-Nie lubię o tym wspominać…- odpowiedziałam przypominając sobie przeszłe
zdarzenia. Biedna Angel. Nadal śnią mi się o tym koszmary.
-Mi możesz zaufać. Zresztą nie to nie.- powiedział Silvester. Spojrzałam
mu ukradkiem w oczy. Piękne szare oczy. Boże co ja gadam?! Nawet go
nie znam. Odwróciłam wzrok gdy tylko się zorientował że na niego patrzę.
-Kiedyś mieszkaliśmy blisko lasu. Biegałam tam często z bratem. Kiedyś
pobiegłam sama i zgubiłam się. Po jakiejś godzinie zatrzymałam się i
popłakałam się. Nagle usłyszałam przeraźliwe rżenie i pobiegłam w stronę
dźwięku. To była Angel. Przerażona. Ktoś przywiązał ją do drzewa. Obok
leżał nóż. Miała pokaleczone nogi i krew na szyi od sznura. Próbowała
się wyrwać ale nie miała siły. Sięgnęłam po nóż i uwolniłam ją. Ledwo
mogła chodzić. Prowadziłam ją powoli za kantar i krzyczałam o pomoc.
Dopiero po jakiś dwóch godzinach znalazł nas Rick.- opowiedziałam mu.
Silvester stał zamyślony opierając się o płot.
-Przykro mi.- powiedział po chwili przerywając ciszę.
-Nie musisz udawać że cię to obchodzi… Nadal mam o tym koszmary… Jej
zakrwawiona szyja, nogi… Przepraszam.- powiedziałam i uciekłam.
Zatrzymałam się dopiero przy ogromnej wierzbie i oparłam się o nią.
Rozpłakałam się. Demon przybiegł zaraz i zaczął mnie szturchać nosem.
>Ves? :3 <
wtorek, 18 kwietnia 2017
od Silvestra cd. Rosalie
-Zrób jej krzywdę a pożałujesz. A lepiej ze mną nie zadzierać...-
zagroził mi Rick. Zaśmiałem się w myślach, już nie lubiłem tego typa.
Chociaż może jeszcze okaże się miły?
-Haha, nie zamierzam.-zaśmiałem się dość szorstko, po czym wyszedłem ze stajni.
Stała tam oparta o płot Rosalie. Uznałem, że zapytam o rysunek, który tworzyła zanim jej przeszkodziłem.
-Hej, rysujesz, prawda?-zapytałem z ciekawością i oparłem się o płot.
Dziewczyna spojrzała na mnie szybko.
-Tak, rysuję.-odparła i poprawiła grzywkę.
-O, ja czasem też coś naszkicuję.-uśmiechnąłem się.-A ten rysunek, który robiłaś na łące? Mogę go zobaczyć?
-Wiesz...jest jeszcze niedokończony...-powiedziała niepewnie Rosalie.
Przeczesałem ręką włosy i spojrzałem na konie w oddali.
-No dobra, pokażę ci.-zdecydowała się i wyciągnęła szkicownik.
Otworzyła w odpowiednim miejscu "zeszyt" i podała mi. Rysunek był naprawdę piękny, idealnie dopracowane proporcje. W centrum kartki znajdował się łeb konia czystej krwi arabskiej, wyglądał naprawdę realistycznie.
-Wow, naprawdę super ci to wyszło.-powiedziałem szczerze i przyjrzałem się szkicowi.
-Dzięki. To tylko szkic, jeszcze dokończę.-niepewnie wzięła ode mnie szkicownik.
Pokiwałem głową, po chwili ciszy podszedł do nas wysoki blondyn.
-Hej, jestem Jason.-uśmiechnął się promiennie.-Jestem tu stajennym, nie widziałem was wcześniej?
Odwzajemniłem uśmiech, chłopak wydawał mi się być miły.
-W sumie nie dawno przyjechałem, Rosalie też. Jestem Silvester.
-Rosalie.-powiedziała cicho dziewczyna.
Jason uśmiechnął się ponownie.
-Mam do was prośbę-spojrzałem na niego pytająco-czy moglibyście pomóc mi z wyprowadzaniem koni na padoki? Jest ich kilka, a we trójkę będzie szybciej.
Rosalie kiwnęła głową, ja też z chęcią się zgodziłem. Weszliśmy do stajni rozmawiając głównie o koniach, Ros trzymała się z boku, ale też uczestniczyła w rozmowie wtrącając niepewnie swoje zdanie w niektórych momentach.
-Okej, Silvester bierze najpierw Jabłonkę, potem Ikara, Rosalie Melanię i Channel. Ja zajmę się Tupetem i Antykiem.-zarządził.
Rozeszliśmy się do boksów wskazanych koni. Otworzyłem drzwi i założyłem siwej klacz kantar, po czym przypiąłem do niego uwiąz i wyszedłem z Jabłonką. Na korytarzu stali już pozostali z końmi. Ruszyliśmy na pastwisko, siwa była grzeczne, nie wyrywała się. Obok mnie szła Rosalie z Melanią, która była chyba rasy curly horse. Prowadził Jason razem z fryzem Tupetem. Świetnie~pomyślałem~przynajmniej dowiem się, jak dokładnie idzie się na padoki. Niedługo potem byliśmy na miejscu.
-To tutaj.-oznajmił Jason wprowadzając Tupeta na wolny padok i robiąc zachęcający gest dłonią, abyśmy poszli w jego ślady.
Zrobiliśmy więc to i po chwili obserwowaliśmy brykające konie.
-No...ja lecę, muszę dać koniom siana. Miło było poznać.-pomachał nam stajenny, odwzajemniłem gest.
Wskoczyłem na ogrodzenie i obserwowałem bawiące się radośnie konie. Pomyślałem o Comodo, który pewnie teraz zapoznawał się z końmi z boksów obok.
-Skąd w sumie masz Angel?-skierowałem pytanie do dziewczyny stojącej obok.
>Rosalie? c: <
-Haha, nie zamierzam.-zaśmiałem się dość szorstko, po czym wyszedłem ze stajni.
Stała tam oparta o płot Rosalie. Uznałem, że zapytam o rysunek, który tworzyła zanim jej przeszkodziłem.
-Hej, rysujesz, prawda?-zapytałem z ciekawością i oparłem się o płot.
Dziewczyna spojrzała na mnie szybko.
-Tak, rysuję.-odparła i poprawiła grzywkę.
-O, ja czasem też coś naszkicuję.-uśmiechnąłem się.-A ten rysunek, który robiłaś na łące? Mogę go zobaczyć?
-Wiesz...jest jeszcze niedokończony...-powiedziała niepewnie Rosalie.
Przeczesałem ręką włosy i spojrzałem na konie w oddali.
-No dobra, pokażę ci.-zdecydowała się i wyciągnęła szkicownik.
Otworzyła w odpowiednim miejscu "zeszyt" i podała mi. Rysunek był naprawdę piękny, idealnie dopracowane proporcje. W centrum kartki znajdował się łeb konia czystej krwi arabskiej, wyglądał naprawdę realistycznie.
-Wow, naprawdę super ci to wyszło.-powiedziałem szczerze i przyjrzałem się szkicowi.
-Dzięki. To tylko szkic, jeszcze dokończę.-niepewnie wzięła ode mnie szkicownik.
Pokiwałem głową, po chwili ciszy podszedł do nas wysoki blondyn.
-Hej, jestem Jason.-uśmiechnął się promiennie.-Jestem tu stajennym, nie widziałem was wcześniej?
Odwzajemniłem uśmiech, chłopak wydawał mi się być miły.
-W sumie nie dawno przyjechałem, Rosalie też. Jestem Silvester.
-Rosalie.-powiedziała cicho dziewczyna.
Jason uśmiechnął się ponownie.
-Mam do was prośbę-spojrzałem na niego pytająco-czy moglibyście pomóc mi z wyprowadzaniem koni na padoki? Jest ich kilka, a we trójkę będzie szybciej.
Rosalie kiwnęła głową, ja też z chęcią się zgodziłem. Weszliśmy do stajni rozmawiając głównie o koniach, Ros trzymała się z boku, ale też uczestniczyła w rozmowie wtrącając niepewnie swoje zdanie w niektórych momentach.
-Okej, Silvester bierze najpierw Jabłonkę, potem Ikara, Rosalie Melanię i Channel. Ja zajmę się Tupetem i Antykiem.-zarządził.
Rozeszliśmy się do boksów wskazanych koni. Otworzyłem drzwi i założyłem siwej klacz kantar, po czym przypiąłem do niego uwiąz i wyszedłem z Jabłonką. Na korytarzu stali już pozostali z końmi. Ruszyliśmy na pastwisko, siwa była grzeczne, nie wyrywała się. Obok mnie szła Rosalie z Melanią, która była chyba rasy curly horse. Prowadził Jason razem z fryzem Tupetem. Świetnie~pomyślałem~przynajmniej dowiem się, jak dokładnie idzie się na padoki. Niedługo potem byliśmy na miejscu.
