niedziela, 6 października 2024

Stefan Boyer

 Dołącza do nas Stefan Boyer! Powitajmy go ciepło!



Stefan Boyer | 21 lat | Madame | -

[pełny formularz]


sobota, 5 października 2024

Od Juniper cd. Arthura

***
Obudziły mnie promienie słońca delikatnie muskające moją twarz. Wstałam, związałam rude włosy w niedbałego koka, nie trudząc się jeszcze jednak by przebrać się z komfortowej piżamy. Obmyłam twarz zimną wodą, umyłam zęby i po cichu przeszłam do kuchni, kradnąc z lodówki kawałek topionego serka jako śniadanie. Zerknęłam w międzyczasie do salonu gdzie dalej spał Arthur, leżał jak potulny baranek na kanapie, pod kocem którym go wczoraj okryłam. Uśmiechnęłam się do siebie i wróciłam do swojego pokoju. Siadłam na łóżku, krzyżując nogi. Odwinęłam kawałek sreberka z topionego sera, szybko zagryzając kawałek. Zetknęłam na telefon i nim zdążyłam cokolwiek na nim zrobić wyświetliło się połączenie przychodzące. Westchnęłam widząc napis "Leoś", jednak odebrałam.
- Jak zwykle męczysz mi dupę z samego rana? - westchnęłam głośno do mikrofonu, gdy tylko przeciągnęłam zieloną słuchawkę. Odpowiedział mi śmiech.
- Czy go znaczy że już się zadomowiłaś? - usłyszałam głos brata.
- Można tak powiedzieć. -
- Mama już się martwi... Będziesz w przyszłym tygodniu na pokazie? - wypalił od razu, nie dając mi czasu na odpowiedź.
- Rodzinny biznesik musi się kręcić beze mnie. Zresztą, tata nie może się tym zająć? - odparłam.
- Pojechał na Florydę oglądać jacht. - burknął. Westchnęłam głośno, wstając z łóżka. Nasza rodzina miała bogate życie, ojciec świetnie nauczył mnie wartości pieniądza i to szanowałam, matkę zaś często ponosiła rozrzutność. Od długiego czasu błagała go o jacht, który był głównie jej zachcianką.
- Pomyśle. - mruknęłam. - Skoro matka chciała tak bardzo ten jacht mogła sama po niego pojechać. - Ojciec zajmował się hodowlą przeróżnych zwierząt, najbardziej rozchwytywana była hodowla koni która dawała mu wręcz milionowy majątek.
- Jasne, bo ona by pojechała - parsknął śmiechem Leo.
- Będę kończyć. - mruknęłam, przechodząc koło Arthura, którego zapewne obudziłam. Wstał, przetarł oczy na co ja zapytałam:
- Dzień dobry, spałeś coś? - uśmiechnęłam się lekko a on burknął z pytaniem o łazienkę i poleciał w jej kierunku. Zwrócił zawartość żołądka a gdy skończył, przeprosił i przemył twarz wodą. Podałam mu płyn do płukania ust w ciszy i poszłam po szklankę wody, którą po powrocie do łazienki mu podałam. Arthur chciał iść do domu, czuł się pewnie zmieszany że widzę go w takim stanie.
- Arthur, wyglądasz jak trup. - powiedziałam. Nie czułam się zbyt komfortowo z opcją że zostanie u mnie w domu na tak długi czas ale też nie mogłam pozwolić mu wyjść w takim stanie. - chyba powinieneś jeszcze zaczekać, aż poczujesz się lepiej.
Usiadł grzecznie na kanapie, a ja zaczęłam składać koc na którym wcześniej spał. Znajomy, obrzydzający zapach uderzył mój nos.
- Paliłeś? - zapytałam, a gdy usłyszałam twierdzącą odpowiedź syknęłam krótką obelgę w jego kierunku.
- A masz jakiś problem, mamo? - uśmiechnął się do mnie, na co mimowolnie moje usta się uniosły. - Nie wiedziałem, że nie mogę. -
- Pal gdzie indziej, nie w moim mieszkaniu. - syknęłam. - Samochód jest w garażu, kluczyki na komodzie. Ale nie pojedziesz nim nigdzie w takim stanie -
- Nie wylądowaliśmy w łóżku - powiedział, na co wywróciłam oczami. Może i szkoda..?
- Pachniesz mango - wypalił po chwili na co lekko się uśmiechnęłam, jednocześnie ciesząc się że zauważył.
- Mam kaca. - mruknął z miną pobitego szczeniaka. Miał tak słodkie oczy....
- Nie zauważyłam - wysyczałam przez zęby, uśmiechnął się lekko ale po chwili pobladł.
- Gdzie moje auto? - zapytał, wręcz przerażony i zaczął przetrzepywać swoje kieszenie zapewne w poszukiwaniu kluczy. Podeszłam do komody i chwyciłam w dłoń brelok felgi, obracając go w palcach, czekając aż zauważy. Arthur z każdą chwilą bladł coraz bardziej. 
- Nie mów że zostawiłem auto przed barem!? - mogłabym bym przysiąc że mówiąc to prawie pisnął jak baba. 
- No chyba nie zamierzałeś prowadzić wstawiony jak meserszmit? - parsknęłam śmiechem a Arthur zmierzył mnie wzrokiem, rozpromienił się jednak gdy zobaczył jak kręcę brelokiem od jego ukochanych kluczy.
- Rudzik, ty mi mów takie rzeczy - westchnął z lekkim uśmiechem, sięgając ręką po klucze. Szybko schowałam je za sobą, na co rzucił mi zmieszane spojrzenie.
- Meserszmit nadal nie jest gotowy do lotu. - wywróciłam oczami wyczuwając w jego oddechu nadal mocną woń alkoholu.
- Meserszmit to zaraz przywali w wieżyczkę patrolową jak nie dostanie pozwolenia do odlotu. - mruknął, widocznie powstrzymując uśmiech i próbował sięgnąć za moje plecy, na szczęście bezskutecznie.
- Najpierw to musi wylądować zanim będzie myślał o odlocie. - zaśmiałam się znowu mu w twarz a ten spojrzał na mnie niczym szczeniak któremu właśnie ukradłam kiełbaskę sprzed pyszczka.
- Rudzia no... - mruknął ale czułam że poddał się. Udał się grzecznie z powrotem do kanapy gdzie usiadł pomiędzy świeżo ułożonymi przeze mnie poduszkami. 
- Ale posiedzisz tu ze mną? - palnął. - Chciałbym z tobą posiedzieć. - uśmiechnął się, nie był to jednak normalny, zwykły uśmiech - to był taki pijacki uśmiech, podrasowany przez alkohol. Chłopak widocznie był napalony, nie wiedziałam jednak czy na zwykłe przytulasy czy na coś więcej.
- Dobrze ale łapy przy sobie bo meserszmita tak podrasuje że już nigdy nie poleci - wyszczerzyłam się do niego i zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, dodałam: - i zero palenia albo ukatrupię tą twoją słodką buźkę. - 

