poniedziałek, 14 stycznia 2019

Od Seana C.D Alana

To co się stało było niewybaczalne i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Zrezygnowany wróciłem do pokoju i zakopałem pod grubą warstwą złożoną z kołdry i koców. Nie powiem, bardzo zabolały mnie słowa Alana. On nie chce mnie znać. Sam nie chcę znać siebie. Jestem koszmarnym idiotom. Żałuje, że nie ma teraz przy mnie osoby która pomogłaby wszystko to naprawić. Będę musiał samotnie posprzątać ten bałagan. Coma położyła się obok mnie, a ja wtuliłem się w jej miękką sierść zapadając w sen.
***
Około drugiej w nocy obudził mnie przeklęty dzwonek telefonu. Drobna rada: nigdy nie ustawiaj ulubionej piosenki ani jako budzik, ani jako właśnie dzwonek. Okej, teraz możemy wrócić do mojej sytuacji. Zebrałem się w sobie, starając się na chwilę przestać użalać nad własną głupotą i przekręciłem swoje ciężkie ciało na drugi bok. Ekran telefonu raził mnie w oczy swoim światłem, więc zostałem brutalnie zmuszony do zamknięcia ich i na ślepo odebrałem połączenie. W urządzeniu usłyszałem głos swojego kochanego braciszka.
- Hej młody, obudziłem cię? - nieee, no co ty. 
- Zabije cię, nie będę wtedy patrzył nawet na to, że jesteśmy spokrewnieni idioto - warknąłem, starając się nie obudzić Comanche.
Przysiągłbym, że w tamtym momencie czarnowłosy przewrócił oczami.
- Jest taka sprawa, Seanie... 
No jasne, bo czemu miałby dzwonić bezinteresownie w środku nocy. Westchnąłem i uchyliłem powieki, by na nowo przyzwyczaić się do ciemności.
- Czego chcesz, szujo? 
- Niemiły jesteś, a ja chciałem cię odwiedzić - zaśmiał się, choć zapewne chciał udawać obrażonego.
- Serio? - jęknąłem. - Na jak długo? Ja się tu do cholery uczę, Griffin, to nie jakiś hotel SPA.
Po drugiej stronie usłyszałem prychnięcie. Prawda boli, ale niestety tak to już bywa. W środku ścisnęły mi się wnętrzności na wspomnienie wczorajszych wydarzeń. Spieprzyłem sprawę, wiem. Jestem idiotom. Wiem. I niestety nie wiem jak to wszystko naprawić. Chyba jednak będę potrzebował Griffina. 
- Tydzień. Tylko tyle mi daj, a potem wracam do Nowego Jorku - zacisnąłem wargi. 
Coś czuje, że to będzie mnie sporo kosztowało.
- Niech ci będzie - zgodziłem się - Ale śpisz na podłodze i to ty gadasz sobie z dyrektorką. 
Na dźwięk radosnego śmiechu brata sam także się uśmiechnąłem. Brakowałoby jeszcze tylko Samary, a nie potrzebowalibyśmy całego tego cyrku z mieszkaniem w innych częściach świata, daleko od siebie. 
- Kocham cię normalnie, merci Seanie - brakowało mi tego - Spodziewaj się mnie jakoś jutro. 
Rozłączył się. Jutro?! Zwariował, jak słowo daję. Pokręciłem głową z dezaprobatą i rzuciłem telefon gdzieś za siebie, modląc się by wylądował jeszcze na łóżku. Ponownie przywitałem ciemność i zbawczy sen. Chociaż nie będę tyle myślał o pewnym brunecie.
***
Pomimo wielkich chęci niewiele jeszcze przespałem. Obudziłem się ponownie jakoś pół godziny po czwartej i postanowiłem o ważnej rzeczy. Wziąłem szybki prysznic, narzuciłem na siebie pierwsze lepsze jeansy, koszulkę i najcieplejszą bluzę jaką znalazłem ze względu na pogodę panującą za oknem. Wiatr się rozszalał i przywiał ze sobą zamieć śnieżną, a ja nadal nie byłem pewny gdzie wyląduje w wyniku moich decyzji, więc musiałem być gotowy na wszystko. Wcześnie rano akademik wydawał się niemal opustoszały, nawet nie paliło się światło na korytarzu przez co panował półmrok. Zapewne stwierdzicie, że do reszty mi odwaliło, ale ja i moje teorie mamy was obecnie gdzieś. Po co kilkadziesiąt zapasowych kluczy jak wystarczy ich tylko tyle ile jest pięter? Owszem, nie byłem do końca przekonany co do jakże wspaniałego pomysłu, ale innego wyboru nie miałem. Powietrze było pełne wilgoci, nieco zalatywało alkoholem. Ciekawe, że żaden nauczyciel jeszcze nie wywęszył uczniowskiej imprezy pełnej nielegalnych na tym terenie środków. Stanąłem pod odpowiednimi drzwiami i chwilę się zawahałem. Teraz jednak nie było już odwrotu, zdecydowałem się to zrobić, muszę więc wszystko dokończyć. Włożyłem klucz do zamka. Ku mojej uldze pasował. Niesamowite, jeszcze nikt przede mną nie próbował się tym sposobem włamywać? Nacisnąłem klamkę, a kiedy drzwi zaskrzypiały nieznacznie się skrzywiłem. Ostrożnie stawiałem kroki jedną ręką macając ścianę w poszukiwaniu włącznika światła. W końcu znalazłem, cały pokój się rozjaśnił. Zdusiłem okrzyk. Na podłodze rozwalone były kawałki szkła, część pomieszana z krwią. Pachniało, a raczej śmierdziało, jak w gorzelni. Zapewne przez rozlane procenty. Obok ściany leżał Winters, kompletnie nieprzytomny. Jego jedna ręka miała w sobie jeszcze kilka kawałków szkła, krew zdobiąca ją powoli zasychała. Uważając aby niczego nie zdeptać ukląkłem obok śpiącego chłopaka. Wiedziałem, że muszę sobie poradzić sam, nikt nie może mi pomóc. Pytaliby co się stało, a to była ostatnia rzecz której w tym momencie potrzebowałem. Wziąłem głęboki wdech i zabrałem się do roboty. Z