niedziela, 17 marca 2019

od Beauregarda cd. Ricka

 - No i fajnie. - Chłopak jak gdyby nigdy nic wzruszył ramionami. Czy on sobie w ogóle zdaje sprawę, że ja tu schodzę na zawał?
 - Wejdziesz? - Przepraszam bardzo, co? Czy on właśnie...? I co ja mam zrobić?
 Mimo wielu wątpliwości przekroczyłem próg i znalazłem się w siedzibie Ricka. Od razu zobaczyłem pędzącą w moją stronę kulę futra, która przykleiła się do mojej nogi, wpędzając mnie w jeszcze większe zdezorientowanie. Co się robi w takiej sytuacji? Nie wypada chyba pogłaskać. W sumie to nawet nie chcę go głaskać. Matko, Bear, gratulacje za bycie najbardziej niezręcznym człowiekiem na tej planecie. Ręce zająłem bluzą, za wszelką cenę usiłując nie zbliżać ich do futrzaka.
 - Na miejsce - rozkazał Rick. O tak, popieram. Idź na miejsce. Bardzo popieram. Reakcja ze strony psa jednak nie ustąpiła, a ja z każdą chwilą czułem się coraz gorzej.
 - Możesz go pogłaskać. Nic ci nie zrobi - dodał i poszedł gdzieś. Chyba do kuchni. Czyli... okej? Okej, tak, wszystko pod kontrolą. Normalni ludzie chodzą do  mieszkań innych ludzi. To całkiem naturalna sytuacja. Tak właśnie się robi. Postanowiłem posłuchać rady Ricka, bo tak chyba się robi, i pogłaskałem psa. Był... zadziwiająco miły w dotyku. Może nawet trochę mnie uspokoił. 
 - Co chcesz do picia? - zapytał chłopak, szykując dwa kubki. Podejrzanie miły... ale od tego wszystkiego zaschło mi w gardle, a herbata...
 - Może być herbata - wyrwało mi się, zanim zdążyłem pomyśleć. - Jeśli to nie będzie kłopot - dodałem pospiesznie, zmieszany swoją nieuprzejmością. Rick zaśmiał się cicho, co wpędziło mnie w kolejny etap zdezorientowania. Coś powiedziałem nie tak? 
 Nie, Bear, ludzie się śmieją. To też jest normalne i naturalne. Gratulacje. 
 Staliśmy w najbardziej niezręcznej ciszy, jaką do tej pory dane mi było przechodzić. Rick za to zachowywał się całkiem naturalnie i bez skrępowania poruszał się w kuchni. Nie wyglądał na zakłopotanego. Po chwili zastanawiania się, co powinienem zrobić, usiadłem na jakimś krzesełku, aby sprawić wrażenie zadomowionego. Chociaż nie, zadomowionego to za dużo powiedziane. Nie chciałem wyjść na zbyt drętwego (hahaha, słyszałeś? To moja pewność siebie śmieje się ze mnie samego. Chociaż czekaj, pewność siebie? Ja w ogóle mam coś takiego?), poza tym byłem po prostu trochę zmęczony. Doszedł do mnie zapach kawy wymieszany z herbacianym. Zielona. O tak. Kubek wypełniony niebańskim napojem wylądował tuż przede mną. 
 - To na zwłoki po herbacie - uśmiechnął się Rick, na co niezręcznie odpowiedziałem tym samym, i postawił obok jakiś talerzyk. Objąłem obiema dłońmi kubek, ciesząc się ciepłem herbaty.
 - Mamy trochę czasu, zanim lasagne się zrobi, mam nadzieję, że nie jesteś wybredny, bo tylko tym mogę cię poczęstować. Ewentualnie sokiem pomarańczowym. 
 Matko, jak on dużo mówi. Lasagne? Czy on mi chce dać jedzenie? Dalej nie miałem pojęcia, co się robi w takiej sytuacji. Mam go zapytać, ile ma lat, skąd jest? Czy iść na łatwiznę i męczyć temat pogody? Zdawałem sobie sprawę, że ciągnięcie jakiekolwiek rozmowy pójdzie mi co najmniej źle.
 - S-spoko - wyjąkałem, decydując się na poczekanie, aż Rick coś powie. Ten tylko wywrócił oczami i westchnął głośno. Uh. Przegrana. Znowu.
 - Nie gadaj tyle, bo jeszcze się zakrztusisz - powiedział, ociekając wręcz sarkazmem.
 - Co więc mam mówić? - spytałem cicho, starając się kryć rozczarowanie samym sobą. Przepraszam, przepraszam, że nie umiem.
 - Może spróbuj coś o sobie? Co lubisz robić? W końcu chyba tak zawiera się kontakty międzyludzkie - wzruszył ramionami. Co lubię robić? Czemu go to interesuje? I kontakty międzyludzkie ze mną?
 - Dlaczego nagle stałeś się taki miły? - wymamrotałem, bo tylko to przyszło mi do głowy.
 - Misiek, miły to ja nie jestem. Uwierz mi. Po prostu odrobinę ci odpuściłem. - Misiek. Mimo woli zostałem nieco... zmrożony w środku. Druga część wypowiedzi też mnie bynajmniej nie ucieszyła, a Rick się zaśmiał. Co to znaczy "odpuściłem"?