Arciu? Sorki że tak dlugo

od Arthura cd. Anthony'ego

Tony ewidentnie umierał ze śmiechu, widząc moją przerażoną minę. Jak tylko przeżyje, to go zabije. A jeśli nie, to stanę się duchem i będę go straszył do usranej śmierci.
Ściskałem kurczowo tęczowy sznureczek, który trenerka wsadziła mi w ręce, tak, jakby od tego zależeć miało moje życie. Nie było tu pedału hamulca, ani ręcznego, ani nawet pieprzonej kierownicy. Tylko Pierniczek-Morderca.
- Teraz jedziesz na jedynce. - Zaśmiał się chłopak, przekładając mi to na bardziej zrozumiały język. To, jak Tony siedział i poruszał się na swojej krowie, wyglądało zdecydowanie lepiej, niż ja na Pierniczku. Chłopak wyglądał jakby robił to od dziecka, a najlepiej to urodził się siedząc na mini krowie. W przeciwieństwie do mnie, który ostatni raz siedział na tym zwierzęciu lata temu i to kilka stanów stąd.
- Nie chcę zmieniać tego na wyższy bieg. - Zaoponowałem, wyobrażając sobie jak ładnie Impala zbiera się na dwójce i przekładając to na morderczą prędkość zwierzęcia pode mną. 
- Na to też przyjdzie czas, robaczku. - Wtrąciła się kobieta. Ja ci zaraz kurwa dam robaczku, skamielino. Robaczki to cię będą wpierdalać jak tylko zsiądę. O ile zsiądę. - Na razie skup się na tym, by złapać równowagę w siodle. - Zmarszczyłem brwi, jak ja mam do cholery złapać równowagę? Psychiczna równowaga opuściła mnie jakieś naście godzin temu, gdy upiłem się jak pies z nowo poznanym znajomym, a ta kobieta wymagała ode mnie jakichś akrobacji.
- Przecież to mnie zabije. - Jęknąłem, spinając się jeszcze bardziej. Kobieta zapewniła mnie, że wszystko jest pod kontrolą. Wypuściłem powietrze z ust, próbując zmusić moje ciało do zrelaksowania się.
- Nie umrzesz. A jeśli umrzesz, to biorę twoją Impalę. No wiesz, lepiej żeby nie pozostawała tak długo bez opieki. Jeszcze coś mogłoby się jej stać, nie? Tego dopiero byś nie przeżył.
Zacisnąłem zęby, walcząc ze sobą. Miał racje. Ale nie oddam mu dziecinki. Po moim trupie. Wróć, jak umrę, to wsadzę się w Impalę i go rozjadę, jeśli chociaż spróbuje jej dotknąć.
Anthony pogonił krowę i zaczęli robić jakieś dziwne rzeczy, które wyglądały na bardzo profesjonalne.
Spojrzałem na trenerkę błagalnym wzrokiem, chcąc zejść na ziemię. Pokręciła jednak głową i poinstruowała mnie, co mam zrobić, by poprawić moją równowagę. Plecy prosto, pięta w dół, stopa oparta na czymśtam, ręce jakbym trzymał kieliszki a nie grał na pianinie, głowa do góry i patrzeć "nad uszy". Za dużo jak na mój przepity mózg. Poleciła mi także wstawać na "raz" i siadać na "dwa". Spojrzałem na nią jak na idiotkę, słysząc ten jej przesłodzony ton mówiący do mnie "robaczku". Zdecydowanie będzie mi się to śnić po nocach. Przewróciłem oczami i z trudem uniosłem się do góry, trochę podciągając się na różowym sznureczku, za co natychmiast zostałem skorygowany. Ponowna próba wstawania również skończyła się fiaskiem; kobieta zatrzymała zwierzę-czołg i pokazała mi, trzymając moje kolano dociśnięte, jak mam to robić. Skinąłem głową, mając plan, że im szybciej "załapię", tym szybciej skończymy i pójdę się położyć.