łazienki wydobyłem miotłę oraz szufelkę, którymi oczyściłem podłogę ze szkła. Na rozlany alkohol nie mogłem zbyt wiele poradzić, postanowiłem jednak umyć panele przy pomocy mopa znalezionego przy pozostałych detergentach. Ręka bruneta najbardziej w tym wszystkim mnie martwiła. Szukanie apteczki nieco mi zajęło, a i tak nie wiedziałem do końca jak pozbyć się wszystkich odłamków szkła. Na pewno potrzebne na wszelki wypadek były mi nić i igła. Bandaż znalazłem razem z wodą utlenioną, choć sądząc po stanie w jakim obecnie znajdowała się dłoń, już wcześniej Alan zalał to alkoholem. Nie całkiem dobrze, ale już nie najgorzej. Cholera, może i chirurgiem nie jestem jednak niewiele innych opcji mi pozostało. Pęsetą wydobyłem odłamki, wszystko odkaziłem, a następnie tak umiejętnie jak tylko się dało zabandażowałem. Nic nie było na tyle poważne, żeby szyć. Bogu dzięki, bo przecież kompletnie się na tym nie znam. Cała sytuacja tak bardzo mnie zaabsorbowała, że nawet nie zauważyłem momentu w którym Winters zaczął się budzić. Powoli podniosłem się z ziemi i jemu także pomogłem sadzając go na łóżku. Korzystając z tego, że jeszcze nie całkiem się ogarnął zebrałem swoje klucze, aby w pośpiechu opuścić pokój. Nie dzisiaj. To nie jest odpowiednia chwila na wyjaśnienia. Wróciłem do mojego lokum, gdzie już czekała na mnie biała sunia czekająca tylko aż wyprowadzę ją na spacer. Nie ma co się łudzić, nigdy nie będzie tak samo. Świat się zmienia. Ludzie się zmieniają. Pozostaje mi jedynie przeżyć cały dzień.
***
W duchu bardzo dziękowałem za ten piątek. Entertainer pomimo początkowej niechęci do poza programowego treningu bardzo szybko złapał całkiem dobry humor. Przygotowałem dla niego małą sesję ujeżdżenia jako, że w pozostałe dni nie mieliśmy ku temu zbyt wielu okazji. Ogier chętnie wykonywał polecenia, miałem nawet jakieś dobre przeczucie związane z całym tym dniem. Po skończonym treningu chwilę bawiłem się z Savage. Wybiła w końcu piętnasta. Do tej pory nawet udawało mi się nie myśleć o niezbyt przyjemnych wydarzeniach. Coś jednak obiecałem Lynette i nie zamierzałem złamać danego słowa. Poprosiła mnie o pomoc przy francuskim, który niespecjalnie jej szedł w porównaniu do innych języków. Zgodziłem się, ponieważ sam miałem go w jednym palcu no i naprawdę polubiłem dziewczynę. Oczywiście nie licząc tamtego pocałunku. Było to niewłaściwe, musiałem jej to wytłumaczyć. Zabrałem ze sobą podręczniki od języka ojczystego, po czym opuściłem pokój. Już dawno przestało wiać a nawet przez chmury przebijały się słoneczne promienie. Zgrabnie wyminąłem bandę Connora i skierowałem się do kawiarni w której umówiłem się z brunetką. Wydawało mi się to odpowiednim miejscem na tego typu spotkanie, a poza tym niezmiernie odczuwałem brak kofeiny. Dziewczyna siedziała przy stoliku w rogu i przyjaźnie uśmiechnęła się na mój widok. Nieco zebrało mi się na mdłości, jednak zmusiłem się do odwzajemnienia gestu.
- Hej, wybacz spóźnienie - powiedziałem kładąc podręczniki na blacie.
- Nic się nie stało, zamówiłam sobie cynamonowe latte a tobie karmelowe - odparła. - Przepraszam cię za wczoraj, ja... zniszczyłam coś pomiędzy tobą a tym chłopakiem prawda?
Wydawała się być smutna. Albo była dobrą aktorką. Powstrzymałem wybuch gniewu. To nie tylko jej wina. Brałem w tym udział.
- Tak. Tak sądzę - potarłem skronie. - Jednak mieliśmy się dzisiaj uczyć, co nie? Więc do roboty.
Klasnąłem w dłonie. Po przerobieniu kilku ćwiczeń brunetka wydawała się coraz więcej łapać. Bardzo szybko się uczyła gdy wiedziała już o co chodzi. Kontakt ze znanym językiem także mnie polepszył humor. 
- Więc... jeśli chcę zapytać o drogę to powiem... - odchrząknęła i wskazała coś, a raczej kogoś kto właśnie wszedł do kawiarni. - Savez-vous ou je peux trouver...?
Kiwnąłem lekko głową, będąc częściowo nieobecnym. Szatyn przy ladzie nie zdjął założonego przeze mnie bandażu. Nawet nie spojrzał w moim kierunku choć ja wywiercałem w nim wzrokiem dziurę. Ale czego się spodziewałem? Zraniłem go cholernie mocno. 
- Yyy... to może skończymy już na dzisiaj? - posłałem Lynette przepraszające spojrzenie.
Brunetka kiwnęła głową tak samo jak ja kilka chwil wcześniej.
- Pamiętaj, jutro wieczorem jest muzyczne przedstawienie wszystkich talentów naszej szkoły i się zapisałeś - przypomniała mi gdy wstawałem.
Przekląłem pod nosem, chociaż wczoraj obiecałem sobie tego zaprzestać. Nałożyłem na głowę czapkę i opuściłem budynek kawiarni. Najwyraźniej nic nigdy nie będzie chciało dać mi spokoju. W drzwiach wpadłem prosto na Alana. W locie złapałem jego kubek ratując kawę przed rozlaniem, tak samo jak jego pieniądze w nią włożone. Przez moment mierzyliśmy się spojrzeniem. W jego oczach dostrzegłem łzy i złość, które chciałem powstrzymać. Było już jednak na to za późno. Chłopak minął mnie szybkim krokiem trącając moje ramię. Patrzyłem jak odchodzi, a wraz z nim całe moje szczęście i nadzieja.