 - Chciałbym cię poznać, po prostu. To chyba nie jest przestępstwem? Zresztą skoro ja stałem się... - zawahał się - ... miły, mógłbyś to uszanować i chociaż udawać, że się mnie nie boisz, czy coś.
- Ja się nie boję! - zaprzeczyłem gwałtownie, usiłując jakkolwiek uratować tę sytuację. Chce mnie poznać...
- No i to rozumiem - uśmiechnął się. Skojarzył mi się z lekarzem, do którego chodziłem, jak byłem mały. Nigdy nie chciałem mówić, co mnie boli, a mama uważała, że muszę to zrobić sam, więc jak tylko udawało mi się wydobyć coś z siebie, te właśnie słowa wydobywały się z jego ust. Uśmiechnąłem się nerwowo na to przypadkowe wspomnienie. - A więc? - wyrwał mnie z zamyśleń. 
 Czyli teraz moja kolej, żeby coś powiedzieć. Tylko że tym razem nie byłem u lekarza, któremu płacą za to, że dowie się, co mi dolega i przyniesie mi leki. Byłem u jakiegoś chłopaka w domu i jemu nikt nie płaci (chyba że moja mama przedsięwzięła bardzo drastyczne środki, żebym tylko kogoś poznał... muszę do niej zadzwonić, bo to się robi podejrzane) za rozmowę ze mną. Wziąłem głęboki oddech i zacisnąłem dłonie mocniej na kubku. Rick patrzył na mnie wyczekująco, co bynajmniej nie pomagało. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie, ale starałem się to ignorować.
 - Uhm... - brawo, świetny początek, oby tak dalej. Odchrząknąłem delikatnie i poprawiłem się na krześle. - Więc...
 - No śmiało, ja nie gryzę - wtrącił całkiem łagodnie Rick.
 - Wiem wiem - odparłem pospiesznie. - Tylko... - zamilkłem. Tak, Bear, stresuj się bardziej.
 - Tylko co? Matko, siedzimy tu może dziesięć minut i muszę ci przyznać, że przysługuje ci nagroda za najbardziej nieumiejętnego, jeśli chodzi o nawiązywanie jakichkolwiek kontaktów międzyludzkich, człowieka, jakiego poznałem - zażartował chłopak i przysięgam, wiedziałem, że to był tylko żart, ale to nie przeszkodziło mi w poczuciu się jeszcze gorzej i jeszcze bardziej niekomfortowo. A moja chęć do ucieczki z każdą chwilą rosła w siłę.
 Spuściłem wzrok i poczułem falę zimnego potu oblewającą moje ciało. Zrobiło mi się strasznie gorąco i duszno, a zaraz potem znów było mi chłodno. Rick uniósł lekko brwi w oczekiwaniu na jakąkolwiek inicjatywę z mojej strony. Gorączkowo przeszukiwałem umysł w poszukiwaniu czegokolwiek, co mógłbym powiedzieć na swój temat, aż w końcu wyrzuciłem z siebie szybkie:
 - J-jestem z Finlandii.
 Rick pokiwał głową z przerysowanym uznaniem.
 - No dobra, teraz już wszystko o tobie wiem. Chyba nawiązaliśmy połączenie na poziomie telepatycznym, bo niemal słyszę, jak wewnętrznie krzyczysz o pomoc - zażartował ponownie i wygiął usta w uśmiechu.
 - Przepraszam...? - odezwałem się niepewnie i wymusiłem na sobie nerwowy uśmiech, czego pożałowałem w sekundę po wykonaniu tego czegoś, co przypominało pewnie prędzej przedśmiertny grymas skazańca, niż jakikolwiek uśmiech.
 Rick pokręcił tylko głową i wywrócił głową ze śmiechem. 
 - Dobra, Misiek...
 - Nie mów tak na mnie - wymamrotałem gwałtownie, zanim zdążyłem pomyśleć.
 - Co?
 Zmieszałem się. Mogłem tego nie mówić.
 - Mógłbyś... mógłbyś tak na mnie nie mówić...? - zapytałem, wbijając wzrok w kubek i niesamowicie żałując przekroczenia tego progu. Zdałem sobie sprawę, że właśnie pokazałem mu swoją słabość i teraz będzie mógł używać tego słowa przeciwko mnie tak często, jak tylko mu się spodoba. Poczułem się jeszcze gorzej.
 - Dlaczego? - Rick patrzył na mnie z niejakim niezrozumieniem.
 - Po prostu - wymamrotałem. I tak już nie było odwrotu.
 - Okej - wzruszył ramionami. - Tak więc, Bear, jak opowiadasz o sobie, musisz wziąć pod uwagę kilka bardzo ważnych punktów. Po pierwsze - gdzie się urodziłeś, czyli coś, co już uwzględniłeś, brawo. Po drugie - nie wiem, opowiedz o swoim domu, o tym, co lubisz w tym miejscu, skąd jesteś. Spróbuj to jakoś rozwinąć. Chyba tak to się robi. Powiedz, co lubisz robić, co cię denerwuje, jaki jest twój ulubiony kolor, o której wstajesz rano - generalnie rzeczy, które zazwyczaj nikogo za cholerę nie obchodzą, ale mówisz je, żeby inni wiedzieli o tobie więcej i żeby nie było niezręcznej ciszy. Ludzie też lubią przyczepiać się do randomowych słów z twojej ledwo wykaszlanej wypowiedzi i mówić "O, też to lubię" albo "O tak, to jest najgorsze" i w ten magiczny sposób rozwija się rozmowa.
