środa, 16 września 2026

Od Maddie cd. Arthura

Kto wymyślił jazdę konno? Jakiś psychopata, lubiący czuć wiatr we włosach. Być może należałam do tej grupy psychopatów, bo chociaż rzucało nami na wszystkie strony jak szmaty, a nogi będą błagały o litość następnego dnia, to napływająca do krwi adrenalina wzbudziła w mojej głowie masę endorfinów. Jednocześnie niebezpiecznie i fantastycznie.

Adrenalina podskoczyła, kiedy oboje razem z koniec lecieliśmy w powietrzu, niczym w westernowym filmie: za nami strzały, a my lecimy nad urwiskiem. W rzeczywistości goniło nas auto, a my lecieliśmy nad małym zagłębieniem, w którym prawdopodobnie płynęła niegdyś rzeka. 

Fantastycznie się skończyło, kiedy wylądowaliśmy na ziemi z głuchym hukiem.

Przeklęłam, gdy podnosiłam się z ziemi. Obiłam swój cały lewy bok, ale oprócz tego, wydawało mi się, byłam zdrowa i w całości. Rozejrzałam się po krótce: tylko drzewa, głuchy las. Artur podszedł do wierzchowca który przygnał nas... nie wiadomo gdzie. Podeszłam do nich i chwyciłam w dłonie sznurki. Arthur ostatnio nie wydawał się chętny do ogarnięcia konia, więc bez chwili zastanowienia zaczęłam go prowadzić. Teraz był spokojniejszy, jakby cała ta jazda i adrenalina opadła. Jakby nie mogło już być gorzej.

Koń też był spokojniejszy.

Wdrapaliśmy się na górkę i naszym oczom ukazało się pastwisko pełne jasnobrązowych krów. Znowu przeklęłam pod nosem. Gdzie my byliśmy? Kilkadziesiąt metrów dalej stały budynki. Gospodarstwo średniej wielkości na pełnym odludziu. Powtarzam raz jeszcze.

- Gdzie my jesteśmy? - wyciągnęłam telefon z kieszeni. Na szczęście był cały i na nieszczęście nie miał zasięgu.

- Nie wiem, ale to twoja wina - rzuciłam gniewnym wzrokiem na Artura.

- Pierdol się - szturchnęłam go łokciem. - Masz sygnał? - chłopak pokręcił głową. Odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę gospodarstwa. Zaczynało się przejaśniać, całą noc spędziliśmy... najpierw w klubie, potem na spacerze, a teraz w lesie. - Uważam, że to twoja wina i tych twoich żelków - burknęłam, a Arthur wydał z siebie niezadowolony jęk.

- Jak wpychałaś je sobie do gardła to nie miałaś problemu - koń zarżał i pociągnął sznurki. Złapałam je drugą ręką i spojrzałam tylko gniewnym spojrzeniem na Arthura.

- Potem stwierdzimy, kto jest winien. Chodź, może tam będzie jakiś sygnał, telefon.

I stanęliśmy przed pastwiskiem z krowami. Te zaczęły muczeć, a pies w gospodarstwie szczekać.

- Jeśli te nas nie zabodzą, to pies zagryzie.

Po tych słowach usłyszeliśmy daleki odgłos silnika.

- Lepsze to niż zostać przerobionym na gumisiowy sok - powiedziałam i zaczęłam okrążać pastwisko, mając nadzieje, że nie będzie się ciągnęło kilometry.


Arthur?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.