Kto wymyślił jazdę konno? Jakiś psychopata, lubiący czuć wiatr we włosach. Być może należałam do tej grupy psychopatów, bo chociaż rzucało nami na wszystkie strony jak szmaty, a nogi będą błagały o litość następnego dnia, to napływająca do krwi adrenalina wzbudziła w mojej głowie masę endorfinów. Jednocześnie niebezpiecznie i fantastycznie.
Adrenalina podskoczyła, kiedy oboje razem z koniec lecieliśmy w powietrzu, niczym w westernowym filmie: za nami strzały, a my lecimy nad urwiskiem. W rzeczywistości goniło nas auto, a my lecieliśmy nad małym zagłębieniem, w którym prawdopodobnie płynęła niegdyś rzeka.
Fantastycznie się skończyło, kiedy wylądowaliśmy na ziemi z głuchym hukiem.
Przeklęłam, gdy podnosiłam się z ziemi. Obiłam swój cały lewy bok, ale oprócz tego, wydawało mi się, byłam zdrowa i w całości. Rozejrzałam się po krótce: tylko drzewa, głuchy las. Artur podszedł do wierzchowca który przygnał nas... nie wiadomo gdzie. Podeszłam do nich i chwyciłam w dłonie sznurki. Arthur ostatnio nie wydawał się chętny do ogarnięcia konia, więc bez chwili zastanowienia zaczęłam go prowadzić. Teraz był spokojniejszy, jakby cała ta jazda i adrenalina opadła. Jakby nie mogło już być gorzej.
Koń też był spokojniejszy.
Wdrapaliśmy się na górkę i naszym oczom ukazało się pastwisko pełne jasnobrązowych krów. Znowu przeklęłam pod nosem. Gdzie my byliśmy? Kilkadziesiąt metrów dalej stały budynki. Gospodarstwo średniej wielkości na pełnym odludziu. Powtarzam raz jeszcze.
- Gdzie my jesteśmy? - wyciągnęłam telefon z kieszeni. Na szczęście był cały i na nieszczęście nie miał zasięgu.
- Nie wiem, ale to twoja wina - rzuciłam gniewnym wzrokiem na Artura.
- Pierdol się - szturchnęłam go łokciem. - Masz sygnał? - chłopak pokręcił głową. Odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę gospodarstwa. Zaczynało się przejaśniać, całą noc spędziliśmy... najpierw w klubie, potem na spacerze, a teraz w lesie. - Uważam, że to twoja wina i tych twoich żelków - burknęłam, a Arthur wydał z siebie niezadowolony jęk.
- Jak wpychałaś je sobie do gardła to nie miałaś problemu - koń zarżał i pociągnął sznurki. Złapałam je drugą ręką i spojrzałam tylko gniewnym spojrzeniem na Arthura.
- Potem stwierdzimy, kto jest winien. Chodź, może tam będzie jakiś sygnał, telefon.
I stanęliśmy przed pastwiskiem z krowami. Te zaczęły muczeć, a pies w gospodarstwie szczekać.
- Jeśli te nas nie zabodzą, to pies zagryzie.
Po tych słowach usłyszeliśmy daleki odgłos silnika.
- Lepsze to niż zostać przerobionym na gumisiowy sok - powiedziałam i zaczęłam okrążać pastwisko, mając nadzieje, że nie będzie się ciągnęło kilometry.
Arthur?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.