca. Nie komentując na głos niczyich zakupów, życzył każdemu klientowi miłego dnia. Ostatni w kolejce stał oczywiście najmniej oczekiwany gość. Zeya położył na kontuarze wybrane przez siebie pozycje i spojrzał na szatyna z dozą nieufności.
- Będziesz jutro w stajni? - Zapytał Tony, skanując pierwszy kod kreskowy.
- A co? - Odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Chciałbym zobaczyć, jak używasz tych ćwiczeń w praktyce. - Postukał palcem w twardą oprawę książki. - Zbierasz pieczątki? - Odruchowo złapał za prostokątny kartonik.
- Nie. - Pokręcił przecząco głową.
- To zaczniesz. - Przybił stempel w odpowiednim miejscu. - Karta, gotówka? - Nie spoglądając na bruneta, odwrócił kartkę, by zapisać na niej swój numer kontaktowy.
- Karta. - Wyjął z kieszeni telefon komórkowy. - Wiesz, nie sądzę, żebym tu jeszcze zajrzał. - Położył dłoń na karku, aby go potrzeć.
- Nigdy nie mów nigdy. - Wręczył mu rabatówkę. - Trzydzieści pięć dolarów. - Uruchomił terminal, oczekując zatwierdzenia transakcji.
Widząc, jak Zeya przybliża komórkę do odpowiedniej części urządzenia, był już gotowy zapytać o to, czy potrzebuje potwierdzenia płatności. Powstrzymał się jednak, gdy zobaczył na monitorze odrzuconą płatność. Wiedziony przeczuciem, że mogła być to wina zarówno terminalu, jak i chłopaka, który mógł zbyt szybko od niego odsunąć telefon, włączył ponowną możliwość zapłaty. Azjata poczuł wdzięczność, dlatego posłał Tony’emu lekki uśmiech, którego ten nie odwzajemnił. Niestety, mimo dobrych chęci sprzedawcy, pieniądze znowu nie zostały przechwycone.
- No to mamy kurcze kłopot. - Pochylił się w kierunku bruneta. - Gotówka, rezygnacja, czy opcja numer trzy? - Zapytał, nie ujawniając swoich intencji.
Spodziewając się wycofania się z zakupu, jedną ręką sięgnął do kieszeni po swój portfel. W końcu nie chodziło mu o oddanie w naturze. Chyba.

Zeya?

Od Maddie cd. Arthura

Myśl o zrobieniu z baru rzeźni nawet mi się podobał – alkohol przestał działać orzeźwiająco jak na początku, teraz już tylko rozluźniał, przez co niechęć do ludzi i świadomość, że przebywam w bardzo tłocznym i głośnym pomieszczeniu sprawił, że z chęcią położyłabym na ziemi wszystkich ludzi, aby uzyskać chodź odrobiny spokoju. Zdecydowanie już powinnam wracać.
Spojrzałam na krwawiącą rękę. Mężczyzna ciął głęboko i chociaż nie czułam na razie bólu, wiedziałam, że przez najbliższe dni nie podciągnę się na drążku, ani nie zrobię żadnej pompki. Papier powoli robił się czerwony, jednak nie w takim tempie, jakim bandaż. Czy potrzebowałam szycia? Oczami wyobraźni zobaczyłam wuja opatrującego samemu gorsze rany i stwierdziłam, że tego nie potrzebuje. 
- W domu to ogarnę – zapewniłam barmana. – Nie lubię szpitali, nie ufam lekarzom, każą mi jeść leki – powiedziałam z lekkim rozbawieniem. Chłopak pokiwał głową, po czym wrócił do pracy; mężczyzna obok mnie zamówił drinka na bazie ginu. 
Spojrzałam na mężczyznę z ginem i uświadomiłam sobie, że był to ten sam Anglik, z którym siedziałam kilka chwil temu. Wyglądał na zestresowanego, ale w tym momencie przestałam zwracać jakąś szczególną uwagę na to, jak ktoś wygląda. W szklance zostało mi pół whisky, a Arthur miał rację, na dzisiejszy wieczór starczyło wrażeń. Przez moment pogadałam z nieznajomym, po czym udałam się do łazienki. Na sedesie odetchnęłam z ulgą: było trochę ciszej, a najgłośniejszymi osobami okazały się dwie czarnowłose Japonki, próbujące po cichu dogadać się, która ukręci wokół palca jakiegoś kolesia. Z ich rozmowy wyszło na to, że chodziło o barmana z blizną na brwi; aż się cicho zaśmiałam, co wzbudziło podejrzenie u nieznajomych, którzy szybko opuścili toaletę. Na kilka chwil zapanowała kochana cisza, przerywana dudniącą muzyką z zewnątrz.
Spojrzałam na rękę i wróciłam myślami do „problemów”. Nie uważałam ich za poważne problemy, ale według terapeuty mogłam przez to nigdy nie znaleźć miłości życia i założyć rodziny – moje zdanie na temat tego, że dzieci nie zamierzam chować, a mężczyźni szukają kobiety tylko do tego, aby móc legalnie ją posuwać bez ryzyka, że zostaną pozwani o gwałt, w ogóle się nie liczyło. Miałam się wpasować w społeczeństwo.
Do diaska, co też wujowi odbiło?!
Po załatwieniu spraw wróciłam do lady. Komunikacja nocna nie współgrała ze mną, dlatego zamierzałam wrócić do pokoju na piechotę; to tylko pół godziny. Nigdy się nie bałam chodzenia po nocy samemu, w jakiś sposób człowiek nieświadomy nie przyciąga zagrożenia, a potem już ma tak bardzo wywalone, czy kogoś będzie musiał uderzyć czy nie, że nie zwraca uwagi na potencjalne zagrożenie, które zdarza się rzadziej, niż by się komuś wydawało. 
Anglik siedział i czekał na mnie, tak samo jak mój niedopity drink. Chwyciłam go, ale nie podniosłam. W głowie zaszumiał mi głos wuja. „Jak raz odstawisz, nie dopijaj”, potem zobaczyłam przykre sceny, które mogą się zadziać i odstawiłam drinka. Tak na wszelki wypadek. Anglik wydawał się zdziwiony.
- Nie pijesz? – pokręciłam głową.
- Za dużo już wypiłam. Jak go wypije, to zwymiotuje – stwierdziłam, po czym zaczepiłam barmana. Poprosiłam go jeszcze o kawałek papieru. – Dzięki. Lecę, nim padnę trupem – uśmiechnęłam się. – Do zobaczenia – odsunęłam się od lady i ruszyłam w kierunku drzwi. 