-To tutaj.-oznajmił Jason wprowadzając Tupeta na wolny padok i robiąc zachęcający gest dłonią, abyśmy poszli w jego ślady.
Zrobiliśmy więc to i po chwili obserwowaliśmy brykające konie.
-No...ja lecę, muszę dać koniom siana. Miło było poznać.-pomachał nam stajenny, odwzajemniłem gest.
Wskoczyłem na ogrodzenie i obserwowałem bawiące się radośnie konie. Pomyślałem o Comodo, który pewnie teraz zapoznawał się z końmi z boksów obok.
-Skąd w sumie masz Angel?-skierowałem pytanie do dziewczyny stojącej obok.
>Rosalie? c: <
poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Od Aaron'a CD Triss
Rankiem obudził mnie przeraźliwy dźwięk. To był przeklęty odgłos mojego budzika. Warknąłem i wymacałem pod poduszką urządzenie. Spojrzałem na wyświetlacz i od razu wyłączyłem dzwonek. Zamknąłem oczy, a głowa opadła mi bezwładnie na poduszkę. Po chwili do moich uszu dobiegło ciche warknięcie. Otworzyłem oczy i ujrzałem wielki czarny łeb Kali'ego.
- Nie można. - Mruknąłem. W odpowiedzi pies tylko fuknął.
Zwierzak podskoczył i oparł się przednimi łapami o materac łóżka. Jedną z nich położył mi na plecach.
- Czego chcesz Kali? - Jęknąłem. "Dlaczego ja wczoraj piłem?" zapytałem sam siebie w myślach.
Niechętnie podniosłem się i usiadłem na racie łóżka. Pies usiadł obok mnie i położył tym razem łeb na moich udach domagając się głaskania. Oczywiście zrobiłem to czego chciał. Z drugiej strony na łóżko wskoczył Loki. Także upominał się o pieszczoty. Chwilę pogłaskałem oba psy i zszedłem na dół. W kuchni siedział mój niedorobiony braciszek oraz rodzice. Przywitałem się z nimi.
- O której wczoraj wróciłeś? - Zapytała matka.
- Około 3. - Opowiedziałem z uśmiechem podczas nalewania mleka do miski z płatkami.
Zamieniłem kilka zdań z rodzinką i poszedłem do siebie. We wszystkich tych czynnościach towarzyszyły mi moje psy. W sypialni wyciągnąłem z szaf torby i rzuciłem obok łóżka, sam położyłem się na nim.
- Loki. - Zawołałem zwierzaka. - Przynieś. - Rzucałem w stronę szafy na ubrania chrupki, a pies brał w zęby daną rzecz i mi przynosił. Tak samo robiłem z Kali'm.
Spojrzałem w stronę drzwi i zobaczyłem idiotę który jest z punktu prawnego moim bratem. Zniknął tak szybko jak się pojawił. Nie lubiłem tego człowieka. Cały czas robił w tym domu za pana idealnego i podlizywał się na każdym kroku rodzicom. Zawsze miał bardzo dobre opinie od nauczycieli, nigdy nie zrobił nic nielegalnego, schludny ubiór i wiecznie nienaganne forma wypowiedzi. Miałem ochotę go rozszarpać. Bardzo żałuje, że on też zgodził się jechać do akademii. Choć teraz mogłem robić z nim co będę chciał. Mam na niego tyle haków, że głowa mała. Niestety ale w tej rodzinie to ja mam talent do hakowania i mam dostęp do każdego jego profilu w internecie. Uśmiechnąłem się mimowolnie wiedząc o tym.
*** Późnym wieczorem ***
Droga minęła całkiem dobrze. Z tą męską babą cały czas jednak rywalizowaliśmy o uwagę mamy i taty. Ja i tak byłem w tej lepszej sytuacji bo jestem ich pierwszym dzieckiem i najbardziej kochanym. Mały gówniarz się do mnie nie umywał pod żadnym względem.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce rodzice od razu wysiedli z auta i zniknęli w ogromnym budynku. Wysiedliśmy z samochodu ja od razu otworzyłem bagażnik vana. Psy siedziały w oddzielnych klatkach. Postanowiłem je wypuścić aby rozprostowały łapy. Założyłem im na pyski kagańce, a do kolczatek przypiąłem smycze. Moje bestie to naprawdę sporych rozmiarów zwierzaki które mają tak samo dużo siły.
- Zadowolony, że będziemy tutaj razem? - Spojrzałem na tego debila z podłym uśmiechem.
- Jak zawsze. - Burknąłem.
Luke zniknął za przyczepą w której stały konie. A ja zacząłem oswajać pupile z nowym terenem.
Drzwi w których wcześniej zniknęli moi rodzice znowu się otworzyły. Wyszli, jednak obok nich stała jakaś kobieta.
- Chłopcy! - Zawołała aby zwrócić naszą uwagę na sobie. -Chodźcie. A Ty Aaron zostaw psy w samochodzie na razie.
Westchnąłem niechętnie i znowu wprowadziłem pupile do klatek zamykając je dokładnie.
- Debil. - Syknął Luke.
- Ciota. - Nie mogłem mu odpuścić.
Podszedłem do czwórki osób które stały na schodach wejściowych.
- To jest Pani Peek. Ona tutaj rządzi. - Kontynuował ojciec i spojrzał na siwą kobietę znacznie starszą ode mnie. - To jest Luke. - Wskazał na gnojka. - A to Aaron. - Potem na mnie.
- Witajcie chłopcy. - Pani Peek przemówiła. - Miło mi was poznać.
- Nam Panią też. - Odpowiedziałem praktycznie równo z bratem.
- Tu są klucze do pokoi. Na prośbę Waszych rodziców mieszkacie oddzielnie. Jutro zaczynacie lekcje o 8 rano. Za chwilkę przyjdą stajenni i pokażą gdzie są boksy Waszych koni, gdzie kładziemy cały sprzęt itp. Mam nadzieję, że będziecie zadowoleni z pobytu tutaj. Ja już muszę niestety iść. Życzę miłego wieczoru, do widzenia. - Uścisnęła dłonie naszych rodziców i odeszła.
Zabraliśmy się od razu do rozpakowania i przeniesienia rzeczy do nowych sypialni, oprowadzenia koni i całej reszty.
Niestety Orion musiał sprawiać problemy. Już na dzień dobry ugryzł jakiegoś stajennego, a drugiego próbował kopnąć. Droga od przyczepy do boksu to była jakaś masakra. Cały czas byłem opanowany i zdecydowany. Wszyscy stali tylko z boku, patrzyli na mnie i moje wyczyny z niesfornym ogierem.
Wszystko zajęło nam jakieś cztery godzinki, po tym pożegnałem się z rodzicami. Zostałem teraz z Loki'm, Kali'm i tym debilem.
Spojrzeliśmy na siebie pogardliwie i rozeszliśmy się w swoich kierunkach. Sam postanowiłem trochę pozwiedzać. Od razu ruszyłem z podopiecznymi w stronę łąki za akademią. Rozejrzałem się uważnie, byłem tam tylko ja, nikogo poza tym. Bez chwili wahania spuściłem zwierzaki, a także zdjąłem kagańce. Loki od razu przyniósł mi jakiś patyk zachęcając tym samym do zabawy. Rzuciłem mu go kilka razy oczywiście za każdym razem mi go przynosił. W między czasie drugi z psów biegał i obwąchiwał wszystko co jest możliwe. Dzisiaj oboje mieli jakieś dobre humory. Cały wypad został przerwany przez Loki'ego. Nagle pies zaczął szczekać. No jednak to nie są jakieś yorki które piszczą, ich głosy są potężne. Spojrzałem w tym kierunku. Pies stał naprzeciw konia i jakiejś dziewczyny na nim siedzącej. Wierzchowiec był podenerwowany.
- Kali! - Krzyknąłem aby zwrócić uwagę psa i przywołać go do siebie. Oczywiście ruszyłem w ich kierunku. Czarny zwierzak niemal natychmiast siedział już grzecznie przy mojej nodze.
- Przepraszam za niego. Należysz do Akademii? - Mój głos był lekko szorstki.
- Tak. - Usłyszałem nieśmiałą odpowiedź, nieznajoma patrzyła w grzywę swojego konia.
- Ja dzisiaj przyjechałem. Jestem Aaron. - Coś mnie w niej zaciekawiło i postanowiłem kontynuować rozmowę.
- Triss.