Alan? 
Ja tu chyba rekordy kurde swoje bije w ckliwości

niedziela, 13 stycznia 2019

Od Mammeloe cd. Ricka

- Rick Morgan, do usług - usłyszałam. Chłopak podał mi rękę.
Uścisnęłam ją, odwzajemniając uśmiech.
- Mammeloe Candèze, ale możesz mi mówić Mamme - powiedziałam.
- To cię rodzice musieli bardzo kochać, że tak ci dali na imię - zaśmiał się.
Zarumieniłam się, zastanawiając się nad sensem tego co powiedział. Zanim jednak go zrozumiałam, podeszła do nas nauczycielka i dała nam jakąś kartkę. Były na niej nazwy soli, a my mieliśmy określić zastosowania.
Patrzyłam chwilę na kartkę, a potem zerknęłam na Ricka. Pod jego okiem coś zauważyłam. Z początku myślałam, że czymś się pobrudził, ale...
- Na co tak patrzysz? - usłyszałam nagle.
Speszona odwróciłam głowę i wbiłam wzrok w kartkę.
- Nic takiego - odparłam.
- Kłamca z ciebie marny - stwierdził Rick. Uśmiechnęłam się. Podniosłam wzrok z powrotem na niego i zapytałam:
- Co masz pod lewym okiem?
- A to - zaśmiał się. - Tatuaż, mam ich pełno. Ten to mały krzyż do góry nogami.
Kiwnęłam lekko głową.
- Też masz jakieś? - spytał.
- Jeszcze nie, może kiedyś sobie zrobię - odparłam.
- A wiesz już, jaki?
Podparłam dłonią głowę.
- Szczerze mówiąc, za bardzo o tym nie myślałam.
Na chwilę nastała między nami cisza. Po chwili jednak Rick ją przerwał:
- Dobra, chyba trzeba się zająć tym zadaniem.
Wlepiliśmy oczy w kartkę. Przeczytałam polecenie. Zauważyłam tam jednak mały błąd; brak literki S. Niby mały, ale jednak trochę za bardzo mnie rozbawił.
- Co cię tak cieszy? - spytał brunet, lekko się śmiejąc, mimo że nie wiedział o co chodzi. Pewnie po prostu miał ubaw ze mnie.
- Tutaj - powiedziałam, wskazując na tekst. - "Zastosowanie oli".
Ponownie się roześmiałam, razem z Rickiem.
- No to nieźle - powiedział. - Szkoda, że nie "Zastosowanie Mamme".
Umilkłam, udając przerażoną.
- Chcesz je opisać? - spytałam. - Proszę bardzo, masz tu dużo wolnego miejsca! - wskazałam na kartkę.
Wzruszył ramionami.
- Jeśli tak bardzo chcesz... - odparł z poważną miną i wziął do ręki długopis.
- No dobra, żartowałam - powiedziałam, śmiejąc się.
- Przecież wiem - powiedział Rick i schował długopis.
Przełknęłam ślinę, widząc nauczycielkę chodzącą po klasie. Szybko dopisałam brakującą literę i skupiłam się nad zadaniem. Kątem oka dostrzegłam, że Rick także zaczął się zastanawiać.
- Z tego co pamiętam - odezwałam się - z fosforanów robi się sztuczne nawozy, prawda?