Arthur?

piątek, 4 października 2024

od Arthura cd. Maddie

 Dzisiejszy wieczór w pracy, mimo dużego ruchu, był spokojny. Kilka znajomych twarzy pojawiło się przy barze, a kilka z nich było kompletnie nowych. 
Automatycznie wręcz nalewałem moim klientom co trzeba i przekazywałem informacje dalej, by dodano im to do rachunku, bądź odsyłałem z kwitkiem, mówiąc, że już wystarczy.
- Whisky z lodem. - Z analizowania wszystkiego co możliwe wyrwał mnie kobiecy głos. Wpierw nie byłem w stanie zlokalizować jego źródła; to kelnerka czy klientka? Wreszcie zawiesiłem wzrok na dość niskiej kobiecie, której twarz, mimo że naprawdę urodziwa, ozdobiona była plastrem na wardze. Ciekawe, czy to dla wyglądania "groźnie", co w sumie nie zdziwiłoby mnie specjalnie - gdybym był kobietą, trzymałbym się z daleka od takich miejsc nie wyglądając tak, jakbym mógł kogoś zagryźć bądź wydrapać mu oczy; czy też z powodu ukrywania jakichś ran bądź siniaków. Nie moja sprawa. Skinąłem na nią głową i po chwili przed dziewczyną znajdowała się szklanka z whisky. 
Zapomniałem o jej istnieniu, skupiając się na wydawaniu kolejnych zamówień i dalszej obserwacji klientów. 
Moją uwagę zwróciła interakcja dziewczyny z nieznajomym. Niby nic takiego, ale krótkowłosa zapadła mi w pamięci. Może to przez ten plaster? Albo po prostu to, jak cała się prezentowała - miała naprawdę seksowną figurę i aż żal było odwracać wzrok; gdyby nie fakt, że byłem w pracy, zapewne rzuciłbym jakimś ckliwym komplementem. Rozlewanie drinków czy też polewanie piwa skutecznie odbierało mi możliwość wejścia w interakcje z dziewczyną.
    Druga połowa mojej zmiany nie była już tak przyjemna, jak wcześniejsza. Po zejściu z przerwy, pierwsze co zauważyłem, to ochroniarzy wyprowadzających na zewnątrz jakąś dwójkę i dziewczynę o krótkich włosach, która nie wyglądała na usatysfakcjonowaną rozwojem sytuacji. 
Kobieta, która najwyraźniej była powiązana z mężczyznami, zabrała w popłochu swoje rzeczy i szybko ulotniła się z mojego pola widzenia. 
- Macie tu jakąś apteczkę? - Spojrzałem na krótkowłosą, próbując zlokalizować ewentualne zranienia dziewczyny. Odwróciłem się od niej i kucnąłem, przyglądając się półkom. Wreszcie zlokalizowałem tą, która miała w sobie zapas podręcznych apteczek i kilka większych. Wyciągnąłem jedną i podałem jej, po chwili bijąc się w myślach w czoło.
Wyszedłem zza baru, otwierając równocześnie apteczkę. Zaraz za mną wyszła kelnerka ze zmiatką i zdecydowanie zbyt dużą ilością papieru. Spojrzała na mnie pytająco, na co wskazałem jej gestem głowy miejsce, gdzie walało się porozbijane szkło a podłoga lepiła się od wylanego alkoholu. Bez słowa przeszła do dodatkowej fuchy, odsuwając gapiów i informując ich, że nic się nie stało, a ja zaraz wrócę za bar. Spotkało się to z głośnym westchnięciem ulgi większości obserwujących, którzy jak gdyby nigdy nic wrócili do swoich zajęć i w barze ponownie zapanował zgiełk. Wreszcie zauważyłem skapującą na podłogę krew i skrzywiłem się, wiedząc, że szef nie będzie zadowolony z bójki. Wyciągnąłem rozpakowany bandaż i podałem go dziewczynie, która zabrała go ode mnie pewnym ruchem. Ewidentnie miała doświadczenie w opatrywaniu ran, widząc, jak radzi sobie ze swoją. Poprosiła mnie, bym podał jej kolejny. 