Podnosząc się do góry i siadając czułem się jak idiota, który udaje że skacze na wyimaginowanym kutasie. Tragedia. Trenerka cierpliwie tłumaczyła mi, co się dzieje i dlaczego i dodała coś o "rytmicznym dociskaniu łydki". Zauważyłem, że Tony na swojej krowie poruszał się już na jedynce, bacznie mnie obserwując.
Jakim cudem nic go nie boli? Czułem, jak całe moje ciało płonie od nienaturalnego wysiłku, jednak zmusiłem się do wykonania polecenia kobiety.
Pierniczek przyspieszył, wybijając mnie do góry. Automatycznie skuliłem się w siodle i pochyliłem do przodu, co spotkało się z szybką reprymendą tonem mojej matki, który sprawił, że natychmiast wyprostowałem się do poprzedniej pozycji. Próbując przeżyć, słuchałem się trenerki, która rytmicznie powtarzała raz-dwa i zachęcała mnie, bym zaczął wstawać i siadać jak wcześniej. Wykląłem ją w duchu, ale zrobiłem grzecznie ćwiczenie, jakbym był jakąś dwunastoletnią dziewczynką, której marzeniem było dosiąść dzikiego Pierniczka i biegać z nim w kółko przez bliżej nieokreśloną ilość czasu.
Wreszcie to mordercze stworzenie zwolniło i wróciło do poprzedniego tempa, na co odetchnąłem z ulgą. Usłyszałem zbawienne słowa "koniec" i już chciałem schodzić, gdy trenerka poinformowała mnie, że Pierniczek musi pochodzić jeszcze chwilę. Tony chodził z krową w ręku i rozmawiał z nią, przynajmniej tak to wyglądało.
Kobieta pozwoliła mi zsiąść z Pierniczka, tłumacząc mi, jak bezpiecznie to zrobić. Kazała mi także poklepać go i podziękować, co niechętnie zrobiłem.
Uczucie miękkiego piasku pod nogami było cudowne; nigdy więcej nie mam zamiaru wsiąść na to zwierzę. Nie.
- Jeśli dotkniesz Impali jak umrę, to będę cię straszył do twojej usranej śmierci. - Wyparowałem do Tony'ego, który przechodził obok mnie z wielkim psem. Czuć było od niego potem, koniem i alkoholem z wczorajszej nocy. Moje zapachy były zapewne bardzo, bardzo podobne. Moja odpowiedź została podsumowana zaśmianiem się i "do zobaczenia w stajni". Chyba nas obu dotknęło zmęczenie.
Potulnie jak piesek szedłem obok trenerki, cały czas bacznie obserwując Pierniczka trącającego nosem kobietę. Uśmiechnęła się i pogłaskała go. 
Upewniłem się, że Tony zniknął z zasięgu naszego wzroku.
- Wiem, że chciałem wpisać się do sekcji - zacząłem, na co popatrzyła na mnie ciepło. Patrząc na nią z perspektywy bycia na ziemi, emanowała bardzo matczyną energią. Aż chciało się z nią rozmawiać. - Ale nie uważam, że sobie poradzę. - Skończyłem, równocześnie dając jej do zrozumienia, że nie wyrażam chęci na kolejną jazdę.
- Robaczku, uważam, że jak na pierwszy raz poszło ci bardzo dobrze. - Uśmiechnąłem się lekko. - Powinieneś dać temu szanse, mam wolne miejsce za dwa dni po południu. Jeśli chcesz, to możesz przyjść pod Pierniczka. - Poinformowała mnie, wchodząc ze zwierzęciem do jego mieszkanka. Podziękowałem jej i ulotniłem się jak najszybciej, chcąc zastanowić się nad własnymi słowami i decyzjami.
Tony wyglądał bardziej trupio niż ja, po jego czole ściekał pot a na twarzy malowało się zmęczenie.
- Dzięki za wczoraj. - Odprowadziłem go wzrokiem, gdy odkładał rzeczy krowy na swoje miejsce. - I sory za przypał. - Nie wiem, dlaczego go za to przeprosiłem. Ponosił winę i karę za swoje czyny, tak samo jak ja. Nie musiałem go za nic przepraszać, nie jest przecież moim ojcem.