Rick?
Te moje pomysły xD


Od Alana cd. Seana

***
Powolnie szykowałem się na imprezę z Seanem. Pierwszy raz w życiu chyba próbowałem jakoś ułożyć włosy i nie wychodziło mi to zbyt dobrze. Usłyszałem pukanie do drzwi jednak dopiero gdy udało mi się ogarnąć włosy i ubrać, otworzyłem mu drzwi. Zmarszczył czoło i zmierzył mnie wzrokiem. Posłałem mu zdziwione spojrzenie.
- Winters, nie będę z tobą po lekarzach latał - fuknął i zdjął własny szalik. Mimo moich protestów, owinął mi go wokoło mojej szyi. Wywróciłem oczami, głośno wzdychając dając sobie spokój z jakimkolwiek już komentarzem. Dostałem też od Seana rękawiczki, które z niechęcią założyłem. Mimo to w duchu uśmiechnąłem się, to urocze że się o mnie martwi. Mógłbym przysiąc że z minuty na minutę coraz bardziej się w nim zauroczam. Może nawet coś więcej?
- Coś ty taki rozbawiony, Montgomery? - uniosłem brew i lekko się uśmiechnąłem.
- Bo jakoś mam dzisiaj nawet nie najgorszy humor - odparł - Chyba dobrze mi się po prostu spało.
Uderzyłem go otwartą dłonią w tył głowy.
- Te nędzne podrywy zostaw dla kochanej Lynette - ruszyłem w kierunku schodów. W milczeniu wyszliśmy z akademika i skierowaliśmy się do sali sportowej. Na miejscu było dość dużo ludzi, którzy szybko wcisnęli nam alkohol. Nie zdziwiła mnie obecność tego napoju, tego typu imprezy często są syto nakrapiane tego typu rzeczami. Tym bardziej nie zdziwił mnie brak obecności żadnego nauczyciela. Sean pociągnął mnie za sobą, starając się przecisnąć między tańczącymi ludźmi. Nie wiem jak i skąd pojawiła się też "urocza" Lynette. Nie pytając mnie o zdanie wyciągnęła Seana do tańca, ja za to zostałem sam. Osunąłem się gdzieś na bok, tracąc bruneta z oczu. Upijałem się dalej jak zgaduje tanim alkoholem, starając się pozbyć frustrujących myśli. Nie byłem zazdrosny, przynajmniej tak próbowałem sobie wmówić. Mimo wszystko w mojej głowie ciągle był Sean i ta pieprzona brunetka.
Nagle poczułem czyjąś rękę na ramieniu, odwróciłem się z uśmiechem myśląc że to brunet. Natychmiastowo zrzędła mi mina kiedy ujrzałem Connora. Chłopak wyszczerzył się w moją stronę, razem ze swoją bandą za jego plecami. Już wiedziałem że nie mam za dużych szans na przeżycie tej imprezy.
- A co tu robi nasz biedny pedałek, taki samotny... - udał smutnego i przysięgam gdyby nie to że nie mam zwyczajnej ochoty na bójkę, już dawno leżałby z obitą mordą.
- A nic, wiesz... Czekam na takiego seksiaka jak ty. - wyszczerzyłem się podle do niego, na co lekko się speszył.
- Przestań i tak dobrze wiemy że rzuciłeś się na Seana. - odezwał się jakiś chłopak z jego bandy.
- Zostaw go w spokoju, to spoko gość w przeciwieństwie do ciebie, pedałku. - dopowiedział kolejny.
- Nie zostawię go. Kocham go. - odparłem z pewnością. Byłem pewny co do tego uczucia, jednak nie wiem czy z wzajemnością.
- To ciekawe czy on ciebie. Czekaj, ups chyba nie! - Connor wybuchnął śmiechem i wyciągnął rękę przed siebie. Odwróciłem się i zobaczyłem coś czego nigdy bym się nie spodziewał.
Sean stał w objęciach Lynette, całując się z nią. Te usta które tak uwielbiałem, właśnie całowały kogoś innego. A we mnie? Coś pękło... Byłem wściekły, rozczarowany, naprawdę sądziłem że coś nas łączy. Wpatrywałem się w nich jak zahipnotyzowany, nie mogąc odwrócić wzroku od tego raniącego obrazu. W końcu odwróciłem się i wybiegłem z sali, ignorując śmiech Connora i jego zasranej bandy. Wbiegłem do akademika, po drodze zrzucając ten pieprzony szalik Seana. Wpadłem do swojego pokoju, zakluczając drzwi po czym oparłem się o ścianę naprzeciw wejścia, uprzednie zrzucając z siebie kurtkę i buty.
Tak bardzo chciałem przestać istnieć, nie czuć tego bólu który jeszcze przed chwilą rozerwał mi serce i ciął je na małe kawałki. Wybuchnąłem głośnym płaczem jak małe dziecko, nie mogąc dłużej tego kontrolować. Zsunąłem się po ścianie, by w końcu usiąść na podłodze i skryć twarz w rękawach bluzy. Nagle rozległo się pukanie do drzwi, właściwie nie można było nazwać tego cichym pukaniem. Dobrze wiedziałem że za drzwiami stoi Sean, jednak nie miałem najmniejszego zamiaru go wpuścić. Nie miałem ochoty go widzieć.
- Alan otwórz te drzwi do cholery! - usłyszałem ten jego słodki głos. Kiedyś słodki teraz, przypominający gorzki smak okropnego wspomnienia gdy mnie zranił.
- Nie chcę cię widzieć! Odejdź! - wychrypiałem, starając się by mój głos brzmiał pewnie, na próżno. Po prostu udaj że cię to nie ruszyło.
- Alan, nie wiem jak to się stało, ja naprawdę cię...
- Zamknij się! Nie chcę cię znać! Odejdź! - krzyknąłem głośno. Nie chce słyszeć jego głosu, nie chce go widzieć. Nie chcę już kurwa cierpieć. 
Po chwili uderzenia w drzwi ucichły, a Sean pewnie poszedł. Nie uspokoiło mnie to, nadal odczuwałem ten pieprzony ból a przed oczami miałem widok ich razem. Całujących się.
Po jakiejś godzinie płakania, udało mi się opanować choć trochę i wstać. Alkohol. To właśnie on był moim jedynym ratunkiem. Ojciec nauczył mnie tego. Alkohol nigdy cię nie zostawi, zawsze pozwoli zapomnieć.
Ruszyłem do lodówki, wybierając dwie butelki z półki na czarną godzinę, która właśnie nadeszła. Otworzyłem jedną, potem drugą. Przekląłem głośno gdy dopiero co otworzona butelka upadła na ziemie, roztrzaskując się na kawałki. Nie potrafię już kompletnie myśleć. Przyklęknąłem z zamiarem zgarnięcia szkła rękami. Syknąłem głośno kiedy odłamek szkła wbił mi się mocno w rękę. Po moim ciele rozszedł się delikatny, kojący dreszcz bólu. Wyjąłem odłamek, po czym rzuciłem gdzieś po ziemi i ignorując resztę szkła, zdrową ręką wziąłem butelkę z alkoholem. Po mojej dłoni zaczęła cieknąć mała strużka krwi, która zaczęła skapywać na podłogę. Zignorowałem fakt iż po podłodze ciągnęły się krople krwi i poszedłem do sypialni. Usiadłem na łóżku, upiłem łyk alkoholu po czym zacząłem oglądać rękę. Ból był o dziwo przyjemny, niewiele myśląc polałem ranę napojem. Zacisnąłem powieki gdy uczucie bólu znacznie się nasiliło, po czym niczym pijawka zassałem się przy ranie. "Słodki" smak alkoholu mieszał się z metalicznym posmakiem krwi. Resztę nocy spędziłem na żałosnym płaczu i opróżnianiu coraz to większej ilości butelek. Sam nie wiem kiedy straciłem przytomność z nadmiaru alkoholu.