- Poczekaj, pomogę. - Spróbowałem przekrzyczeć zgiełk i sam zabrałem się za zabandażowanie prowizorycznego opatrunku uciskowego. Spojrzała na mnie z, mam wrażenie, że domniemaną wdzięcznością. Rozerwałem sprawnie końcówkę bandaża i zawinąłem raz wokół jej nadgarstka, robiąc na samym końcu kokardkę. Krew powoli zaczynała przebijać się przez bandaż, na co zmarszczyłem lekko brwi. Ciekawe, że tak bardzo krwawi. Nie widziałem jak głęboka była rana, ani w którym dokładnie miejscu się znajdowała, ale najwyraźniej jej napastnik musiał dobrze się zamachnąć.
Będę musiał zobaczyć monitoring.
Gdy dziewczyna usadowiła się na nowo na krześle po "swojej" stronie baru, a ja wróciłem na swój, od razu usłyszałem prośbę o kolejną szklankę whisky. Nalałem jej bez słowa i postawiłem przed nią.
- Jesteś pewna, że nie chcesz pojechać tego szyć? - Zapytałem, widząc jak różowy kolor, który jeszcze przed chwilą był na bandażu, zmienia się na szkarłatny. Z rolki ręcznika papierowego urwałem kilka kawałków i podałem go dziewczynie, by podłożyła pod rękę. Pokręciła głową w odpowiedz na moje pytanie, zagryzając delikatnie wargę. Wzruszyłem ramionami i wróciłem do swoich obowiązków, wciąż mając ją na oku. Może jeśli tym razem ma wdawać się w bójkę, to szybciej wezwę ochronę.
"Kolejną" dzwoniło mi w uszach, gdy po raz któryś nalewałem jej szklankę.
- Słuchaj, ja wiem, że to pomaga na ból. - Uśmiechnąłem się. - Ale rozrzedza też krew, nie chciałbym zbierać twojego ciała z podłogi. - Dodałem, już nieco poważniejszym tonem, wskazując ręką na jej upaprany bandaż.
- Miewałam gorsze. - Odparła, co wzbudziło we mnie zainteresowanie. Nie odsunąłem się jak poprzednio, widząc, że nikt nie kieruje się w moją stronę. Pozwoliłem dziewczynie mówić, o ile miała taką ochotę. Alkohol ewidentnie rozwiązał jej język, bo dowiedziałem się, że całkiem dobrze walczy. Więcej jednak nie powiedziała, choć widać było, że jest to dla niej temat rzeka. Nieznajoma miała naprawdę ładny uśmiech, jednak wciąż intrygował mnie jej plaster na wardze. Sądząc jednak po rozmowie, którą przeprowadziliśmy przed chwilą, domyślałem się, że jest to efekt jednego z jej treningów, jeśli tak mogę to nazwać. 
Odsunęła wzrok ode mnie, rozglądając się po barze, jakby szukając wyjścia, lub kolejnej zaczepki. Mimowolnie spojrzałem na jej nadgarstek owinięty bandażem.
- Nie chcę, żebyś zrobiła mi z baru rzeźnie. - rzuciłem do niej, pół żartem, pół serio. - Na pewno nie chcesz żebym zawiózł cię do szpitala? - Spojrzałem na zegar znajdujący się na ścianie za nią. Niedługo i tak kończyłem, więc nocna wycieczka do szpitala nie zrobi mi dużej różnicy, skoro i tak nie muszę jutro tu wracać. - Arthur. - Przedstawiłem się, choć po chwili w mojej głowie pojawiło się "kurwa, przecież masz plakietkę". 
Krwawiąca krótkowłosa spojrzała na mnie, nieco z rozbawieniem, a może pogardą. Przewróciłem oczami, orientując się, że na pewno zwróciła na to uwagę. Nie była głupia, i prawdopodobnie miałbym z nią dość wyrównane szanse w przypadku fizycznej potyczki.
Jej wzrok złagodniał, choć miałem wrażenie, że zaszedł również mgłą. Nie znałem jej, ani nie miałem zamiaru głębiej jej poznawać, przynajmniej póki co. Była ładna i seksowna, zatrzymywała wzrok wielu, choć nie do końca w moim guście; i trochę poczułem się zobowiązany, by nikt na koniec mojej zmiany nie stracił przytomności, bądź nie padł trupem. A dziś wieczorem napatoczyła się ona, ruszając szklanką tak, by kostki lodu pływały w resztkach whisky. I do tego chyba była powodem bójki. 