Łóżko. Japierdole, łóżko.
Nie, najpierw prysznic. Zrzuciłem z siebie ubrania i przesunąłem je nogą dalej, z nadzieją, że wrzucę je do pralki w przeciągu najbliższych paru godzin. Ciepła woda pod prysznicem była jak ambrozja na cały ten dzień. 
Moje spięte mięśnie mogły zaznać chwili relaksu, podobnie jak ja. Umyłem się cały najdokładniej jak byłem w stanie, modląc się, by wszystkie nieprzyjemne zapachy (i wspomnienie wielkich zwierząt) zniknęły ze mnie i więcej nie wróciły.
Założyłem na siebie pierwszą lepszą znoszoną koszulkę i rzuciłem się do łóżka, zawijając się w kołdrę. Pora na zasłużoną drzemkę.
Obudziłem się bardziej obolały, niż jak kładłem się spać. Jęknąłem niezadowolony, czując, jak każdy możliwy mięsień w moim ciele płonie. Spojrzałem na zegarek, wskazujący zbliżający się wieczór. 
Zawijając się w kołdrę, niechętnie wstałem jak ten pieprzony "robaczek" i poszedłem do kuchni, sprawdzić czy mam coś do odgrzania w lodówce. Piwo mnie nie nakarmi, nie dziś.
Zrezygnowany wróciłem do łóżka i ponownie spróbowałem zasnąć, tym razem z marnym skutkiem. Zastanawiałem się, jak dostanę się do miasta po dziecinkę. Biedna, moja kochana została samotna na parkingu... mam nadzieję, że nic się jej nie stało.
Moje myśli krążyły również wokół rozmowy z trenerką. Kobieta była wyrozumiała i cierpliwa, nie krzyczała. Nie sprawiała, że życie stawało się udręką, a nawet dodawała temu jakiegoś humoru; ewidentnie lubiła używać zdrobnień do swoich podopiecznych. Ciekawe, czy to przez nią Pierniczek jest Pierniczkiem.
Żałowałem, że nie spróbowałem pójść spać dalej. W trakcie snu mięśnie nie bolały tak bardzo i nie doskwierał mi tak głód. Przed chwilą dotarło do mnie, że nie zjadłem nic od wczorajszego wieczoru. 
Wysuwając rękę spod kołdry zdjąłem telefon, z nadzieją, że zdobyłem po pijaku chociaż numer Tony'ego.
Przejrzałem listę kontaktów aż wreszcie w oczy rzucił mi sie "Wanghdonu oiwo". Ewidentnie był to numer telefonu chłopaka, który zapisałem, niespecjalnie dobrze celując palcami w klawiaturę.
"Ej masz czas rzucic mnie pdo dziecinke"
"glodny jsetm"
Wysłałem i schowałem się pod kołdrą, licząc, że zasnę, a z prawie zimowego snu wybudzi mnie dźwięk powiadomienia od znajomego. Będę musiał zmienić nazwę kontaktu na bardziej sensowną, chociaż ta była niesamowicie śmieszna. Ciekawe, czy on w ogóle zaczai, kto do niego pisze.

Tony?

od Arthura cd. Maddie

Nastąpiła między nami cisza, przerywana co jakiś czas brzdękiem szkła uderzającego o szkło.
- W domu ogarnę - zapewniła mnie. - Nie lubię szpitali, nie ufam lekarzom, każą mi jeść leki - dodała, jakby z rozbawieniem. Kiwnąłem głową, bardzo dobrze rozumiejąc jej tok myślenia. Kiedy byłem młodszy, matka ciągała mnie po lekarzach i używałem bardzo podobnych sformułowań, informując mamę o swoim niezadowoleniu. Skąd myśl o matce? 
Mężczyzna dosiadł się obok bojowniczej dziewczyny i początkowo nie zwrócił na nią uwagi. Zamówił negroni, trochę od niechcenia. Odwróciłem się od dwójki i zabrałem się za przygotowywanie drinka, nucąc pod nosem piosenkę lecącą z głośników. Postawiłem przed nim kieliszek i ponownie wróciłem do swoich zadań, które na całe szczęście zwiastowały koniec zmiany, a nie jej początek. Odkładałem szkła na swoje miejsce, poprawiałem alkohole na półce za mną i gadałem o dzisiejszym dniu z kelnerkami, które w pośpiechu znosiły talerze do kuchni. 
Oparłem się plecami o blat i westchnąłem, marząc o zapaleniu papierosa i odetchnięciu choć na chwilę od dzisiejszego wieczoru. W myślach spróbowałem zwizualizować sobie stan baku w Impali, by zdecydować, czy mam wystarczająco paliwa na nocną przejażdżkę.
Zarejestrowałem, że dziewczyna ponownie sadowiła się na krześle. Musiała wstać. Chwyciła swoją niedopitą whisky, na co skrzywiłem się w duchu. Mimo, że widywałem mężczyznę w barze dość często, nie patrzyło mu dobrze z oczu. Odstawiła szklankę. Rozwinęła się między nimi krótka konwersacja, w którą za chwilę zostałem włączony. Poprosiła o papier, który bez wahania jej podałem. Podziękowała mi i pożegnała się nonszalanckim "do zobaczenia".
Coś w jej osobie sprawiało, że ciężko było ją rozgryźć. Choć może to alkohol i kwestia jej drobnej osóbki, tak niepozornej i na pierwszy rzut oka delikatnej, która bez problemu wdała się w bójkę z dwoma rosłymi mężczyznami i nawet nie skrzywiła się na widok swojej pociętej ręki.