Sean? Popatrz co zrobiłeś biednemu słoneczkowi :CC

Od Seana C.D Alana

Mały zazdrosny kłamca tak łatwo się do niego przywiązać, a ja i tak nadal nie mogę uwierzyć w to, że nie tak całkiem dawno jeszcze nie wiedzieliśmy o swoim istnieniu. Nie jestem pewien czy poświęciłbym mu dosłownie wszystko, jednak wiem, że kiedyś na pewno tak właśnie się stanie. Nie będę w stanie żyć bez świadomości jego istnienia.
- Zostaniesz dziś na noc? - wyszeptałem niepewnie.
Brunet zmarszczył czoło.
- Nie musisz nawet pytać - delikatnie uniósł kąciki ust do góry.
Ja także lekko się uśmiechnąłem i rzuciłem się brzuchem na łóżko, uważając by nie dotknąć świeżych siniaków.
***
Na przerwie, którą zmarnowałem na i tak zbędne powtarzanie do sprawdzianu z książki którą przerabialiśmy na języku angielskim, podeszła do mnie jakaś brunetka i oznajmiła, że dzisiaj na sali gimnastycznej, a następnie w kilku pokojach odbędzie się imprezka z okazji... właściwie tej części nie zapamiętałem. Oznajmiłem to Alanowi, a ten stwierdził, że to okazja do zrobienia czegoś poza zwyczajną dzienną rutyną. Około godziny piętnastej udałem się do budynku stajni aby zająć czymś myśli i przy okazji może wylonżować Entertainera. To może okazać się całkiem niezłym... wyzwaniem życiowym. Z siodlarni zabrałem lonżę, kawecan, szczotki i kilka marchewek choć nie byłem pewien na jaki humorek dzisiaj trafię. Ku mojej uldze koń nawet zarżał na mój widok. Pogłaskałem go po chrapach i odryglowałem boks. Kilka razy chciał ugryźć mnie przy zamianie kantara na kawecan, jednakże obeszło się bez większych szkód. Zapiąłem lonżę i zabrałem ze sobą przygotowany wcześniej worek ze smakołykami. Droga na krytą halę była nieco oblodzona, więc musiałem zwolnić i uważać aby siwy się nie potknął tudzież poślizgnął. W lewą stronę ogier kilka razy bryknął, więc dopiero po jakiejś pół godzinnej udręce z kłusem mogliśmy przejść do galopu. Co innego w prawo, tam wszystko było do rany przyłóż. Otarłem wierzchem dłoni czoło na które zaczęły występować pierwsze krople potu. Siwy wydawał się być w swoim żywiole, co kilka kroków jak na złość zmieniał nogę w galopie, czasami "radośnie" podskakiwał bez większego powodu. Po skończonym treningu był nieco zmęczony, dlatego nareszcie mogłem się nieco rozluźnić. Posłałem ogierowi krzywy uśmieszek.
- I po co ci było tak brykać, słoneczko? - pokręciłem głową z dezaprobatą. - Taki "doświadczony", a jednak jak źrebię.
Koń w odpowiedzi jedynie prychnął, zakładam więc, że jednak ma focha. O ile w ogóle mnie zrozumiał. Odstawiłem Entera do boksu, zmieniłem kawecan z powrotem na kantar i nieco go wyczyściłem, choć i tu nie obyło się bez prób przygniecenia do ściany boksu. Nie chciałem jednak odstawiać sceny i czyścić go na zewnątrz. Miałem mało czasu na przebranie się w... no w zasadzie to nic specjalnego, ale musiałem jeszcze poświęcić trochę uwagi Comanche. Przeklinając, gdy kilka razy wyrąbałem się na lodzie, oraz zgubiłem się w labiryncie krzewów, w końcu dotarłem na odpowiednie piętro i mogłem zaznać nieco spokoju. Biała sunia jak zwykle zerwała się już w momencie gdy przekręciłem klucz w zamku, nie obyło się również bez dość głośnego szczekania. Kucnąłem by pogłaskać podopieczną po łebku, a ta zadowolona zamerdała śnieżnym ogonkiem na co zrobiło mi się cieplej w duszy. Zawsze potrafi poprawić mi humor. Postanowiłem wziąć szybki prysznic, dzięki któremu jakoś bym się zluzował. Założyłem na siebie czarną koszulkę oraz siwe spodnie, a do tego jeszcze butelkowozieloną bluzę z kapturem. Przez panującą na zewnątrz temperaturę zmuszony byłem założyć cieplejsze buty, co w moim przypadku wiązało się z czarnymi Timberlandami, które towarzyszyły mi każdej zimy już od trzech lat. Myśląc o tym, że Alan zawsze ma zimne ręce zabrałem też dodatkową parę rękawiczek. Narzuciłem kurtkę, włożyłem telefon do kieszeni i tak przygotowany zaszedłem pod drzwi pokoju Wintersa. Zapukałem do drzwi czekając aż sam się wyzbiera i łaskawie otworzy. Poprawiłem na głowie czapkę, mając gdzieś to, że zapewne moje włosy są już w koszmarnym stanie. Brunet wyszedł z pokoju po... czy ja wiem? Może dziesięciu minutach. Oczywiście zgodnie z moimi podejrzeniami nie zabrał nawet szalika. Zmarszczyłem czoło, chyba z powodu zirytowania.