Maddie?



Od Maddie do Arthura

Nie pij, mówił. Nie przeklinaj, mówił. Może jeszcze mi powie, żebym się nie biła?
   Kangee jeszcze ponad roku temu był inny i takiego go polubiłam. Pozwalał mi na wszystko: mogłam pić z nim whisky, które spożywał każdego wieczora przed telewizorem, oglądając mocne filmy akcji, mogłam z nim swobodnie rozmawiać i używać niecenzurowanych słów, gdy opisywałam innych ludzi lub frustrujące sytuacje. Mogłam nie istnieć wśród ludzi, tylko walczyć na ringu i z tego się utrzymywać. Mogłam siedzieć w ukryciu przed światem i trenować. Czytać, grać, tworzyć. Niestety coś mu się nagle zmieniło.
    Załatwił mi jakiegoś psychologa, który miał naprawić „moje życie” – dopiero po kilku spotkaniach zrozumiałam, że według nich miałam problem z emocjami oraz stosunkami międzyludzkimi. Gdyby chodziło o moje zdanie, moje życie byłoby normalne i takie jakie być powinno. Jednak nie – kazali zamieszkać samej, załatwili pracę i stwierdzili, że konie pomogą mi w terapii. 
    Mają szczęście, że lubię zwierzęta – dlatego się zgodziłam. 
~*~
    Spojrzałam w lustro, które miało pęknięcie u góry, przez co przecinało czubek mojej głowy na dwie krzywe części. Moje odbicie wskazywało na to, że niedawno wyszłam z ringu – tym razem jako zwycięzca. Starsza o dwa lata dziewczyna nie potrafiła się bronić przed kopnięciami, chociaż miała mocne i szybkie ciosy pięścią. Rozwaliła mi dolną wargę i nabiła siniaki na prawym przedramieniu, ale to ja wygrałam pieniądze i tapeta na twarzy na chwilę przestała mi przeszkadzać. Zakleiłam jeszcze ranę na wardze plastrem i wyszłam do baru – chciałam opić moje zwycięstwo czymś mocnym. 
    Celt Pub – byłam raz i zamierzałam wrócić. Ten wystrój, ta aura – brakowało jeszcze, abym się obwiesiła celtycką biżuterią, ale nie dziś. Potrzebowałam tylko i wyłącznie mocnego drinka na bazie whisky i chociaż nie cierpiałam przebywać wśród innych istot mojego gatunku, po zakończonych walkach potrzebowałam tego. Działało to na mnie jak oblanie lodowatym prysznicem po mocnej drzemce. 
    Napój podał mi wysoki chłopak z blizną na brwi. Nie pamiętałam go, jednak ostatnio tutaj byłam dawno temu, więc nie zamierzałam się nad tym zastanawiać. Bar stał jak stał, personel może się zmieniać w każdym momencie. Ważne, aby dali mi to, czego chciałam, a blondyn z kolczykami w uchu podarował mi wspaniały napój – teraz mogłam się rozkoszować nie tylko wygraną na polu bitwy.
    Z czasem do samotnej kobiety, która często w barach stanowiła smakowity kąsek dla samotnych mężczyzn, dosiadł się starszy anglik, który miał delikatny akcent. Był starszy ode mnie na pewno z dziesięć lat, a jednak dotrzymywał mi towarzystwa w rozmowie niczym rówieśnik. Na początku niechętnie rozpoczęłam tematykę alkoholi, ale z czasem gdy whisky mnie powoli rozluźniało, było mi obojętnie, o czym rozmawialiśmy. Jak już mówiłam, takie sytuacje dla introwertyka po walce działają orzeźwiająco. 
    Noc miała się zakończyć normalnie – wypity drink i powrót do domu, niestety los ponownie stwierdził, że sobie ze mnie zadrwi. W lokalu było spokojnie, do momentu, w którym pijany mężczyzna nie zaczął panoszyć się przy jednej kobiecie, która przyszła tutaj z mężem. Zaczęło się od wyzwisk i napiętej atmosfery i wkrótce miała się odbyć walka pomiędzy dwoma samcami, konkurującymi o samicę: jeden chciał jej serca, a drugi ciała. 
    Ich los, w tym mój, potoczył się inaczej w momencie, w którym pijak złapał moją szklankę, a następnie rozbił ją o blat, wylewając na mnie mojego drinka. Wymierzył w kierunku mężczyzny szkło w dłoni, był zajęty kobietą, którą chciał zdobyć, a mężczyzną, który ją bronił, dlatego nie zauważył, kiedy ze złością zamachnęłam się pięścią i uderzyłam go w bok głowy. Cios był na tyle silny, aby zwalić go z nóg, ale on był na tyle przyćmiony alkoholem, że nie poczuł bólu i szybko wstał. Zamachnął się kawałkiem szła, a ja zakryłam twarz dłonią, w efekcie dostając głęboką ranę po wewnętrznej stronie. Poczułam znajome ciepło, które zawsze towarzyszyło mi na ringu.
    Złapałam go za nadgarstek i wykręciłam mu rękę, co poskutkowało tym, że wypuścił broń. Następnie złapałam go za tył głowy i uderzyłam nim o blat. Chciałam kontynuować tą walkę, ale ochroniarze mnie powstrzymali.
    Wyprowadzili krwawiącego z czoła mężczyznę. Mnie również za chwilę kazaliby wyjść, jednak potrzebowałam jednej rzeczy.
    - Macie tu jakąś apteczkę? – zwróciłam się do barmana. Moje ręka była cała we krwi, która skapywała już na podłogę. Sprzątaczka będzie miała co robić, jeśli za chwilę nie zatamuje rany.

