wtorek, 20 czerwca 2017

od Irmy cd. Rekera

Kiedy siedziałam obok Rekera i wujka Maksa, no może i nie jest moim biologicznym wujkiem ale chyba mogłam go tak nazywać… Chyba. Podczas licytacji byłam strasznie zdenerwowana i ciągle patrzyłam na Nefarię z walącym mocno sercem, czy ktoś jej zaraz jednak inny nie kupi, bo zazwyczaj tacy ludzie przeznaczają klacze ze świetnym rodowodem i płodnością do reprodukcji i koniec. Klacz rodzi jak królik… Takie konie nie były szczęśliwe, a Nefaria akurat była klaczą niewysterylizowaną, czyli źrebaki mogła mieć, a takie konie zazwyczaj rzadko się zdarzały, gdyż hodowle wolą żeby nikt im nie zagrażał! „Boże ile to będzie trwać?!” - pomyślałam sobie siedząc niemalże jak na szpilkach. Dopiero co się zaczęło, a ja już byłam tak podenerwowana jakby miało o moje życie tutaj zależeć! Patrzyłam to na klacz, to na innych licytujących i nie wiedziałam że Nefaria bardziej jest zdenerwowana czy ja, bo nerwowo strzygła uszami i się na wszystkich patrzyła, a kiedy doszedł ten bat to już w ogóle! Ceny co po chwilę rosły co po chwilę w zastraszającym tempie, a ja nie mogłam się nadziwić po jak wysoką cenę mogą chodzić takie konie i jak się o nie ludzie biją! Siedziałam tak zdenerwowana jeszcze przez około pięć najdłuższych minut w moim życiu, a wtedy ogłoszono że Maks wygrał i Nefaria trafi do jego stajni! Nie posiadałam się z radości, bo wiedziałam że będzie mieć u niego dobre warunki, a wszystkie konie w jego stadninie były bardzo zadbane. Maks kupił jeszcze siwego ogiera o imieniu Mróz po Rizetino oraz Aquarcie. Później pobiegliśmy jak strzały do swoich koni, choć właściwie to należały ode do Maksa niż do nas, a kiedy sobie pomyślałam że Alkatrasa też kupił, zdałam sobie sprawę że jakbym musiała odejść to straciłabym swojego konia już na zawsze! No niby Maks był dobry i w ogóle, ale nadal się go bałam mimo wszystko, a teraz kiedy Alkatras należał do niego… No powiedzmy że chciałam sama odkupić Alkatrasa ale raczej mi by się to nie udało, no i poczułam się jak ostatnia kaleka, bo nie potrafiłabym go raczej znaleźć… A kasztan był moją rodziną! A co z Nefarią? Też należy do niego. „Eh… Co tu dużo mówić? Jak tylko się im znudzę to wyrzucą, a konia mi zabiorą” - pomyślałam smuto, ale starałam się tego nie okazywać.
- Potraktujcie to jako prezent. Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni i dacie sobie z nimi radę - rzekł Maks, a ja się zdziwiłam! „Jak to nasze?” - spytałam samą siebie w myślach, bo myślałam że kupił je dla siebie, a nie dla nas! „Ten typ jest szalony!” - przeszło mi przez myśl, ale nie mogłam już dłużej nad tym myśleć, bo Nefaria podeszła do Maksa od tyłu bo na chwilkę się obrócił i zaczęła mu skubać włosy! Z początku Maks się zdziwił i zesztywniał, lecz kiedy jakby oprzytomniał nieco, obrócił się i zobaczył klacz, która nadal skubała go delikatnie po włosach zadowolona.
- Co? Podobają Ci się? - spytał rozbawiony, na co klacz zarżała i przestała, ale jakby tam się troszkę oblizywała czy coś bo parę razy wywaliła język śmiesznie, co wywołało u nas falę śmiechu. Wszystkie trzy konie zostały zapakowane do przyczepy, a następnie na lotnisko by je przetransportować samolotem do stanów, a my wróciliśmy do hotelu gdzie się spakowaliśmy i również pojechaliśmy na lotnisko, lecz tym razem Maks się upewnił że wszystko jest w porządku, tak samo jak piloci, którzy jeszcze przy nas wszystko dokładnie sprawdzali. Kiedy mieliśmy wsiąść do samolotu, ja stanęłam jak wryta i nie mogłam się ruszać. Czułam tylko jak bardzo drżą mi nogi i dosłownie miałam je jak z waty, przez co nie wiedziałam czy się na nich długo utrzymam, gdyż no nie czułam jakby nóg!
- Chodź Irmo! - zachęcił mnie Maks, lecz ja stanowczo zaprzeczyłam ruchem głowy ale nawet ruszyć w tył się nie mogłam! - Chodź teraz już wszystko będzie dobrze! - dodał ale ja i tak się nie ruszyłam, tylko się trzęsłam jak osika.
- Wujek idź! - warknął nagle Reker, który wyszedł z samolotu, a Maks tylko na to przewrócił oczami ale wszedł do środka – Irmuś nie bój się! - powiedział podchodząc do mnie.
- Nie chce tym lecieć…. Już prawie drugi raz się rozbiłam i mi wystarczy kolejnego razu, abo tym razem śmierci – powiedziałam co po chwilę się jąkając i drżąc na sam widok samolotu. „Boże jak ja nienawidzę latać!!!” - krzyknęłam rozpaczliwie w myślach jakby to coś miało mi pomóc.
- Zaufaj mi! Wszystko będzie dobrze, chodź! - zachęcił mnie, na co przełknęłam głośno ślinę.
- Nie mogę się ruszyć…. - szepnęłam, a on przekręcił głowę jak pies.
- Nie mogę się w ogóle ruszać… Jakbym nie czuła nóg – sprecyzowałam odpowiedź, a on wtedy spojrzał na moje drżące jak galareta nogi i spięte ciało, na co westchnął i nagle wziął mnie na ręce!
- Co robisz?! - spytałam zdenerwowana.
- Jak się nie możesz sama ruszyć, to Ci pomogę! Nic się nie bój Irmuś, naprawdę mi zaufaj! - rzekł i wszedł do samolotu, ale tam nawet byłam wielkim kłębkiem nerwów! Z tego wszystkie podali mi silne środki uspokajające, które i tak nic prawie nie dawały, ale starałam się jakoś opanować. Te kilka godzin lotu były koszmarem, lecz kiedy wylądowaliśmy poczułam niesamowitą ulgę i wparowałam szybko do auta, gdzie niemalże natychmiast zasnęłam, z czego pewnie się śmiali czy coś, ale ja tylko czułam się bezpiecznie na ziemi!
**
Po kilku godzinach spania, poczułam jak ktoś mnie szturcha, wiece leniwie i z trudem otworzyłam słabe powieki, gdzie zobaczyłam zmartwionego Rekera.
- O co chodzi? - spytałam przeciągając się niczym kto, z czego troszkę się uśmiechnął.
- Jesteśmy już na miejscu! Był wypadek, więc staliśmy jeszcze trzy i pół godziny w korku, a ty cały czas spałaś – wyjaśnił.
- Uhu…. - mruknęłam tylko przecierając zaspane oczy i wyszłam jakoś z auta, gdzie zaczęliśmy iść najpierw do stajni, by zobaczyć jak się mają nasze konie, a ja nico się rozbudziłam. Kiedy tylko zobaczyłam Alkatrasa, od razu się ożywiłam i do niego podbiegłam ciesząc się że go widzę, oraz się do niego przytuliłam, co on też zrobił swoim muskularnym łbem, więc to musiało słodko wyglądać dla kogoś stojącego obok.
- Tęskniłeś mały? - spytałam szczęśliwa, na co zarżał cicho.
- Cześć malutki! - usłyszałam głos Rekera, więc pewnie witał się z Arrowem! Dałam kasztanowi kosteczkę cukru i zaczęłam się rozglądać wzrokiem po całej stajni, gdzie są nasze nowe konie i po dłuższej chwili znalazłam! Nefaria stała w swoim boksie i wyglądała zaciekawiona po nowej stajni tak samo jak Lux oraz Mróz. Tak bardzo cieszyłam się że wróciłam, że od razu zaczęłam siodłać Alkatrasa , który wyglądał na zadowolonego z mojego pomysłu, wyprowadziłam go z boksu i skierowałam się z Rekerem na odkryty padok, więc musieliśmy przejechać po żwirowym placu wjazdowym Maksa. Kiedy byliśmy już prawie na padoku, nagle zobaczyłam jakiegoś mężczyznę w bramie, który wydawał mi się przerażający i znowu zaczęłam cała drżeć! Alkatras natomiast czując to natychmiast stanął w miejscu.