- Winters, nie będę z tobą po lekarzach latał - fuknąłem i nie zważając na jego protesty zdjąłem własny szalik i owinąłem wokół jego szyi.
Chłopak przewrócił oczami głośno wzdychając, jednak nie skomentował tego. Podałem mu także wcześniej przygotowane rękawiczki co skwitował prychnięciem. Nie chcę nic mówić, ale w tej chwili przypomina obrażonego Entertainera. Wyszczerzyłem się do niego.
- Coś ty taki rozbawiony, Montgomery? - uniósł brew i sam nieznacznie się uśmiechnął.
- Bo jakoś mam dzisiaj nawet nie najgorszy humor - odparłem - Chyba dobrze mi się po prostu spało.
Alan uderzył mnie otwartą dłonią w tył głowy.
- Te nędzne podrywy zostaw dla kochanej Lynette - chłopak ruszył w kierunku schodów.
Już w milczeniu wyszliśmy z akademika i skierowaliśmy się do sali sportowej. Na miejscu było całkiem tłoczno, ciężko było znaleźć sobie przyzwoite miejsce. Nawet nie wiem kiedy w mojej dłoni wylądował kubeczek z alkoholem który zapewne był tu całkowicie nielegalnie. Nigdzie nie zauważyłem żadnego nauczyciela, jednak domyśliłem się, że wszystko zostało dokładnie zaplanowane. Dzisiaj nie miało być tu opieki. Pociągnąłem Alana za sobą przeciskając się pomiędzy tańczącymi ludźmi. Jakimś cudem znalazła nam uwielbiana przez moje słońce nowa uczennica, panna Shepherd, która z uśmiechem na ustach nas przywitała i nie czekając na aprobatę ze strony bruneta zabrała mnie Bóg wie gdzie. Kolejne minuty upłynęły mi na tańcu (o ile można to tak nazwać) oraz piciu niezdrowych ilości alkoholu. Procenty powoli zaczynały uderzać mi do głowy tak, że kompletnie zapomniałem nawet gdzie się znajduje. Nawet przestał mi przeszkadzać tłum dzieciaków, które zdecydowanie nie powinny robić tego co robiły. Może nie powinienem o tym myśleć, tylko zebrało mi się na wymioty. Niespodziewanie znowu znalazłem się przy rozbawionej czymś Lynette. Kolorowe światła raz po raz omiatały całą salę. Przez ulotną chwilę gdzieś przemknęła mi myśl o pozostawionym samemu sobie Alanowi. A jeśli ktoś znowu będzie go atakował? Connor i jego banda ot tak go nie porzucą, szczególnie jako homofoby. Coś, a raczej ktoś, sprawił jednak, że zupełnie zapomniałem o swoich chwilowych zmartwieniach. Zatraciłem się w muzyce, co jak zawsze nie oznaczało zupełnie nic dobrego. Jak to zazwyczaj bywa, zapomniałem o wszystkich swoich zasadach. W tamtym momencie nawet nie jestem pewien co takiego dokładnie się dla mnie liczyło. Czy miałem jakieś granice? Sądząc po moich wyczynach, żadnych. Przeklęty alkohol. Chyba byłem skłonny obiecać sobie już nigdy więcej nie pić. Strasznie żałowałem. Przysięgam. Co się stało? Nigdy chyba nikt by nie zgadł. Moje usta znalazły się na tych należących do Lyn. Nie było to takie samo jak w przypadku Alana. W niej nie było pasji, czuć było tani alkohol i wiśniową pomadkę. Momentalnie wytrzeźwiałem. Rozejrzałem się dookoła i w tłumie ujrzałem rozczarowanego, smutnego, wściekłego bruneta. Emocji na jego twarzy w tamtym momencie nie dało się opisać w kilku słowach. Za nim ujrzałem uśmiechającego się krzywo Connora. Wziąłem głęboki wdech. To nie mogło się stać. Nie teraz, kiedy nasza relacja jest taka krucha. Nawet nie wiemy kim jesteśmy. Chyba tylko zakochanymi nastolatkami. Przekląłem pod nosem, w głowie kodując sobie by w przyszłości rzadziej to robić.
- Jasna cholera - syknąłem. - Przepraszam Lyn, ja... podoba mi się ktoś inny. Przepraszam.
Ostatnie słowa wyszeptałem by następnie rzucić się w pogoń za osobą na której naprawdę mi zależało. Chciałem by ktoś mnie zaakceptował po raz drugi w życiu. Pierwsi byli rodzice. Przepychałem się przez ten ludzki motłoch próbując wypatrzeć znajomą czuprynę. Dotarłem aż do wyjścia. Wybiegłem przed budynek i wplątałem we włosy dłonie, wykonując ruch jakbym chciał wszystkie je wyrwać. Nabrałem powietrza w płuca. Muszę go znaleźć.
- Alan! - wrzasnąłem, zdzierając sobie przy okazji gardło.
Pobiegłem dalej, w kierunku budynku mieszkalnego. Teraz nie mogę się poddać. Nie.
- Winters, cholera jasna! - byłem na skraju załamania.
Na naszym piętrze znalazłem swój szalik. Zacząłem walić w drzwi od pokoju chłopaka, modląc się by otworzył. Chciałem żeby mi wybaczył, ale czy na to zasługiwałem?