        Odgłos mruczącego silnika Impali sprawił, że całe moje napięcie zniknęło. Oparłem dłonie o kierownicę i rozejrzałem po wnętrzu dziecinki. Coś w tym samochodzie sprawiało, że była lepsza od domu. Była lepsza od Californi, od Idaho, od baru i od każdego, kogo poznałem. 
Może to kwestia dziwnej energii panującej tej nocy, ale czułem jakiś niedosyt. Jakieś niedopowiedziane słowa krążyły w mojej głowie; wewnętrzny stres? Zmartwienie o nieznajomą, która prawdopodobnie nigdy więcej nie pojawi się w Celcie? Była dla mnie nikim, prawdopodobnie, gdybym był po drugiej stronie baru, to ja oberwałbym w twarz, albo wylądował na tylnej kanapie Impali wraz z nią.
Z rozmyślań wyrwało mnie pukanie w szybę; poderwałem się, próbując skojarzyć twarz. Nowa kelnerka. Ta, która posyłała mi buziaka.
Wysiadłem z samochodu, patrząc na nią pytająco. Dziewczyna była starsza może o kilka lat, chodziła w wiecznie rozpuszczonych włosach i nosiła dość wyzywające ubrania. Prędzej pasowała do Hootersów, bądź do jakiegoś klubu, niż tu. Spojrzałem na jej dzisiejszy strój - krótka spódniczka, opinający ją golf, zakolanówki i trampki nieznanej mi marki. Jedynie jej oczy, zawsze pełne figlarnych iskierek, doprawione malutkimi zmarszczkami od ciągłego uśmiechania się, dziś były zaszklone i smutne. Wyciągnąłem papierosa i podałem jej go bez pytania. Drzwi trzasnęły za nami, a ja oparłem się plecami o auto, odpalając wpierw jej fajkę, a następnie moją. Światło latarni nad nami delikatnie oświetliło malutki napis "Cali" na prostokątnym przedmiocie. Zapalniczka znalazła się w kieszeni.
Zapach papierosów wymieszał się z jej słodkimi perfumami i miałem wrażenie że zapachem taniej wódki. Z pewnością nie naszej, barowej. Nie odzywała się, stała obok mnie i pocierała ramię ręką, jakby chcąc się ogrzać. Niewiele myśląc, ściągnąłem z siebie skórzaną kurtkę i zarzuciłem ją na nią; jej wzrok wyrażał nieme "dziękuję". 
W milczeniu także wygasiliśmy papierosy; wsiadłem do Impali, zamykając za sobą drzwi po raz kolejny tego wieczoru. Obok mnie pojawiła się jej osoba, na co spojrzałem na nią ze zdziwieniem.
- Przejedźmy się. - Szepnęła. Lubiłem ją, była słodka. Nie musiała nic mówić, bym zrozumiał, że jest jej dzisiaj cholernie ciężko. Rzadko przychodziła do pracy zapłakana, lecz często wyjeżdżając z parkingu widywałem, jak wyrzuca w bezradności ręce w powietrze, w jednej trzymając telefon a w drugiej papierosa. Lub przesiadywała pod barem nawet po zamknięciu, jakby na kogoś czekając. Otoczka wesołej, flirciarskiej dziewczyny opadała z niej bardzo szybko, prawie od razu po przekręceniu klucza w zamku. 
Wyjechaliśmy z miasta w milczeniu, z głośników leciała spokojna składanka, silnik wciąż warczał, kojąc moje nerwy.
Odstawiłem ją przy podanym przez nią adresie, a sam zawróciłem, nie czekając aż wejdzie do domu. Wyjeżdżając na prostą, wcisnąłem gaz i oddałem się w pełni Impali, chowając z tyłu głowy myśl o dziewczynie z pociętą ręką. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego jej osoba tak bardzo utkwiła mi w głowie. Przecież wielokrotnie w barze zdarzały się bójki, czy też ktoś rozciął sobie rękę szkłem. Nic nowego. A jednak je osoba sprawiała, że wydarzenie dzisiejszej nocy było kompletnie inne. Może dlatego, że nie piszczała, jak zarzynana świnia? Albo zareagowała zbyt spokojnie jak na taką ranę? Nie byłem pewien.
Dziewczyna była jedną wielką zagadką. 