 Słuchałem bardzo uważnie, jednak nie rozumiałem jednej rzeczy. Właściwie to kilku.
 - Tak, tylko że... - zacząłem ostrożnie, a  Rick wstał. żeby wyjąć lasagne z piekarnika i kiwnął głową, żebym mówił. - Po co to mówić, skoro i tak nikogo to nie obchodzi? To chyba nie... to nie o to powinno chodzić w rozmowie... to znaczy to polega na rozmowie, a nie na przerwaniu ciszy czymkolwiek... poza tym to nie takie proste - wyrzuciłem z siebie, plącząc się niemiłosiernie i biorąc zdecydowanie zbyt mało oddechów w stosunku do ilości słów, jakie powiedziałem.
 - Matko jedyna, biegnijcie po kamery, to mówi! - udał zaskoczenie Rick. - No ale widzisz, chodzi o to, żeby tym samym systemem próbować przerwać każdą ciszę, bo po prostu nie z każdym się dogadasz. A w końcu po prostu będzie osoba, z którą po prostu... - pstryknął palcami - kliknie. Prędzej czy później.
 Kliknie. Ciekawe, jakie to uczucie. Po prostu mówić i...
 - Ale dość tych psychologicznych gadek, bo zaraz będziesz musiał mi zapłacić - zaśmiał się. - Wykaż się. Ja nałożę to danie bogów zrobione przez jednego z nich - wyszczerzył się. Skromny.
 - No więc... - wziąłem głęboki oddech. - Jestem z Finlandii i... - zrobiłem przerwę, żeby przypomnieć sobie rady Ricka - mieszkałem w drewnianym domku i było zimno, w Finlandii jest zimno, ale mam swetry, więc... tak. -  Oddychajmy. - Lubię herbatę i las, ale nie lubię wyrzucać rzeczy i i jest ich dużo i przez to robi się bałagan, którego nie lubię i... - zaczerpnąłem powietrza. - I to jest prawdopodobnie najbardziej chaotyczna wypowiedź, jaką słyszałeś - dodałem zmieszany.
 - Nie mogę zaprzeczyć - stwierdził. - Ale była to wypowiedź, więc mamy progres. - Zjadł kawałek lasagne i podsunął mi talerzyk dla mnie. - A co cię tu przywiało? Bo nie wyglądasz na miłośnika podróży, nagłych przeprowadzek i całkowitych zmian.
 - Lubię podróże - zaprzeczyłem szybko. - W góry. Samemu. A tutaj... - Wymyśl coś i to szybko. - No...  eee... konie. A ciebie? - urwałem szybko i sięgnąłem niepewnie po lasagne.
- Tak, możesz to zjeść, nie zatrujesz się. Raczej - zaśmiał się.
 Wziąłem do ręki widelec (czy ja już wchodzę w jakieś pierwsze stadium zespołu Parkinsona?)  i korzystając z tego, że Rick nie patrzył na mnie, spróbowałem kawałek dania. Było... dobre. Wziąłem kolejny, a chłopak zaczął mówić.


Rick? Co powiesz?























poniedziałek, 11 lutego 2019

Od Quil'a cd Maxime

-Przepraszam! - Krzyknęła dziewczyna, na co Regem parsknął.
Zmarszczyłem nos i cały czas wlepiałem w dziewczynę swoje niebieskie patrzały. Po chwili jednak brunetka podjechała do mnie na swoim koniu.
-Mh, jeszcze raz bardzo przepraszam. - Zaczęła. - Młody bardzo nie lubi podciągania popręgu.
Westchnąłem głośno i kiwnąłem głową na znak, że przyjmuję przeprosiny. Dodałem łydki i ruszyłem Regema, żeby stępem opuścił parkour. Wyjechałem na jedną z polnych dróg i ruszyłem kłusem, aby nie rozleniwić gniadosza. Po kilku minutach zabrałem Regema i ruszyłem galopem. Mimo iż była zima, na dworze nie panował mróz. Próbowałam wybierać najmniej oblodzone drogi, lecz od czasu do czasu byłem zmuszony przejść do stępa, aby wałach się nie poślizgnął i bezpiecznie pokonał lód. Uśmiechnąłem się na widok jednej z przeszkód toru crossowego i przycisnąłem łydki, aby gniady zagalopował. Sprawnie pokonaliśmy przeszkodę i skierowaliśmy się na drugą, która również nie była dla nas wielkim wyzwaniem. Poklepałem konia po łopatce i przeszliśmy do stępa.
~~~
Zeskoczyłem z grzbietu wałacha i podszedłem z nim do jednego ze stanowisk do czyszczenia. Przywiązałem gniadego do słupka i zacząłem od ściągnięcia ochraniaczy oraz siodła. Zawiesiłem sprzęt na trzymaku i ściągnąłem z trakena czaprak. Sprawnie zamieniłem czarne ogłowie Regema na zielony kantar i podczepiłem do niego uwiąz. Odprowadziłem konia do boksu i zabrałem się za sprzątanie sprzętu.
