środa, 25 września 2024

Od Anthony'ego cd. Arthura

Tony również skorzystał z popołudniowej drzemki. W przeciwieństwie do Arthura nie przespał jednak zaplanowanego budzika. Słysząc znajomą melodię, od razu otworzył oczy i uderzył dłonią w ekran. Podnosząc się do siadu, skrzywił się, gdy uświadomił sobie, że cały lepi się od potu. Chociaż brał już dzisiaj prysznic, postanowił ponownie się wykąpać. Odświeżył również włosy, których nieład nawet go nie zaskoczył. Owijając ręcznik wokół bioder, wrócił do sypialni, by zastanowić się nad nowym outfitem. Trochę nie podobał mu się fakt, iż to trzecie ciuchy, w jakie się dzisiaj wbije, ale nie zamierzał przyjść do Arthura śmierdzący od przykrycia się kocem.

Po szybkim przejrzeniu garderoby, postawił na czarne bojówki oraz luźny t-shirt. Całość dopełnił jeansową kurtką, która miała ochronić go przed zimnem. Przeglądając się w lustrze, stwierdził, że nie wygląda jak skończony upadek człowieka, nienadający się do wyjścia w teren. Chcąc opuścić mieszkanie, złapał odruchowo za kluczyki od samochodu. Dopiero po krótkiej realizacji, uświadomił sobie, iż zamierza sensownie się upić. Nie chcąc stracić prawka, odwiesił je z powrotem na wieszak. Stojąc przed drzwiami prowadzącymi na klatkę schodową, zamówił najbliższego Bolta i obmacał naprędce wszystkie kieszenie. Papieros, klucze od mieszkania, dokumenty. Brakowało jedynie dobrego alkoholu.

***

Zdając się na barmana, otrzymał całkiem sensownego drinka. Mocny, wyrazisty i dyniowy. Te trzy rzeczy wyprowadziły go w naprawdę dobry nastrój. Mimo dość mocnej głowy do alkoholu, przy połowie drugiej kolejki poczuł się delikatnie wstawiony. Oczywiście nadal kontaktował, ale zdecydowanie stał się weselszy.
- Więc, jesteś swojego rodzaju "koniarą", huh? - Zagadnął blondyn, spijając piankę ze swojego napoju. - Nie lepiej było ci w Teksasie?
- Nie jestem koniarą. - Zaprzeczył, kręcąc przy tym głową. - Po prostu bez konia jest ciężko. Rancza są duże, a nie wszędzie dojedziesz samochodem. - Przetarł dłońmi twarz. - I krowy są spokojniejsze. Nie uciekają, jeśli złapiesz w końcu wprawę. - Lekko się uśmiechnął.
- Skoro to twój świat, to czemu z niego zwiałeś? - Arthur zadał mu kolejne pytanie.
- Nie zwiałem. - Trochę się oburzył. - Kazali zrobić mi studia albo wstąpić do wojska. Prędzej nauczę się prawa, niż dam sobie odstrzelić w łeb. - Ułożył palce na wzór pistoletu i stuknął nimi o skroń.
- I pozwolili zabrać ci konia? - Blondyn wydawał się odrobinę podejrzliwy.
- Bo jest moja. - Wzruszył ramionami. - Jeśli nie zabrałbym jej ze sobą, mógłbym już jej nie zobaczyć. Skoro musiałem wyjechać z Teksasu, to część Teksasu zabrałem ze sobą. - Upił kolejny łyk dyniowego drinka. - Szkoda tylko, że nie dało się ukraść prerii. Zajebiście uciekało się na nią w nocy, gdy macocha mnie wkurwiała. - Wrócił myślami do tamtych czasów. - A ty? Co cię skłoniło do tej akademii jeździeckiej?

Arthur? (:

Od Anthony'ego cd. Zei

Tony również zabrał się za czyszczenie swojego konia. Zamiast zająć się tym w boksie, zaprowadził srokatą do wydzielonych na korytarzu stanowisk. Przypinając kantar do bocznych uwiązów, znacząco ograniczył ruchy zwierzęcia, które jawnie okazało swoje niezadowolenie.
- Nie przeżywaj. - Rzekł, rozpoczynając szczotkowanie kolorowej sierści.
Kiedy klacz względnie się prezentowała, przyszedł czas na kopyta. Oczywiście nie obyło się bez protestów, przenoszenia środka ciężkości na uniesioną nogę, czy prób kopnięcia. Jeśli chodzi o grzywę i ogon - szatyn wolał ich nie dotykać. Nie były zbyt splątane, a uniknięcie dodatkowych siniaków, jak najbardziej było mu na rękę.
Samo siodłanie przebiegło bez żadnych utrudnień. Krowa uprzejmie przyjęła czankę, która zachęciła ją do zwiększonego przeżuwania. Łańcuszek również nie stanowił dla niej kary. Wspaniale. Usatysfakcjonowany właściciel pochwalił zwierzaka, a następnie wrócił pod jego boks, gdzie pozostawił kapelusz i czyste kowbojki. W czasie zmieniania obuwia, zauważył, że sąsiad Milky Way również wychodzi na wieczorny trening.
- Tylko lonża, czy planujesz trening w siodle? - Zapytał, stawiając gumowce po wewnętrznej stronie drzwiczek.
- Lonża. Dima musi zażyć trochę ruchu, a doba jest trochę za krótka na dwie aktywności. - Lekko się uśmiechnął.
- Mogę się dołączyć? Będę przykładał się jedynie do dosiadu, więc nie powinniśmy sobie przeszkadzać. - Zaznaczył, nie spodziewając się odmowy.
- Jasne. - Wskazał kciukiem na wyjście ze stajni. - Zajmę nam halę.