Następne wieczory w barze zdawały się toczyć swoim powolnym rytmem. Ludzie przychodzili, zamawiali nasze jesienne drinki, rozmawiali, śmiali się, zapijali smutki, czasem sprzeczali i wychodzili z trzaśnięciem drzwiami, zostawiając za sobą kilkusekundową ciszę całego baru. Za każdym razem, gdy ktoś wchodził do baru, łapałem się na tym, że wyczekuję nieznajomej. 
Wreszcie się pojawiła. Bandaż na jej ręce był zawiązany bardziej niechlujnie, niż wtedy, gdy wiązałem go ja. Na jej twarzy wciąż znajdowały się plastry, tym razem więcej niż jeden, który wcześniej przykrywał wargę. 
Kelnerka, którą niedawno odwoziłem do domu również zwróciła uwagę na jej aparycję, okazując większą troskę niż ja. 
- W damskiej rozwiesiłam informację o wymyślonym drinku. Jak zamówi angel wings, to mi powiedz. Przejmę pałeczkę. - Poinformowała mnie tajemniczo. Wzruszyłem ramionami na tę informację, ale zakodowałem ją w głowie.
Usiadła tam, gdzie ostatnio, lustrując wzrokiem cały bar nim zwróciła się do mnie. Miałem już przygotowaną szklankę i czekałem aż z jej ust padnie prośba o whisky. Tak też się stało, więc po chwili przed nią znajdował się trunek. Zabrała go ode mnie, wciąż obserwując co dzieje się naokoło niej. Czyżby na kogoś czekała?
Oddaliłem się od niej, przyjmując zamówienie od dwóch dziewczyn innej narodowości. Jedna z nich była bardzo rozgadana, uśmiechała się do mnie i cały czas przyglądała mojej osobie i temu, jak przygotowuje im drinki. Czułem jej wzrok na sobie.
- Blackberry sour dla pięknej pani raz. - Postawiłem kieliszek przed dziewczyną, która uśmiechnęła się do mnie i zasłoniła twarz, prawdopodobnie się rumieniąc. Odwracając się od niej, sam lekko podniosłem kąciki ust. Nie była kompletnie w moim guście, jednak widok jej rumieniącej się na moje słowa połechtał moje ego. Przygotowałem drugi taki sam drink i podałem go jej sąsiadce, tym razem nie mówiąc nic. Kierując się w stronę wojowniczki, usłyszałem, jak ta pierwsza ekscytuje się "piękną panią". 
Korzystając z chwili wolnego, dolałem dziewczynie whisky. Uniosła brwi, lekko zaskoczona. Spaliła wzrokiem również dwie Japonki, które przed chwilą dostały ode mnie drinka. Chyba się znały?
- Dzięki - spojrzała na plakietkę. - Arthur.
Kiwnąłem na nią głową, jednak wciąż intrygowało mnie, dlaczego dziewczyna się nie przedstawiła.
- Nie ma za co, bezimienna tajemnicza wojowniczko w Celcie. - Zasugerowałem, że nie znam jej imienia. Odstawiła szklankę, a kostki lodu odbiły się od siebie ze znajomym mi dźwiękiem. Zauważyłem, że nie ściąga wzroku z trunku i zasłania go tak, by jej dłoń znajdowała się na górze napoju. Zna się na piciu w takich miejscach. Zaczęła otwierać usta, chcąc udzielić mi odpowiedzi, jednak zostałem zawołany do rozlania kolejnej kolejki shotów dla kilkuosobowej grupy. Przeprosiłem ją gestem ręki i oddaliłem się, zabierając ze sobą wódkę. Ciekawe, czy wyjdzie, nim zdążę do niej wrócić.

Maddie?




