Kieliszek z trzaskiem rozbił się o podłogę, a szklane fragmenty rozsypały się, tworząc niemożliwą do ukończenia układankę. Przezroczysta substancja paliła w gardle, roznosząc dziwnie przyjemne ciepło po pozostałych fragmentach ciała. Skrzywiłam się, czując paskudną gorycz, do której, pomimo licznych degustacji, wciąż nie potrafiłam przywyknąć.
Oczy rozszerzyły się gwałtownie, a dłonie samoczynnie pochwyciły leżące nieopodal farby o przyjemnie ciepłych odcieniach. Nie kwapiłam się używaniem pędzla, nanosząc kolejne warstwy odpowiednimi palcami, nieumyślnie brudząc przy tym jasne odzienie. Smugi powoli scalały się w jedno, przybierając bliżej nieokreślone kształty, przywodzące jednak na myśl dość osobliwą wersję mitologicznego cerbera, skąpanego w promieniach szkarłatnego słońca. Daleko było mu do ideału, nieskazitelnej perfekcji, do której nieustannie dążyłam.
- Za mało, potrzebuję więcej. - mruknęłam, nieporadnie przykładając czystą z dłoni do rozgrzanego czoła. Cholera, gorączka znowu się wzmaga.
Z trudem uniosłam się z upaćkanej farbą pościeli, stając na dygoczących, upstrzonych świeżymi siniakami nogach. Nie pamiętałam, w jaki sposób się ich nabawiłam, nie przejmując się jednocześnie ich obecnością. Prześwitujące przez cieliste rajstopy przypominały bardziej mieszaninę błękitnej i fioletowej akwareli, aniżeli faktycznej bruzdy.
Przytrzymując się najbliższej ze ścian, skierowałam się ku drzwiom, migoczących tysiącem jaskrawych barw, drażniących przyzwyczajone do półmroku oczy. Zmrużyłam powieki, przez dłuższą chwilę szamocząc się z zamkiem, by już po chwili znaleźć się w przestronnym korytarzu akademika, zdającego się przemieszczać razem ze mną.
- Cholera. - warknęłam, poprawiając z lekka podwiniętą spódniczkę
Przystanęłam na chwilę, starając się wyostrzyć wzrok, łapiąc jednocześnie jakikolwiek kontakt ze światem, lecz płynący w mych żyłach alkohol zdecydowanie wszystko utrudniał. Westchnęłam ciężko, puszczając w końcu lodowatą klamkę, chwiejnym krokiem zmierzając w stronę stołówki. Jeśli nie znajdę tam choćby odrobiny procentów, będę zmuszona wybrać się poza tereny akademii, jednak w obecnym stanie byłoby to całkiem zabawne i lekkomyślne. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, czyż nie?
Po wielu potknięciach i nieudolnych staraniach w końcu osiągnęłam upragniony cel, a olśniewająca biel szkolnej kafeterii wywołała chwilową ślepotę, zmuszając do przymknięcia nieco zaczerwienionych oczu. Wtem poczułam gwałtowne rwanie w okolicach skroni, świdrujący ból, wybijający resztki zdrowego rozsądku. Klnąc pod nosem, usiadłam przy najbliższym stoliku, nieszczególnie zwracając uwagę na siedzącą na drugim krańcu personę. Drżąca dłoń mimowolnie powędrowała w kierunku rozpalonego wręcz czoła, jakby licząc, iż w jakiś sposób załagodzi to bestialskie uczucie agonii.
Całkowicie pochłonięta własną sprawą nie zauważyłam, iż dotychczas zajęta sobą osóbka, obecnie siedziała niemal naprzeciwko mnie, wypowiadając bliżej niezrozumiałe słowa.
- Daj mi spokój. Nic nie rozumiem, blyat. - Słowa same opuszczały wygięte w niezadowolonym grymasie usta. - Czuję się świetnie.
Po chwili zastanowienia uniosłam wzrok na rozmytą sylwetkę mego obecnego rozmówcy, próbując choćby określić płeć, bądź kolor włosów, lecz na próżno. Żałosne, na pewno nie wypiłam aż tyle. Zdołałam jedynie stwierdzić, iż nieznajomy wciąż spogląda w mym kierunku, zaintrygowany najpewniej dziwnym zachowaniem, połyskującą na białej koszulce farbą, bądź drażniącym zapachem etanolu. Możliwości było wiele, lecz niezależnie od tego, co by się zadziało, nie zamierzałam rozwiać wątpliwości ów istotki.