< Reker? ;3 >

od Rekera cd. Irmy


Kiedy weszliśmy do stajni od razu zaczęliśmy się rozglądać dookoła. Niechcący wyrwałem się bardziej do przodu, gdyż no za mocno się zagapiłem, ale najbardziej moją uwagę przykuł kary ogier rasy hanowerskiej.

Co prawda był on inny niż Arrow, ale jak dla mnie był on najpiękniejszy z całej stadniny! Spojrzałem na drzwiczki boksu gdzie znajdowała się złota tabliczka z imieniem wierzchowca i po jakich był rodzicach. Karus nazywał się Lux i był po matce Quinn oraz ojcu Vladmirze... Aż się zdziwiłem, że w miarę normalnie te konie ponazywali, bo niektórzy Francuzi to istni wariaci!
- Cześć mały - powiedziałem wyciągając powoli rękę w stronę jego głowy, do której chętnie się przytulił więc nie czekając dłużej radośnie go pogłaskałem - Śliczny jesteś - stwierdziłem na co zarżał cicho i podrzucił kilka razy zadowolony łbem. Z tego co doczytałem to miał cztery lata no i jakoś się okazało, że jego rodowód jest wręcz rewelacyjny! Arrow tak samo jak Alkatras też byli po świetnych koniach więc nie mieliśmy na co narzekać. Lux był bardzo zadowolony z pieszczot i gdy już tylko miałem sięgać do kieszeni by dać mu kosteczkę cukru usłyszałem za sobą wściekły głos jakiegoś mężczyzny.
- Co tu robi ten bachor?! Zabrać go w tej chwili, bo zarazi czymś jeszcze mojego Luxa! - warknął na mnie a ja zmierzyłem go obojętnym wzrokiem.
- Derko zrozum wreszcie, że jeszcze licytacja się nie skończyła! - warknął na niego inny mężczyzna. Ten karus bardzo mi się podobał, ale nie mogłem bez przerwy żerować na pieniądzach wujka... Westchnąłem ciężko i już miałem sobie iść poszukać Irmy, lecz zjawił się wnerwiony Maks, do którego raczej bez kija teraz lepiej nie było podchodzić.
- Dzieciaki mogą sobie głaskać te konie ile chcą - fuknął zły patrząc na moją dziewczynę, którą dopiero teraz ujrzałem przy innym boksie więc musiała sobie też upatrzyć jakiegoś wierzchowca - Dołączam się do licytacji za Luxa i Nefaria - dodał jeszcze a ten typo co zaatakował mnie słownie wzruszył na to tylko ramionami.
- I tak będą moje! Przegra pan z kretesem - mruknął na niego i się zaśmiał.
- To się jeszcze okaże - prychnął i ruchem głowy nakazał nam iść przez co szybko pożegnaliśmy się z końmi oraz udaliśmy się za nim na dwór gdzie zasiedliśmy przy stoliku a już po chwili pojawiły się konie przeznaczone na licytację w tym Lux i Nefaria. Licytator mówił coś o ich rodzicach i tak dalej... no najważniejsze rzeczy, które powinien wiedzieć kupujący a przed nami na przestrzeni cały czas pokazywano jako koń się rusza i skacze, lecz najciekawsza była licytacja gdzie wujek na pewno łatwo nie odpuści.
- Numer jeden, koń Lux cena wywoławcza 430 tysięcy - oznajmił licytator i się zaczęło.
- 435 tysięcy - odezwał się od razu wujek.
- 440 tysięcy - przebił go od razu ten gościu, który nas obraził.
- 445 tysięcy - mruknął wujek.
- 450 tysięcy - rzekł ktoś inny i tak się toczyło aż do samego końca. Jakiś człowiek od razu zrezygnował gdy spojrzał na Maksa, bo chyba rozpoznał kim jest... W końcu ceny zaszły tak daleko, że nawet pan idiota się poddał co mnie rozbawiło, ale jakoś powstrzymałem się od śmiechu i pokazania typowi języka.
- Milion trzy tysiące osiemset po raz pierwszy... po raz drugi... po raz trzeci! Sprzedano panu przy stoliku numer dwadzieścia! - krzyknął a Derkowi mina zrzedła! Chciałem już coś pomruczeć, ale zaczęła się licytacja Nefari więc wolałem być cicho by Maksiu mógł się skupić - Cena wywoławcza 430 tysięcy - rzekł ponownie licytator i zaczęło się od nowa. W pewnym momencie klaczka przestraszyła się palcata co zniechęciło niektórych licytujących więc wujek miał mniej ludzi, których musiał przebijać, ale w końcu i tak wygrał przez co myśleliśmy, że będziemy skakać ze szczęścia!
- Milion dwa tysiące czterysta po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci! Sprzedano panu przy stoliku numer dwadzieścia! - krzyknął licytator a wujek demu całemu Derko posłał kpiący uśmieszek i mruknął coś obraźliwego w jego stronę niestety w innym języku, którego do końca nie zrozumiałem. Maksiu jeszcze zaszalał i zakupił siwego ogiera już nieco taniej a cała licytacja już po niecałej półtora godzinie się skończyła więc nadszedł czas by przeczytać ludzi, którzy zakupili swoje wierzchowce by nie było żadnych nie domówień - Numer jeden, dwa i siedemnaście należą do Pana Maksymiliana Blackfreya! Prosimy uregulować wszystko u właściciela stadniny - odezwał się głos a wszyscy normalnie zrobili miny karpia i popatrzyli na Maksa jak na ducha. Wujek praktycznie się tym nie przejął i poszedł z nami załatwić wszystkie formalności a już po około trzydziestu minutach konie były nasze! Tak NASZE!