~~~
Powolnym krokiem wyszedłem ze stajni, lecz musiałem się zatrzymać, gdyż zauważyłem na ziemi telefon. Rozejrzałem się, czy aby na pewno nikt po niego nie wraca i ruszyłem w stronę uczelni, aby oddać zgubę do sekretariatu.

Maxime?

piątek, 8 lutego 2019

Od Grace cd Bianci

-Przepraszam Cię, ale muszę już iść. To pilne. - Powiedziała dziewczyna i nie czekając na odpowiedź wyszła z pokoju.
Zrobiłam coś nie tak? Westchnęłam i wbiłam wzrok w zamykające się drzwi.
-No widzisz Yellow, chyba za nami nie przepada. - Podszedłam do kotki leżącej na jedym z krzeseł i ukucnęłam obok niej.
Podrapałam samicę za jej prawym uchem i ponownie westchnęłam. Powoli wstałam i ruszyłam zrobić sobie owocowej herbaty. To trochę śmieszne, ale napój ten najbardziej mnie uspokaja. Ilekroć jestem zdenerwowana czy zestresowana, robię sobie herbatę i od razu staję się spokojniejsza. Pamiętam, jak musiałam zrobić projekt z historii i przypomniałam sobie o tym po wieczór. Pierwszym krokiem, który zrobiłam było wypicie herbaty. Wszystkie moje zmartwienia gdzieś poleciały i na spokojnie ze wszystkim zdążyłam. Co prawda poszłam spać bardzo późno, ale przynajmniej nie dostałam złej oceny. Uśmiechnęłam się na to wspomnienie i wróciłam do rzeczywistości. Czerwona lampeczka zgasła, co znaczyło, że woda się zagotowała. Sięgnęłam z szafki swój ulubiony kubek ze słonecznikiem i wrzuciłam do niego torebeczkę z herbatą o smaku owoców leśnych. Wlałam do kubka gorącej wody i uważnie obserwowałam jak ciecz zmienia kolor. Po chwili napój zmienił kolor na różowy, a ja zadowolona chwyciłam za ucho kubka i powędrowałam do stołu. Usiadłam na krześle i sięgnęłam po pierwszą, lepszą książkę, która leżała obok. Spojrzałam na tytuł "Lecznicze dary natury". Skąd ja mam taką książkę? Mimo wielu wahań zaczęłam ją czytać i szczerze mówiąc, bardzo mnie wciągnęła. Zapowiadało się ciekawe popołudnie.

~~~

Ziewnęłam ospale i spojrzałam na okno. Nie zobaczyłam słońca, zamiast pięknego, słonecznego dnia dostrzegłam czarną noc. Otrzasnęłam się szybko i spojrzałam na zegarek. 0:19?! Zdezorientowana oderwałam się od książki i pobiegłam do łazienki. Szybko się umyłam i przebrałam w swoją piżame. Opuściłam łazienkę i wskoczyłam, jak poparzona do łóżka. Zamknęłam oczy i zaczęłam liczyć w myślach do dziesięciu. Nie pomogło. Wyobraziłam sobie puchate owieczki, przeskakujące płot. Nie pomogło. Uspokoiłam się trochę, bo doszłam do wniosku, że na siłę nie zasnę i ułożyłam się na poduszkach nieco wygodniej. Nie potrzebowałam dużo czasu, aby zasnąć i przenieść się gdzieś do krainy snów.

~~~

Mimo iż obudziłam się trochę po godzinie szóstej, byłam wyspana. Z uśmiechem wstałam z mojego łoża i powolnym krokiem ruszyłam do łazienki. Sprawnie umyłam twarz przeróżnymi płynami, aby została nieskazitelnie czysta i wolna od jakichkolwiek syfów, a następnie rozczesałam swoje długie, czekoladowe włosy. Pozostało mi jedynie umycie zębów i ubranie się, gdy byłam pewna ł, że o niczym nie zapomniałam, opuściłam łazienkę i powędrowałam do kuchni. Zjadłam lekkie śniadanie, nasypałam do miseczki Yellow trochę karmy i spojrzałam na zegarek. Miałam sporo czasu, więc spakowałam swoje zeszyty, sprawdzając później trzy razy czy niczego nie zapomniałam i opuściłam pokój, zamykając go. Ruszyłam spokojnym krokiem w stronę wyjścia z budynku, a gdy opuściłam akademik, skierowałam się w stronę uczelni. Gdyby nie śnieg i oblodzony chodznik, na którym się prawie zabiłam, to droga minęłaby mi naprawdę przyjemnie. Wkroczyłam do ciepłego budynku i skierowałam się w stronę sali, w której miałam mieć lekcje. Przechadzając się korytarzem, zauważyłam Biancę, która widocznie nad czymś rozmyślała. Usiadłam obok dziewczyny i czekałam, aż mnie zauważy. Po chwili brunetka odwróciła głowę i spojrzała na mnie.
-Przepraszam za wczoraj. - Zaczęła nerwowo. Chyba naprawdę było jej głupio. -Robisz coś dzisiaj? - Zadała pytanie.
-Cóż... chyba nie. Mam dzień wolny, więc jeżeli chcesz to mogłybyśmy gdzieś razem wyjść. - Uśmiechnęłam się lekko.