Dałem znać ręką psu aby został na miejscu, sam podszedłem do klaczy i pogłaskałem ją po szyi.
- Wracasz z terenu, to Twój koń? - Zapytałem.
- Nie, Susan jest szkółkowa. Mój koń... - Zawahałam się. - Mój koń to Amor. A... Ty? Masz jakiegoś konia?
Triss zaczęła bawić się palcami w które wbiła swój wzrok.
- Mam ogiera, nazywa się Orion. - Odpowiedziałem z lekkim uśmiechem. Z głosu pozbyłem się już tego oschłego tonu.
Rozmowę jednak przerwał drugi z psów i krzyki w oddali. Spojrzałem w ich stronę.
- Kali! Do mnie! - Zawołałem do siebie psa, który przybiegł od razu. - Co tam się dzieje?
- Nie wiem... - Odpowiedziała.
- To chodźmy sprawdzić.
Ruszyłem biegiem w stronę stajni. Mógłbym przeskoczyć przez bramę ale zostawiłbym po drugiej stronie. Otworzyłem ją i przy okazji Triss mogła spokojnie sobie wjechać. Oczywiście po tym wszystkim zamknąłem ją i dalej biegiem ruszyłem. Niestety nie byłem tak szybki jak koń czy psy i byłem na szarym końcu. Przed wejściem wszyscy się zatrzymali, dziewczyna zeskoczyła z klaczy. Kiedy lądowała na ziemi widziałem grymas jej bólu. Podszedłem do niej i lekko ją podtrzymałem.
- Wszystko dobrze?
- Tak jasne. - Odpowiedziała nadal na mnie nie patrząc.
- Łapcie go! - Krzyk jakiejś dziewczyny przerwał nam rozmowę. Oboje spojrzeliśmy w stronę wejścia.
Niczym strzała wyleciał z niego nikt inny jak Orion. Westchnąłem bezradnie i patrzyłem jak biegnie między ogrodzeniami padoków. Ze stajni wyleciała grupka ludzi.
- Co się stało? - Zapytałem poddenerwowany.
- Kim jak każdego dnia karmiła konie, kiedy weszła do tego diabła on zaczął stawać dęba, wierzgać, rżeć i co nie tylko. - Warknął jakiś starszy mężczyzna. - Gonić go do cholery! - Wydał rozkaz całej reszty.
- Nie! - Warknąłem wściekle.
Wyrwałem z rąk jednego z nich uwiąz i sam ruszyłem w stronę ogiera. Zabroniłem w między czasie wszystkim podchodzić do naszej dwójki. Niestety nie udało mi się go złapać, jedyne co mogłem zrobić to tylko i wyłącznie zagonić go za pomocą psów na padok. Zmęczony i cały w kurzu zamknąłem go i podszedłem do grupy gapiów.
- Nikt nie ma prawa do niego podchodzić bez mojego pozwolenia czy też bez mojej obecności. - Warknąłem i rzuciłem w stronę jakiegoś chłopaka uwiąz. Gwizdnąłem na psy które ruszyły za mną. Bez słowa dotarłem i usiadłem pod ogrodzeniem padoku. Wyciągnąłem z kieszeni paczkę papierosów, wyciągnąłem jednego i odpaliłem. Loki i Kali położyli się niedaleko mnie.
Usłyszałem kroki, podniosłem głowę i zobaczyłem Triss.
- Nie można. - Mruknąłem. W odpowiedzi pies tylko fuknął.
Zwierzak podskoczył i oparł się przednimi łapami o materac łóżka. Jedną z nich położył mi na plecach.
- Czego chcesz Kali? - Jęknąłem. "Dlaczego ja wczoraj piłem?" zapytałem sam siebie w myślach.
Niechętnie podniosłem się i usiadłem na racie łóżka. Pies usiadł obok mnie i położył tym razem łeb na moich udach domagając się głaskania. Oczywiście zrobiłem to czego chciał. Z drugiej strony na łóżko wskoczył Loki. Także upominał się o pieszczoty. Chwilę pogłaskałem oba psy i zszedłem na dół. W kuchni siedział mój niedorobiony braciszek oraz rodzice. Przywitałem się z nimi.
- O której wczoraj wróciłeś? - Zapytała matka.
- Około 3. - Opowiedziałem z uśmiechem podczas nalewania mleka do miski z płatkami.
Zamieniłem kilka zdań z rodzinką i poszedłem do siebie. We wszystkich tych czynnościach towarzyszyły mi moje psy. W sypialni wyciągnąłem z szaf torby i rzuciłem obok łóżka, sam położyłem się na nim.
- Loki. - Zawołałem zwierzaka. - Przynieś. - Rzucałem w stronę szafy na ubrania chrupki, a pies brał w zęby daną rzecz i mi przynosił. Tak samo robiłem z Kali'm.
Spojrzałem w stronę drzwi i zobaczyłem idiotę który jest z punktu prawnego moim bratem. Zniknął tak szybko jak się pojawił. Nie lubiłem tego człowieka. Cały czas robił w tym domu za pana idealnego i podlizywał się na każdym kroku rodzicom. Zawsze miał bardzo dobre opinie od nauczycieli, nigdy nie zrobił nic nielegalnego, schludny ubiór i wiecznie nienaganne forma wypowiedzi. Miałem ochotę go rozszarpać. Bardzo żałuje, że on też zgodził się jechać do akademii. Choć teraz mogłem robić z nim co będę chciał. Mam na niego tyle haków, że głowa mała. Niestety ale w tej rodzinie to ja mam talent do hakowania i mam dostęp do każdego jego profilu w internecie. Uśmiechnąłem się mimowolnie wiedząc o tym.
*** Późnym wieczorem ***
Droga minęła całkiem dobrze. Z tą męską babą cały czas jednak rywalizowaliśmy o uwagę mamy i taty. Ja i tak byłem w tej lepszej sytuacji bo jestem ich pierwszym dzieckiem i najbardziej kochanym. Mały gówniarz się do mnie nie umywał pod żadnym względem.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce rodzice od razu wysiedli z auta i zniknęli w ogromnym budynku. Wysiedliśmy z samochodu ja od razu otworzyłem bagażnik vana. Psy siedziały w oddzielnych klatkach. Postanowiłem je wypuścić aby rozprostowały łapy. Założyłem im na pyski kagańce, a do kolczatek przypiąłem smycze. Moje bestie to naprawdę sporych rozmiarów zwierzaki które mają tak samo dużo siły.
- Zadowolony, że będziemy tutaj razem? - Spojrzałem na tego debila z podłym uśmiechem.
- Jak zawsze. - Burknąłem.
Luke zniknął za przyczepą w której stały konie. A ja zacząłem oswajać pupile z nowym terenem.
Drzwi w których wcześniej zniknęli moi rodzice znowu się otworzyły. Wyszli, jednak obok nich stała jakaś kobieta.
- Chłopcy! - Zawołała aby zwrócić naszą uwagę na sobie. -Chodźcie. A Ty Aaron zostaw psy w samochodzie na razie.
Westchnąłem niechętnie i znowu wprowadziłem pupile do klatek zamykając je dokładnie.
- Debil. - Syknął Luke.
- Ciota. - Nie mogłem mu odpuścić.
Podszedłem do czwórki osób które stały na schodach wejściowych.
- To jest Pani Peek. Ona tutaj rządzi. - Kontynuował ojciec i spojrzał na siwą kobietę znacznie starszą ode mnie. - To jest Luke. - Wskazał na gnojka. - A to Aaron. - Potem na mnie.
- Witajcie chłopcy. - Pani Peek przemówiła. - Miło mi was poznać.
- Nam Panią też. - Odpowiedziałem praktycznie równo z bratem.
- Tu są klucze do pokoi. Na prośbę Waszych rodziców mieszkacie oddzielnie. Jutro zaczynacie lekcje o 8 rano. Za chwilkę przyjdą stajenni i pokażą gdzie są boksy Waszych koni, gdzie kładziemy cały sprzęt itp. Mam nadzieję, że będziecie zadowoleni z pobytu tutaj. Ja już muszę niestety iść. Życzę miłego wieczoru, do widzenia. - Uścisnęła dłonie naszych rodziców i odeszła.
Zabraliśmy się od razu do rozpakowania i przeniesienia rzeczy do nowych sypialni, oprowadzenia koni i całej reszty.
Niestety Orion musiał sprawiać problemy. Już na dzień dobry ugryzł jakiegoś stajennego, a drugiego próbował kopnąć. Droga od przyczepy do boksu to była jakaś masakra. Cały czas byłem opanowany i zdecydowany. Wszyscy stali tylko z boku, patrzyli na mnie i moje wyczyny z niesfornym ogierem.