- Potraktujcie to jako prezent. Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni i dacie sobie z nimi radę - rzekł wujek mrużąc na chwilę zmęczone oczy.

< Irma? :3 Wygrał! xd>

od Irmy cd. Rekera

No nie powiem… Nienawidzę latać samolotami, bo kiedyś nieomal się rozbiłam jak jeszcze miałam biologicznych rodziców, lecz teraz kiedy znowu prawie się rozbił odrzutowiec i w dodatku prywatny Maksa, stwierdziłam że już chyba nigdy nie wrócę do kraju, gdyż panicznie teraz bałam się latać! Dwa razy prawie się zabić to już przesada! Nie… Nie lubię samolotów! Nie lubię latać i koniec! Kiedy moje nogi dotknęły ziemi, miałam ochotę paść na kolana i ją ucałować że żyję oraz że jestem w bezpiecznym miejscu, lecz się powstrzymałam. Później z Rekerem zamówiliśmy sobie lazanię… Boże jakie to było pyszne! Powiem szczerze że hotel był właściwie istnie królewski, gdyż w środku wyglądało wszystko jakbyśmy mieszkali w jakimś pałacu, a my czuliśmy się jak jacyś ludzie z królewskiego rodu normalnie! Wspólny pokój z Rekerem też mnie jakoś teraz specjalnie nie dziwił albo hm… Nie kłopotał może tak. No bo jak w końcu spędziliśmy tyle czasu ze sobą oraz dwie noce spaliśmy w siebie wtuleni i dobrze nam się spał to czemu nie spać w jednym? Dobra nie ważne! W każdym razie później wymknęliśmy się jakoś z hotelu i zaczęliśmy zwiedzać Paryż czym byłam wręcz zachwycona, mimo tak dramatycznej podróży. Następnie Reker zabrał mnie na wieżę Eifla, gdzie były tak piękne widoki!
- Ślicznie tu - powiedziałam nagle gdy patrzyliśmy już z jakiś czas na tereny Paryża, który mienił się różnymi kolorami od świateł, a ciemna noc polepszała ten niezwykły widok!
- To prawda, ale.... - urwał milknąc, gdy na mnie spojrzał, a ja się bałam że zaraz coś powie w stylu że „źle się stało że na siebie trafiliśmy” To nie powinno się było stać” „musimy zakończyć naszą znajomość”. Na te ponure myśli serce mi przyspieszyło i myślałam że zaraz się opłaczę, bo nie chciałam żeby jednak on mnie też zostawił, tak jak wszyscy inni! Nie chciałam znowu być sama… Nie chciałam żeby każdy się ode mnie odwracał, bo byłam podjęta głupim programem ochrony świadków i ktoś chce mnie zabić… Chcę tylko normalnie żyć, nic więcej! Żyć u boku najbliższych mi osób, ale te wykruszyły się bardzo szybko i zostałam sama, a teraz miałam tylko Tię i Rekera, no i Maksa poniekąd! „znowu zostanę sama...” pomyślałam smutno.
- Ale? - zapytałam jednak kiedy spojrzał mi głęboko w oczy.
- Znam osobę, która jest najśliczniejsza i najpiękniejsza - odpowiedział mi a ja momentalnie posmutniałam. „Ma kogoś i mnie skreślił” - pomyślałam zrozpaczona, lecz wtedy dodał coś, co mnie zszokowało! - Ciebie - dodał po chwili i nawet nie wiecie w jakim szoku ja byłam!- Irmo ja Cię Kocham – rzekł jeszcze i… i… mnie pocałował!
Nie mogłam po prostu w to uwierzyć! Byłam… Byłam taka szczęśliwa! Zaraz odwzajemniłam pocałunek, co go chyba nieco zdziwiło, ale gdy się od siebie oderwaliśmy widziałam szczęście, ale i zdenerwowanie.
- Ja też Cię Kocham Reker! - szepnęłam, a w jego oczach mogłam dostrzec błysk szczęścia. Znowu mnie pocałował, a później patrzyliśmy na fajerwerki, lecz ja tym razem patrzyłam wtulona w niego i wreszcie poczułam spokój… Patrzyliśmy tak z dwadzieścia minut na fajerwerki, a później jeszcze na rozświetlone miasto gdy to się wszystko skończyło, a następnie zaczęliśmy wracać do naszego hotelu. Muszę przyznać że Reker mi imponował że zna biegle francuski!
**
Następnego dnia obudziliśmy się około godziny dziesiątej rano, oczywiście byliśmy wtuleni w siebie, a gdy wstaliśmy, Reker zamówił nam śniadanie, a ja poszłam się przebrać, gdzie dostrzegłam że mnie dziad chciał podejrzeć! Rozbawiona pogoniłam go ręcznikiem i pluszowym kapciem z czego oboje się śmialiśmy a ja w końcu zamykając się w łazience, spokojnie się przebrałam i zjadłam z nim śniadanie. A później przyszedł po nas Maks z którym pojechaliśmy do stadniny gdzie mają najlepsze konie do zawodów w skokach. Właściciel przywitał nas z uśmiechem a ja weszłam do jednej ze stajni z Rekerem nie chcąc czekać i zaczęliśmy się rozglądać, a moją uwagę przykuła klacz pewna klacz…