-Dobry pomysł. - Odpowiedziała brunetka, lecz nie wyglądała na przekonaną, co do mojego pomysłu.
-Co powiesz na kawiarnię? Zjemy po jakimś cieście, napijemy się kawy i pogadamy. - Zaproponowałam.
Brunetka kiwnęła głową na znak zgody i wolnym krokiem ruszyłyśmy w stronę sali lekcyjnej.

~~~

Przekroczyłyśmy próg kawiarni, a następnie zajęłyśmy jeden ze stolików przy oknie. Każda zamówiła sobie to, na co miała ochotę, a ja postanowiłam poznać trochę bliżej dziewczynę, więc szukałam w głowie odpowiedniego pytania, które mogłabym jej zadać.
-Wybacz mi tę ciekawość, ale jak to się stało, że trafiłaś do Dressage Academy? - Zapytałam w końcu.

Biancia?

Od Billa cd. Maxime

- Dam radę, ale jeśli boisz się, że Antyk mógłby zarazić się płochliwością od Petera, mogę zmienić ścieżkę i jechać sama. - mówiąc to, wzruszyła ramionami.
Prychnąłem głośno, puszczając jedną rękę z wodzy. Czy ta mała, okropna istotka naprawdę myśli że ktoś taki jak ja boi się tak błahych rzeczy?
- Czy ja wyglądam na takiego, który może bać się czegoś takiego? Jedziemy dalej, nie ma bata. - odparłem, po czym popędziłem wałacha do aktywnego stępu. Po chwili dogoniła nas też Maxime. Dlaczego nie mogłaby po prostu się rozpłynąć? Westchnąłem w myślach, ciesząc się chociaż chwilą ciszy gdy dziewczyna choć na chwilę przestała zakłócać spokój mojego bezsensownego istnienia.
- Skąd masz tę bliznę na policzku? - wypaliła nagle. Nie odwracając głowy w jej stronę, uśmiechnąłem się delikatnie pod nosem. Spostrzegawcza jest.
- Długa historia, niezbyt odpowiednia na taki wyjazd w teren. Masz jeszcze jakieś pytania? Miałbym ochotę zagalopować. - uciąłem szybko.
- Oczywiście, że mam. Wkrótce dowiesz się, że jestem naprawdę gadatliwą osobą… Kiedy się urodziłeś? Skąd jesteś? Masz rodzeństwo? Jak nazywa się twoja matka? - Maxime zadawała coraz więcej pytań. - A, no i przy okazji możesz opowiedzieć historię o bliźnie na policzku.
Odchyliłem głowę do tyłu i westchnąłem, bawiąc się grzywą Antyka. Czy wszyscy osobnicy z gatunku ludzkiego muszą aż tyle pieprzyć?
- Nie dasz mi spokoju, co?
W odpowiedzi dziewczyna pokiwała przecząco głową i mógłbym przysiąc że odpowiada mi wręcz z wewnętrzną satysfakcją.
- Nie. Lubię dowiadywać się o ludziach nowych rzeczy.
Ponownie westchnąłem. Może jeśli obszernie jej odpowiem w końcu na chwilę da mi spokój?
- Urodziłem się dziesiątego listopada 1999 roku co oznacza że mam dziewiętnaście lat. - odpowiedziałem na pierwsze pytanie.
- Ja urodziłam się jedenastego listopada! Co za zbieg okoliczności! - uśmiechnęła się lekko. Tak, urocze można by rzec...
- Urodziłem się w Szwecji, w Sztokholmie. Swoją drogą bardzo piękny kraj. - powoli zacząłem odpowiadać na resztę pytań. 
- I nie, nie mam rodzeństwa. Nie myślałem o tym czy chce, wygodnie mi tak jak jest. A moja matka nazywa się Olivia Skarsgård, jest lekarką, a ojciec - Norman i jest psychologiem. Nie mam pojęcia do czego ci imiona moich rodziców, mam nadzieję tylko że nie planujesz jakiegoś morderstwa. - odparłem na co dziewczyna się zaśmiała. Zmierzyłem ją wzrokiem, lekko się zarumieniła i opuściła wzrok. Nie sądziłem w sumie że odbierze to jako żart, mówiłem serio. 
- A ty dlaczego nie zostałeś lekarzem? Czy wiesz, tak samo kimś ważnym? - zadała kolejne pytanie. Argh, myślałem że może jednak na chwilę przestała marnować cenne powietrze.
- Nie satysfakcjonuje mnie krojenie ludzkiego ciała czy słuchanie żałosnych problemów innych... - odparłem całkowicie szczerze. Mogłem powiedzieć coś typu : Ależ chciałbym, uwielbiać widok krwi i zwłok! To może chociaż wtedy dałaby mi spokój.
- A policzek? Zapomniałeś o tym opowiedzieć. - dodała z satysfakcją. Wywróciłem oczami nie ukrywając lekkiej irytacji.
- Mój przyjaciel, Peter. - powiedziałem w skrócie. Maxime rzuciła mi spojrzenie typu "Taki egoista jak ty ma przyjaciół?!".
- Hm? - mruknęła wyczekując dalszych wyjaśnień.