Wszystko zajęło nam jakieś cztery godzinki, po tym pożegnałem się z rodzicami. Zostałem teraz z Loki'm, Kali'm i tym debilem.
Spojrzeliśmy na siebie pogardliwie i rozeszliśmy się w swoich kierunkach. Sam postanowiłem trochę pozwiedzać. Od razu ruszyłem z podopiecznymi w stronę łąki za akademią. Rozejrzałem się uważnie, byłem tam tylko ja, nikogo poza tym. Bez chwili wahania spuściłem zwierzaki, a także zdjąłem kagańce. Loki od razu przyniósł mi jakiś patyk zachęcając tym samym do zabawy. Rzuciłem mu go kilka razy oczywiście za każdym razem mi go przynosił. W między czasie drugi z psów biegał i obwąchiwał wszystko co jest możliwe. Dzisiaj oboje mieli jakieś dobre humory. Cały wypad został przerwany przez Loki'ego. Nagle pies zaczął szczekać. No jednak to nie są jakieś yorki które piszczą, ich głosy są potężne. Spojrzałem w tym kierunku. Pies stał naprzeciw konia i jakiejś dziewczyny na nim siedzącej. Wierzchowiec był podenerwowany.
- Kali! - Krzyknąłem aby zwrócić uwagę psa i przywołać go do siebie. Oczywiście ruszyłem w ich kierunku. Czarny zwierzak niemal natychmiast siedział już grzecznie przy mojej nodze.
- Przepraszam za niego. Należysz do Akademii? - Mój głos był lekko szorstki.
- Tak. - Usłyszałem nieśmiałą odpowiedź, nieznajoma patrzyła w grzywę swojego konia.
- Ja dzisiaj przyjechałem. Jestem Aaron. - Coś mnie w niej zaciekawiło i postanowiłem kontynuować rozmowę.
- Triss.
Dałem znać ręką psu aby został na miejscu, sam podszedłem do klaczy i pogłaskałem ją po szyi.
- Wracasz z terenu, to Twój koń? - Zapytałem.
- Nie, Susan jest szkółkowa. Mój koń... - Zawahałam się. - Mój koń to Amor. A... Ty? Masz jakiegoś konia?
Triss zaczęła bawić się palcami w które wbiła swój wzrok.
- Mam ogiera, nazywa się Orion. - Odpowiedziałem z lekkim uśmiechem. Z głosu pozbyłem się już tego oschłego tonu.
Rozmowę jednak przerwał drugi z psów i krzyki w oddali. Spojrzałem w ich stronę.
- Kali! Do mnie! - Zawołałem do siebie psa, który przybiegł od razu. - Co tam się dzieje?
- Nie wiem... - Odpowiedziała.
- To chodźmy sprawdzić.
Ruszyłem biegiem w stronę stajni. Mógłbym przeskoczyć przez bramę ale zostawiłbym po drugiej stronie. Otworzyłem ją i przy okazji Triss mogła spokojnie sobie wjechać. Oczywiście po tym wszystkim zamknąłem ją i dalej biegiem ruszyłem. Niestety nie byłem tak szybki jak koń czy psy i byłem na szarym końcu. Przed wejściem wszyscy się zatrzymali, dziewczyna zeskoczyła z klaczy. Kiedy lądowała na ziemi widziałem grymas jej bólu. Podszedłem do niej i lekko ją podtrzymałem.
- Wszystko dobrze?
- Tak jasne. - Odpowiedziała nadal na mnie nie patrząc.
- Łapcie go! - Krzyk jakiejś dziewczyny przerwał nam rozmowę. Oboje spojrzeliśmy w stronę wejścia.
Niczym strzała wyleciał z niego nikt inny jak Orion. Westchnąłem bezradnie i patrzyłem jak biegnie między ogrodzeniami padoków. Ze stajni wyleciała grupka ludzi.
- Co się stało? - Zapytałem poddenerwowany.
- Kim jak każdego dnia karmiła konie, kiedy weszła do tego diabła on zaczął stawać dęba, wierzgać, rżeć i co nie tylko. - Warknął jakiś starszy mężczyzna. - Gonić go do cholery! - Wydał rozkaz całej reszty.
- Nie! - Warknąłem wściekle.
Wyrwałem z rąk jednego z nich uwiąz i sam ruszyłem w stronę ogiera. Zabroniłem w między czasie wszystkim podchodzić do naszej dwójki. Niestety nie udało mi się go złapać, jedyne co mogłem zrobić to tylko i wyłącznie zagonić go za pomocą psów na padok. Zmęczony i cały w kurzu zamknąłem go i podszedłem do grupy gapiów.
- Nikt nie ma prawa do niego podchodzić bez mojego pozwolenia czy też bez mojej obecności. - Warknąłem i rzuciłem w stronę jakiegoś chłopaka uwiąz. Gwizdnąłem na psy które ruszyły za mną. Bez słowa dotarłem i usiadłem pod ogrodzeniem padoku. Wyciągnąłem z kieszeni paczkę papierosów, wyciągnąłem jednego i odpaliłem. Loki i Kali położyli się niedaleko mnie.
Usłyszałem kroki, podniosłem głowę i zobaczyłem Triss.
>Triss? ^^ <
od Viktorii cd. Luke'a
Westchnęłam i popchnęłam drzwi do gabinetu pielęgniarki, spojrzałam na blondyna który uśmiechnął się, próbując dodać mi otuchy zapewne.
-Dobry wieczór?-wręcz zapytałam, na fotelu siedziała młoda pielęgniarka w rudych włosach.
-Co się stało?-zapytała mnie a ja miałam ochotę zamordować ją wzrokiem, "Och! Tylko zraniłam się w rękę i jestem cała od krwi! I właśnie na korytarzu jest ktoś kto wygląda jak Luke Castellan i znowu ugryzł mnie koń! Ale to nic takiego! Przecież tylko zawracam pani głowę" ooo nawet ciekawie wyszło.. można by jej tak powiedzieć, lecz jej wyczekujące i świdrujące spojrzenie szarych oczu zmusiło mnie do kłamstwa. Przecież nie dodam do tego "o! chodzę z bronią po szkole i właśnie planowałam dźgnąć nim chłopaka! I Baton użarł jego konia, a mnie wypadł nóż i chwyciłam go w locie? lol, przecież każdy uczeń ma broń!" cia....
-Rozcięłam się na boksie Batona.-mruknęłam i usiadłam naprzeciwko kobiety, która zaczęła świdrować mnie wzrokiem, nieugięta patrzyłam się na nią by nie dać po sobie znać że kłamię. Kiwnęła krótko głową i odwinęła prowizoryczny bandaż, rana była dosyć długa ale ważne było to że przestała krwawić.
-Waleczny ten boks-uśmiechnęła się a ja skwitowałam to przewróceniem oczami, podeszła do swojej apteczki i wyjęła jakąś buteleczkę, pewnie wodę utlenioną lub octanisept, będzie szczypało... Chwyciła moją rękę w stanowczy uścisk i wylała troszkę tej pierwszej rzeczy na moją dłoń, musiałam się powstrzymać żeby nie zapiszczeć ale i tak na mojej twarzy można było zauważyć ból...
Przyłożyła tam jeszcze jakiś wacik z maścią odkażającą i zawinęła w bandaż.
-Można dane?-zapytała i wyjęła wielki zeszyt gdzie spisywała uczniów którzy do niej zawitali.
-Viktoria Embress, urodzona 17 czerwca 1998. -wyrecytowałam to jak wiersz, dalej czułam jak lekarstwo piecze mnie w ranę ale starałam się dzielnie wytrzymać.
-Możesz isć.-powiedziała pielęgniarka a ja odetchnęłam i wyszłam na korytarz. O. Matko. Jedyna. Zapomniałam. Super... Zapomniałam na śmierć że na korytarzu czeka Luke... Popatrzył na moją dłoń ze współczuciem, zauważyłam że na moich błękitnych włosach też jest krew, zaschnięta.
-Trafisz do pokoju?-zapytałam, tym razem trochę pewniej, kiwnął głową a ja przez chwilę szłam koło niego. Natknęliśmy się na jakiegoś chłopaka.
-Cześć dupku. To jest Aaron-przedstawił mi tamtego chłopaka
-Ciota, szybko znalazłeś sobie dziewczynę-warknął Aaron, a ja spodziewałam się że zaraz się pobiją... Tego nie chciałam.
-No chyba masz ból dupy, gnojku jeden!-ugh... zaczęli mi się tu wyzywać, usłyszałam kroki więc szepnęłam do nich:
-Peek idzie!-wbiegłam do swojego pokoju a oni powtórzyli moją reakcję, lecz ze swoimi pokojami.