Arthur?

Madelyn Erson!

Dołącza do nas Madelyn Erson! Przywitajmy ją ciepło!


Madelyn Erson | 18 lat

wtorek, 1 października 2024

od Arthura cd. Anthony'ego

Słońce było dziś niesamowicie irytujące. Próbując się dobudzić, wciąż leżałem w tej samej pozycji, w której zasnąłem - czytaj, bardzo, bardzo kurwa niewygodnej. 
- Możecie mi wyjaśnić, co tu robicie, chłopcy? - Dotarł do mnie czyjś niezadowolony głos. Brzmiał, jakbyśmy byli w sporych tarapatach. Łokieć Anthony'ego znalazł się w moich żebrach, na co podniosłem się nieco do góry.
- Kolega się źle poczuł i musiał chwilę odpocząć. - Wyrzucił z siebie Tony, ponownie wbijając we mnie łokieć. Aua? - Prawda, kolego?
- Mhm, tak. Musiałem się na chwilę położyć, a Tony wcześniej pokazywał mi swoją kro... znaczy swojego podopiecznego. - Wyburczałem, niechętnie udając wybudzonego i trzeźwego. Widząc skwaszoną minę mojego znajomego, z którym wczoraj byłem napruty jak pies, domyśliłem się, że nie mamy do czynienia ze stajennym. Bezrękawnik również na to nie wskazywał, gdyż na piersi wyszyte było "trener". Jesteśmy w dupie.
- To się więcej nie powtórzy, panie "Trener". - Dodałem od siebie, zsuwając się chwiejnie z siana i stając na nogach. Chwilę później zrobił to Tony. 
Mężczyzna oceniał nas wzrokiem, uważając nas za pijanych półgłówków. No, w sumie nie był zbyt daleko od prawdy. Obmacałem się po kieszeniach, próbując wyczuć kluczyki od Impali. Odetchnąłem z ulgą, gdy je poczułem. Wracając jednak do trenera, nie wyglądał na starego - na oko miał jakieś 35-37 lat, dziwnie zgolony wąs i dość postawną posturę. Wyglądał też na takiego, który wychowany był twardą ręką i jedynym zadośćuczynieniem błędu, była nieprzyjemna kara. Modliłem się w duchu, by było to zamiatanie stajni czy cokolwiek podobnego, a nie interakcje ze zwierzętami. 
Przestałem go słuchać po pierwszych kilku słowach, czując nieprzyjemne pulsowanie w głowie. Tony znalazł się przy Milky Way, a ja wciąż opierałem się o belki boksu bliżej nieokreślonego olbrzyma w jasnobrązowym kolorze. Kosztowało mnie to prawie całą moją silną wolę, by nie odskoczyć, gdy zwierzę przyłożyło nos do kratek i wydało z siebie dziwne "phfhr". 
- ...Pan Śpiąca Królewna - przysięgam, że słyszałem, jak mój znajomy tłumi śmiech na to określenie.  - Jeździł pan kiedyś?
- Teller. - Poprawiłem go, irytując się na określenie "Śpiąca Królewna". - Arthur Teller, panie.. trenerze? - zmarszczyłem brwi, próbując rozczytać nazwisko na kurtce. Nie wyszło mi to zbyt dobrze, bo mój wzrok wciąż był rozmazany, a nie chciałem ujść za znudzonego konwersacją, bo jednak się tu uczę. I jakby nie patrzeć, mieszkam w ich "akademiku".
Anthony krążył raz w jedną, raz w drugą stronę, przynosząc coraz to dziwniejsze sprzęty pod boks zwierzęcia. Wyglądały bardziej jak przedmioty do BDSM czy innych zabaw, niż do faktycznej jazdy. Czy to był trener Anthony'ego? albo ktoś związany z tym wszystkim?
Moje wątpliwości zostały natychmiast rozwiane, gdy drzwi stajni otworzyły się po raz kolejny, wpuszczając do środka chłodne, poranne powietrze. Kolejna osoba w podobnym bezrękawniku, z zdecydowanie cieplejszym wyrazem twarzy. Przywitała się z mężczyzną i zmierzyła mnie wzrokiem.
Upierdolony od kurzu i siana znajdującego się wszędzie, przetarte jeansy i trampki, które już dawno powinny były zostać wyrzucone. Nie moja wina, że były wygodne.
Usłyszałem za sobą stukot kopyt i niewyraźne "stój krowo" mojego znajomego. Nie odważyłem się nawet odwrócić; zamiast tego usłyszałem nowy dźwięk - jakby wycierania? ścierania czegoś? Domyśliłem się, że Tony czyści wielkiego, zmutowanego psa. 