- Kiedyś pokłóciliśmy się o dziewczynę. Mimo iż ta nawet nie wiedziała o naszym istnieniu, to po prostu była jakaś dziewczyna wracająca ze szkoły i po prostu obaj zawsze ją obserwowaliśmy jak wraca. Peter uznał że mi ona nie potrzebna, powyzywał mnie, ja jego potem to już kompletnie zaczęliśmy sobie wytykać najgorsze błędy. - zaśmiałem się na wspomnienie tego jakże inteligentnego czynu. 
- W pewnym momencie tak nas poniosło że rzuciłem się na Petera z bronią. Miałem wtedy zaledwie szesnaście lat i pierwszy raz miałem pistolet w rękach. Mój ojciec miał, dla czystego bezpieczeństwa. W pewnym momencie on zranił mnie nożem w dłoń, odebrał mi pistolet i ten wystrzelił, trafiając mnie w policzek. Przesiedziałem trochę w szpitalu, przeprosiliśmy siebie nawzajem i było już w sumie okey, ale ta historia jest tak żałosna i bezsensowna że wywołuje u mnie śmiech za każdym wspomnieniem. - Zaśmiałem się. - W prawdzie jedyne co mi po tamtej sytuacji zostało to tylko blizna na policzku i zabawne wspomnienia. 
Maxime patrzyła na mnie w milczeniu, ja jedynie wyczekiwałem jej reakcji. Czyżbym w końcu skutecznie ją przestraszył?

Maxime? 

Od Maxime cd. Billa

- Chcesz jechać dalej? - spytał się mnie Bill.
Gdy koń stanął ”na równe nogi”, ja odetchnęłam i odpowiedziałam brunetowi:
- Dam radę, ale jeśli boisz się, że Antyk mógłby zarazić się płochliwością od Petera, mogę zmienić ścieżkę i jechać sama. - mówiąc to, wzruszyłam ramionami.
Skarsgård prychnął, puszczając jedną ręką wodze siwka.
- Czy ja wyglądam na takiego, który może bać się czegoś takiego? Jedziemy dalej, nie ma bata.
Mówiąc to, mężczyzna popędził siwego do aktywnego stępa, a ja, by ich dogonić, ruszyłam kłusem. Uparty jest, pomyślałam. Ale lepiej jest pojechać w teren z kimś niż samemu, prawda? Nie muszę przecież z nim rozmawiać! Stety, niestety, moja gadatliwość nie pozwoliła nam na przejażdżkę w ciszy. Już po kilku sekundach musiałam rozpocząć rozmowę.
- Skąd masz tę bliznę na policzku? - spytałam się, mając nadzieję na pełną odpowiedź.
- Długa historia, niezbyt odpowiednia na taki wyjazd w teren. Masz jeszcze jakieś pytania? Miałbym ochotę zagalopować.
Uniosłam lewą brew. Pewnie spodziewa się, że w ciszy będzie mógł zagalopować, pomyślałam, nie uda mu się to. Miałam ochotę zrobić mu na złość i zadać przynajmniej dziesięć pytań, jedno po drugim. Bo w końcu, czemu nie?
- Oczywiście, że mam. Wkrótce dowiesz się, że jestem naprawdę gadatliwą osobą… Kiedy się urodziłeś? Skąd jesteś? Masz rodzeństwo? Jak nazywa się twoja matka? - z moich ust płynęły kolejne pytania, na które mężczyzna musiał odpowiedzieć. - A, no i przy okazji możesz opowiedzieć historię o bliźnie na policzku.
Zielonooki odchylił głowę do tyłu i westchnął. Zaczął bawić się grzywą Antyka.
- Nie dasz mi spokoju, co?
Pokręciłam głową przeczącą.
- Nie. Lubię dowiadywać się o ludziach nowych rzeczy.

Bill?

sobota, 2 lutego 2019

Od Ricka cd. Beaureguarda

***
Wróciłem do pokoju, po jakiejś godzinie. Byłem totalnie przemoczony i zziębnięty, chociaż co się dziwić. Godzinny spacer w deszczu to bardzo inteligentna rzecz Richardzie! Od progu już witały mnie ukochane psiaki, jednak szybko je zbyłem gestem ręki. Wystarczyło, że tylko ja jestem cały mokry. Szybko zmieniłem przemoczone ubrania, na suche dresy i różowo pastelową bluzę. Powinienem zrobić pranie w końcu, bo zostały mi same rzeczy od Rosalie. Byłem cholernie zmęczony i głodny. Tak, zdecydowanie głodny.
Poszedłem więc do wybawiciela świata, magicznej skrzyni zwanej lodówką, okazała się jednak pusta. Właściwie prawie, nie licząc może dwóch opakowań soku pomarańczowego, z trzech opakowań lasagne do odgrzewania i masła. Zakupy też by się przydały w sumie. Wyjąłem z lodówki jedno z opakowań i wyłożyłem lasagne na blachę, po czym wstawiłem do piekarnika na około dwadzieścia minut. (A/N nie mam pojęcia, ile ma to się grzać, ale uznajmy, że po takim czasie będzie dobrze xD). Nagle usłyszałem pukanie do drzwi, westchnąłem głośno, jednak jak przystało na dobrze wychowanego człowieka, poszedłem otworzyć. Mimo drobnych problemów z przekręceniem klucza w odpowiednią stronę udało mi się i mogłem wreszcie dowiedzieć się, kto zakłócał mój błogi spokój. W drzwiach stał Bear, z widocznym przerażeniem w oczach. Okay, przeprosiłem go, ale to nie znaczy, że może mnie nachodzić.