Alanek, słoneczko? :c
Może trochę szybko ten dramatyzm, ale musiałam



Od Maxime cd. Billa

- Mogę pomóc ci złapać twojego konia, jeśli chcesz. - zaproponował mężczyzna.
Uniosłam lekko brwi. Czyżbym się przesłyszała? Zerknęłam, na, stępującego po drugiej stronie parkouru, Peter Pana. Złapanie go, nie należało do najtrudniejszych czynności, jednak chciałam to zrobić jak najszybciej, bym czym prędzej mogła wsiąść z powrotem na ogiera i potrenować.
- Skorzystam z propozycji. - odparłam. - Złapanie go nie należy do najtrudniejszej rzeczy. Najprościej byłoby po prostu dać mu jakiegoś smaczka…
Spojrzałam na bruneta, po czym chrząknęłam.
- Masz może jakąś przekąskę, dla tego Młodzieńca?
Zielonooki włożył obie dłonie do kieszeni i zaczął w nich grzebać, w poszukiwaniu pożywienia dla Gniadosza, oraz, jak sądzę, Antyka. Po chwili wyciągnął z niej mały, przezroczysty woreczek, w którym piętrzyło się od brązowych kwadracików. Skądś znałam te smakołyki, a gdy chłopak wziął jednego z nich do ręki, poczułam zapach jabłek. Zapach jabłek na pewno zwróci uwagę konia, który je uwielbia. Jaki zbieg okoliczności!
- Mam nadzieję, że ten Stwór nie pożre wszystkich. - mruknął, podając mi foliowy woreczek. - Siwy też będzie zasługiwał na nagrodę.
Po wypowiedzeniu tych słów spokojnym krokiem ruszyłam w stronę Peter'a, który jakby nigdy nic, zaczął wesoło kłusować. Najwyraźniej cieszyła go myśl, że nie musi pracować. Niestety, musiałam przerwać mu tą zabawę, a właściwie to on sam ją przerwał, gdy tylko zobaczył na mojej dłoni dwa przysmaki. Ostrożnie podszedł do mnie, obwąchał dłoń i jej zawartość, po czym odebrał mi jednego ze smakołyków. W tym samym momencie ja złapałam go za wodze. Jak mówiłam, bardzo łatwo jest go złapać. Peter Pan mało się tym przejął, zamiast tego zajął się konsumowaniem kolej przekąski. Poklepałam go po szyi, a zaraz później ruszyłam z powrotem do mojego nowego ”kolegi”. Brunet cały czas przyglądał się temu zdarzeniu, a gdy tylko do niego podeszłam, skomentował sposób, w jaki złapałam konia, słowami nie miłymi, ani wrednymi. Po prostu skomentował. Wcisnęłam mu woreczek z końskimi przysmakami do ręki, a gdy ten spytał się, czy będę tutaj trenować, ja energicznie pokiwałam głową. Chłopak nie wyglądał na zbyt zadowolonego, jednak ja nie mam zamiaru zmieniać miejsca.
- Wiesz, możemy razem potrenować, dawać sobie wskazówki…- zaproponowałam. - Oczywiście, jeśli chcesz! Poza tym jestem Maxime, a ty, to…?
Chłopak westchnął.
- Bill, a twój wierzchowiec, jak się nazywa?

Bill?

Od Ricka cd. Mammeloe

Głośny dźwięk budzika wypełnił moją sypialnie. Wyłączyłem go szybkim ruchem, nie wstając jednak szybko z łóżka. Nie chciałem wstawać, właściwie pół nocy nie spałem. Dlaczego nie mogłem umrzeć we śnie? Nie potrafię normalnie funkcjonować wiedząc o tym co zrobiłem, mając tą pieprzoną świadomość że jej już nie ma. Musiałem jednak zmusić się do wstania, wziąłem szybki prysznic po czym ubrałem się w jakieś podarte jeansy i czarną bluzę. Zdążyłem szybko wyprowadzić na spacer Lucpera i Tajfuna, wróciłem do pokoju i w końcu poszedłem do budynku szkolnego. Na zewnątrz było sporo śniegu, na szczęście jednak nie padało. Szybko udało mi się dostać do szkoły i do szatni. Od progu zaczęli witać mnie znajomi koledzy, zaczęli też przygadywać jak to mi współczują. Zbywałem każdego wściekłym spojrzeniem. Nienawidzę tego.
Wszedłem spokojnym krokiem do klasy chemicznej i zająłem swoje stałe miejsce, jednocześnie rzucając ostatnie spojrzenie w stare miejsce Rosalie, które teraz zajęła jakaś brunetka. Wyciągnąłem zeszyt i podręczniki po czym zacząłem coś bazgrać po marginesie, a nauczycielka zaczęła sprawdzać listę. Po jakiś pięciu minutach drzwi otworzyły się, jednak wciąż byłem skupiony jakże pięknym marginesem, ignorując wszystko dookoła.
- Och, przepraszam... W każdym razie usiądź, może tutaj, z Rickiem - dotarł do mnie głos nauczycielki gdy wymówiła moje imię. Uniosłem głowę znad zeszytu i przeniosłem swój wzrok na ową osobę. Okazała się nią niewysoka dziewczyna o blond włosach z przeróżnymi różowymi pasemkami. Posłała mi uśmiech i usiadła obok mnie.
- Dzisiaj będziemy pracować w parach - oznajmiła nauczycielka. Chcąc nie chcąc, westchnąłem głośno. Nie chciało mi się dziś totalnie gadać z ludźmi, jeszcze nie pozbierałem się po odejściu Rossie, ciekawiła mnie jednak ta osóbka siedząca obok mnie.
- Rick Morgan, do usług. - wymusiłem uśmiech, jednocześnie podając rękę dziewczynie. Niepewnie ją uścisnęła, odwzajemniając uśmiech.
- Mammeloe Candèze ale możesz mi mówić Mamme. - przedstawiła się.
- To cię rodzice musieli bardzo kochać, że tak ci dali na imię. - zaśmiałem się, w odpowiedzi dziewczyna lekko się zarumieniła. Po chwili podeszła do nas nauczycielka i dała nam kartę. Były na niej nazwy soli, my mieliśmy za to określić zastosowania. Oczywiście kochana Pani Varks uznała że będzie to na ocenę i zrobimy to bez pomocy podręcznika.
- Umiesz cokolwiek? - odezwałem się do sąsiadki, jednocześnie ilustrując kartkę wzrokiem. Nie było to niby nic trudnego, mimo wszystko rzadko kiedy zdarza mi się słuchać kogokolwiek a tym bardziej Pani Varks. Różowo włosa nie odpowiadała dlatego byłem zmuszony podnieść na nią wzrok i przyłapałem ją na patrzeniu na mnie.
- Na co tak patrzysz? - oparłem głowę o lewą rękę i uśmiechnąłem się lekko w jej stronę. Speszona odwróciła głowę i wbiła wzrok w kartkę.
- Nic takiego. - zbyła mnie.
- Kłamca z ciebie marny. - stwierdziłem z uśmiechem, co dziewczyna odwzajemniła. Podniosła wzrok z powrotem na mnie i zapytała:
- Co masz pod lewym okiem?
- A to. - zaśmiałem się. - Tatuaż, mam ich pełno. Ten to mały krzyż do góry nogami.
- Też masz jakieś? - spytałem.