< Ktosiu? W razie trudności służę pomocą, Nancy wbrew pozorom nie gryzie ;w; >
niedziela, 18 marca 2018
Od Olivii cd. Viktorii
Nosz ja pierdolę! Ja od zawsze wiedziałam, że z moimi końmi jest coś nie tak, ale żeby od razu spierdalać z boksu? Od początku mojej znajomości z Tanzerem (a trwała ona już osiem lat) ani razu nie zdarzyło mu się zwiać. Zwykle należało to do roli wiecznie ciekawej świata Carpi, ewentualnie Delli, ale Tanz NIGDY nie uciekał.
- Nie gap się tak na mnie tylko łap konia – spojrzałam na nowo poznaną dziewczynę i prychnęłam pod nosem. Stała tam z założonymi rękoma jak jakaś pieprzona księżniczka.
- Nigdy bym na to nie wpadła, brawo za inteligencję – burknęłam łapiąc kantar i uwiąz szetlandzkiego diabła po czym szybkim krokiem ruszyłam w stronę wyjścia ze stajni. A za mną jak cień podążyła niebieskowłosa. Zapewne by się ponabijać z mojej pierdołowatości. Eh, zajebiście, tylko o tym marzę.
- Tanz! – zawołałam przeciągając znacznie ostatnią literę. Odpowiedziało mi nie radosne rżenie, a kwik, którego nawet Delliah mogła mu pozazdrościć.
Z cichym jękiem ruszyłam w stronę dźwięku jaki wydawał mój ogier. Szybko go zauważyłam stającego dęba przy płocie. Koń który za nim stał był równie rozbrykany jak kasztanek, ciągle opierał się przednimi nogami na górnej żerdzi płotu i próbował ugryźć Tanzera. Osoba, która jest w posiadaniu tego konia musi mieć z nim niezły zapierdol.
- Tanzer! - krzyknęłam próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Kucyk podrzucił łbem i z zawrotną prędkością obrócił się na zadzie i niczym mały pocisk poleciał galopem w naszą stronę. Gdybym nie zepchnęła mojej towarzyski z drogi szetlanda, to ona, a nie ja leżałaby na ziemi. Kuco wpadł na mnie i potrącił mnie zadem. W ostatniej chwili złapałam go za grzywę i pociągnęłam na ziemię.
- Boże, żyjesz? - przewróciłam oczami ignorując wyciągniętą w moją stronę rękę i w kilku sprawnych ruchach założyłam Tanzerowi kantar.
- Ruszam się i oddycham. Twoje pytanie było całkowicie nielogiczne - syknęłam , już byłam odrobinę zirytowana jej obecnością. Nigdy nie byłam zachwycona koniecznością egzystowania z innymi ludźmi.
Powoli wstałam ciągnąc za sobą rudego. Kuc otrzepał się i ze skruchą skubnął moją dłoń. Westchnęłam cicho i poklepałam go po ganaszu. Kochałam tego konia, ale jego odpały były… dziwne?, głupie? No, nie wiem.
Ruszyliśmy szybkim krokiem do stajni zostawiając zdziwioną dziewczynę w miejscu w którym przed chwilą stałam.
**
Delliah uniosła łeb kiedy lekko zaspana weszłam do jej boksu. Uśmiechnęłam się i podrapałam ją po czole. Od razu przy mojej nodze znalazł się również Tanz który wspiął się na tylne nogi i oparł się nadgarstkami na moim udzie. Poklepałam ogiera po szyi i nakazałam mu zejść. Długo w ich boksie nie zabawiłam, musiałam jeszcze ogarnąć Carpi by ją wylonżować. Dlatego szybko ruszyłam po szczotki i sprzęt młodej.
- Dzień dobry karusku – pocałowałam jej chrapy i zajęłam się rozczyszczaniem jej sierści z różnego rodzaju syfów. Poszło to dość sprawnie, w końcu kobyła nie miała za bardzo czym się ubrudzić.
- Idziesz jeździć? – pytanie padło z ust dziewczyny z wczoraj. Czy ona naprawdę musi mnie prześladować?