***

Szatyn zdecydowanie nie planował niczego ambitnego. Zostawiając Zei środek budynku, skupił się na ruchu w trzech podstawowych chodach. Testował także zatrzymania i spokojne ruszanie z miejsca. Tony początkowo zwracał również uwagę na zachowanie drugiego jeźdźca, ale widząc, że ten dobrze sobie radzi, postanowił zaufać mu w kwestii podstawowego bezpieczeństwa. I to był kurwa błąd.
Przechodząc do galopu, nie spodziewał się, że ułom zdecyduje się dać anglikowi tyle swobody, by wejść zadem na linię ściany. Wykorzystując refleks i elastyczność srokatej, cudem uniknął bolesnego zderzenia. Milky szarpnęła ostro głową, wybijając solidnie zadem. Kto dał temu palantowi prawo jazdy na konia? Przemknęło mu przez myśl.
- Whoa! - Zwolnił klacz do kłusa, a następnie stępu. - Czy ty. Jesteś. Kurwa. Normalny? - Poprawił się w siodle. - Jeśli z drugim koniem radzisz sobie tak dobrze, jak z tym, to najprawdopodobniej jesteś już ojcem. - Wysunął nogę ze strzemienia, by dość nerwowo zejść z kobyły. - Okej, kurwiu. - Zaczął prowadzić Milky w stronę Azjaty. - A teraz ładnie ją przeprosisz albo pogadamy sobie inaczej. - Wskazał głową na zwierzaka.

od Arthura cd. Anthony'ego

 Chłopak odmówił zapalenia zwykłego papierosa, ale wyciągnął z kieszeni swojej kurtki jednorazowego epapierosa. Nowoczesny, smakowy rak. Osobiście preferowałem oryginalne zatruwanie się, ale raz na jakiś czas nie gardziłem zmianą na epapierosy.
- Jeśli ma komuś odgryźc palce, to tylko mi. - Zaciągnął się dymem. Poczułem swojego rodzaju ulgę, słysząc te słowa. - Dla obcych jest przeważnie łagodna. - W jaki sposób tak nieprzewidywalne stworzenie może być "łagodne"? Chciałem zapytać, ale Anthony wciąż kontynuował. - Prędzej da ci znaki, że nie ma humoru, niż zrobi realną krzywdę - uniosłem brwi, niewiele rozumiejąc. - To taka kontrolka na desce rozdzielczej, zanim samochód zdechnie ci na środku drogi. 
Gdyby w rzeczywistości mogłaby się zapalić komuś lampka nad głową, właśnie tak bym wyglądał. Jak oświecony, bo wreszcie nabrało to dla mnie normalnego wydźwięku i chłopak użył słów, z którymi byłem lepiej zaznajomiony.
- Wreszcie mówisz z sensem. - Odparłem. - Co na grzale? - kontynuowałem, czekając na odpowiedź mojego kompana. Poinformował mnie, że liquid jest o smaku wiśniowym z chłodzikiem. Fascynujące, czego to oni nie wymyślą. 
- Rozumiem, że pracujesz w tym "Celcie"? - dopytał, uzyskując twierdzącą odpowiedź. Dodałem, że pracuję za barem. Ludzie przychodzili, rozmawiali, czasem zwierzali się z rzeczy, których nie mówili nawet swoim najbliższym. Mimo że nie byłem wielkim fanem głębszych rozmów, czasem łapałem się na tym, że lubiłem ich słuchać Znałem historię każdego, kto regularnie przychodził do tego baru. Mimo to trzymałem dystans. Nie chciałem się angażować, nie chciałem nawiązywać zbyt głębokich relacji z klientami, bo nie wiedziałem czy kiedykolwiek wrócą. Po prostu odwalałem swoją robotę. W jakiś sposób było to kojące.
- W takim razie zdam się na ciebie. - papieros zmienił się w kluczyki od samochodu. - O której będziesz dostępny? I raczej niczego mi tam nie dosypiesz? - Pokręciłem głową, przyglądając się jak chłopak zaczyna wirować breloczkiem na palcu. Mój towarzysz dość szybko pożałował swojego popisu, bo przyczepiona podobizna pieska odleciała z łańcuszka.
Gdy wreszcie zlokalizowałem ją wzrokiem, była podzielona na pół. Anthony schylił się po nią, z wyraźnym zdenerwowaniem. Słyszałem jeszcze, jak bierze głęboki wdech, podnosząc malutki przedmiot.
- Teraz to już muszę się napierdolić. - Zagryzł zęby, ewidentnie zdenerwowany. Bardzo dobrze znałem ten rodzaj frustracji, kiedy najmniejsza rzecz sprawia, że cały dzień jest chujowy. Często miewałem tak z Impalą, gdy brakowało mi jednej, pieprzonej śrubki, i wszystko było zjebane. Nie winiłem chłopaka za jego złość, nie znałem go. 
- Coś wykombinujemy. - Spróbowałem go pocieszyć i dać do zrozumienia, że bardzo dobrze znam ten ból. - Jeśli szef się zgodzi, to skończę przed północą. Możesz wpaść o której Ci wygodnie, ale ja zacznę pić dopiero po pracy. - Poinformowałem chłopaka, który wciąż walczył z buzującą w nim złością. 