 Była piękna! Podeszłam od razu do drzwiczek jej boksu, a ona do mnie chętnie podeszła i pozwoliła się pogłaskać, dzięki czemu się lekko uśmiechnęłam i pogłaskałam ją, na co cichutko zarżała z zadowolenia, a ja korzystając z okazji, spojrzałam na złotą tabliczkę na której były zapisane jej dane oraz rodziców. „Nefaria – po Castello de lavo oraz Feladolle de leko” przeczytałam i lekko się skrzywiłam na te dziwne imiona.
- A więc jesteś Nefaria… - szepnęłam do klaczy głaszcząc ją, na co trąciła mnie lekko łbem, jakby potwierdzała moje słowa. Klacz była rany Hanowerskiej oraz z tego co wyczytałam na tabliczce, miała cztery lata. A wtedy usłyszałam niedaleko siebie niezadowolenie jakiegoś mężczyzny.
- Bachorze odsuń się od mojej klaczy bo jeszcze ją ubrudzisz ty mała pijawko! - warknął na mnie, a ja się zdziwiłam.
- Derko to jeszcze nie Twoja klacz bo licytacja jeszcze trwa! - warknął na niego inny.
- I tak będzie moja! A ty na pewno jej nie kupisz, więc sobie pomarz Romualdo! - warknął, a ja nie wiedziałam czy uciekać czy zostać.

< Reker? ;3 niech maks tam ratuje! Xdd >

poniedziałek, 19 czerwca 2017

od Rekera cd. Irmy

Nie no byłem w ogromnym szoku! Najpierw wygrana na zawodach gdzie w raz z Irmą zajęliśmy pierwsze miejsca a teraz mamy lecieć do Francji?! Nie, że się nie cieszę czy coś, ale był to dla mnie takie zaskoczenie, iż ledwo wszedłem do prywatnego odrzutowca wujka. Było tu mnóstwo luksusów, ale my z niebieskooką zasieliśmy w pierwszym lepszym miejscu gdzie mogliśmy na siebie patrzeć.