> Viczełłł, idziemy jezdzić? ^^
- Nie gap się tak na mnie tylko łap konia – spojrzałam na nowo poznaną dziewczynę i prychnęłam pod nosem. Stała tam z założonymi rękoma jak jakaś pieprzona księżniczka.
- Nigdy bym na to nie wpadła, brawo za inteligencję – burknęłam łapiąc kantar i uwiąz szetlandzkiego diabła po czym szybkim krokiem ruszyłam w stronę wyjścia ze stajni. A za mną jak cień podążyła niebieskowłosa. Zapewne by się ponabijać z mojej pierdołowatości. Eh, zajebiście, tylko o tym marzę.
- Tanz! – zawołałam przeciągając znacznie ostatnią literę. Odpowiedziało mi nie radosne rżenie, a kwik, którego nawet Delliah mogła mu pozazdrościć.
Z cichym jękiem ruszyłam w stronę dźwięku jaki wydawał mój ogier. Szybko go zauważyłam stającego dęba przy płocie. Koń który za nim stał był równie rozbrykany jak kasztanek, ciągle opierał się przednimi nogami na górnej żerdzi płotu i próbował ugryźć Tanzera. Osoba, która jest w posiadaniu tego konia musi mieć z nim niezły zapierdol.
- Tanzer! - krzyknęłam próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Kucyk podrzucił łbem i z zawrotną prędkością obrócił się na zadzie i niczym mały pocisk poleciał galopem w naszą stronę. Gdybym nie zepchnęła mojej towarzyski z drogi szetlanda, to ona, a nie ja leżałaby na ziemi. Kuco wpadł na mnie i potrącił mnie zadem. W ostatniej chwili złapałam go za grzywę i pociągnęłam na ziemię.
- Boże, żyjesz? - przewróciłam oczami ignorując wyciągniętą w moją stronę rękę i w kilku sprawnych ruchach założyłam Tanzerowi kantar.
- Ruszam się i oddycham. Twoje pytanie było całkowicie nielogiczne - syknęłam , już byłam odrobinę zirytowana jej obecnością. Nigdy nie byłam zachwycona koniecznością egzystowania z innymi ludźmi.
Powoli wstałam ciągnąc za sobą rudego. Kuc otrzepał się i ze skruchą skubnął moją dłoń. Westchnęłam cicho i poklepałam go po ganaszu. Kochałam tego konia, ale jego odpały były… dziwne?, głupie? No, nie wiem.
Ruszyliśmy szybkim krokiem do stajni zostawiając zdziwioną dziewczynę w miejscu w którym przed chwilą stałam.
**
Delliah uniosła łeb kiedy lekko zaspana weszłam do jej boksu. Uśmiechnęłam się i podrapałam ją po czole. Od razu przy mojej nodze znalazł się również Tanz który wspiął się na tylne nogi i oparł się nadgarstkami na moim udzie. Poklepałam ogiera po szyi i nakazałam mu zejść. Długo w ich boksie nie zabawiłam, musiałam jeszcze ogarnąć Carpi by ją wylonżować. Dlatego szybko ruszyłam po szczotki i sprzęt młodej.
- Dzień dobry karusku – pocałowałam jej chrapy i zajęłam się rozczyszczaniem jej sierści z różnego rodzaju syfów. Poszło to dość sprawnie, w końcu kobyła nie miała za bardzo czym się ubrudzić.
- Idziesz jeździć? – pytanie padło z ust dziewczyny z wczoraj. Czy ona naprawdę musi mnie prześladować?
> Viczełłł, idziemy jezdzić? ^^
Od Viktorii cd. Olivii
Siedziałam w stajni, trzymając na kolanach stare siodło North i ścierkę. Po raz kolejny sięgnęłam niezdarnie po pastę, i zaczęłam wcierać ją w sprzęt, przywracając mu jako taki wygląd. Podniosłam głowę znad siodła, gdy usłyszałam kroki i odgłos kopyt. Ktoś nowy przyjechał, ciekawie. Dziewczyna szybko ogarnęła gdzie są boksy jej koni, których było aż trzy. Zaczęła się zajmować swoimi sprawami, wyjęła z torby czy cholera wie co to tam było, jakieś zabawki i wlazła do boksu. Koń, na którego dziewczyna chyba wcześniej klęła, wyszedł z boksu i zaczął interesować się skrzynką Sil'a.