Popołudniowe drzemki raczej nikomu nie szkodziły, wręcz przeciwnie. Dziś jednak, chyba ze względu na pogodę, przespałem dwa budziki w moim telefonie. Zdenerwowany spojrzałem na godzinę - do rozpoczęcia zmiany miałem niecałe 40 minut. 
Zmieniłem ubrania na te, które miałem praktycznie za każdym razem w pracy i wybiegłem z mieszkania, nie myśląc nawet o odpaleniu papierosa. Kluczyk w zamku Impali ponownie nie chciał zadziałać, więc zapisałem w głowie zmianę zamka centralnego. Wreszcie, po walce z drzwiami, wsiadłem do samochodu i odetchnąłem z ulgą, słysząc uspokajający dźwięk silnika i znajome warknięcie wydechu, gdy ją odpaliłem. 
Wyjechałem z placu Akademii i walczyłem ze sobą, by nie docisnąć mocniej gazu - olej jednak nie był rozgrzany na tyle, by pałować dziecinkę, więc jechałem trochę powyżej dozwolonej prędkości.
Zahamowałem z piskiem opon na parkingu i spojrzałem na godzinę - zostało mi kilka minut, by wejść na bar i zagadać do szefa. 
Odnalazłem starszego mężczyznę siedzącego przy jednym ze stolików i popijającego, jak mniemam, guinessa. 
- Dzień dobry, szefie. - wysiliłem się na uśmiech i spróbowałem oddychać wolniej, by nie dać po sobie poznać, że prawie się spóźniłem. - Rzadko pytam o takie sprawy, ale czy mógłbym dzisiaj zejść z baru około północy? Spotykam się z kumplem i-  - Szef przerwał mi uniesieniem dłoni, więc zamilkłem. 
- Panie Teller. - Przełknąłem ślinę, licząc, że do każdego zwraca się po nazwisku. Rzadko wchodziłem z nim w interakcje, chyba, że chodziło o domówienie jakiegoś alkoholu bądź syropu, bo w moim obowiązku leżało pilnowanie, że niczego nie brakuje. - Nie widzę problemu, jednak jeśli ma Pan zamiar zostać w barze po godzinach pracy, proszę się przebrać. Nie chciałbym, by ludzie widzieli moich pracowników pijanych. - Poinformował, na co pokiwałem głową i podziękowałem grzecznie, wypuszczając z ulgą powietrze.
Jak dobrze.
Zająłem się więc swoim stanowiskiem przy barze, co jakiś czas podnosząc głowę by spojrzeć kto wszedł - ruch nie był duży, ale nie mogłem narzekać na brak zajęć. Wreszcie moim oczom ukazał się wcześniej poznany znajomy imieniem Anthony. Ciekawe, czy już przeszła mu złość na bryloczek.
Usiadł na wolnym krzesełku naprzeciwko mnie, uśmiechając się w moją stronę. Zarzuciłem ścierkę na ramię i przywitałem się z chłopakiem, po raz kolejny dziś. 
- Zdajesz się na mnie, tak? - Kiwnął głową. Odwróciłem się od niego i przeleciałem wzrokiem po wszystkich alkoholach które mam - padło na rum. W głowie zmieniłem jeden z przepisów podesłanych mi przez szefa, na taki, który mógłby podpasować Anthony'emu; przynajmniej taką miałem nadzieję.
Do shakera wlałem syrop dyniowy, wcześniej wspomniany alkohol, wyciśnięty wcześniej sok z cytryny i kostkę lodu. Zająłem się wstrząsaniem naczynia, w międzyczasie przygotowując szklankę ze świeżym lodem. Gdy napój był gotowy, przelałem go przez sitko i posypałem cynamonem na górę. W powietrzu uniósł się podobny zapach do tego, który czułem dziś w kawiarni.
- Pachnie jak święta. - Skwitował i pociągnął łyk. - Już rozumiem, dlaczego Cię tu zatrudnili. Chociaż wyglądasz na takiego, który polewałby piwo z kranu, a nie robił takie rzeczy. - Zaśmiałem się z komplementu i przetarłem shaker, przesuwając go bliżej umywalki, celem późniejszego umycia go.
Sam nalałem sobie trochę coli, żeby mieć co pić w trakcie rozmowy.
Odchodziłem jeszcze kilka razy od mojego rozmówcy, gdyż klienci domagali się dolewek lub tęczowych shotów. Spoglądałem na zegarek, czekając na północ i możliwość znalezienia się po drugiej stronie baru. Nim nadszedł czas zmiany miejsca, zrobiłem Anthony'emu jeszcze jeden drink, a sobie nalałem kufel piwa. Wróciłem do niego, już w moich codziennych ubraniach.
- Więc, jesteś swojego rodzaju "koniarą", huh? - Zagadałem, spijając piankę z mojego napoju. - Nie lepiej było Ci w Teksasie?