- Co chcesz? - zapytałem, obrzucając go obojętnym spojrzeniem.
- ... w-w porządku - wyjąkał cicho, wbijając wzrok w podłogę. Nie byłem pewny czy dobrze go zrozumiałem.
- Powtórzyłbyś?
- W p-porządku... - powtórzył nieco głośniej, usiłując bezskutecznie opanować drżenie głosu. Miło z jego strony.
- No i fajnie. - wzruszyłem ramionami. Ta informacja jakoś zbytnio nie wpłynęła na moje dotychczasowe istnienie, jednak chłopak ma u mnie już plusowe punkty za odwagę.
- Wejdziesz? - uśmiechnąłem się lekko, otwierając szerzej drzwi. Widać było, że brunet się waha, wszedł jednak do środka, a ja zamknąłem za nim drzwi. Oczywiście, gdy Tajfun usłyszał kroki nieznanej mu jeszcze osoby, musiał podbiec i zacząć się ocierać o nogi Beara.
- Na miejsce. - poleciłem mu, jednak kompletnie mnie zignorował. Brunet bawił się rękawami bluzy, starając się trzymać ręce jak najdalej od psa.
- Możesz go pogłaskać. Nic ci nie zrobi. - odparłem, wchodząc do kuchni i nastawiając czajnik. Kątem oka zauważyłem, jak chłopak z lekkim uśmiechem głaszcze biało czarnego demona.
- Co chcesz do picia? - zapytałem, szykując dwa kubki.
- Może być herbata. - odparł. - Jeśli to nie będzie kłopot. - dodał szybko. Zaśmiałem się cicho, to zabawne jak uważa na słownictwo. Zacząłem szukać po szafkach czegoś na wzór herbaty, udało mi się znaleźć jakąś zieloną herbatę. O dziwo pachniała pomarańczą, mimo innego składu na opakowaniu. Wrzuciłem jedną saszetkę do zielonego kubka, za to do swojego szarego nasypałem dwie łyżki kawy. Musiałem, choć odrobinę się orzeźwić, ożywić.
Po zaledwie dwóch minutach przycisk w czajniku cicho pstryknął, dając tym samym do zrozumienia, że woda się zagrzała. Zalałem oba kubki, po czym postawiłem na blacie przed brunetem, który już siedział na krzesełku barowym.
- To na zwłoki po herbacie. - uśmiechnąłem się delikatnie, kładąc mały talerzyk na środku blatu razem z cukrem i łyżeczką. Bear nerwowo się uśmiechnął, po czym objął dłońmi kubek z herbatą.
- Mamy trochę czasu, zanim lasagne się zrobi, mam nadzieję, że nie jesteś wybredny, bo tylko tym mogę cię poczęstować. Ewentualnie sokiem pomarańczowym. - odparłem, biorąc swój kubek do ręki i opierając się o ścianę.
- S-spoko. - wyjąkał cicho, po czym nastała cisza. Wywróciłem oczami, głośno wzdychając. Małomówna ta mała cholera.
- Nie gadaj tyle, bo jeszcze się zakrztusisz. - odezwałem się, nie hamując przy tym ani krzty sarkazmu.
- Co więc mam mówić? - spytał cicho.
- Może spróbuj coś o sobie? Co lubisz robić? W końcu chyba tak zawiera się kontakty między ludzkie. - wzruszyłem ramionami, upijając łyk kawy.
- Dlaczego nagle stałeś się taki miły? - wymamrotał cicho.
- Misiek, miły to ja nie jestem. Uwierz mi. Po prostu odrobinę ci odpuściłem. - zaśmiałem się, mimo iż brunetowi nie było do śmiechu.
- Chciałbym cię poznać, po prostu. To chyba nie jest przestępstwem? Zresztą skoro ja stałem się... - to stwierdzenie nie zbyt chciało przejść mi przez gardło. - ... miły, mógłbyś to uszanować i chociaż udawać, że się mnie nie boisz, czy coś.
- Ja się nie boję! - zaprzeczył szybko Bear.
- No i to rozumiem. - uśmiechnąłem się w jego stronę. - A więc? - odparłem, odnosząc się do poprzedniego pytania.

Miśku?

Od Alana cd. Seana

Razem z Seanem uznaliśmy że pojedziemy w teren, jednak iż nie miałem swojego wierzchowca chłopak postanowił że pojadę na koniu jego brata. Staruszek zwany Alladynem, wydawał się całkiem spokojny, pryz czyszczeniu i siodłaniu nie sprawiał większych problemów. Kiedy nasze konie były już gotowe, ruszyliśmy w teren. Po pewnym czasie Sean zsunął się na ziemię, a ja razem z nim. Brunet rozłożył koc z siodła, na którym wcześniej cały czas siedział i rozłożył na trawie. Przywiązałem kasztanka do pobliskiej barierki, chciałem zabrać się także za ogiera chłopaka jednak Sean powstrzymał mnie.