- Koń ci wylazł z boksu. - podeszłam do dziewczyny, i oparłam się o framugę boksu. Blondyna nieudolnie próbowała zawiesić lizawkę, stając na wiadrze. Przyglądałam się jej wprost komicznym próbom. Przechyliła się nieco bardziej do przodu, i stanęła na palcach, przeważając wiaderko. Rypnęła na trociny z cichym stęknięciem. Przyłożyłam sobie dłoń do ust, żeby nie parsknąć śmiechem.
- Carpe. - mruknęła, zbierając się z ziemi i otrzepując sobie tyłek. Domyśliłam się, że "Carpe" to imię jej konia, który uznał że lubi spacery po stajni. Śledziłam ją wzrokiem, i czekałam aż coś ze sobą zrobi. Wyszła z boksu konia, i zmarszczyła brwi, równocześnie strzepnęła kilka trocin ze spodni.
- Ciekawy sposób schodzenia z wiadra. - rzuciłam sarkastycznie, obrzucając chłodnym spojrzeniem blondynę, która wróciła do zawieszania lizawki. Nie otrzymałam odpowiedzi, co wcale mnie nie zdziwiło. Wyszłam z boksu, i skierowałam się do czterokopytnego uciekiniera. Pogłaskałam ją po miękkich chrapach, i wyjęłam smaczek z kieszeni. Podsunęłam jej go na otwartej dłoni, i zaczekałam aż zgarnie go wargami. Schrupała go ze smakiem i zaczęła szukać reszty. Odwróciłam się, ignorując ją i podeszłam do North. Klacz spojrzała na mnie obrażona, bo ona nie dostała. Przewróciłam oczami i wyciągnęłam smakołyk z kieszeni. Zjadła go łapczywie i odwróciła się do mnie zadem. No co za cholera jedna... Blondyna skończyła robotę w boksie, i niepewnie skierowała się do siodlarni. Zatrzymała się przed drzwiami, i zaczęła szukać klucza. Westchnęłam, i podeszłam ją nieco odratować. Stanęłam na palcach, żeby sięgnąć do stalowej rury. Odszukałam klucz i podałam go dziewczynie.
- Na przyszłość, pamiętaj że tam jest. I odkładaj go tam. - przyglądałam się, jak dziewczyna otwiera drzwi i odstawia klucz tam gdzie był. Skinęłam głową, i zabrałam wypastowane siodło z krzesła, które zostawiłam przed siodlarnią. Zawiesiłam je na swoim wieszaku, i otworzyłam pakę. Świeża dość szybko znalazła swoją pakę, i włożyła tam cały sprzęt jaki miała ze sobą.
- Dzięki wielkie. - odparła, po raz pierwszy od całego naszego "spotkania". Nie było to raczej sarkastyczne zdanie, chociaż mogłam się mylić. Przechodząc koło niej, zauważyłam, że ma podobne nazwisko do Mayi. Ba! Ma takie samo nazwisko. Olivia Sherley, ciekawie.
- Sherley? - zdziwiłam się. Olivia podniosła głowę i spojrzała na mnie pytającym wzrokiem. - Nie jesteś może spokrewniona z Mayą? - zapytałam, na co ta zaprzeczyła.
- Nawet jej nie znam... - burknęła, nieco zmieszana moim pytaniem. - Czemu pytasz? - wzruszyłam tylko ramionami.
- Huh, nie ważne. - ucięłam. Otworzyłam swoją pakę, i wyjęłam z niej sprzęt North. Klacz była w miarę czysta, bo zdążyłam ją rano przeczyścić. Wyszłam, ignorując Olivię. Na środku stajni stał mały pomiot szatana, potocznie zwany kucem szetlandzkim. Obrzucił mnie zdziwionym spojrzeniem, i zarżał przeciągle. Prawdopodobnie Silent wystawił łeb żeby trącić kucyka łbem. Małe i rude wystrzeliło biegiem w stronę wyjścia ze stajni, które było otwarte na oścież. Wyleciał z budynku jakby goniły go ogary piekielne, albo sam Szatan we własnej osobie.
- Tanzer! - z siodlarni wybiegła Olivia, trzymając w ręce skrzynkę ze szczotkami i derki. - Tanzer! - krzyknęła za nim, ale marchewa wybiegła już w cholerę.