 Wszystko było już uszykowane na obiad, na który mieliśmy ziemniaki, kotlet z piersi kurczaka i surówka. Wszystko zjedliśmy ze smakiem a jako iż siedzieliśmy przy innym stoliku niż Maks z Meddy i Tiją mieliśmy trochę więcej spokoju. Potem dostaliśmy jeszcze do picia to co każdy tam chciał no i zaczęła się podróż do Francji a pierwszym punktem miał być Paryż. Chociaż walczyłem ze snem to niestety i tak oczy same się zamknęły. Ostatnie co pamiętałem to że wujek sprawdzał coś na laptopie oraz ciepły uśmiech dziewczyny. Sny miałem dosyć ładne, ale nie trwało to dość długo, gdyż obudziły mnie jakieś krzyki oraz sygnały alarmowe. Nie wiedząc o co chodzi otworzyłem szybko oczy i zorientowałem się, że pikujemy do morza! Odruchowo zapiąłem szybko pasy bezpieczeństwa oraz spojrzałem na Irmę, która też była przestraszona jak ch**era!
- Zrób coś! - usłyszałem krzyk jednego z pilotów.
- Robię! Nic nie reaguje! Spadamy do morza! - odkrzyknął mu przerażony drugi. Wszyscy krzyczeliśmy i nawet przez to wszystko ruszyć się nie mogliśmy. Maks też był nieźle przerażony chociaż z tego co mówił to wiele razy się już otarł o śmierć, ale jak widać człowiek nigdy nie może przyzwyczaić się do sytuacji ekstremalnych. Cały czas dało się też słyszeć krzyki pilotów, ale dzięki Bogu wszystko jakoś dobrze się skończyło chociaż i tak wszyscy byli bardzo zdenerwowani! Nikt nie wiedział co powiedzieć a ja z Irmą patrzyliśmy na siebie niczym przestraszone zwierzęta dysząc niczym po biegu maratońskim. Wujek ogarnął się jako pierwszy oraz poszedł szybko do pilotów pewnie spytać się co stoi za naszym niedoszłym wypadkiem a jeśli chodzi o nas to doszliśmy do siebie dopiero po następnych dziesięciu minutach.
- O Boże - powiedziałem na głos wpatrując się w Irmę - Nigdy więcej - dodałem na co pokiwała twierdząco głową dając mi tym samym znak, że się ze mną zgadza. Widząc, że jest roztrzęsiona złapałem ją za rękę oraz spojrzałem uspokajająco w oczy - Nie bój się - rzekłem posyłając jej również uśmiech co jakoś pomogło.
****
Dalsza podróż była już bardziej spokojna i do Paryża dotarliśmy koło osiemnastej no i niestety były turbulencje więc jak tylko pozwolili nam wyjść to my z Irmą jako pierwsi wybiegliśmy z odrzutowca na lotnisko prawie się przy tym przewracając.
- Ej spokojnie bo się pozabijacie! - stwierdził wujek patrząc na nas uważnie przez co się skrzywiliśmy.
- Nigdy więcej - mruknąłem na co westchnął i przewrócił oczami. Później pojechaliśmy jego jednym z najdroższych aut do luksusowego hotelu. Maksiu wziął sobie pokój wraz z Meddy i Tiją by móc je upilnować a my natomiast gdy już sobie polazł wzięliśmy wspólny. Cóż po tych wszystkich nocach już się do tego przyzwyczailiśmy dlatego wielkiego wrażania na nas to nie zrobiło. Wujek płacił za wszystko więc nawet nie patrzyliśmy na cenę, ale na pewno tanio to tutaj nie było!
Kiedy otworzyłem niebieskookiej drzwi by weszła jako pierwsza do środka posłałem jej uśmiech a następnie wszedłem tuż za nią zamykając po cichu drzwi.

Kiedy już się rozgościliśmy postanowiliśmy zamówić kolacje, na którą była lazania! Mówię wam pychotki! Kiedy skończyliśmy posiłek zaproponowałem byśmy się stąd wyrwali i gdzieś pojechali. Konkretnie chodziło mi o wieżę Eiffla, ale i tak Irma zgodziła się od razu więc zamówiłem taksówkę i już nas tu nie było. Oczywiście wujek o niczym nie wiedział, ale w sumie po co mu to wiedzieć? Duzi jesteśmy damy radę! Poza tym nikt nas tam nie ukradnie! Jechaliśmy może z trzydzieści minut aż w końcu dotarliśmy w odpowiednie miejsce. Na szczęście znałem francuski więc łatwo było mi się z żabojadami dogadać. Dzisiaj ogromnej kolejki na wieżę nie było z czego się bardzo cieszyłem. Wszystko było pięknie oświetlone a kiedy byliśmy już na samej górze to aż wdech w piersiach zapierało.
- Ślicznie tu - powiedziała nagle Irma gdy patrzyliśmy już z jakiś czas na tereny Paryża.
- To prawda, ale.... - urwałem milknąc, gdyż na nią spojrzałem.
- Ale? - zapytała kiedy spojrzałem jej głęboko w jej przepiękne oczy.
- Znam osobę, która jest najśliczniejsza i najpiękniejsza - odpowiedziałem jej a ona posmutniała - Ciebie - dodałem po chwili i nawet nie wiem jak opisać zdziwienie na jej twarzy - Irmo ja Cię Kocham - rzekłem wreszcie i pocałowałem ją w usta a w tedy na ciemnym, nocnym niebie pojawiło się kilkanaście fajerwerków.

< Irma? :3>

od Irmy cd. Rekera

Matko bosko kochano! Jak ja się denerwowałam! No mówię wam nerwy mnie niesamowicie zjadały! Alkatras był już w pełni rozgrzany, gdyż jeździłam z nim troszkę na rozprężalni, gdzie dobrze rozgrzałam każdy mięsień swojego konia, a później już tylko czekałam i patrzyłam jakie były przejazdy innych uczestników. Reker przejechał świetnie i profesjonalnie, mimo iż tak bardzo się denerwował, a czas miał najlepszy! Kiedy zjechał z toru, nadeszła moja kolej, gdzie z głośników poleciały moje dane.
- Panie i panowie, a teraz Irma Enderfind na koniu Alkatras który ma 5 lat i jest koniem wyhodowanym w Polsce i jest rasy wielkopolskiej! Ma świetny rodowód, a jego… - tutaj już nie usłyszałam, bo podjechałam do sędziego, dałam znak ze jestem gotowa, a kiedy usłyszałam sygnał ruszyłam do pierwszej przeszkody!

Przeskoczyłam ja gładko i szybko oraz pogoniłam ogiera do następnej przeszkody, która również była bezproblemowa, a Alkatras dzisiaj przechodził samego siebie! Przeskoczyłam jeszcze dwie przeszkody i zaczęłam szybko nakierowywać konia na kolejną z przeszkód.

Komentator coś cały czas tam mówił o rodzicach Alkatrasa, jego przodkach oraz coś tam o mnie lecz byłam tak skupiona na zawodach, że właściwie później jakby zapanowała cisza i widziałam tylko przeszkody które mam przeskoczyć z ogierem. Przeskoczyłam okser, później stacjonatę po nim i zaczęłam kierować ogiera do kolejnego oksera.

