Za napisem znajdowały się dwa ciasne boksy, w każdym z nich upchane były dwa konie. W pomieszczeniu było ciemno, dlatego nie potrafiłam określić czy ciemna szata zwierząt bazowała na ich naturalnej maści, czy może na przyklejonych do sierści błocie i łajnie. Do nosa docierały nieprzyjemne, ostre zapachy końskich odchodów, wokół twarzy latały małe muszki, a na zewnątrz zaczął ujadać pieś.
UWAGA.
Ujrzałam bladą twarz Arthura. Jego szare oczy nie skrywały przerażenia, który zaraz udzielił się mi. Szczekanie psa czułam aż w klatce piersiowej, gdzie zaczął nieprzyjemnie wybijać rytm zbyt szybkiej piosenki. Łamanie gałęzi oraz ryk silnika gwałtownie obił się w mojej głowie, przyspieszając serce oraz wywołując na ciele gęsią skórkę.
UWAGA.
Napis był adekwatniejszy do powstałej sytuacji, niż do miejsca, w którym się znajdował. Miałam wrażenie, że w jednej chwili działanie żelek Arthura przygasło do zera, przyćmione czystym strachem i adrenaliną. Znaleźliśmy w dzikim lesie nielegalną bimbrownie oraz... oraz co? Nielegalną stadninę? Nie potrafiłam się domyślić, po co im były te konie, jednak patrząc na ich stan utrzymania, nieznajomi podlegali karze za znęcanie się nad zwierzętami. Do tej nieprzyjemnej sytuacji należało dodać jeszcze przynajmniej trzech, prawdopodobnie niebezpiecznych, może uzbrojonych, ale na pewno typów, którzy będą chcieli zatrzymać swoje miejsce w sekrecie.
- Co robimy? - zapytałam szeptem, ale Arthur nie odpowiedział. Wpatrywał się w stronę koni albo wyjścia z niemym przerażeniem. Auto zamilkło. Rozległ się trzask otwieranych i zamykanych drzwi: cztery razy. Ktoś krzyknął na psa, ale ten nie przestawał szczekać.
Oboje czekaliśmy i obserwowaliśmy. Musieliśmy stąd szybko zwiać, ale jak?
UWAGA.
Napis zwrócił moją uwagę. Dopiero teraz zaczęłam analizować miejsce, w którym się znaleźliśmy oraz jego możliwości. Uważnie słuchając oddalających się kroków, otwieranych drzwi i zamykanych z trzaskiem, podniosłam się na nogi i obejrzałam konie. Wszystkie milczały, kiedy ruszyłam w ich stronę, spojrzały na mnie. Zaczęły nerwowo się poruszać.
- Spokojnie, spokojnie - szeptałam i wyciągnęłam przed siebie ręce. Dwa konie zaczęły prychać i machać głowami, aby mnie odgonić, więc podeszłam do drugiego boksu.
- Co ty robisz? - zapytał chłopak, który również stanął na równe nogi. Nie ruszał się z miejsca.
- Chce się stąd wydostać - skierowałam dłonie do wyższego konia. Stał nieruchomo, gdy się zbliżyłam, otworzył pysk i spróbował mnie ugryźć. Pies w końcu przestał szczekać.
- Chyba stracić palce - skomentował.
- Byś pomógł.
- Będę cię dopingować z tyłu.
Wysunęłam dłoń do jaśniejszego konia, który dał się dotknąć. Dobra, to jak to było w tej szkole?
Powoli otworzyłam drewniane drzwiczki boksu. Te zaskrzypiały, a wyższy koń gwałtownie odsunął się do tyłu.
- Zginiemy... - usłyszałam cicho.
- Albo przeżyjemy przygodę, wyjdzie na to samo - burknęłam i kazałam mu podać uzdę. - Pomóż mi, zawsze mam problem, jak to założyć - Arthur bardzo długo się do mnie zbliżał, na tyle długo, że udało mi się założyć uzdę samej. - Dzięki za pomoc.
- Spadaj.
Wyciągnęłam konia z boksu i przymknęłam drzwiczki. Trzymałam uzdę i poleciłam mu, aby założył derkę i siodło. Tym razem jego ruchy były szybsze, ale dalej niepewne. Czy na prawdę tak bardzo wystraszył się powrotu tych ludzi? Nie byłam pewna, czy to był strach, czy może obrzydzenie do konia, którego ledwo dotykał.
Bo chyba nie bał się koni, prawda? W szkole jeździeckiej?
- Już - oznajmił, a ja pociągnęłam konia, aby wyjść z nim na zewnątrz. Ten niestety stał i się nie ruszał.
- Weź go jakoś zachęć - powiedziałam do Arthura, który stał obok mnie.
- Jak? Mam udawać marchewkę?
- Do buraka ci bliżej. Może go popchaj?
- Sama stań za jego zadem i pchaj, jak ci przywali kopytami to na pewno szybko się stąd ulotnisz.
- Kurwa. Masz to - chciałam mu oddać w ręce lejce, ale ten odsunął dłonie i patrzył blado na konia.
- To twój pomysł - machnęłam na niego ręką i podeszłam do boku konia.
- Pomóż mi - powiedziałam, po czym chłopak pomógł mi wejść na zwierzę. Te lekko się spłoszyło, cofnęło i machnęło głową, a w prowizorycznej stajni podniosła się wrzawa. Pies na zewnątrz znowu zaczął ujadać. - Kurwa - znowu przeklęłam. - Otwieraj tą szopę i wskakuj - powiedziałam szybko, a z budynku można było usłyszeć głośne krzyki każące się zamknąć tym wszystkim zwierzętom.
Arthur odsunął drewniane drzwi, a mój wierzchowiec kopnął tylnymi kopytami uderzając w drzwiczki drugiego boksu. Kątem oka zauważyłam, że uderzenie wysunęło metalowe zapięcie. Koń zaczął iść powoli do przodu, a ja go zatrzymałam przed chłopakiem.
- To jest zły pomysł...
- Czyli do nas pasuje, chodź - podałam mu rękę i kiedy w całym tym hałasie drzwi budynku się otworzyły, a w progu pojawił się chudy mężczyzna, Arthur wskoczył na konia.
Oboje się zachwialiśmy, a koń ruszył przed siebie.
Najpierw w kierunku mężczyzny, który zaczął coś wykrzykiwać i machać do nas obiema dłońmi, chcąc złapać konia.
Pies ujadał jak szalony, a wrzawa w szopie zamieniła się w głośny stukot kopyt. Pozostałe trzy konie wybiegły z drewnianej szopy, a nasz wierzchowiec ruszył za nimi.
- Kurwa! Jak to się kieruje! - wykrzyczałam próbując opanować zwierzę. Siedzący za mną Arthur tylko mocniej się złapał.
- To był durny pomysł! - wykrzyczał mi do ucha.
- Pierdol się! - poczułam jak uzda zaczyna ześlizgiwać się z wierzchowca. Wyklinając w głowie wszystkie przekleństwa jakie poznałam w ciągu tego marnego życia, chwyciłam się mocno grzywy. - Trzymaj się mocno! - wzięłam jego rękę i przycisnęłam do końskiej grzywy.
- Umrzemy!
- To się nie puszczaj!
- To twoja rada?
- Mam ci zrobić prezentacje?!
Adrenalina wywołała na mej twarzy szeroki uśmiech. Poczułam, że żyje.
UWAGA! Jedziemy!
Arthur?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.