Weszłam do łazienki i umyłam się, założyłam ciepłą piżamę z wilkiem na plecach i zaszyłam się pod kołdrą z książką do polskiego i włączyłam radio. Siedziałam nad tym jakieś 2 godziny...
***
Budziki to zło wcielone. Musiałam wstać wcześniej, bo ruszyły lekcje. Zaczynałam polskim a potem matma i muzyka, mogłam pocieszać się tym że potem idę do stajni na trening.
Ubrałam się jakoś normalnie i wyszłam z pokoju mijając kłócących się chłopaków, Luke'a i Aarona. Zastanawiało mnie jakie oni mają lekcje... Omawialiśmy dzisiaj lekturę a dokładniej oglądaliśmy film, jakąś operę która była cholernie nudna... Myślałam że zasnę ale ta lekcja wreszcie minęła. Przyszła pora na matematykę na której poradziłam sobie nawet dobrze, zdążyłam złapać 4 z odpowiedzi!! Na muzyce śpiewaliśmy "Oda do radości"... Serio? Miałam to w piątej klasie podstawówki... Wychodząc na korytarz zauważyłam mojego psa, Tenebris która merdała ogonem, dawno nie skakałyśmy... Zapięłam jej obrożę i pobiegłam do pokoju odłożyć plecak i wziąć kliker ze smaczkami. Wzięłam z szafy jeszcze jakąś smycz, ale wiedziałam że nie będzie potrzebna. Zabrałam jakieś drągi na nieużywaną ujeżdżalnie i ustawiłam kilka przeszkód.
-Zaraz skaczesz-szepnęłam-zostań-machnęłam krótko ręką a sama przeskoczyłam to wszystko, były ustawione w jednej linii więc nie było bata że jakąś ominie. Kliknęłam dwa razy i zagwizdałam, zachęcając ją do skoków. Wyleciała przed siebie i skoczyła z dużym zapasem wszystkie przeszkody, poklepałam ją i tym razem skakałam z nią bo ułożyłam nam "tor" ze slalomem między tym wszystkim. Kiedy ukończyłyśmy dosyć męczący "trening" wyczesałam ją i zajęłam się Amidią która pochłonęła mój kaptur od bluzy i zainteresowała się włosami które miały "inny" kolor niż wcześniej. Zraniona ręka też została skosztowana.
-To co? Dzisiaj poznamy czaprak!-uśmiechnęłam się i zaszłam po jeden z czapraków Gwiazdy, nie miałam serca ich wyrzucić a Dia była do niej bardzo podobna. Czerwony pasował idealnie do jej charakteru, więc na niego padł wybór. Podłożyłam jej czaprak pod nos a ona prychnęła, progres jest! nie spanikowała. Przejechałam jej jeszcze "okropnym i morderczym stworem" po grzbiecie i wyszłam.
***
Trening!!! Szybko osiodłałam North która już się niecierpliwiła a ja z uśmiechem na twarzy dosiadłam jej i wjechałam na ujeżdżalnię, trenowałyśmy dzisiaj lotne. Ładnie wszystko (wreszcie zajarzyła! ) , jej kara sierść lśniła a ja zadowolona z efektów pozwoliłam jej pogalopować sobie dowolnie, kiedy biegała w różne strony świata, kazałam jej gubić takty w każdym chodzie. Zauważyłam jak ktoś przechodzi koło Akademii, nie wyglądali jak uczniowie. Jeden z nich wskazał na nas i wyjął coś z kieszeni... Usłyszałam ogłuszający pisk i zdążyłam zauważyć kopyta North odbiegającej gdzieś w cholerę.
Cała scena musiała być cholernie kompromitująca, leżałam na ziemi w próbie złapania oddechu. Moja instruktorka uspokoiła North i pobiegła ochrzanić chłopaków, jeden z nich zwiał zostawiając tego który spłoszył mi klacz na pastwię losu... i mnie. Żałowałam że nie mam noża. Leżąc tak, usłyszałam kroki i odgłos kopyt.
-Widziałeś wszystko? -zapytałam, domyślając się że to Luke- super! czekam na kolejną kompromitacje, losie!-warknęłam w stronę nicości. Blondyn przyglądał mi się z zainteresowaniem a ja pogłaskałam North która przyszła powąchać "nowego".
>Lucz? ^^ <
-Dobry wieczór?-wręcz zapytałam, na fotelu siedziała młoda pielęgniarka w rudych włosach.
-Co się stało?-zapytała mnie a ja miałam ochotę zamordować ją wzrokiem, "Och! Tylko zraniłam się w rękę i jestem cała od krwi! I właśnie na korytarzu jest ktoś kto wygląda jak Luke Castellan i znowu ugryzł mnie koń! Ale to nic takiego! Przecież tylko zawracam pani głowę" ooo nawet ciekawie wyszło.. można by jej tak powiedzieć, lecz jej wyczekujące i świdrujące spojrzenie szarych oczu zmusiło mnie do kłamstwa. Przecież nie dodam do tego "o! chodzę z bronią po szkole i właśnie planowałam dźgnąć nim chłopaka! I Baton użarł jego konia, a mnie wypadł nóż i chwyciłam go w locie? lol, przecież każdy uczeń ma broń!" cia....
-Rozcięłam się na boksie Batona.-mruknęłam i usiadłam naprzeciwko kobiety, która zaczęła świdrować mnie wzrokiem, nieugięta patrzyłam się na nią by nie dać po sobie znać że kłamię. Kiwnęła krótko głową i odwinęła prowizoryczny bandaż, rana była dosyć długa ale ważne było to że przestała krwawić.
-Waleczny ten boks-uśmiechnęła się a ja skwitowałam to przewróceniem oczami, podeszła do swojej apteczki i wyjęła jakąś buteleczkę, pewnie wodę utlenioną lub octanisept, będzie szczypało... Chwyciła moją rękę w stanowczy uścisk i wylała troszkę tej pierwszej rzeczy na moją dłoń, musiałam się powstrzymać żeby nie zapiszczeć ale i tak na mojej twarzy można było zauważyć ból...
Przyłożyła tam jeszcze jakiś wacik z maścią odkażającą i zawinęła w bandaż.
-Można dane?-zapytała i wyjęła wielki zeszyt gdzie spisywała uczniów którzy do niej zawitali.
-Viktoria Embress, urodzona 17 czerwca 1998. -wyrecytowałam to jak wiersz, dalej czułam jak lekarstwo piecze mnie w ranę ale starałam się dzielnie wytrzymać.
-Możesz isć.-powiedziała pielęgniarka a ja odetchnęłam i wyszłam na korytarz. O. Matko. Jedyna. Zapomniałam. Super... Zapomniałam na śmierć że na korytarzu czeka Luke... Popatrzył na moją dłoń ze współczuciem, zauważyłam że na moich błękitnych włosach też jest krew, zaschnięta.
-Trafisz do pokoju?-zapytałam, tym razem trochę pewniej, kiwnął głową a ja przez chwilę szłam koło niego. Natknęliśmy się na jakiegoś chłopaka.
-Cześć dupku. To jest Aaron-przedstawił mi tamtego chłopaka
-Ciota, szybko znalazłeś sobie dziewczynę-warknął Aaron, a ja spodziewałam się że zaraz się pobiją... Tego nie chciałam.
-No chyba masz ból dupy, gnojku jeden!-ugh... zaczęli mi się tu wyzywać, usłyszałam kroki więc szepnęłam do nich:
-Peek idzie!-wbiegłam do swojego pokoju a oni powtórzyli moją reakcję, lecz ze swoimi pokojami.
Weszłam do łazienki i umyłam się, założyłam ciepłą piżamę z wilkiem na plecach i zaszyłam się pod kołdrą z książką do polskiego i włączyłam radio. Siedziałam nad tym jakieś 2 godziny...
***
Budziki to zło wcielone. Musiałam wstać wcześniej, bo ruszyły lekcje. Zaczynałam polskim a potem matma i muzyka, mogłam pocieszać się tym że potem idę do stajni na trening.
Ubrałam się jakoś normalnie i wyszłam z pokoju mijając kłócących się chłopaków, Luke'a i Aarona. Zastanawiało mnie jakie oni mają lekcje... Omawialiśmy dzisiaj lekturę a dokładniej oglądaliśmy film, jakąś operę która była cholernie nudna... Myślałam że zasnę ale ta lekcja wreszcie minęła. Przyszła pora na matematykę na której poradziłam sobie nawet dobrze, zdążyłam złapać 4 z odpowiedzi!! Na muzyce śpiewaliśmy "Oda do radości"... Serio? Miałam to w piątej klasie podstawówki... Wychodząc na korytarz zauważyłam mojego psa, Tenebris która merdała ogonem, dawno nie skakałyśmy... Zapięłam jej obrożę i pobiegłam do pokoju odłożyć plecak i wziąć kliker ze smaczkami. Wzięłam z szafy jeszcze jakąś smycz, ale wiedziałam że nie będzie potrzebna. Zabrałam jakieś drągi na nieużywaną ujeżdżalnie i ustawiłam kilka przeszkód.
