Dołącza do nas Stefan Boyer! Powitajmy go ciepło!
niedziela, 6 października 2024
sobota, 5 października 2024
Od Juniper cd. Arthura
***
Obudziły mnie promienie słońca delikatnie muskające moją twarz. Wstałam, związałam rude włosy w niedbałego koka, nie trudząc się jeszcze jednak by przebrać się z komfortowej piżamy. Obmyłam twarz zimną wodą, umyłam zęby i po cichu przeszłam do kuchni, kradnąc z lodówki kawałek topionego serka jako śniadanie. Zerknęłam w międzyczasie do salonu gdzie dalej spał Arthur, leżał jak potulny baranek na kanapie, pod kocem którym go wczoraj okryłam. Uśmiechnęłam się do siebie i wróciłam do swojego pokoju. Siadłam na łóżku, krzyżując nogi. Odwinęłam kawałek sreberka z topionego sera, szybko zagryzając kawałek. Zetknęłam na telefon i nim zdążyłam cokolwiek na nim zrobić wyświetliło się połączenie przychodzące. Westchnęłam widząc napis "Leoś", jednak odebrałam.
- Jak zwykle męczysz mi dupę z samego rana? - westchnęłam głośno do mikrofonu, gdy tylko przeciągnęłam zieloną słuchawkę. Odpowiedział mi śmiech.
- Czy go znaczy że już się zadomowiłaś? - usłyszałam głos brata.
- Można tak powiedzieć. -
- Mama już się martwi... Będziesz w przyszłym tygodniu na pokazie? - wypalił od razu, nie dając mi czasu na odpowiedź.
- Rodzinny biznesik musi się kręcić beze mnie. Zresztą, tata nie może się tym zająć? - odparłam.
- Pojechał na Florydę oglądać jacht. - burknął. Westchnęłam głośno, wstając z łóżka. Nasza rodzina miała bogate życie, ojciec świetnie nauczył mnie wartości pieniądza i to szanowałam, matkę zaś często ponosiła rozrzutność. Od długiego czasu błagała go o jacht, który był głównie jej zachcianką.
- Pomyśle. - mruknęłam. - Skoro matka chciała tak bardzo ten jacht mogła sama po niego pojechać. - Ojciec zajmował się hodowlą przeróżnych zwierząt, najbardziej rozchwytywana była hodowla koni która dawała mu wręcz milionowy majątek.
- Jasne, bo ona by pojechała - parsknął śmiechem Leo.
- Będę kończyć. - mruknęłam, przechodząc koło Arthura, którego zapewne obudziłam. Wstał, przetarł oczy na co ja zapytałam:
- Dzień dobry, spałeś coś? - uśmiechnęłam się lekko a on burknął z pytaniem o łazienkę i poleciał w jej kierunku. Zwrócił zawartość żołądka a gdy skończył, przeprosił i przemył twarz wodą. Podałam mu płyn do płukania ust w ciszy i poszłam po szklankę wody, którą po powrocie do łazienki mu podałam. Arthur chciał iść do domu, czuł się pewnie zmieszany że widzę go w takim stanie.
- Arthur, wyglądasz jak trup. - powiedziałam. Nie czułam się zbyt komfortowo z opcją że zostanie u mnie w domu na tak długi czas ale też nie mogłam pozwolić mu wyjść w takim stanie. - chyba powinieneś jeszcze zaczekać, aż poczujesz się lepiej.
Usiadł grzecznie na kanapie, a ja zaczęłam składać koc na którym wcześniej spał. Znajomy, obrzydzający zapach uderzył mój nos.
- Paliłeś? - zapytałam, a gdy usłyszałam twierdzącą odpowiedź syknęłam krótką obelgę w jego kierunku.
- A masz jakiś problem, mamo? - uśmiechnął się do mnie, na co mimowolnie moje usta się uniosły. - Nie wiedziałem, że nie mogę. -
- Pal gdzie indziej, nie w moim mieszkaniu. - syknęłam. - Samochód jest w garażu, kluczyki na komodzie. Ale nie pojedziesz nim nigdzie w takim stanie -
- Nie wylądowaliśmy w łóżku - powiedział, na co wywróciłam oczami. Może i szkoda..?
- Pachniesz mango - wypalił po chwili na co lekko się uśmiechnęłam, jednocześnie ciesząc się że zauważył.
- Mam kaca. - mruknął z miną pobitego szczeniaka. Miał tak słodkie oczy....
- Nie zauważyłam - wysyczałam przez zęby, uśmiechnął się lekko ale po chwili pobladł.
- Gdzie moje auto? - zapytał, wręcz przerażony i zaczął przetrzepywać swoje kieszenie zapewne w poszukiwaniu kluczy. Podeszłam do komody i chwyciłam w dłoń brelok felgi, obracając go w palcach, czekając aż zauważy. Arthur z każdą chwilą bladł coraz bardziej.