- Było pilnować Rudego. - wzruszyłam ramionami, gdy ta spojrzała na mnie z rezygnacją. Cholera wie, gdzie to może wywiać.
- Ty zawsze musisz być taka wredna? - skrzyżowała ramiona na piersi, i czekała na moją odpowiedź.
- Muszę mieć jakieś hobby. - uśmiechnęłam się do niej wrednie, i odłożyłam sprzęt pod boks mojej klaczy.
Olivia? :3 Zgodnie z propozycją, Tanzer spierdolił xD
- Koń ci wylazł z boksu. - podeszłam do dziewczyny, i oparłam się o framugę boksu. Blondyna nieudolnie próbowała zawiesić lizawkę, stając na wiadrze. Przyglądałam się jej wprost komicznym próbom. Przechyliła się nieco bardziej do przodu, i stanęła na palcach, przeważając wiaderko. Rypnęła na trociny z cichym stęknięciem. Przyłożyłam sobie dłoń do ust, żeby nie parsknąć śmiechem.
- Carpe. - mruknęła, zbierając się z ziemi i otrzepując sobie tyłek. Domyśliłam się, że "Carpe" to imię jej konia, który uznał że lubi spacery po stajni. Śledziłam ją wzrokiem, i czekałam aż coś ze sobą zrobi. Wyszła z boksu konia, i zmarszczyła brwi, równocześnie strzepnęła kilka trocin ze spodni.
- Ciekawy sposób schodzenia z wiadra. - rzuciłam sarkastycznie, obrzucając chłodnym spojrzeniem blondynę, która wróciła do zawieszania lizawki. Nie otrzymałam odpowiedzi, co wcale mnie nie zdziwiło. Wyszłam z boksu, i skierowałam się do czterokopytnego uciekiniera. Pogłaskałam ją po miękkich chrapach, i wyjęłam smaczek z kieszeni. Podsunęłam jej go na otwartej dłoni, i zaczekałam aż zgarnie go wargami. Schrupała go ze smakiem i zaczęła szukać reszty. Odwróciłam się, ignorując ją i podeszłam do North. Klacz spojrzała na mnie obrażona, bo ona nie dostała. Przewróciłam oczami i wyciągnęłam smakołyk z kieszeni. Zjadła go łapczywie i odwróciła się do mnie zadem. No co za cholera jedna... Blondyna skończyła robotę w boksie, i niepewnie skierowała się do siodlarni. Zatrzymała się przed drzwiami, i zaczęła szukać klucza. Westchnęłam, i podeszłam ją nieco odratować. Stanęłam na palcach, żeby sięgnąć do stalowej rury. Odszukałam klucz i podałam go dziewczynie.
- Na przyszłość, pamiętaj że tam jest. I odkładaj go tam. - przyglądałam się, jak dziewczyna otwiera drzwi i odstawia klucz tam gdzie był. Skinęłam głową, i zabrałam wypastowane siodło z krzesła, które zostawiłam przed siodlarnią. Zawiesiłam je na swoim wieszaku, i otworzyłam pakę. Świeża dość szybko znalazła swoją pakę, i włożyła tam cały sprzęt jaki miała ze sobą.
- Dzięki wielkie. - odparła, po raz pierwszy od całego naszego "spotkania". Nie było to raczej sarkastyczne zdanie, chociaż mogłam się mylić. Przechodząc koło niej, zauważyłam, że ma podobne nazwisko do Mayi. Ba! Ma takie samo nazwisko. Olivia Sherley, ciekawie.
- Sherley? - zdziwiłam się. Olivia podniosła głowę i spojrzała na mnie pytającym wzrokiem. - Nie jesteś może spokrewniona z Mayą? - zapytałam, na co ta zaprzeczyła.
- Nawet jej nie znam... - burknęła, nieco zmieszana moim pytaniem. - Czemu pytasz? - wzruszyłam tylko ramionami.
- Huh, nie ważne. - ucięłam. Otworzyłam swoją pakę, i wyjęłam z niej sprzęt North. Klacz była w miarę czysta, bo zdążyłam ją rano przeczyścić. Wyszłam, ignorując Olivię. Na środku stajni stał mały pomiot szatana, potocznie zwany kucem szetlandzkim. Obrzucił mnie zdziwionym spojrzeniem, i zarżał przeciągle. Prawdopodobnie Silent wystawił łeb żeby trącić kucyka łbem. Małe i rude wystrzeliło biegiem w stronę wyjścia ze stajni, które było otwarte na oścież. Wyleciał z budynku jakby goniły go ogary piekielne, albo sam Szatan we własnej osobie.