Tony?


od Arthura cd. Zei

Ciszę między nami dało dzielić się na kawałki. Przetarłem rękę o bluzę, zostawiając na niej mokry ślad.
- Będę szczery, nie mam pojęcia co Ci powiedzieć. - wydusił z siebie chłopak. Jego warga zaczęła delikatnie puchnąć; troszkę żałowałem, że nie uderzyłem go mocniej. - Oczywiście zapłacę za naprawę i jeśli będziesz potrzebował przy tym jakiejś pomocy, to... - przerwał, nie będąc pewnym czy dalej kontynuować.
Nie dam Ci się kurwa zbliżyć do tego samochodu, imbecylu. Cisnęło mi się na usta, jednak z drugiej strony może spędzenie czasu ze mną na warsztacie i naprawienie własnej szkody będzie lepszą karą, niż kolejny sierpowy w jego azjatycką buźkę.
Oparłem się o Impalę i zapaliłem kolejnego papierosa, nie chcąc kontynuować rozmowy z chłopakiem. Chyba wyczuł atmosferę, i oddalił się w tylko sobie znanym kierunku. Przejechałem dłonią po zdartym lakierze, czując, jak znów buzuje we mnie gniew.
- Taką krzywdę Ci zrobili kochanie... - między czerwonymi zadrapaniami widniał srebrny podkład. Przetarłem całe kilkunastocentrymetrowe zadrapanie, wycierając opiłki które przykleiły się do lakieru. Nad główną raną znajdowały się jeszcze malutkie przetarcia, również czerwone. - Jak można ci tak zrobić? - westchnąłem, wypuszczając dym z ust. 
Cały misterny plan wymiany filtrów poszedł się paść, bo powoli zbliżały się godziny mojej pracy. Westchnąłem, i wciąż ubolewając nad ranami mojej dziecinki, wróciłem do swojego pokoju. Zmieniłem ubrania na czyste i wrzuciłem do plecaka koszulkę z logiem baru. Z szuflady wygrzebałem jeszcze jedną z czystszych bandan, którą przewiązałem na ręce. Korzystając z dodatkowych kilku minut, zadzwoniłem do mechanika po raz kolejny dzisiaj. Cena, którą zawołał sobie za kilka dodatkowych rzeczy, nie była tak straszna, jak mi się wydawało. Poprosiłem go więc, by odłożył wszystko co zamówiłem w jedno miejsce i dopisał ile jestem mu winien na kartce.