Od Anthony'ego cd. Arthura

Tony nie był zadowolony z tego, że musiał przystąpić do treningu w ubraniach, które założył wczoraj do baru. Był wręcz przekonany, iż jebało od nich alkoholem i innymi zapachami, jakie przywarły do niego w czasie nocnego picia, w taksówce, a na samym końcu w stajni. W dodatku nie była to odzież, którą chciał przeznaczyć do jazdy konnej. Palący wzrok trenera powstrzymał go jednak od zbędnej dyskusji.
Zostawiając Arthura z morderczym Pierniczkiem, udał się z mężczyzną do hali. Tam poznał plan dzisiejszych zajęć. Rozgrzewka, dosiad, pole bending, rozprężenie i do domu. Niby nic wymagającego, ale po wczorajszej alkoholizacji, brzmiało dość koszmarnie. Już samo wsiadanie na wierzchowca sprawiło mu odrobinę problemu. Za pierwszym razem zakręciło mu się w głowie, dlatego niemal wypadł ze strzemienia. Za drugim natomiast poczuł w ustach smak wymiocin, ale wygodnie usadowił się w siodle. Krowa skomentowała stan swojego właściciela głośnym rżeniem, co skojarzyło się szatynowi z drwiącym śmiechem tajemniczego obserwatora.
Prawdziwa zabawa zaczęła się jednak w momencie, gdy na hali pojawił się przerażony Arthur. Chłopak z ociąganiem wsiadł na Pierniczka, który zdecydowanie zaliczał się do większych przedstawicieli swojego gatunku. Siedząc na jego grzbiecie, wyglądał jak księżniczka, która ruszyła w świat, ratować całą cywilizację przy pomocy magii przyjaźni. Do pełnego obrazu sytuacji brakowało jedynie tęczowego znaczka na zadzie zwierzęcia i różowego czapraka. W końcu tęczowy sznureczek już miał.
- Teraz jedziesz na jedynce. - Zaśmiał się Tony, przekładając blondynowi sytuację na język blachar.
- Nie chcę zmieniać tego na wyższy bieg. - Nie podzielał dobrego humoru kowboja.
- Na to też przyjdzie czas, robaczku. - Wtrąciła się jego trenerka. - Na razie skup się na tym, by złapać równowagę w siodle. - Poradziła mu, nie odrywając wzroku od jego zmagań.
- Przecież to mnie zabije. - Powtórzył się, prezentując swój stres w spiętej postawie ciała.
- Nie zabije. - Kobieta przewróciła oczami na kolejne mazgajenie się. - Rozluźnij się, wszystko jest pod kontrolą. - Zapewniła, co ewidentnie nie pomogło młodszemu jeźdźcowi.
- Nie umrzesz. - Poparł ją Henderson. - A jeśli umrzesz, to biorę twoją Impalę. - Stwierdził, ciekawy reakcji nowego kumpla. - No wiesz, lepiej, żeby nie pozostawała tak długo bez opieki. Jeszcze coś mogłoby się jej stać, co nie? Tego dopiero byś nie przeżył. - Pogonił klacz do galopu, by wykonać z opóźnieniem polecenie swojego trenera.

Arthur? (: 

Od Anthony'ego cd. Zei

Anthony nie skupiał się na spotkaniu autorskim z Terrance Young. Chociaż wyglądał, jakby słuchał wywodów pisarki, myślami był zupełnie gdzieś indziej. Jutro nie pracował, dlatego zaczął obmyślać, jak sensownie ułożyć plan dnia. Na pewno zamierzał odwiedzić Milky Way. Trening nie brzmiał jak szczyt jego marzeń, ale jazda w teren wydawała się miłą odskocznią od rzeczywistości. Planując to na godziny popołudniowe, na poranne wrzucił przygotowanie obiadu na najbliższe dni. Do pory wieczornej nie zdążył nic przypisać, ponieważ został zmuszony do stanięcia za kasą. Zakończony wywiad skłonił uczestników do sporych zakupów. Patrząc po niektórych jednostkach, wątpił, by kiedykolwiek przeczytali coś z literatury faktu, a raczej czy w ogóle sięgnęli po literaturę inną niż dziecięca. Nie komentując na głos niczyich zakupów, życzył każdemu klientowi miłego dnia. Ostatni w kolejce stał oczywiście najmniej oczekiwany gość. Zeya położył na kontuarze wybrane przez siebie pozycje i spojrzał na szatyna z dozą nieufności.
- Będziesz jutro w stajni? - Zapytał Tony, skanując pierwszy kod kreskowy.
- A co? - Odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Chciałbym zobaczyć, jak używasz tych ćwiczeń w praktyce. - Postukał palcem w twardą oprawę książki. - Zbierasz pieczątki? - Odruchowo złapał za prostokątny kartonik.
- Nie. - Pokręcił przecząco głową.
- To zaczniesz. - Przybił stempel w odpowiednim miejscu. - Karta, gotówka? - Nie spoglądając na bruneta, odwrócił kartkę, by zapisać na niej swój numer kontaktowy.
- Karta. - Wyjął z kieszeni telefon komórkowy. - Wiesz, nie sądzę, żebym tu jeszcze zajrzał. - Położył dłoń na karku, aby go potrzeć.
- Nigdy nie mów nigdy. - Wręczył mu rabatówkę. - Trzydzieści pięć dolarów. - Uruchomił terminal, oczekując zatwierdzenia transakcji.
Widząc, jak Zeya przybliża komórkę do odpowiedniej części urządzenia, był już gotowy zapytać o to, czy potrzebuje potwierdzenia płatności. Powstrzymał się jednak, gdy zobaczył na monitorze odrzuconą płatność. Wiedziony przeczuciem, że mogła być to wina zarówno terminalu, jak i chłopaka, który mógł zbyt szybko od niego odsunąć telefon, włączył ponowną możliwość zapłaty. Azjata poczuł wdzięczność, dlatego posłał Tony’emu lekki uśmiech, którego ten nie odwzajemnił. Niestety, mimo dobrych chęci sprzedawcy, pieniądze znowu nie zostały przechwycone.
- No to mamy kurcze kłopot. - Pochylił się w kierunku bruneta. - Gotówka, rezygnacja, czy opcja numer trzy? - Zapytał, nie ujawniając swoich intencji.
Spodziewając się wycofania się z zakupu, jedną ręką sięgnął do kieszeni po swój portfel. W końcu nie chodziło mu o oddanie w naturze. Chyba.