- Tanzer! - z siodlarni wybiegła Olivia, trzymając w ręce skrzynkę ze szczotkami i derki. - Tanzer! - krzyknęła za nim, ale marchewa wybiegła już w cholerę.
- Było pilnować Rudego. - wzruszyłam ramionami, gdy ta spojrzała na mnie z rezygnacją. Cholera wie, gdzie to może wywiać.
- Ty zawsze musisz być taka wredna? - skrzyżowała ramiona na piersi, i czekała na moją odpowiedź.
- Muszę mieć jakieś hobby. - uśmiechnęłam się do niej wrednie, i odłożyłam sprzęt pod boks mojej klaczy.
Olivia? :3 Zgodnie z propozycją, Tanzer spierdolił xD
sobota, 17 marca 2018
Od Olivii do Viktorii
Czy to naprawdę musi się tak dłużyć?, pomyślałam stojąc przed bramą do akademii. Zdążyłam już ogarnąć swoje rzeczy i zanieść swoje rzeczy do pokoju, a przyczepa z moją „świętą trójcą” wciąż nie przyjechała. Miałam nadzieję, że konie doleciały do Virginii w całości i teraz bezpiecznie jadą w wynajętej przyczepie.
- Japierdolę – mruknęłam pod nosem kiedy zegarek w moim telefonie pokazał, że za chwilę będzie po siódmej wieczorem. Naprawdę chciałam mieć to już z głowy, byłam zmęczona długim lotem z Hiszpanii, a musiałam jeszcze ogarnąć konie. Nie ma niczego gorszego niż przemęczenie. Ehh.
W końcu jednak na brukowej drodze stanął samochód wraz z moimi kobyłami i ogierkiem. Podeszłam szybko do przyczepy i zaczęłam odsuwać zasuwki by w końcu, przy pomocy faceta który przywiózł koniuchy, opuścić rampę. Z wnętrza przyczepy dobiegło mnie rżenie moich diabłów.
- Cześć Tanz, Carpi, Delliah – przywitałam je i zaczęłam wyprowadzanie od ogiera. Kucyk chętnie zszedł na podjazd i posłusznie stanął w miejscu gdy mu to nakazałam. Poprosiłam kierowcę by potrzymał szetlanda i poszłam po klacze. Obydwie spojrzały na mnie ze znudzeniem i bez zbędnych ceregieli dały się odwiązać od barierek. Carpe Diem i Delliah miały całkiem różne charaktery, ale lubiły się dzięki czemu mogłam wyprowadzić je obie na raz.
Gdy już trzy konie znalazły się na zewnątrz zapłaciłam kierowcy, który po chwili odjechał, i postanowiłam zabrać konie do stajni. Uprzednio założyłam Tanzerowi śmiesznie małą tranzelkę z malusieńkim wędzidłem i przypięłam do niej uwiąz który przewiązałam przez kantar Carpi. Była to jakby nie patrzeć najbezpieczniejsza opcja, bo znając Delli będzie odpierdzielać całą drogę.
- Carpi – połaskotałam ją palcem po chrapach. Klacz momentalnie obróciła łeb w moją stronę patrząc na mnie tymi swoimi wielkimi, czekoladowymi ślepiami. Była przepięknym koniem. I utalentowanym.
Droga do stajni nie zajęła nam długo, ale tak jak myślałam tuż przy stajni Delliah wykonała piękny ślizg na zadzie przypalając mi przy okazji palce. Super.
- Deliśka, co ty odpierdalasz? – warknęłam łapiąc ją odrobinę mocniej. Kobyła na moje słowa jedynie machnęła kopytem w powietrzu. Ewidentnie jej to wisiało.
Znalezienie boksów nie sprawiło mi problemu, klaczki stały obok siebie, a Tanz z Delliah. Dlatego szybko je tam ulokowałam , a potem zajęłam się akcją pod tytułem „Rozwiesić zabawki do boksu dla Carpi i nakleić tabliczki ostrzegawcze na boks siwej”.
