poniedziałek, 7 września 2026

od Arthura cd. Maddie

 Maddie do reszty oszalała.
Wyciągnęła ręce do tych wielkich pomiotów szatana, koni. Poderwałem się z miejsca i stanąłem jak wryty. Jeszcze mnie zobaczą. Zginę. Zginę przez te cholerstwa.
Dziewczyna stwierdziła zdecydowanie pewniejszym tonem, że chce nas stąd wydostać, sięgając do wysokiego konia, który ewidentnie nie był zadowolony z jej pomysłu. Kłapnął zębami w jej kierunku.
- Chyba stracić palce - fuknąłem. Psychopatka jak się patrzy.
- Byś pomógł.
- Dopinguje cię z tyłu.
Teraz zainteresowała się tym jaśniejszym koniem. No świetnie.
- Zginiemy - szepnąłem do siebie, choć chyba nieco za głośno, bo Maddie przekierowała to na "przygodę życia". Po moim trupie.
Poprosiła mnie o pomoc w założeniu tego czegoś co zakłada się na głowę. Ogłowia? Uzdy? Dalej stałem jak wryty i patrzyłem na jej nieudolne próby. Naprawdę chcę ci pomóc, ale lubię swoje palce. Udało jej się samej, ale zamiast zostawić to tak jak jest, podała mi kocyk i siodło. Trochę pewniej, ale wciąż z przerażeniem i ślimaczym tempem, ubrałem zwierzę.
- No, już.
Pociągnęła za sznurki wiszące po obu stronach szyi konia, a ten stał jak wryty. No, tu się rozumiemy.
- Weź go jakoś zachęć.
- Jak? Mam udawać marchewkę?
- Do buraka ci bliżej. - przysięgam, że przewróciła oczami. - Może go popchaj?
- Sama stań za jego zadem i pchaj, jak ci przywali kopytami to na pewno szybko się stąd ulotnisz.
Spróbowała wepchać mi sznurki w ręce, ale zabrałem dłonie i wlepiłem wzrok w wielkie zwierzę. Kazała mi sobie pomóc, więc wrzuciłem ją na zwierzę. Spłoszony koń poruszył resztę kopytnych, co spowodowało reakcję łańcuchową reszty. Zrobiło się zdecydowanie zbyt głośno.
Dziewczyna ponownie rzuciła kurwą i kazała mi otworzyć szopę a następnie wskoczyć na konia. To pierwsze jest realne, drugie mniej. Otworzyłem drzwi zgodnie z życzeniem psychopatki i moją chęcią przeżycia. Zwierzę zostało zatrzymane praktycznie przede mną.
- To jest zły pomysł...
- Czyli do nas pasuje, chodź. - Podała mi rękę. Główne drzwi otworzyły się z hukiem, a ja nagle znajdowałem się za plecami dziewczyny. Zginę śmiercią żałosną.
Zwierzę ruszyło dosłownie z kopyta przed siebie, praktycznie taranując mężczyznę który próbował złapać konia.
Wszystko nagle było niesamowicie głośne, pies wyszczekiwał sobie płuca a z szopy wybiegła pozostała trójka koni.
Maddie nie wie jak kierować tym bydlęciem. Chwyciłem się najmocniej jak potrafiłem, krzycząc do dziewczyny, że to debilny pomysł. 
W zamian usłyszałem, żebym się pierdolił. Mądra rada.
Nagle zamiast sznureczków, dziewczyna trzymała się grzywy. Chwyciła też moją rękę i dosłownie wepchała ją we włosy konia, tak, żebym i ja miał cokolwiek.
- Umrzemy!
- To się nie puszczaj!
- To twoja rada?
- Mam ci zrobić prezentacje?!
Mój boże, chce do mojego auta. To zwierzę nas zabije.
Gałązki smagały mnie po twarzy i chyba rozciąłem rękę, tak mi się wydaje przynajmniej. To generalnie na chwilę obecną moje najmniejsze zmartwienie.
Minęło może dziesięć, maksymalnie piętnaście minut, nim koń przestał tak pędzić. Nie mam pojęcia gdzie jesteśmy.
Teraz telepało mną na wszystkie strony, to chyba ten cały kłus. Marzę o ziemi. Coś za nami wydało przenikliwy pisk, brzmiało jak lis czy inny kojot. Ewidentnie nie spodobało się to naszemu wierzchowcowi, bo ponownie wyrwał do przodu, praktycznie zostawiając nas w środku niczego.
I znowu pędziliśmy przed siebie.
Nagle pod nogami konia skończył się grunt. Urwisko, może na cztery czy pięć metrów, ale wystarczające, żebyśmy przelecieli do przodu i z głuchym hukiem wylądowali na ziemi. Koń rżał i rzucał się w panice, nie wiem gdzie jest Maddie, kręci mi się w głowie.
- Jaaapierdole - stęknąłem, podsuwając się do góry. Oby to był tylko zły sen. Zaraz obudzę się w swoim łóżku. - Maddie?
- Kurwa jego mać!
Czyli żyje.
- Jesteś cała?
- Żyje.
Wstałem i podparłem się o swoje kolana. Japierdole, moje wszystko. Zlokalizowałem dziewczynę i pomogłem jej wstać. Koń stał kilka metrów dalej, cały z piachu i siodłem przesuniętym na bok. Nie wyglądał na rannego, prędzej w szoku.
Nie wiem dlaczego, ale uznałem że ściągnę z niego siodło i rzucę je na bok. Tak się chyba robi, żeby nic się mu nie stało. Sznurki przejęła dziewczyna.
- Wyjdźmy stąd. - Kiwnąłem głowę na jej propozycję, wydawała się być ewidentnie przejęta bardziej koniem, niż mną.
Zaczęliśmy wdrapywać się pod górkę, z naszym nowym kompanem, Koniem Pierwszym. Chyba jesteśmy gdzieś baardzo daleko. A przed nami chyba są krowy. Pełno krów.

Maddie?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.