- Śpiąca Królewna bardzo chce się poznać z Pierniczkiem. - Zwrócił się do kobiety, która również okazała się trenerką. Kojarzyłem jej twarz, bo zaraz po przyjeździe rozmawiałem z nią na temat nauki jazdy. - Możesz do nas dołączyć na hali. - Spojrzał na Tony'ego, którego zwierzę nagle było ubrane. Wydukał coś o przebraniu się, ale machnięcie ręką i płonący wzrok trenera ewidentnie spalił jego zapał do dyskusji. Informacja o "poznaniu się z Pierniczkiem" równie szybko odebrała mi chęci do dyskusji.
- No, robaczku. - Kobieta zwróciła się do mnie przesłodzonym głosem, gdy odprowadzałem wzrokiem mojego znajomego. Pokazał mi kciuka w górę i uśmiechnął się ze zmęczeniem, jakby życząc nam obu powodzenia. - Arthur, tak? - Spojrzała na mnie, jakby próbując sobie przypomnieć kim dokładnie jestem i co ja tu kurwa robię. - Pójdziemy po rzeczy dla Pierniczka i pomogę Ci go przygotować do jazdy.
- Do jazdy? - zatrzymałem się, czując jak żołądek podchodzi mi do gardła. - Ale, ale ja nie umiem jeździć... - Wydusiłem z siebie wreszcie, czując się jak ostatni idiota. 
- Dlatego dostałeś Pierniczka. - Uśmiechnęła się i gestem ręki zaprosiła mnie do dziwnego pomieszczenia, pełnego sprzętu podobnego do tego, który przyniósł Tony dla krowy. Wskazała mi na jego rzeczy i pomogła je zmieścić na rękach. Poinstruowała mnie również, że wrócimy tu przymierzyć kask i kamizelkę.
- To wygląda jak narzędzia tortur. - Zauważyłem, wskazując na metalowe coś przyczepione do miliarda pasków. - Po co mi to?
- Zobaczysz, a teraz chodź. Pomogę Ci. - Kompletnie mnie zignorowała, co podniosło mi delikatnie ciśnienie. Strach przed potworem znanym "Pierniczkiem" skutecznie jednak tłumił całą złość.
Dotarliśmy do wielkiego, jasnobrązowego stworzenia, o równie wielkich oczach. Wydawał się być zwierzęcą wersją czołgu, a jego kopyta prawie na pewno na spokojnie mogłyby mnie zabić. 
Zabrała ode mnie dziwne przedmioty a zamiast tego włożyła mi szczotkę do ręki. Otworzyła boks i weszła przede mną, pokazując mi, jak przywiązać to stworzenie. Niewiele z tego załapałem, nawet jak powtórzyła to kilkukrotnie; nazwała to "węzłem bezpiecznym". Dziwne.
Wciąż wlepiając wzrok w Pierniczka, delikatnie przyłożyłem szczotkę do jego ciała. Wzdrygnął się, na co się odsunąłem, by spotkać się plecami z boksem.
- On mnie zabije. - Mruknąłem, czując palący wzrok kobiety na sobie. Chyba ją zdenerwowałem, bo wzięła kolejną szczotkę i zaczęła agresywnie czyścić Pierniczka z drugiej strony. Widząc, że zwierzę ma to kompletnie w dupie, spróbowałem jeszcze raz, tym razem mocniej dociskając przedmiot do jego ciała. Po kilku minutach założyła na niego kocyk i coś, co nazwała siodłem. Pasek pod jego brzuch nazwała jakoś dziwnie i dopięła go po drugiej stronie, zaciskając go mocniej, niż wydawało się to legalne. Pokazała mi jak założyć miliard pasków i kazała spróbować samemu. Boże, jak dobrze że nikt nie widzi moich nieudolnych prób. 
Pierniczek nie odgryzł mi palców, ani nie staranował, ani tym bardziej nie odgryzł mi palców. Z dumą spojrzałem na pokracznie założone paski, by usłyszeć od pani trener, że trzeba je zapiąć.
Zagryzłem zęby i przewróciłem oczami, słuchając jej instrukcji. Zrobiłem tak, jak kazała. 
Zniknęła. Ta chora kobieta zniknęła, zostawiając mnie sam na sam z tym psychopatycznym koniem o imieniu Pierniczek.
Kto kurwa nazywa takie bydle Pierniczek? Czy to odpowiednik nazywania yorka czy innego chihuahua Pogromca galaktyk, pożeracz dusz, światów i dziewic?