Wyhamowałam nieco konia, który nieco za bardzo się rozpędził ale zrobił ładny wyskok, a nogi za każdym razem bardzo ładnie składał, co sprawiało że nie zahaczał o przeszkody a było to ponoć bardzo ważne w dalszych hodowlach czy inne tam pierdoły, oraz że koń pracował szyją w powietrzu, bo te które były sztywno, zazwyczaj bardzo wcześnie kończyły karierę, gdyż kręgosłupy im nie wytrzymywały… Na szczęście Alkatras doskonale pracował szyją w powietrzu, więc nie musiałam się martwić że w przyszłości będzie go bardzo boleć i że nie będzie mógł w ogóle skakać. Wracając jednak do tematu…
Inne przeszkody przejechałam jak torpeda i w zasadzie ani się obejrzałam, a już finiszowałam i przeskoczyłam ostatnią z przeszkód płynnie i bezbłędnie. Kiedy byłam blisko wyjścia z toru, wjechał inny jeździec na jakimś gniadym koniu i rozpoczął swój przejazd, lecz ja już nie patrzyłam, tylko podjechałam do Maksa, Rekera, siostry i Maddy, a następnie poszliśmy z wujkiem na lody! Boże jak ja dawno lodów nie jadłam! No oczywiście z Rekusem jadłam lodki, ale takie kręcone teraz jadłam! Mniam! Zjedliśmy lody na ławeczce, ale oczywiście wcześniej zajęliśmy się końmi, które napoiliśmy oraz wyczyściliśmy. W nagrodę kasztan dostał ode mnie kosteczkę cukru, którą chętnie spałaszował i zarżał z zadowolenia oraz wdzięczności. Kiedy minęła godzina, wszyscy uczestnicy wsiedli z powrotem na swoje konie i zaczęliśmy czekać z niecierpliwością kto jakie miejsca otrzymał. Miejsca od 10 do 4 zostały nagrodzone szarfami za udział, a później przyszedł czas na decydujące wyniki czy w ogóle sobie jakoś poradziliśmy czy nie.
- Trzecie miejsce zajęła Olivia Kejt!, Drugie miejsce Sam Roudson! Poinformował pierwszą dwójkę wygranych, a my z Rekerem popatrzyliśmy na siebie z lekkim smutkiem, ze jednak nie poszło nam za dobrze…
- Miło nam ogłosić, że zwycięzcą dzisiejszych zawodów został/a .... - chwila prawdy pomyślałam sobie z małą nutka nadziej, choć bardziej się spodziewałam że ktoś inny zgarnie wygraną – Irma Enderfind i Reker Blackfrey, egzekwo pierwsze miejsce! - ogłosili, a mnie z Rekerem opadły aż szczęki!
- Czas taki sam i bezbłędny przejazd!- ogłosił komentator – Zapraszamy zwycięzców dzisiejszych zawodów! - poinformował wszystkich, a my siedzieliśmy na koniach jak te słupy soli w szoku, lecz jakoś głośne okrzyki Tiji i Maddy wyrwały nas z transu, więc się do nich odwróciliśmy i pomachaliśmy radośnie, wjeżdżając ponownie na już ozdobiony parkur by przyjąć zwycięzców. Medale zostały szybko wręczone, a sędziowie gratulowali nam z ciepłymi uśmiechami i zawiesili nam złote medale na szyję, a konie dostały derki zwycięzców oraz szarfy specjalne za pierwsze miejsca które dostały na szyję oraz zostały przypięte do ich ogłowi rozety, gdzie widniały złote litery.

Później była tak zwana runda honorowa, czyli miejsca od 1 do 3, którzy wygrali, jechali wokoło całego placu na którym były ustawiane przeszkody, by ludzie mogli im jakby pogratulować i lepiej zobaczyć zwycięzców.
- Gratulacje dla dzisiejszych zwycięzców, a organizatorom bardzo dziękujemy! - dodał komentator.
Przyznam że było mi troszkę dziwnie, ale byłam zadowolona, a właściwie to szczęśliwa! Po 3 kółkach podjechaliśmy do Maksa i reszty, który też nam pogratulował i przytulił mocno niczym jakiś niedźwiedź!
- Świetnie sobie poradziliście, gratulacje! - powiedział radośnie, a my lekko się uśmiechnęliśmy, gdyż to był dzień pełen emocji i troszkę byliśmy zmęczeni. Konie zostały załadowane do przyczepy , która była ogromna jak na dwa konie! Oraz wsiedliśmy do luksusowego i dużego auta w którym zasnęłam tak samo jak i Reker, bo gdy poczułam że ktoś mnie szturcha i otworzyłam oczy, zobaczyłam że chłopak także jest nieźle zaspany.
- Wstawajcie śpiochy! - powiedział z uśmiechem Maks, a my popatrzyliśmy na niego ledwie przytomnym wzrokiem.
- O co chodzi? - spytał Reker przecierając zaspane oczy.
- Jesteśmy na lotnisku wysiadajcie! - powiedział radośnie, a my wtedy ożyliśmy, jakby ktoś oblał nas lodowatą wodą!
- Jak to na lotnisku?! - niemalże wykrzyczeliśmy jednocześnie, a on się zaśmiał.
- Byliśmy już w willi, odstawiliśmy konie, a teraz polecicie ze mną wszyscy do Francji! Chcę tam kupić nowe konie i przy okazji pozwiedzać, a dla was to będzie dobra rozrywka obejrzeć inny kraj! - powiedział, a my pootwieraliśmy ze zdumieniem buzie.
- Rzeczy już wam spakowaliśmy spokojnie! No, wychodźcie! - pogoniła nas, co zrobiliśmy niepewnie i wysiedliśmy faktycznie na lotnisku! Podreptaliśmy za wujkiem Maksem do jego prywatnego odrzutowca do którego niepewnie weszłam, gdyż no… To była dla mnie nowość taki luksus!