-Zaraz skaczesz-szepnęłam-zostań-machnęłam krótko ręką a sama przeskoczyłam to wszystko, były ustawione w jednej linii więc nie było bata że jakąś ominie. Kliknęłam dwa razy i zagwizdałam, zachęcając ją do skoków. Wyleciała przed siebie i skoczyła z dużym zapasem wszystkie przeszkody, poklepałam ją i tym razem skakałam z nią bo ułożyłam nam "tor" ze slalomem między tym wszystkim. Kiedy ukończyłyśmy dosyć męczący "trening" wyczesałam ją i zajęłam się Amidią która pochłonęła mój kaptur od bluzy i zainteresowała się włosami które miały "inny" kolor niż wcześniej. Zraniona ręka też została skosztowana.
-To co? Dzisiaj poznamy czaprak!-uśmiechnęłam się i zaszłam po jeden z czapraków Gwiazdy, nie miałam serca ich wyrzucić a Dia była do niej bardzo podobna. Czerwony pasował idealnie do jej charakteru, więc na niego padł wybór. Podłożyłam jej czaprak pod nos a ona prychnęła, progres jest! nie spanikowała. Przejechałam jej jeszcze "okropnym i morderczym stworem" po grzbiecie i wyszłam.
***
Trening!!! Szybko osiodłałam North która już się niecierpliwiła a ja z uśmiechem na twarzy dosiadłam jej i wjechałam na ujeżdżalnię, trenowałyśmy dzisiaj lotne. Ładnie wszystko (wreszcie zajarzyła! ) , jej kara sierść lśniła a ja zadowolona z efektów pozwoliłam jej pogalopować sobie dowolnie, kiedy biegała w różne strony świata, kazałam jej gubić takty w każdym chodzie. Zauważyłam jak ktoś przechodzi koło Akademii, nie wyglądali jak uczniowie. Jeden z nich wskazał na nas i wyjął coś z kieszeni... Usłyszałam ogłuszający pisk i zdążyłam zauważyć kopyta North odbiegającej gdzieś w cholerę.
Cała scena musiała być cholernie kompromitująca, leżałam na ziemi w próbie złapania oddechu. Moja instruktorka uspokoiła North i pobiegła ochrzanić chłopaków, jeden z nich zwiał zostawiając tego który spłoszył mi klacz na pastwię losu... i mnie. Żałowałam że nie mam noża. Leżąc tak, usłyszałam kroki i odgłos kopyt.
-Widziałeś wszystko? -zapytałam, domyślając się że to Luke- super! czekam na kolejną kompromitacje, losie!-warknęłam w stronę nicości. Blondyn przyglądał mi się z zainteresowaniem a ja pogłaskałam North która przyszła powąchać "nowego".
>Lucz? ^^ <
od Rosalie cd. Silvester
-Na to wygląda...- odpowiedziałam niepewnie. Nagle zobaczyłam brata. Podszedł do nas.
-Ros wreszcie jesteś!- uscieszył się Rick. Spojrzał niepewnie na Silvester'a. Chyba go nie polubił.
-Coś za jeden?- spytał Rick.
-Silvester a ty?- odpowiedział mu.
-Lepiej żebyś nie wiedział...- powiedział mój brat ilustrując go wzrokiem.
-Rick, przestań. To mój brat Rick.- odpowiedziałam zamykając boks. Skierowałam się do wyjścia. Kątem oka widziałam jak Rick przytrzymuje Silvestera.
-Zrób jej krzywdę a pożałujesz. A lepiej ze mną nie zadzierać...- zagroził mu po czym skierował się do boksu Soul'a, jego konia. Silvester chyba coś mu odpowiedział ale nie słuchałam już bo wyszłam ze stajni i oparłam się o płot. Dzień był ciepły i słoneczny. Zamknęłam oczy i roskoszowałam się promieniami słońca. Nagle usłyszałam głos Silvester'a.
-***-
Silvester? :3 może Rick ci przywalił czy coś? XD
-Ros wreszcie jesteś!- uscieszył się Rick. Spojrzał niepewnie na Silvester'a. Chyba go nie polubił.
-Coś za jeden?- spytał Rick.
-Silvester a ty?- odpowiedział mu.
-Lepiej żebyś nie wiedział...- powiedział mój brat ilustrując go wzrokiem.
-Rick, przestań. To mój brat Rick.- odpowiedziałam zamykając boks. Skierowałam się do wyjścia. Kątem oka widziałam jak Rick przytrzymuje Silvestera.
-Zrób jej krzywdę a pożałujesz. A lepiej ze mną nie zadzierać...- zagroził mu po czym skierował się do boksu Soul'a, jego konia. Silvester chyba coś mu odpowiedział ale nie słuchałam już bo wyszłam ze stajni i oparłam się o płot. Dzień był ciepły i słoneczny. Zamknęłam oczy i roskoszowałam się promieniami słońca. Nagle usłyszałam głos Silvester'a.
-***-
Silvester? :3 może Rick ci przywalił czy coś? XD
od Rosalie cd. Emily
-Nie szkodzi to nie twoja wina.- odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem.
-Jestem Emily. A ty?
-Rosalie... A to Demon.- wskazałam na psa który zaskomlał i spojrzał na psy Emily. Nagle wyrwał się i pobiegł przed siebie.
-Wracaj!- krzyknęłam i ruszyłam za psem. Emily pobieła za mną. Biegłam za psem i krzyczałam by się zatrzymał ale on nic. Po chwili jednak zwolnił grzebiąc w jakiejś norze.
>Emily?Brak pomysłu i weny przepraszam :c>
-Jestem Emily. A ty?
-Rosalie... A to Demon.- wskazałam na psa który zaskomlał i spojrzał na psy Emily. Nagle wyrwał się i pobiegł przed siebie.
-Wracaj!- krzyknęłam i ruszyłam za psem. Emily pobieła za mną. Biegłam za psem i krzyczałam by się zatrzymał ale on nic. Po chwili jednak zwolnił grzebiąc w jakiejś norze.
>Emily?Brak pomysłu i weny przepraszam :c>
od Luke'a cd. Viktorii
Nadszedł w końcu ten dzień. Dzień w którym jadę do akademii. Dzięki temu spędzę z rodzicami cały dzień i będą mnie odwiedzać. Od miesiąca chodziłem szczęśliwy i z niecierpliwością odliczałem dni do wyjazdu. Można by pomyśleć, że wszystko byłoby cudownie ale... Ale moja matka zaproponowała mojemu bratu naukę tam gdzie ja, a ten pajac bez wahania się zgodził. Nie mogę znieść już tego dupka. Za każdym razem kiedy go widzę od razu zalewa mnie krew. Te jego bezczelne odzywki, perfidna pewność siebie i brak jakichkolwiek zasad moralnych są nie do zaakceptowania.
Po skończonym śniadaniu wparowałem od razu do swojej sypialni aby sprawdzić czy wszystko spakowałem. Tak jak myślałem, miałam wszystko czego potrzebowałem. Postanowiłem już wszystko znieść. Wziąłem dwie walizki i wyszedłem z pokoju. Minąłem pokój złamasa w środku panował chaos. Aaron leżał na łóżku, a jego dwa śmierdzące kundle przynosiły mu rzeczy, które lądowały w torbie. Zwyczajnie w świecie je tam wrzucał zamiast poskładać czy coś. Przewróciłem oczami na ten widok i ruszyłem dalej.
*** Późnym popołudniem ***
Całą drogę starałem się jak najwięcej rozmawiać z rodzicami, jednak mój braciszek musiał coraz się wtrącić i nam przerwać. Jednak cieszyłem się z każdej chwili i czerpałem z niej garściami ile tylko się da.
Na miejscu było wszystko naprawdę super. Budynek, tereny i wszystko. Mama z tatem szybko zniknęli w głównym budynku, a ja zostałem sam z Aaron'em. Chłopak wyszedł z auta i otworzył bagażnik. Założył swoim czarnym sierściuchom kagańce, a do kolczatek przypiął smycze.
- Zadowolony, że będziemy tutaj razem? - Brat spojrzał na mnie i uśmiechnął się podle.
- Jak zawsze. - Burknąłem.
Podszedłem do przyczepy w której stał Zeus. Otwierając drzwi od razu zobaczyłem pysk mojego wierzchowca, który zarżał radośnie na mój widok. Wyciągnąłem z plecaka jabłko, ten od razu je zjadł. Wyciągnąłem dłoń w jego kierunku lecz koń był bardziej zainteresowany zawartością plecaka. Zaśmiałem się tylko i potargałem grzywę ogiera.