    Dźwięk gaszonego silnika przypominał mi tylko o tej pieprzonej rysie na drzwiach, i tym, jak bardzo nie chce dzisiaj siedzieć w pracy. Wszedłem na zaplecze i odłożyłem wszystkie niepotrzebne mi rzeczy, których było dość niewiele. Papierosy, telefon, kluczyki zostały ze mną. Odwiesiłem kurtkę na swoje miejsce i odetchnąłem, nim wyszedłem na bar.
Dziś królował blues. Nie musiałem dużo czekać, by pojawiły się pierwsze zamówienia. Kilka szklanek whisky, tęczowe shoty, piwa, znienawidzone przeze mnie mohito. Bar powoli zapełniał się ludźmi, od nastolatków, którzy zamawiali drinki bez alkoholu, przez stałych klientów, aż do grup, które widziałem pierwszy raz.
Pojawiła się również trójka osób; zmrużyłem oczy, wciąż trzymając shaker w rękach, próbując skojarzyć skąd znam twarz jednej z nich. To ten azjata od czerwonej strzały. Westchnąłem, rozlewając do kieliszka alkohol i podając go osobie siedzącej po drugiej stronie baru, życząc miłego wieczoru.
- Co podać? - Cały humor, który zdążył jakkolwiek wrócić, w sekundę zniknął. Powinieneś się cieszyć, że pracuje. Wykrzywiłem usta w imitacji uśmiechu, chcąc zachować resztki profesjonalizmu.
- Trzy duże piwa, poproszę. - Odwracając się od niego i sięgając po kufle, przewróciłem oczami i zakląłem, wspominając piękne chwile, kiedy go tu nie było. Nie określił jakie, więc zacząłem nalewać "nasze" firmowe piwo. - Słuchaj, naprawdę mi przykro z powodu tych drzwi - A mi z powodu twojego idiotyzmu. - Więc gdybyś mógł mi powiedzieć do którego piwa naplujesz? - Mimowolnie wypuściłem szybciej powietrze, to mu się udało. - Pozostałe dwa są dla moich znajomych, wolałbym ich nie pomieszać.
- Do tego drugiego. - Postawiłem kufle przed chłopakiem, polewając sobie rękę piwem. Kurwa. - Smacznego. Polecam udka z kurczaka w sosie barbecue, są w happy hours dzisiaj. - Zmusiłem się do sztucznego uśmiechu, widząc przechodzącą za nim kelnerkę. Posłała mi szeroki uśmiech i cmoknęła w powietrzu, kierując się w stronę jednego ze stolików. 
Chłopak zabrał piwa i zniknął w tłumie, idąc do swoich znajomych. 
- Oby Ci te jebane udka z kurczaka stanęły w gardle, idioto jeden. "Trzy duże piwa poproszę" - przedrzeźniłem go, wycierając agresywnie blat po resztkach piwa. - A spierdalaj kurwa. - Wyrzuciłem chusteczki do kosza, z nadzieją że ta noc minie mi wystarczająco szybko i bez nerwów. 
Ludzie przewijali się przy barze, przez dwadzieścia minut jakiś pan opowiadał mi o swoim synu, który wyjechał kilka stanów dalej, i nie chce go odwiedzać. Normalnie pewnie ciągnąłbym konwersację, ale w głowie wciąż miałem scenę, jak azjata dostaje ode mnie w twarz.
Nie byłem już pewien, czy zrobiłem dobrze, czy po prostu mam problemy z panowaniem nad emocjami, ale zasłużył. Na wspomnienie mojego wybuchu złości, trochę się uśmiechnąłem. Prawdopodobnie stojąc przy samochodzie i wyklinając kogoś przez telefon wyglądałem jak wkurwiony, plujący Pingu. 
Zmęczenie dało mi się chyba we znaki, bo rozśmieszyło mnie to okropnie, i widząc po raz kolejny azjatę przy barze, parsknąłem śmiechem w jego stronę. Nie było to zbyt profesjonalne, ale nie wytrzymałem, i opierałem się dłonią o blat, wciąż zwijając się ze śmiechu.
Brwi chłopaka powędrowały do góry, widząc mój histeryczny atak głupawki. 
- Przepraszam. - Wykrztusiłem, gdy już się opanowałem. - Co mogę podać? - Dodałem, obserwując go uważnie. Za jego plecami stała prawdopodobnie dwójka jego znajomych. 
Dziewczyna zamówiła malinowe whisky, a chłopaki znów wzięli piwa. Kufle, które położyli przede mną, po chwili znów były pełne piwa. Zabrałem się za przygotowywanie drinka dla dziewczyny, w międzyczasie lustrując wzrokiem azjatę.
- Słuchaj, wciąż uważam, że powinienem był mocniej Ci przywalić. - Spojrzałem na niego zirytowany. - Ale zamiast tego wpadniesz ze mną na warsztat i zrobisz ze mną z drzwiami. - Wlałem napój do szklanki i spojrzałem na dziewczynę. - Na koszt baru. Ale piwa liczę normalnie, za Impalę. - Uśmiechnąłem się w jej stronę, czując palący wzrok dwójki chłopaków. 


Zeya? ;)





Od Anthony'ego cd. Arthura

Tony nie sądził, że Arthur zaproponuje mu kolejne spotkanie. Chociaż dobrze im się rozmawiało, przelotne znajomości z kawiarni przeważnie kończyły się w momencie wyjścia z lokalu. Nie krył więc zadowolenia, gdy blondyn podsunął mu dwie wizje potencjalnego widzenia. Papierosów musiał jednak odmówić. To nie tak, że nie palił. Po prostu wolał inną odmianę tej używki. Na widok czerwonej paczki fajek pokręcił przecząco głową i wyciągnął z kieszeni kurtki swoją jednorazówkę. W końcu jak się truć to chociaż ze smakiem.
- Jeśli ma komuś odgryźć palce, to tylko mi. - Stwierdził, zaciągając się dymem. - Dla obcych jest przeważnie łagodna. Prędzej da ci znaki, że nie ma humoru, niż zrobi realną krzywdę. To taka kontrolka na desce rozdzielczej, zanim samochód zdechnie ci na środku drogi. - Przełożył na język motoryzacyjny.
- Wreszcie mówisz z sensem. - Arthur zaakceptował nowy tok myślenia swojego kompana. - Co na grzale? - Dodał, wskazując ruchem głowy na e-peta.
- Cheery ice. - Ponownie przystawił plastik do ust. - Rozumiem, że pracujesz w tym Celcie? - Zwrócił uwagę na jego charakterystyczny dobór słów.
- Pracuję za barem. - Określił swoje stanowisko.
- W takim razie zdam się na ciebie. - Wymienił papierosa na kluczyki od samochodu. - O której będziesz dostępny? I raczej niczego mi tam nie dosypiesz? - Zakręcił breloczkiem na palcu wskazującym.
“Popis” jednak nie skończył się zbyt dobrze. Przyczepiona do metalowego kółka podobizna charta zerwała się z łańcuszka, uderzyła kilkakrotnie o chodnik, by w ostateczności złamać się na pół.
- Teraz to już muszę się napierdolić. - Zacisnął szczękę, próbując zapanować nad negatywnymi emocjami.