< Reker? ;3 >


>Shad~ Nie mam siły wstawiać gifów, wybaczysz?<

od Rekera cd. Irmy

Tydzień minął nam jak z bicza strzelił! Irma wyzdrowiała już całkowicie więc trenowaliśmy ile mieliśmy sił wraz z naszymi końmi, których nie chcieliśmy zajechać oczywiście! Gdy nadszedł dzień zawodów stresowałem się niesamowicie... Już bladym świtem pojechaliśmy wraz z wujkiem, Irmą, Meddy i Tiją do miasta Roanoke gdzie miały odbyć się zawody. Startowaliśmy na swoich koniach czyli ja na Arrowie a Irma na Alkatrasie. Zastanawiałem się jak to wszystko będzie wyglądać i czy dam radę... No nie były to moje pierwsze zawody więc się orientowałem co i jak muszę zrobić, ale zawsze towarzyszył mi ten dziwny niepokój, że coś się nie uda, że zaliczę ziemie lub inne wątpliwości, które napływały do moich myśli, lecz najgorsze był te przed swoimi wystartowaniem, gdyż w tedy myślę zawsze, iż umrę i nikt mnie nie pozbiera! Do Roanoke dotarliśmy koło godziny dziewiątej a zawody zaczynały się koło jedenastej dlatego mieliśmy tylko dwie godzin wolnego co dla mnie w dzisiejszej sytuacji było bardzo krótkim czasem. Cały czas siedziałem z Arrowem, o którego chciałem zadbać jak najlepiej potrafiłem. Maksiu gdzieś zwiał z młodymi więc mieliśmy nawet spokój. Zawodników startujących było 98 a ja startowałem jako 34 a Irma 35 więc aż tak duży odstęp czasowy w tym nas nie dzielił. Cały czas siedziałem w stroju jeździeckim przyglądając się innym ludziom. Niektórzy byli tacy sztuczni, że aż mi się wymiotować chciało! Inni nawet o konie nie dbali co też mnie przeraziło, bo liczyła się tylko dla nich wygrana a nie więź z ukochanym wierzchowcem. Byłem taki zły, że w końcu podszedłem do tego palanta, który łaskawie oderwał się od wyświetlacza swojego telefoniku jakby łaskę mi robił, iż na mnie spojrzał.
- Coś ty temu biednemu zwierzęciu zrobił?! - warknąłem na niego wskazując na gniadego hanowera, który wyglądał wręcz koszmarnie.
- On ma tylko zawody wygrać i może jechać na kabanosy - mruknął i wrócił do smsowania. Wściekłem się na tyle, że mu tym telefonem rzuciłem o ziemię a on posłał mi mordercze spojrzenia - Wiesz kim ja jestem?! - podniósł na mnie głos przez co niektórzy ludzie zwrócili na nas uwagę.
- Nie i za przeproszeniem g*wno mnie to obchodzi! Liczy się więź z koniem, który powinien być przyjacielem a nie "zabawką" za pomocą której zdobywasz puchary i medale! Nie można liczyć tylko na same wygrane! Przegrana uczy nas pokory i mówi, żeby coś dopracować... Najważniejsza jest więź jeźdźca i konia a nie jakiś głupi metal na półce, który się kurzy - warknąłem niczym wściekły pies a w tedy zjawił się wujek Maks, który jakoś nas rozdzielił oraz znikąd normalnie pojawiła się policja dla zwierząt, która w dobrym nastroju też nie była. Maksymilian odciągnął mnie do Arrowa i pogłaskał dla uspokojenia po głowie - Idiota - warknąłem jeszcze patrząc jak zabierają biedne zwierze.
- No już spokojnie! Zrobiłeś dobrze i odebrali mu go - westchnął na co pokiwałem jakoś twierdząco głową i złapałem się za skronie.
- Jak ja nie cierpię takich ludzi - mruknąłem jeszcze i pogłaskałem Arrowa po jego pięknym łbie.
- Za godzinę się zacznie więc możecie się powoli szykować - stwierdził mężczyzna na co skinęliśmy głowami.
*****
Godzina minęła jak z bicza strzelił... Zawody rozpoczęły się tak szybko, że nie pamiętam kiedy na parkur wjeżdżał pierwszy jeździec, bo już skakał numer 28! Tak blisko... Tak blisko... Zaraz co już 33?! Nie mogłem w to uwierzyć i gdyby nie Maks to bym pewnie został zdyskwalifikowany.
- Powodzenia - rzekł na co się uśmiechnąłem.
- Dzięki - odparłem i praktycznie przy samym parkurze napotkałem niebieskooką.
- Połamania nóg - zaśmiała się cicho.
- Dziękuję - powiedziałem pokazując swoje białe ząbki w ciepłym uśmiechu.
- Na parkur wjeżdża młody jeździec Reker Blackfrey na pięcioletnim Arrowie - oznajmił głos, którym się nie przejąłem tylko pojechałem ukłonić się sędziemu. Myślałem, że serce mi zaraz z klatki piersiowej wyskoczy, ale odwrotu już nie było. Wszystko działo się tak szybko, że ani nie mrugnąłem okiem a rozległ się sygnał świadczący o rozpoczęciu mojej tury. Nie zastanawiając się dłużej od razu najechałem na pierwszą przeszkodę, którą gładko przeskoczyliśmy.