- Nie mów że zostawiłem auto przed barem!? - mogłabym bym przysiąc że mówiąc to prawie pisnął jak baba.
- No chyba nie zamierzałeś prowadzić wstawiony jak meserszmit? - parsknęłam śmiechem a Arthur zmierzył mnie wzrokiem, rozpromienił się jednak gdy zobaczył jak kręcę brelokiem od jego ukochanych kluczy.
- Rudzik, ty mi mów takie rzeczy - westchnął z lekkim uśmiechem, sięgając ręką po klucze. Szybko schowałam je za sobą, na co rzucił mi zmieszane spojrzenie.
- Meserszmit nadal nie jest gotowy do lotu. - wywróciłam oczami wyczuwając w jego oddechu nadal mocną woń alkoholu.
- Meserszmit to zaraz przywali w wieżyczkę patrolową jak nie dostanie pozwolenia do odlotu. - mruknął, widocznie powstrzymując uśmiech i próbował sięgnąć za moje plecy, na szczęście bezskutecznie.
- Najpierw to musi wylądować zanim będzie myślał o odlocie. - zaśmiałam się znowu mu w twarz a ten spojrzał na mnie niczym szczeniak któremu właśnie ukradłam kiełbaskę sprzed pyszczka.
- Rudzia no... - mruknął ale czułam że poddał się. Udał się grzecznie z powrotem do kanapy gdzie usiadł pomiędzy świeżo ułożonymi przeze mnie poduszkami.
- Ale posiedzisz tu ze mną? - palnął. - Chciałbym z tobą posiedzieć. - uśmiechnął się, nie był to jednak normalny, zwykły uśmiech - to był taki pijacki uśmiech, podrasowany przez alkohol. Chłopak widocznie był napalony, nie wiedziałam jednak czy na zwykłe przytulasy czy na coś więcej.
- Dobrze ale łapy przy sobie bo meserszmita tak podrasuje że już nigdy nie poleci - wyszczerzyłam się do niego i zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, dodałam: - i zero palenia albo ukatrupię tą twoją słodką buźkę. -
Arciu? Sorki że tak dlugo
od Arthura cd. Anthony'ego
Podnosząc się do góry i siadając czułem się jak idiota, który udaje że skacze na wyimaginowanym kutasie. Tragedia. Trenerka cierpliwie tłumaczyła mi, co się dzieje i dlaczego i dodała coś o "rytmicznym dociskaniu łydki". Zauważyłem, że Tony na swojej krowie poruszał się już na jedynce, bacznie mnie obserwując.
Jakim cudem nic go nie boli? Czułem, jak całe moje ciało płonie od nienaturalnego wysiłku, jednak zmusiłem się do wykonania polecenia kobiety.
Pierniczek przyspieszył, wybijając mnie do góry. Automatycznie skuliłem się w siodle i pochyliłem do przodu, co spotkało się z szybką reprymendą tonem mojej matki, który sprawił, że natychmiast wyprostowałem się do poprzedniej pozycji. Próbując przeżyć, słuchałem się trenerki, która rytmicznie powtarzała raz-dwa i zachęcała mnie, bym zaczął wstawać i siadać jak wcześniej. Wykląłem ją w duchu, ale zrobiłem grzecznie ćwiczenie, jakbym był jakąś dwunastoletnią dziewczynką, której marzeniem było dosiąść dzikiego Pierniczka i biegać z nim w kółko przez bliżej nieokreśloną ilość czasu.
Wreszcie to mordercze stworzenie zwolniło i wróciło do poprzedniego tempa, na co odetchnąłem z ulgą. Usłyszałem zbawienne słowa "koniec" i już chciałem schodzić, gdy trenerka poinformowała mnie, że Pierniczek musi pochodzić jeszcze chwilę. Tony chodził z krową w ręku i rozmawiał z nią, przynajmniej tak to wyglądało.
Kobieta pozwoliła mi zsiąść z Pierniczka, tłumacząc mi, jak bezpiecznie to zrobić. Kazała mi także poklepać go i podziękować, co niechętnie zrobiłem.
Uczucie miękkiego piasku pod nogami było cudowne; nigdy więcej nie mam zamiaru wsiąść na to zwierzę. Nie.
- Jeśli dotkniesz Impali jak umrę, to będę cię straszył do twojej usranej śmierci. - Wyparowałem do Tony'ego, który przechodził obok mnie z wielkim psem. Czuć było od niego potem, koniem i alkoholem z wczorajszej nocy. Moje zapachy były zapewne bardzo, bardzo podobne. Moja odpowiedź została podsumowana zaśmianiem się i "do zobaczenia w stajni". Chyba nas obu dotknęło zmęczenie.