- Chłopcy! - Głos matki od razu dotarł do moich uszu. Wychyliłem się aby zobaczyć co się dzieje. Mirmiam i Samuel stali z jakąś kobietą. - Chodźcie. A Ty Aaron zostaw psy w samochodzie na razie.
- Debil. - Prychnąłem przechodząc obok brata.
- Ciota. - Odburknął. Fakt nie lubię takiego zachowania ale jemu nie przepuszczę nigdy.
Chwilę później stałem obok całej trójki i czekaliśmy na mojego pożal się Boże braciszka.
- To jest Pani Peek. Ona tutaj rządzi. - Kontynuował ojciec i spojrzał na siwą kobietę znacznie starszą ode mnie. - To jest Luke. - Wskazał na mnie. - A to Aaron. - Potem na brata.
- Witajcie chłopcy. - Pani Peek przemówiła. - Miło mi was poznać.
- Nam Panią też. - Uśmiechnąłem się i powiedziałem praktycznie równo z przygłupem.
- Tu są klucze do pokoi. Na prośbę Waszych rodziców mieszkacie oddzielnie. Jutro zaczynacie lekcje o 8 rano. Za chwilkę przyjdą stajenni i pokażą gdzie są boksy Waszych koni, gdzie kładziemy cały sprzęt itp. Mam nadzieję, że będziecie zadowoleni z pobytu tutaj. Ja już muszę niestety iść. Życzę miłego wieczoru, do widzenia. - Uścisnęła dłonie naszych rodziców i odeszła.
Zabraliśmy się od razu do rozpakowania i przeniesienia rzeczy do nowych sypialni, oprowadzenia koni i całej reszty. Cztery godziny później było już po wszystkim. Uściskaliśmy rodziców i Ci sobie pojechali. Zostałem na placu sam z tym debilem i jego przygłupimi psami. Spojrzeliśmy na siebie. Jakby wzrok mógłby zabijać... Westchnąłem cicho i ruszyłem do siebie. Tam przebrałem się w dresy i jakąś bluzę, tak było mi po prostu najwygodniej jeździć. Wybiegłem i ruszyłem do stajni prawie biegiem. Na miejscu zobaczyłem całkiem sporą ilość koni. Uśmiechnąłem się mimowolnie na ten widok, szybko odnalazłem boks mojego przyjaciela. Dosłownie chwilkę zajęło mi przygotowanie ogiera do wyjazdu. Po wyjściu ze stajni od razu wskoczyłem w siodło i ruszyłem w stronę lasu. Zeus płynnie przeszedł do kłusa, a później do galopu. Pobłądziłem chwilkę po leśnych ścieżkach. Nie spodziewałem się aby kogokolwiek spotkać o tej porze ale myliłem się. Kilka metrów ode mnie. Podjechałem bliżej i zacząłem rozmowę. Musiała być zamyślona bo nie słyszała jak się do niej zbliżam.
- Co tu robisz? Jest ciemno. - Nieznajoma od razu chwyciła za nóż. Jednak kiedy się odwróciła uważnie zaczęła się mi przyglądać. Muszę przyznać, że ja też, była ładna nie da się ukryć.
- Wyjechałam w teren. - Odpowiedziała niepewnie.
- Dziewczyna z nożem i łukiem... Interesujące. Naczytałaś się książek? - Nie chciałem tak po prostu zakończyć rozmowy po jej odpowiedzi i ciągnąłem temat.
- Czytam książki nałogowo jak i oglądam filmy. - Nieznajoma nie odwracała ode mnie wzroku. - Ktoś Ci kiedyś mówił że wyglądasz jak Luke Castellan? A co do twojego stwierdzenia: tak. trenuję łucznictwo jak i nożownictwo, nie mogę pominąć jazdy konnej. - Pytanie trochę zbiło mnie z tropu.
- A mówił, i powiedziałaś to Ty. Jestem Luke. - Przedstawiłem się z uśmiechem na twarzy. Wierzchowiec dziewczyny próbował ugryźć mojego Zeusa. Wszystko działo się szybko. Dziewczynie wypadł nóż, złapała go jednak za ostrze, które skaleczyło jej dłoń. Mój ogier został w między czasie ugryziony. Zarżał i zarzucił łbem. Wiedziałem, że go to zabolało i ciężko będzie aby teraz polubił tamtego.
- Baton! - Dziewczyna uniosła głos aby opanować wałacha.
- Twój koń? - Byłem lekko zdenerwowany. - Jeżeli Twój, radziłbym popracować nad zachowaniem.
- Nie, i przepraszam Cię bardzo za Batona. - Uśmiech dziewczyny był przepraszający tak samo jak jej wzrok.
- Wszystko ok z dłonią? - Spojrzałem na dłoń nieznajomej. Ona w odpowiedzi kiwnęła mi tylko głową, była cała w swojej krwi. Cofnęła Batona , odcięła kawałek materiału i obwiązała sobie ranną kończynę. Po czym zbliżyła się do mnie i wyciągnęła ją w moim kierunku.
- Zawiążesz? - Była zdecydowanie zmieszana i niepewna siebie. Muszę przyznać, że było to dla mnie cały czas nowe uczucie. W końcu w domu mam Aaron'a.
- Pewnie. - Uśmiechnąłem się i od razu zrobiłem to o co mnie prosiła. - Dobra wracamy do Akademii. - Spojrzałem prosto w oczy dziewczyny.
- Po co?
- To musi zobaczyć pielęgniarka. - Byłem zdecydowany i pewny siebie. Widziałem, że nie za bardzo jej się to podoba.
Już bez zbędnego przeciągania popędziłem Zeusa, koń ruszył kłusem. Obejrzałem się za siebie, dziewczyna patrzyła na mnie.
- Mam się po Ciebie wrócić? - Zaśmiałem się.
- Nie musisz.
- To chodź.
Po tych słowach odwróciłem głowę i patrzyłem już przed siebie. Nieznajoma zrównała się ze mną i oboje dotarliśmy jakoś do celu. Przed stajnią zsiedliśmy ze swoich wierzchowców. Stajenni przyszli i zabrali je, a my zostaliśmy sami.
- Pokaż dłoń. - Poprosiłem i wbiłem spojrzenie w owiniętą rękę.
- Po co? - Jęknęła.
- Chce ją zobaczyć. - Uśmiechnąłem się.
- Masz. - Wyciągnęła ją. Krew zaplamiła już cały materiał. Nie miałem najmniejszego zamiaru jej tak zostawić.
- Idziemy. - Posłałem jej tajemniczy uśmieszek. Złapałem za zdrową dłoń i pociągnąłem w stronę dużego budynku. Moje serce zabiło mocniej, kiedy trzymaliśmy się za ręce. - Gdzie jest gabinet pielęgniarki? - Zapytałem wchodząc do ogromnego holu.
- Nie muszę tam iść. Wszystko będzie dobrze. - Mruknęła niechętnie.
Zatrzymałem się i odwróciłem na pięcie, stałem teraz naprawdę blisko dziewczyny. Nasze ciała dzieliły zaledwie centymetry. Nieznajoma musiała ponieść głowę aby spojrzeć mi w oczy. Byłem od niej wyższy o półtorej głowy.
- Nie chcę aby coś Ci się stało. - Odparłem cicho.
- Nic mi nie będzie, nie pierwszy raz się skaleczyłam. - Jej oczy były nieziemskie. Chciałem tak stać i w nie patrzeć.
- Bez dyskusji idziemy. - Odwróciłem się i ruszyłem przed siebie. - Powiesz mi gdzie jest czy mam kogoś zapytać?
- Pierwszy korytarz w prawo i pierwsze drzwi po lewej. - Westchnęła.
Victoria? ♥
>Nie mogę zdradzić Raszeła... a może? <
Po skończonym śniadaniu wparowałem od razu do swojej sypialni aby sprawdzić czy wszystko spakowałem. Tak jak myślałem, miałam wszystko czego potrzebowałem. Postanowiłem już wszystko znieść. Wziąłem dwie walizki i wyszedłem z pokoju. Minąłem pokój złamasa w środku panował chaos. Aaron leżał na łóżku, a jego dwa śmierdzące kundle przynosiły mu rzeczy, które lądowały w torbie. Zwyczajnie w świecie je tam wrzucał zamiast poskładać czy coś. Przewróciłem oczami na ten widok i ruszyłem dalej.
*** Późnym popołudniem ***
Całą drogę starałem się jak najwięcej rozmawiać z rodzicami, jednak mój braciszek musiał coraz się wtrącić i nam przerwać. Jednak cieszyłem się z każdej chwili i czerpałem z niej garściami ile tylko się da.