Arthur? Chodźmy się najebać!

wtorek, 24 września 2024

Od Zei cd. Arthura

 Odprowadziłem Dimę do boksu, rozsiodłałem go i zaniosłem sprzęt na miejsce, obiecując sobie, że za chwilę się nim zajmę. Idąc na parking czułem jak żołądek podchodzi mi do gardła.

Przy zarysowanej Impali czekał już na mnie wysoki blondyn. Podniosłem dłonie nad głowę w przepraszającym geście. Na plus: przynajmniej nie był białym facetem po czterdziestce, dla którego stary samochód byłby wynikiem przechodzonego kryzysu wieku średniego. Na minus: jego prawy sierpowy był lepszy niż spodziewałbym się po przeciętnym czterdziestoparolatku. Poczułem w ustach metaliczny posmak, a kiedy przetarłem wierzchem dłoni twarz, została na niej smuga krwi. Jeśli miałem ułożone w głowie co chciałem powiedzieć, to ten cios rozłączył wszystkie styki w moim mózgu i całe to przygotowanie przepadło. 

- Będę szczery, nie mam pojęcia co ci powiedzieć - odezwałem się w końcu. - Oczywiście zapłacę za naprawę i jeśli będziesz potrzebował przy tym jakiejś pomocy, to… - urwałem. Na jego miejscu nie pozwoliłbym mi się zbliżyć do samochodu na mniej niż 30 metrów. 

***

- O Boże, co ci się stało? - Joy zaskoczona aż zatrzymała się w miejscu, przez co Scott, jej chłopak, niemal na nią wpadł. 

- Powinnaś zobaczyć tego drugiego - zażartował, jednak lodowate spojrzenie dziewczyny szybko go uciszyło. 

- Zeya? 

- Przerysowałem samochód jakiegoś gościa pod akademią jeździecką - streściłem, spoglądając na szyld nad wejściem do baru, który mieliśmy odwiedzić.

Scott nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem.

- I za to dostałeś w zęby? - Przynajmniej nie tylko ja uważałem całą tą sytuację za zabawną. 

- Yep. - Otworzyłem drzwi, przepuszczając parę przodem. 

Podchodząc do baru zauważyłem znajomą, jeśli można to w ogóle tak określić, twarz. Tym razem przynajmniej oddzielał nas od siebie bar.

- Co podać? - Kiedy przeniósł wzrok z poprzedniego klienta na mnie, jego głos stał się wyraźnie chłodniejszy, a na twarzy pozostał jedynie grymas mający spełniać wymogi profesjonalnego uśmiechu. 

- Trzy duże piwa, poproszę. - Zdjął z półki trzy szklanki i zaczął napełniać pierwszą z nich. - Słuchaj, naprawdę mi przykro z powodu tych drzwi. Więc gdybyś mógł mi powiedzieć do którego piwa naplujesz? - Zaryzykowałem żart, w nadziei, że nie odbierze tego jako ataku. - Pozostałe dwa są dla moich znajomych, wolałbym ich nie pomieszać… 


Arthur? 