Potulnie jak piesek szedłem obok trenerki, cały czas bacznie obserwując Pierniczka trącającego nosem kobietę. Uśmiechnęła się i pogłaskała go.
Upewniłem się, że Tony zniknął z zasięgu naszego wzroku.
- Wiem, że chciałem wpisać się do sekcji - zacząłem, na co popatrzyła na mnie ciepło. Patrząc na nią z perspektywy bycia na ziemi, emanowała bardzo matczyną energią. Aż chciało się z nią rozmawiać. - Ale nie uważam, że sobie poradzę. - Skończyłem, równocześnie dając jej do zrozumienia, że nie wyrażam chęci na kolejną jazdę.
- Robaczku, uważam, że jak na pierwszy raz poszło ci bardzo dobrze. - Uśmiechnąłem się lekko. - Powinieneś dać temu szanse, mam wolne miejsce za dwa dni po południu. Jeśli chcesz, to możesz przyjść pod Pierniczka. - Poinformowała mnie, wchodząc ze zwierzęciem do jego mieszkanka. Podziękowałem jej i ulotniłem się jak najszybciej, chcąc zastanowić się nad własnymi słowami i decyzjami.
Tony wyglądał bardziej trupio niż ja, po jego czole ściekał pot a na twarzy malowało się zmęczenie.
- Dzięki za wczoraj. - Odprowadziłem go wzrokiem, gdy odkładał rzeczy krowy na swoje miejsce. - I sory za przypał. - Nie wiem, dlaczego go za to przeprosiłem. Ponosił winę i karę za swoje czyny, tak samo jak ja. Nie musiałem go za nic przepraszać, nie jest przecież moim ojcem.
Nie, najpierw prysznic. Zrzuciłem z siebie ubrania i przesunąłem je nogą dalej, z nadzieją, że wrzucę je do pralki w przeciągu najbliższych paru godzin. Ciepła woda pod prysznicem była jak ambrozja na cały ten dzień.
Moje spięte mięśnie mogły zaznać chwili relaksu, podobnie jak ja. Umyłem się cały najdokładniej jak byłem w stanie, modląc się, by wszystkie nieprzyjemne zapachy (i wspomnienie wielkich zwierząt) zniknęły ze mnie i więcej nie wróciły.
Założyłem na siebie pierwszą lepszą znoszoną koszulkę i rzuciłem się do łóżka, zawijając się w kołdrę. Pora na zasłużoną drzemkę.
Obudziłem się bardziej obolały, niż jak kładłem się spać. Jęknąłem niezadowolony, czując, jak każdy możliwy mięsień w moim ciele płonie. Spojrzałem na zegarek, wskazujący zbliżający się wieczór.
Zawijając się w kołdrę, niechętnie wstałem jak ten pieprzony "robaczek" i poszedłem do kuchni, sprawdzić czy mam coś do odgrzania w lodówce. Piwo mnie nie nakarmi, nie dziś.
Zrezygnowany wróciłem do łóżka i ponownie spróbowałem zasnąć, tym razem z marnym skutkiem. Zastanawiałem się, jak dostanę się do miasta po dziecinkę. Biedna, moja kochana została samotna na parkingu... mam nadzieję, że nic się jej nie stało.
Moje myśli krążyły również wokół rozmowy z trenerką. Kobieta była wyrozumiała i cierpliwa, nie krzyczała. Nie sprawiała, że życie stawało się udręką, a nawet dodawała temu jakiegoś humoru; ewidentnie lubiła używać zdrobnień do swoich podopiecznych. Ciekawe, czy to przez nią Pierniczek jest Pierniczkiem.
Żałowałem, że nie spróbowałem pójść spać dalej. W trakcie snu mięśnie nie bolały tak bardzo i nie doskwierał mi tak głód. Przed chwilą dotarło do mnie, że nie zjadłem nic od wczorajszego wieczoru.
Wysuwając rękę spod kołdry zdjąłem telefon, z nadzieją, że zdobyłem po pijaku chociaż numer Tony'ego.
Przejrzałem listę kontaktów aż wreszcie w oczy rzucił mi sie "Wanghdonu oiwo". Ewidentnie był to numer telefonu chłopaka, który zapisałem, niespecjalnie dobrze celując palcami w klawiaturę.
"Ej masz czas rzucic mnie pdo dziecinke"
"glodny jsetm"
Wysłałem i schowałem się pod kołdrą, licząc, że zasnę, a z prawie zimowego snu wybudzi mnie dźwięk powiadomienia od znajomego. Będę musiał zmienić nazwę kontaktu na bardziej sensowną, chociaż ta była niesamowicie śmieszna. Ciekawe, czy on w ogóle zaczai, kto do niego pisze.
Tony?