- Lepiej nie, naprawdę nie będę jeździł z tobą po lekarzach - oznajmił zabierając mi wodze z dłoni. Mruknąłem coś pod nosem, po czym podszedłem do koca i położyłem się, a po chwili dołączył do mnie chłopak. Nastała cisza, którą Sean w końcu przerwał:
- Więc... z kim wczoraj byłeś na prezentacji? -
Przerzuciłem ciężar ciała na jedną stronę, tak by móc spojrzeć na bruneta który odwrócił głowę w moją stronę.
- Inez Jacos. Powiedzmy, że w porę przybyła zanim kolesie Connora wysłali mnie do szpitala - zaśmiałem się nerwowo, mimo że wcześniej miałem mu za złe jego egoistyczne zachowanie.
- Naprawdę mi głupio cherie, czuję się jakbym... co najmniej sam cię pobił - powiedział cicho. Zmarszczyłem brwi.
- Nie obwiniaj się - odparłem. - Może i jesteś największym sukinsynem jakiego znam, ale na to akurat nie miałeś zbytniego wpływu.
- Zaśpiewasz mi? - szepnąłem, przerywając niezręczną ciszę która była między nami. Lubiłem słuchać jego głosu. Sean zaczął cicho podśpiewywać napisaną dla mnie piosenkę. Pod koniec wplątał palce w moje włosy i przyciągnął do pocałunku. To niesamowite jak mało czasu trzeba aby się w kimś zakochać. 
- Winters? - zapytał, odrywając się od moich ust. Posłałem mu pytające spojrzenie.
- Mam... bardzo ważne pytanie - podniósł się do siadu - Ja... wiem, że wszystko zjebałem i pewnie jak powiem to jeszcze raz to mnie uderzysz... - wziął głęboki oddech. - Kocham cię, Alan. Tak... na serio. A przynajmniej mam nadzieję, że cię kocham. Jeśli nie to uderz mnie albo naucz jak to robić - przygryzł wargę. - Zostaniesz chłopakiem takiego idioty jakim jestem ja?
Patrzyłem na niego w milczeniu. On naprawdę to powiedział, że mnie kocha. Może jednak nie jest takim egoistą na jakiego się wydaje. Czy chcę z nim być? Pomimo tego ile krzywd już mi wyrządził, samymi słowami i pocałunkiem z Lynette. A nawet jeśli to powinienem mu zaufać? Jest cholernym dupkiem i egoistą, o tym zdołałem się już przekonać. Jednak czy ktoś taki jest zdolny do miłości? Tego mogłem się jedynie dowiedzieć, mogłem pokazać mu swoje uczucia, może nawet nauczyć kochać. Może jednak powinienem dać mu szansę? 
- Oczywiście że tak. - uśmiechnąłem się do chłopaka, tym samym rozwiewając wszystkie jego wątpliwości. Prawda jest taka że nie potrafiłbym mu odmówić, nawet gdybym chciał. Gad damn, może tylko trochę się zakochałem.
Sean odwzajemnił uśmiech, po czym złączył nasze usta w pocałunku. Spokojnym, a zaraz namiętnym i zachłannym, jakby miał to być nas ostatni pocałunek w życiu. Uwielbiam smak jego ust i dotyk jego języka. Po dłużej chwili w końcu oderwałem się od jego warg, by móc złapać oddech, po czym opadłem na koc, a brunet położył się obok mnie. Leżeliśmy tak, wpatrując się w niebo.
- Jak to jest mieć brata? - spytałem, czując na sobie wzrok Seana. Sam nie wiem skąd tak nagle mi to przyszło.
- Nie chcesz wiedzieć uwierz. To okropny debil! - zaśmiał się, jednak nie takiej odpowiedzi oczekiwałem. 
- Inaczej, jak to jest mieć rodzinę? - spytałem, odwracając głowę w jego stronę by nasze spojrzenia się spotkały.
- A co to za pytanie? - uniósł brew.
- Pytanie jak każde inne, po prostu jestem ciekawy. - stwierdziłem.
- Nie masz rodziny? - zapytał chłopak. Nie spodziewałem się takiego pytania, nie chciałem też zbytnio odpowiadać więc zwyczajnie odwróciłem wzrok. Nastała przyjemna cisza, której ja nie zamierzałem przerywać. 
- Adam? - odezwał się, z podłym uśmiechem przekręcając moje imię. 
- Mniej wiesz, lepiej śpisz. - wywróciłem oczami, głośno wzdychając.
- Spać to ja będę lepiej, ale z tobą. - powiedział, a na jego twarz wdarł się ten słodki, chamski uśmiech.
- Jesteśmy ze sobą może od trzech minut, a ty już zachowujesz się jak dupek. - ponownie westchnąłem. 
- Ah, pieprz się Winters. - tym razem to on westchnął.
- Z tobą zawsze Montgomery. - wyszczerzyłem się podle w jego stronę, zaśmiał się cicho po czym nastała niezręczna cisza. Znowu.
- Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie. - odezwał się Sean.
- Ulepmy bałwana - wypaliłem nagle.
- Słucham? - brunet zdziwił się szybką zmianą tematu, na szczęście nie próbował już wracać do poprzedniego pytania.
- Ulepmy bałwana. - powtórzyłem z całkowitą powagą. - Nigdy tego nie robiłem. - odparłem szczerze, czekając na jakąś reakcje chłopaka.

Seanie? xDD Wybacz że tak długo