od Arthura cd. Zei

Noc w barze mijała zdecydowanie zbyt wolno, właściwie kręciło się tu kilku stałych klientów i może kilka nowych twarzy. Szef był dzisiaj nieobecny; na zmianie byłem ja i dwie kelnerki starsze o kilka lat ode mnie. Zagadywały gości i flirciarsko uśmiechały się w ich kierunku, namawiając, by zamówili kolejne drinki. 
- Pornstar martini raz! - przekrzyknąłem muzykę i rozejrzałem się, czy ktoś idzie po swój napój. Przy barze znalazła się dziewczyna, pewnie w moim wieku, może niewiele starsza. Oparła się o blat i wyszczerzyła zęby w moją stronę. Miała bardzo ładny uśmiech, jako jedna z niewielu osób które dziś mnie zagadywały. 
- Mam nadzieję że jest tak słodkie, jak Ty! - Krzyknęła w moją stronę, chcąc być głośniejszą od grającego aktualnie rockowego kawałka. - Zrób mi jeszcze jedno! - Zabrała kieliszek i poszła chwiejnym krokiem w stronę stolika, nie dając mi szansy na odpowiedź.
Zawołałem kelnerkę, by wbiła w jej rachunek kolejne martini, a sam zabrałem się za wlewanie składników do shakera. 
Przed czwartą zamknęliśmy bar i wreszcie mogłem spokojnie zapalić z dziewczynami i przez chwilę ponarzekać na pijanych ludzi, zwłaszcza na jedną bezceremonialną parkę po trzydziestce, która nie znała pojęcia "dobrego smaku" i obściskiwała się na naszych oczach.
Impala czekała na mnie na parkingu, ciesząc moje oczy i serce jak zawsze. Byłem tak niesamowicie dumny z tego, jak gładko udało mi się wypolerować nowy lakier, i jak cudownie prezentowała się z nowymi felgami. Jedyne, co zostało mi do zrobienia z rzeczy wizualnych, to zmiana lamp na mniej zarysowane. Oczywiście, czekała mnie jeszcze masa mechanicznych rzeczy, takich jak wymiana świec zapłonowych czy też wymiana filtrów.  Wygasiłem papierosa butem i wsiadłem do dziecinki, odpalając ją i wsłuchując się w mruczący silnik. 
- Tak mi mów, kochana. - mruknąłem, przejeżdżając dłonią po kierownicy. - Zrobimy jeszcze kilka rzeczy, i będziesz jak nowa. - Poklepałem ją po desce rozdzielczej, włożyłem kasetę - tym razem padło na Led Zeppelin, i wyjechałem z parkingu, kierując się w stronę akademików.  Marzyłem tylko o tym, by położyć się spać i odetchnąć na chwilę, przed jutrzejszym, a właściwie to już dzisiejszym, dniem.
Miałem w planach podejść do właścicielki całego obiektu z pytaniem o zapisanie się na jakieś zajęcia, w końcu po coś tu przyjechałem. Czekała mnie jeszcze wizyta na warsztacie, celem odbioru świec i filtrów. 
Zaparkowałem na swoim miejscu i odczekałem chwilę, aż silnik się schłodzi. Gdy wiatraki przestały tak głośno pracować, zgasiłem ją i pozbierałem rzeczy z siedzenia, upychając je po kieszeniach kurtki. 
Wysiadłem, wyklinając pod nosem jesienny chłód. Z dołu dobiegły mnie dźwięki rżących koni, które prawdopodobnie sam obudziłem. Mam nadzieję, że nie narobię sobie problemów nie znając nikogo z kadry i wśród tych wszystkich bogatych dzieciaków, które miały swoje wierzchowce.
Sam chyba uchodziłem za takiego, poruszając się takim klasykiem, o ironio. Rzecz w tym, że kupiłem Impalę całkiem przypadkiem, praktycznie chwilę przed przerobieniem na żyletki - poprzedni właściciel stracił do niej cierpliwość, co wcale mnie nie dziwiło. To, ile łez, krwi i potu wylałem przy tym samochodzie, było jednak warte tej satysfakcji. Wcześniej wyglądała jak zwykły złom, a teraz pokusiłbym się o wystawienie jej w jakichś pokazach. W końcu nie codziennie po Idaho jeździ takie cacko. 