Na miejscu było wszystko naprawdę super. Budynek, tereny i wszystko. Mama z tatem szybko zniknęli w głównym budynku, a ja zostałem sam z Aaron'em. Chłopak wyszedł z auta i otworzył bagażnik. Założył swoim czarnym sierściuchom kagańce, a do kolczatek przypiął smycze.
- Zadowolony, że będziemy tutaj razem? - Brat spojrzał na mnie i uśmiechnął się podle.
- Jak zawsze. - Burknąłem.
Podszedłem do przyczepy w której stał Zeus. Otwierając drzwi od razu zobaczyłem pysk mojego wierzchowca, który zarżał radośnie na mój widok. Wyciągnąłem z plecaka jabłko, ten od razu je zjadł. Wyciągnąłem dłoń w jego kierunku lecz koń był bardziej zainteresowany zawartością plecaka. Zaśmiałem się tylko i potargałem grzywę ogiera.
- Chłopcy! - Głos matki od razu dotarł do moich uszu. Wychyliłem się aby zobaczyć co się dzieje. Mirmiam i Samuel stali z jakąś kobietą. - Chodźcie. A Ty Aaron zostaw psy w samochodzie na razie.
- Debil. - Prychnąłem przechodząc obok brata.
- Ciota. - Odburknął. Fakt nie lubię takiego zachowania ale jemu nie przepuszczę nigdy.
Chwilę później stałem obok całej trójki i czekaliśmy na mojego pożal się Boże braciszka.
- To jest Pani Peek. Ona tutaj rządzi. - Kontynuował ojciec i spojrzał na siwą kobietę znacznie starszą ode mnie. - To jest Luke. - Wskazał na mnie. - A to Aaron. - Potem na brata.
- Witajcie chłopcy. - Pani Peek przemówiła. - Miło mi was poznać.
- Nam Panią też. - Uśmiechnąłem się i powiedziałem praktycznie równo z przygłupem.
- Tu są klucze do pokoi. Na prośbę Waszych rodziców mieszkacie oddzielnie. Jutro zaczynacie lekcje o 8 rano. Za chwilkę przyjdą stajenni i pokażą gdzie są boksy Waszych koni, gdzie kładziemy cały sprzęt itp. Mam nadzieję, że będziecie zadowoleni z pobytu tutaj. Ja już muszę niestety iść. Życzę miłego wieczoru, do widzenia. - Uścisnęła dłonie naszych rodziców i odeszła.
Zabraliśmy się od razu do rozpakowania i przeniesienia rzeczy do nowych sypialni, oprowadzenia koni i całej reszty. Cztery godziny później było już po wszystkim. Uściskaliśmy rodziców i Ci sobie pojechali. Zostałem na placu sam z tym debilem i jego przygłupimi psami. Spojrzeliśmy na siebie. Jakby wzrok mógłby zabijać... Westchnąłem cicho i ruszyłem do siebie. Tam przebrałem się w dresy i jakąś bluzę, tak było mi po prostu najwygodniej jeździć. Wybiegłem i ruszyłem do stajni prawie biegiem. Na miejscu zobaczyłem całkiem sporą ilość koni. Uśmiechnąłem się mimowolnie na ten widok, szybko odnalazłem boks mojego przyjaciela. Dosłownie chwilkę zajęło mi przygotowanie ogiera do wyjazdu. Po wyjściu ze stajni od razu wskoczyłem w siodło i ruszyłem w stronę lasu. Zeus płynnie przeszedł do kłusa, a później do galopu. Pobłądziłem chwilkę po leśnych ścieżkach. Nie spodziewałem się aby kogokolwiek spotkać o tej porze ale myliłem się. Kilka metrów ode mnie. Podjechałem bliżej i zacząłem rozmowę. Musiała być zamyślona bo nie słyszała jak się do niej zbliżam.
- Co tu robisz? Jest ciemno. - Nieznajoma od razu chwyciła za nóż. Jednak kiedy się odwróciła uważnie zaczęła się mi przyglądać. Muszę przyznać, że ja też, była ładna nie da się ukryć.
- Wyjechałam w teren. - Odpowiedziała niepewnie.
- Dziewczyna z nożem i łukiem... Interesujące. Naczytałaś się książek? - Nie chciałem tak po prostu zakończyć rozmowy po jej odpowiedzi i ciągnąłem temat.
- Czytam książki nałogowo jak i oglądam filmy. - Nieznajoma nie odwracała ode mnie wzroku. - Ktoś Ci kiedyś mówił że wyglądasz jak Luke Castellan? A co do twojego stwierdzenia: tak. trenuję łucznictwo jak i nożownictwo, nie mogę pominąć jazdy konnej. - Pytanie trochę zbiło mnie z tropu.
- A mówił, i powiedziałaś to Ty. Jestem Luke. - Przedstawiłem się z uśmiechem na twarzy. Wierzchowiec dziewczyny próbował ugryźć mojego Zeusa. Wszystko działo się szybko. Dziewczynie wypadł nóż, złapała go jednak za ostrze, które skaleczyło jej dłoń. Mój ogier został w między czasie ugryziony. Zarżał i zarzucił łbem. Wiedziałem, że go to zabolało i ciężko będzie aby teraz polubił tamtego.
- Baton! - Dziewczyna uniosła głos aby opanować wałacha.
- Twój koń? - Byłem lekko zdenerwowany. - Jeżeli Twój, radziłbym popracować nad zachowaniem.
- Nie, i przepraszam Cię bardzo za Batona. - Uśmiech dziewczyny był przepraszający tak samo jak jej wzrok.
- Wszystko ok z dłonią? - Spojrzałem na dłoń nieznajomej. Ona w odpowiedzi kiwnęła mi tylko głową, była cała w swojej krwi. Cofnęła Batona , odcięła kawałek materiału i obwiązała sobie ranną kończynę. Po czym zbliżyła się do mnie i wyciągnęła ją w moim kierunku.
- Zawiążesz? - Była zdecydowanie zmieszana i niepewna siebie. Muszę przyznać, że było to dla mnie cały czas nowe uczucie. W końcu w domu mam Aaron'a.
- Pewnie. - Uśmiechnąłem się i od razu zrobiłem to o co mnie prosiła. - Dobra wracamy do Akademii. - Spojrzałem prosto w oczy dziewczyny.
- Po co?
- To musi zobaczyć pielęgniarka. - Byłem zdecydowany i pewny siebie. Widziałem, że nie za bardzo jej się to podoba.
Już bez zbędnego przeciągania popędziłem Zeusa, koń ruszył kłusem. Obejrzałem się za siebie, dziewczyna patrzyła na mnie.
- Mam się po Ciebie wrócić? - Zaśmiałem się.
- Nie musisz.
- To chodź.
Po tych słowach odwróciłem głowę i patrzyłem już przed siebie. Nieznajoma zrównała się ze mną i oboje dotarliśmy jakoś do celu. Przed stajnią zsiedliśmy ze swoich wierzchowców. Stajenni przyszli i zabrali je, a my zostaliśmy sami.
- Pokaż dłoń. - Poprosiłem i wbiłem spojrzenie w owiniętą rękę.
- Po co? - Jęknęła.
- Chce ją zobaczyć. - Uśmiechnąłem się.
- Masz. - Wyciągnęła ją. Krew zaplamiła już cały materiał. Nie miałem najmniejszego zamiaru jej tak zostawić.
- Idziemy. - Posłałem jej tajemniczy uśmieszek. Złapałem za zdrową dłoń i pociągnąłem w stronę dużego budynku. Moje serce zabiło mocniej, kiedy trzymaliśmy się za ręce. - Gdzie jest gabinet pielęgniarki? - Zapytałem wchodząc do ogromnego holu.
- Nie muszę tam iść. Wszystko będzie dobrze. - Mruknęła niechętnie.
Zatrzymałem się i odwróciłem na pięcie, stałem teraz naprawdę blisko dziewczyny. Nasze ciała dzieliły zaledwie centymetry. Nieznajoma musiała ponieść głowę aby spojrzeć mi w oczy. Byłem od niej wyższy o półtorej głowy.
- Nie chcę aby coś Ci się stało. - Odparłem cicho.
- Nic mi nie będzie, nie pierwszy raz się skaleczyłam. - Jej oczy były nieziemskie. Chciałem tak stać i w nie patrzeć.
- Bez dyskusji idziemy. - Odwróciłem się i ruszyłem przed siebie. - Powiesz mi gdzie jest czy mam kogoś zapytać?
- Pierwszy korytarz w prawo i pierwsze drzwi po lewej. - Westchnęła.
Victoria? ♥
>Nie mogę zdradzić Raszeła... a może? <
Subskrybuj:
Posty (Atom)