Tony siedział już na swojej krowie i robił jakieś dziwne rzeczy, kiedy dotarłem z Pierniczkiem i panią Trener na halę. Zatrzymał zwierzę i podjechał na środek, mając bliżej nieokreśloną minę.
Podjechał bliżej, by upewnić się, że to na pewno ja.
- Spierdalaj, wydaje Ci się że to widzisz. - Burknąłem do niego, widząc, jak walczy z wybuchem śmiechu.
- Pierniczek, tak? - Zaśmiał się wreszcie, oglądając uważnie jak trzymam się na bezpieczną odległość od obu zwierząt. - Pan Arthur barman i jego nowy przyjaciel - Pierniczek! Kurwa, Pierniczek! - Nie wytrzymał i parsknął śmiechem, wciąż oglądając moją walkę z wielkim potworem.
Trenerka podstawiła mi schodki i poinformowała, że mam wsiąść. "Strzemię", bo tak nazywał się uchwyt na stopę, wyglądał jak coś co spowoduje moją szybką śmierć. Dała mi do ręki kolorowy sznurek, obwiązany wokół szyi Pierniczka - kurwa, jak to pedalsko brzmi -  i przypięła jakąś długą smycz do czegoś przy głowie zwierzęcia.
Zachęciła mnie szybkim "no dalej", i bacznie obserwowała jak usadawiam się w siodle. Kazała mi włożyć drugą stopę w strzemię i powiedziała coś o ruszaniu biodrami i rytmie, niezbyt jej słuchałem.
Japierdole czyli to jednak nie krowa mnie zabije, a skutek drzemki na sianie. Kurwa mać, żegnaj okrutny świecie.
- obozekurwamaćzatrzymajto - wydusiłem na jednym oddechu, gdy zwierzę zaczęło powoli, wręcz ślimaczym tempem, iść do przodu. Trenerka spojrzała na mnie zdziwionym wzrokiem.
- Pierniczek Ci nic nie zrobi, zaufaj mi. - Uśmiechnęła się i zacmokała, sprawiając że Pierniczek znowu ruszył. Kurczowo trzymałem się kolorowego sznureczka i modliłem, by przeżyć bez szwanku zesłaną na mnie karę. Dochodził mnie tylko śmiech Tony'ego, który najwyraźniej czerpał niesamowitą satysfakcję z tego widoku.