- Koń ci wylazł z boksu – usłyszałam za sobą gdy nieudolnie próbowałam stanąć na wiadrze i powiesić lizawkę. Niestety łagodnie mówiąc mój plan poszedł się walić gdy wraz z wiaderkiem znalazłam się na ziemi. Ktoś kiedyś mówił, że ściółka w boksach jest miękka. No nie bardzo, pewnie i tak potłukłam sobie dupę.
- Carpe – mruknęłam podnosząc się z ziemi. Złapałam ją za kantar odciągając ją od buszowania po skrzynce na szczotki któregoś z prywatnych koni. Jak się odwróciłam z niezadowoleniem zauważyłam, że dziewczyna, która zafundowała mi lądowanie na ziemi ciągle mi się przygląda.
Czy ja mam coś na czole, że się tak gapi?
- Japierdolę – mruknęłam pod nosem kiedy zegarek w moim telefonie pokazał, że za chwilę będzie po siódmej wieczorem. Naprawdę chciałam mieć to już z głowy, byłam zmęczona długim lotem z Hiszpanii, a musiałam jeszcze ogarnąć konie. Nie ma niczego gorszego niż przemęczenie. Ehh.
W końcu jednak na brukowej drodze stanął samochód wraz z moimi kobyłami i ogierkiem. Podeszłam szybko do przyczepy i zaczęłam odsuwać zasuwki by w końcu, przy pomocy faceta który przywiózł koniuchy, opuścić rampę. Z wnętrza przyczepy dobiegło mnie rżenie moich diabłów.
- Cześć Tanz, Carpi, Delliah – przywitałam je i zaczęłam wyprowadzanie od ogiera. Kucyk chętnie zszedł na podjazd i posłusznie stanął w miejscu gdy mu to nakazałam. Poprosiłam kierowcę by potrzymał szetlanda i poszłam po klacze. Obydwie spojrzały na mnie ze znudzeniem i bez zbędnych ceregieli dały się odwiązać od barierek. Carpe Diem i Delliah miały całkiem różne charaktery, ale lubiły się dzięki czemu mogłam wyprowadzić je obie na raz.
Gdy już trzy konie znalazły się na zewnątrz zapłaciłam kierowcy, który po chwili odjechał, i postanowiłam zabrać konie do stajni. Uprzednio założyłam Tanzerowi śmiesznie małą tranzelkę z malusieńkim wędzidłem i przypięłam do niej uwiąz który przewiązałam przez kantar Carpi. Była to jakby nie patrzeć najbezpieczniejsza opcja, bo znając Delli będzie odpierdzielać całą drogę.
- Carpi – połaskotałam ją palcem po chrapach. Klacz momentalnie obróciła łeb w moją stronę patrząc na mnie tymi swoimi wielkimi, czekoladowymi ślepiami. Była przepięknym koniem. I utalentowanym.
Droga do stajni nie zajęła nam długo, ale tak jak myślałam tuż przy stajni Delliah wykonała piękny ślizg na zadzie przypalając mi przy okazji palce. Super.
- Deliśka, co ty odpierdalasz? – warknęłam łapiąc ją odrobinę mocniej. Kobyła na moje słowa jedynie machnęła kopytem w powietrzu. Ewidentnie jej to wisiało.
Znalezienie boksów nie sprawiło mi problemu, klaczki stały obok siebie, a Tanz z Delliah. Dlatego szybko je tam ulokowałam , a potem zajęłam się akcją pod tytułem „Rozwiesić zabawki do boksu dla Carpi i nakleić tabliczki ostrzegawcze na boks siwej”.
- Koń ci wylazł z boksu – usłyszałam za sobą gdy nieudolnie próbowałam stanąć na wiadrze i powiesić lizawkę. Niestety łagodnie mówiąc mój plan poszedł się walić gdy wraz z wiaderkiem znalazłam się na ziemi. Ktoś kiedyś mówił, że ściółka w boksach jest miękka. No nie bardzo, pewnie i tak potłukłam sobie dupę.
- Carpe – mruknęłam podnosząc się z ziemi. Złapałam ją za kantar odciągając ją od buszowania po skrzynce na szczotki któregoś z prywatnych koni. Jak się odwróciłam z niezadowoleniem zauważyłam, że dziewczyna, która zafundowała mi lądowanie na ziemi ciągle mi się przygląda.
Czy ja mam coś na czole, że się tak gapi?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