Zeya?

Od Maddie cd. Arthura

Myśl o zrobieniu z baru rzeźni nawet mi się podobał – alkohol przestał działać orzeźwiająco jak na początku, teraz już tylko rozluźniał, przez co niechęć do ludzi i świadomość, że przebywam w bardzo tłocznym i głośnym pomieszczeniu sprawił, że z chęcią położyłabym na ziemi wszystkich ludzi, aby uzyskać chodź odrobiny spokoju. Zdecydowanie już powinnam wracać.
Spojrzałam na krwawiącą rękę. Mężczyzna ciął głęboko i chociaż nie czułam na razie bólu, wiedziałam, że przez najbliższe dni nie podciągnę się na drążku, ani nie zrobię żadnej pompki. Papier powoli robił się czerwony, jednak nie w takim tempie, jakim bandaż. Czy potrzebowałam szycia? Oczami wyobraźni zobaczyłam wuja opatrującego samemu gorsze rany i stwierdziłam, że tego nie potrzebuje. 
- W domu to ogarnę – zapewniłam barmana. – Nie lubię szpitali, nie ufam lekarzom, każą mi jeść leki – powiedziałam z lekkim rozbawieniem. Chłopak pokiwał głową, po czym wrócił do pracy; mężczyzna obok mnie zamówił drinka na bazie ginu. 
Spojrzałam na mężczyznę z ginem i uświadomiłam sobie, że był to ten sam Anglik, z którym siedziałam kilka chwil temu. Wyglądał na zestresowanego, ale w tym momencie przestałam zwracać jakąś szczególną uwagę na to, jak ktoś wygląda. W szklance zostało mi pół whisky, a Arthur miał rację, na dzisiejszy wieczór starczyło wrażeń. Przez moment pogadałam z nieznajomym, po czym udałam się do łazienki. Na sedesie odetchnęłam z ulgą: było trochę ciszej, a najgłośniejszymi osobami okazały się dwie czarnowłose Japonki, próbujące po cichu dogadać się, która ukręci wokół palca jakiegoś kolesia. Z ich rozmowy wyszło na to, że chodziło o barmana z blizną na brwi; aż się cicho zaśmiałam, co wzbudziło podejrzenie u nieznajomych, którzy szybko opuścili toaletę. Na kilka chwil zapanowała kochana cisza, przerywana dudniącą muzyką z zewnątrz.
Spojrzałam na rękę i wróciłam myślami do „problemów”. Nie uważałam ich za poważne problemy, ale według terapeuty mogłam przez to nigdy nie znaleźć miłości życia i założyć rodziny – moje zdanie na temat tego, że dzieci nie zamierzam chować, a mężczyźni szukają kobiety tylko do tego, aby móc legalnie ją posuwać bez ryzyka, że zostaną pozwani o gwałt, w ogóle się nie liczyło. Miałam się wpasować w społeczeństwo.
Do diaska, co też wujowi odbiło?!
Po załatwieniu spraw wróciłam do lady. Komunikacja nocna nie współgrała ze mną, dlatego zamierzałam wrócić do pokoju na piechotę; to tylko pół godziny. Nigdy się nie bałam chodzenia po nocy samemu, w jakiś sposób człowiek nieświadomy nie przyciąga zagrożenia, a potem już ma tak bardzo wywalone, czy kogoś będzie musiał uderzyć czy nie, że nie zwraca uwagi na potencjalne zagrożenie, które zdarza się rzadziej, niż by się komuś wydawało. 
Anglik siedział i czekał na mnie, tak samo jak mój niedopity drink. Chwyciłam go, ale nie podniosłam. W głowie zaszumiał mi głos wuja. „Jak raz odstawisz, nie dopijaj”, potem zobaczyłam przykre sceny, które mogą się zadziać i odstawiłam drinka. Tak na wszelki wypadek. Anglik wydawał się zdziwiony.
- Nie pijesz? – pokręciłam głową.
- Za dużo już wypiłam. Jak go wypije, to zwymiotuje – stwierdziłam, po czym zaczepiłam barmana. Poprosiłam go jeszcze o kawałek papieru. – Dzięki. Lecę, nim padnę trupem – uśmiechnęłam się. – Do zobaczenia – odsunęłam się od lady i ruszyłam w kierunku drzwi. 

Arthur?