Budzik w telefonie odebrał mi słodki sen i zmusił do wykaraskania się z łóżka. Sięgnąłem po butelkę soku pomarańczowego na szafce i pociągnąłem kilka większych łyków, chcąc się wybudzić. 
Wciąż zaspany poszedłem do łazienki umyć twarz i zęby i przygolić kilkudniowy zarost, którego nie miałem czasu okiełznać ze względu na pracę. Zagapiłem się i za mocno docisnąłem maszynkę, zostawiając niewielką, krwawą ryskę na policzku.
- Kurwa mać. - przemyłem twarz zimną wodą i spojrzałem, jak niewielka strużka krwi wypływa z ranki. Za chwilę zaschnie. 
Na śniadanie uraczyłem się niczym innym, jak tostami z szynką i serem, doprawiając to papierosem na balkonie. Muszę wyrzucić te niedopałki z popielniczki, przeszło mi przez myśl. 
Otworzyłem szafę, wyjąłem ubrudzone od smarów i kurzu jeansy z przywiązaną już do nich bandaną, która kiedyś była biała - teraz widniały na niej czerwień, szarość i inne bliżej nieokreślone kolory. Koszulka i bluza były w podobnym stanie - w końcu dzisiaj i tak spędzę większość dnia grzebiąc przy dziecince, więc bez sensu byłoby ubierać coś bardziej "eleganckiego".
Nim jednak dotarłem do mojego oczka w głowie, zaszedłem do sekretariatu, celem zorientowania się kiedy odbywają się poszczególne zajęcia.
Miła starsza sekretarka wytłumaczyła mi, na czym co polega. Podpisałem się imieniem i nazwiskiem przy kilku z nich, deklarując tym samym swoją obecność. Zawahałem się, nad wpisaniem się również do początkowej sekcji jeździeckiej, jednak szybko zmieniłem zdanie. Może kiedy indziej.
Podziękowałem i wyszedłem, wkładając już na korytarzu papierosa do ust.
Impala wyglądała tak samo pięknie jak zawsze, jednak nie pasowała mi mała karteczka wczepiona za przednią wycieraczkę.
- Naprawdę nawet tutaj wyrwę kurwa mandat? - zirytowałem się i wyrzuciłem papierosa za siebie. Wyszarpnąłem karteczkę i przeczytałem co jest na niej napisane. "Przepraszam za drzwi", a na drugiej stronie znajdował się numer telefonu. Drzwi? co do cholery stało się z moimi drzwiami? - Ty sobie chyba ze mnie kurwa mać robisz żarty. - Wyrzuciłem z siebie i pomiąłem kartkę w dłoni. Włożyłem ją do kieszeni i spojrzałem na drzwi od strony kierowcy - nic. Od strony pasażera zdobiła je jednak wielka, czerwono-srebrna, pierdolona rysa. Wbił się kurwa do podkładu.
Moja dziecinka, w którą włożyłem tyle czasu, pieniędzy... nie, chuj z pieniędzmi. Czasu. Nerwów. Serca, japierdole, włożyłem w nią całą moją duszę, tylko po to, żeby jakiś idiota, który nie umie prowadzić, wszystko zniszczył?
- Dobra, to tylko rysa. - Niewiele myśląc, włożyłem kolejnego papierosa do ust i nerwowo go zapaliłem. - To tylko pierdolona rysa, aż do pierdolonego kurwa podkładu. - Osobiście czułem ból mojej dziecinki, tak bezczelnie oszpeconej przez jakiegoś czerwonego grata. Wściekłość buzowała we mnie niesamowicie, a papieros znikał w zabójczym tempie. Jak tylko znajdę tego skurwysyna, to osobiście przetrę mu twarzą o chodnik.
Numer telefonu.
Wyciągnąłem zwinięty w kulkę papierek i rozwinąłem go, próbując rozczytać numer. Wyklinałem tego barana kilka pokoleń wstecz. 
Sygnał rozbrzmiał kilkukrotnie, nim ktoś zdążył odebrać. 
- Cześć. To ja, ten od Impali. - Poinformowałem mojego rozmówcę, jeszcze milczącego. - Widziałem kartkę.
- Tak, cholera, strasznie mi przykro. Na sekundę odwróciłem wzrok... Nawet nie zauważyłem, że ją trąciłem, dopóki nie usłyszałem tego pieprzonego dźwięku. - Odpowiedział mi, ewidentnie speszony całą tą sytuacją. I bardzo, kurwa, dobrze. Zasługujesz na wpierdol.
Westchnąłem, patrząc po raz kolejny z bólem na moją dziecinkę. 
- Stary, to nie jest kurwa jebana toyota, żeby jej kurwa "nie zauważyć" - wypaliłem, nie wytrzymując. - Nie wiem, jak chcesz to kurwa załatwić, ale mam nadzieję, że dziecinka będzie w lepszym stanie niż była. 
Zakończyliśmy rozmowę, umawiając się za piętnaście minut przy moim samochodzie. W międzyczasie poinformowałem mechanika, że wpadnę później po części. 
Ubolewałem niesamowicie nad raną, którą odniosła Impala. Gniew powoli ustępował miejsca rozczarowaniu, wręcz smutku? Nie chodziło o pieniądze ani o to, że będę musiał włożyć czas i wysiłek w naprawę. Chodziło o coś więcej – o to, że ten samochód był dla mnie czymś w rodzaju towarzysza, pamiątki z czasów, kiedy wszystko miało inny smak, inną energię. Moja więź z tym autem była dziwnie osobista. Patrząc na tę rysę, poczułem coś w rodzaju zdrady losu. Jakby wszechświat raz jeszcze próbował mi pokazać, że nie mam pełnej kontroli nad tym, co kocham i jak bardzo się staram.
Gniew pojawił się jednak tak szybko, jak zniknął, gdy moim oczom ukazał się chłopak o azjatyckiej urodzie - jak mniemam, właściciel czerwonej strzały.
Mężczyzna uniósł ręce w geście poddania się i spojrzał na mnie przepraszającym wzrokiem, otwierając usta by coś powiedzieć.
Nim jednak opanowałem jakiekolwiek emocje, moja pięść spotkała się z jego szczęką, a mężczyzna, dość zaskoczony, cofnął się o kilka kroków i przetarł twarz ręką, wycierając krew z wargi. 

Zeya? :)