Tony?


Od Anthony'ego cd. Arthura

Tony złapał Milky Way, zanim ta zdążyła odejść na zbyt dużą odległość. Trzymając w dłoni jej kantar, nie przejmował się skulonymi uszami zwierzęcia. Najwyżej odgryzie mu palce, a jego towarzysz pogłębi swój uraz do koni. Sytuacja pełna minusów. Lepiej się tego rozegrać nie dało.
- Dlaczego ona nie ma uszu? - Zapytał Arthur, zdecydowanie nie znając się na końskim odpowiedniku słowa “wypierdalaj”.

- Bo jej przeszkadzamy. - Wyjaśnił, krzywiąc się, gdy klacz szarpnęła głową ku górze. - Opanuj się. - Mruknął, próbując utrzymać ją w miejscu.

Kolejne skrzywienie się nadeszło w chwili, gdy blondyn zrzygał się na trawnik. Henderson nie przepadał zarówno za zapachem, jak i widokiem wymiocin. Skoro młodszego złapała już klątwa nocnego picia, czy w takim razie i on był nią zagrożony? Wzdrygając się, ponownie spojrzał na Milky, której wzrok wyrażał duże zniesmaczenie. Czyżby myślała o tym samym, co jej właściciel? Ewentualnie miała dość alkoholika, który chuchał jej spirytem prosto w pysk.

- No już. - Poklepał umięśnioną szyję łaciatej. - Wracamy do boksu. - Pociągnął za sznurek, zmuszając kobyłę do ruchu.

- Co ty robisz? - Arthur ponownie zmaterializował się obok nowego znajomego.

- Twoją matkę po godzinach. - Przewrócił oczami, niezbyt hamując się w niestosownych żartach. - Idę położyć ją spać. - Dodał dla sprostowania, kierując się w stronę przypisanej kwatery.

Klacz, na szczęście, nie sprawiała dużych problemów. Odprowadzona pod odpowiednie drzwiczki, sama weszła do środka mieszkania. Wewnątrz stanęła zadem do swojego opiekuna, co zdecydowanie zniechęciło go do dalszych interakcji. Nie ryzykując utratą zębów, szatyn zamknął boks, upewniając się przy tym, że krowa nie będzie w stanie go otworzyć. Dopiero po tych czynnościach odnalazł kumpla, którego stan nie prezentował się zbyt dobrze. Kładąc się na sianie, wymienił z nim kilka zdań. Początkowo chciał się podnieść, otrzepać i wrócić do domu. Nie mając jednak na to siły, po prostu zamknął oczy, co było ostatnim krokiem do nieuniknionego zaśnięcia.

***

Tony nie spał długo. Zważywszy na ich nocną posiadówkę, słońce wzeszło wcześniej, niż mógłby się tego spodziewać. Czując na karku czyiś oddech, zamrugał kilka razy oczami, by w kolejnym kroku gwałtownie się odsunąć. Orientując się, że to tylko blondyn, odetchnął z nieskrywaną ulgą. Spanie z kilkugodzinnym znajomym, zdecydowanie nie znajdowało się w jego bingo, przewidzianym na 2024 rok. Wgapiając się w Arthura przez dobre kilka minut, nie zwrócił uwagi na wchodzącego do stajni trenera. Mężczyzna od razu ich zauważył. Marszcząc brwi, zbliżył się do miejsca, gdzie ucięli sobie drzemkę.

- Możecie mi wyjaśnić, co tu robicie, chłopcy? - Skrzyżował ręce na piersi.

Henderson od razu uniósł głowę, by zlokalizować nową postać. Rozpoznając w nim pracownika akademii, szturchnął łokciem swojego kopana.

- Kolega się źle poczuł i musiał chwilę odpocząć. - Wymyślił lipne kłamstwo. - Prawda, kolego? - Ponowił swój ruch. 

Arthur? KOLEGO?