 Jednak nie było co się zatrzymywać, gdyż czas leciał dlatego nie skupiając się na tym co gada sędzia pędziłem jak torpeda po torze przeszkód nie zrzucając ani jednego drąga! Jednak największy spokój przyszedł do mnie po trzynastej przeszkodzie, którą była stacjonata a pokonałem ją z ogromnym westchnieniem.


 Orientując się, że to już koniec poklepałem ogiera po szyi i jakoś z uśmiechem podjechałem do wujka wymijając się z Irmą. Chociaż porządnie mi ulżyło to ręce zaczęły mi drżeć i najchętniej to bym uwalił się na kanapie i leżał cały dzień. Kiedy jakoś się otrząsnąłem zszedłem z grzbietu karusa, którego przytuliłem oraz dałem mu kosteczkę cukru.
- Byłeś wspaniały Arrow! - rzekłem radośnie na co zarżał i trącił mnie głową. Irma ponoć też nie strąciła żadnego drąga więc jej pogratulowałem a reszta uczestników szybko też skończyła swoje skoki. W między czasie Maks kupił nam lody, które szybko spałaszowaliśmy i o dziwo się nie pobrudziłem! Meddy i Tiji też się tu bardzo podobało. Kiedy minęła jakaś godzina przyszedł czas na przeczytanie wyników.
- Miło nam ogłosić, że zwycięzcą dzisiejszych zawodów został/a ....

< Irma? :3 Jaki wynik? xd>

od Irmy cd. Rekera

Kiedy zaczęłam się budzić, poczułam jak leżę na czymś miękkim oraz że jestem przykryta niemalże po same uszy, lecz ktoś trzymał mnie za rękę. Otworzyłam powoli słabe oczy i zobaczyłam w pierwszej kolejności sufit, a następnie zmartwiony wzrok Rekera, do którego blado się uśmiechnęłam.
- Martwiłem się o Ciebie – szepnął.
- Przepraszam… Nagle zakręciło mi się w głowie – odparłam z lekkim jękiem, bo myślałam że głowa mi zaraz eksploduje!
- Popij to – powiedział i pomógł mi popić tabletkę przeciwbólową jakąś.
- Dzięki… Jak Alkatras? - spytałam słabo.
- Ma się dobrze! Można powiedzieć że powiadomił nas o tym że coś Ci się stało… - westchnął.
- Rozumiem… Co mi jest? - spytałam.
- Masz grypę! Lekarz tak powiedział – wyjaśnił, a ja się skrzywiłam.
- Nienawidzę lekarzy – mruknęłam – Same konowały cholerne – dodałam zła lekko.
- Czemu tak mówisz? - spytał zdziwiony.
- Nie jednokrotnie byłam poważnie chora, to zdychałam niczym pies uwiązany przy budzie w swoim łóżku… Myślisz że ktoś zajrzał? Nie… Jeden raz ubłagałam tylko sprzątaczkę żeby zawiadomiła lekarzy jak udało mi się samej wydostać, ale jak przyszedł to nawet mnie nie zbadał! Przyszedł i wyszedł śmiejąc się z moimi opiekunami, a ja cierpiałam dalej. Myślałam że się przekręcę! A opiekunowie tylko na mnie nawrzeszczeli że jestem tylko kłamliwą i udającą gówniarą… Tylko że ja naprawdę się źle czułam… - wyszeptałam na koniec, nie patrząc na niego.
- Wycierpiałam się biedna – rzekł i zmienił mi chłodny okład na czole – Teraz będzie lepiej zobaczysz! - dodał i nastała chwila ciszy, a następnie niespodziewanie znowu zasnęłam.
**
Minął tydzień, a ja czułam się coraz lepiej z dnia na dzień. Maks przywiózł Tię do siebie jakiś czas temu, przez co się cieszyłam, bo siostra była bezpieczna! Jedenastolatka cieszyła się dosłownie ze wszystkiego, ale najbardziej z koni! Dzisiaj w końcu mogłam wyjść z pokoju, ale ludzie strasznie mnie pilnowali z jedzeniem co było dziwne bo zazwyczaj nikt się tym nie przejmował czy chodzę głodna czy też nie, nawet jak ludzie w willi opiekunów mnie lubili… No cóż! Ludzi nie zmienisz co są łasi tylko na kasę! Jakoś ubłagałam Rekera byśmy troszkę pojeździli bo ja się czułam dobrze, a poza tym, to brakowało mi jazdy konnej! Osiodłałam szybko Alkatrasa i pojechałam z Rekerem do lasu, gdzie potrenowaliśmy skoki.
- To jak? - zaczęłam nagle.
- Co jak? - spytał zdziwiony, na co przewróciłam oczami.
- Oj no czy startujesz w zawodach! - uśmiechnęłam się.
- A kiedy się odbywają? - spytał.
- Za jakiś niecały tydzień! Nie mogę się doczekać! Bardzo bym chciała w końcu na jakiś wystartować! Mam nadzieję że tylko opiekunów tam nie będzie – dodałam ponuro na koniec.
- Wujek załatwił ci zakaz zbliżania się do ciebie i Tiji – powiedział spokojnie.
- Ale i tak mogą tam być… - westchnęłam – To pojedziesz też? - spytałam jakby z lekką nadzieją w głosie.
- Wydaje mi się że tak! - odparł z uśmiechem, co odwzajemniłam.
Pojeździliśmy jeszcze troszkę, aż w końcu wróciliśmy i oczywiście Maks złapał nas na obiad z czego zadowolona nie byłam ale poszłam razem z rekerem. No cóż… Maksiu już się przekonał że jak czegoś nie chcę, to nie ruszę za boga i wolę głodować, więc ostatnio robili nam bardziej normalne potrawy jakie lubiłam jeść. Dzisiaj mieliśmy gulasz z piersi kurczaka, ziemniaczki i buraczki własnej roboty więc palce lizać!

< Reker? ;3 wiem tandeta ;c >