Mamme? xD 

środa, 9 stycznia 2019

Od Alana cd. Seana

***
Cudownie spało mi się w ramionach szatyna, był o wiele wygodniejszy od poduszki. I o wiele lepiej pachniał. Obudziłem się rano obok Seana, uśmiechnąłem się lekko. Wyglądał cholernie uroczo. Z braku lepszego zajęcia zacząłem bawić się jego ręką, miał niesamowicie ciepłą skórę w przeciwieństwie do mojej. Po dłuższej chwili chłopak obudził się i spojrzał na mnie, na co uśmiechnąłem się delikatnie. Mógłbym budzić się tak co dzień.
- Muszę wyprowadzić psa. - oznajmił Sean, w odpowiedzi pokiwałem głową. Wstałem i zabrałem się za układanie podręczników potrzebnych na dzisiejsze zajęcia, a szatyn wyszedł z mojego pokoju. Spakowałem potrzebne rzeczy, po czym przebrałem się w przetarte jeansy i narzuciłem na siebie czarną bluzę.
Wszystkie lekcje mijały dość dobrze, jednak na treningu dla grupy jeździeckiej w skokach pojawił się mały problem. Zignorowałem już nawet sam fakt iż Lynette jest w naszej grupie, bardziej martwiło mnie to że Sean miał drobny problem z swoim wałachem. W pewnym momencie chłopak wyleciał prosto na ścianę krytej hali. Wystraszyłem się lekko, w końcu upadek nie wyglądał na delikatny. Pani Moore wysłała bruneta do pielęgniarki, tym samym zwalniając go z reszty lekcji. Ja za to musiałem zostać, jeszcze z tą okropną dziewczyną.
***
Starałem się skupić na ostatnich trzydziestu minutach, moje myśli krążyły wokoło bruneta. Chyba trochę się o niego martwiłem. W końcu nadszedł upragniony koniec lekcji w dzisiejszym dniu. Pośpiesznie opuściłem salę od biologii, mając się z zamiarem odwiedzenia Seana jednak coś, a raczej ktoś mnie zatrzymał.
- Alan, tak? - uśmiechnęła się uroczo Lynette. Damn, wydrapałbym jej oczy gdyby nie to że mam jeszcze resztki szacunku do kobiet.
- Mhm. - odparłem, udając że chociaż odwzajemniam uśmiech.
- Mam nadzieję że nic się nie stało Seanowi. Martwię się trochę o niego, wiesz gruchnął dość mocno. - powiedziała. Zastanawiałem się czy troska w jej głosie jest prawdziwa czy udaje ją by zrobić mi na złość.
- Może pójdziemy do niego i spytamy czy wszystko okey? - uśmiechnęła się lekko. Gdybym był bazyliszkiem już dawno by nie żyła.
- Nie, pewnie jest zmęczony. Zresztą ten upadek wcale nie był tak mocny. - wymusiłem u siebie uśmiech. Dziewczyna zgodziła się na moją propozycję i w końcu dała mi święty spokój. Wyszedłem z budynku szkolnego, skierowałem się do kolejnego budynku i następnie pokoju chłopaka. (A/N Yeah darujmy sobie poetyckie opisywanie śniegu na zewnątrz gdy droga zajmuje mu może z minutę)
Odnalazłem odpowiedni pokój i zapukałem do drzwi, które po chwili otworzył mi Sean.
- Nic ci nie jest? - zapytałem, starając się by zmartwienie w moim głosie nie dało za wygraną. W odpowiedzi Sean przewrócił oczami.
- To nie pierwszy raz gdy Enter uświadomił mi jak bardzo nie lubi skakać na ujeżdżalni - uśmiechnął się lekko, nie odpowiadając mi do końca. Zajrzałem w głąb pokoju, zaciekawiając się pianinem stojącym w rogu.
- Grasz? - zapytałem wskazując ruchem głowy na pianino w kącie pokoju. Chłopak pokiwał twierdząco głową i zasiadł za instrumentem, przejeżdżając palcami po klawiszach.
- A... zagrasz coś dla mnie? - zapytałem.
Chłopak zaczął przygrywać bliżej mi nieznaną melodię, jednak brzmiało to tak wspaniale że wpatrywałem się w niego jak zahipnotyzowany. Po chwili zaczął także śpiewać, zapominając zapewne o moim istnieniu. W  wielkim zafascynowaniu niczym pięcioletnie dziecko wpatrywałem się w chłopaka, wsłuchując się w jego głos i tą cudowną melodię.
Kiedy chłopak skończył odchrząknął lekko i podniósł wzrok na mnie.
- Plecy mnie bolą przez siniaki, a na dodatek mam stłuczoną kość ogonową, doceń moje poświęcenie skarbie - odezwał się w końcu, przerywając ciszę. Wybuchnąłem śmiechem, na co dostałem kuksańca w bok.
- Od kiedy to dałem ci zgodę na nazywanie mnie "skarbie"? - uniosłem brew, lekko się uśmiechając.
- Od kiedy jesteś mój. - na jego usta wkradł się ten okropnie chamski, chytry uśmiech. Zaśmiałem się cicho, po czym znów nastała cisza.
- Zgadnij w ogóle kto o ciebie pytał. - zagadnąłem. Sean wysłał mi pytające spojrzenie.
- Jakże urocza brunetka Lynette! - starałem się ukryć swoje zażenowanie. Chłopak odpowiedział mi jedynie głośnym śmiechem.
- Jesteś okropnie zazdrosny Winters. - powiedział między salwami śmiechu.
- Wcale nie! - zaprzeczyłem szybko, mimo iż chłopak miał trochę racji.
- Kłamca... - zaśmiał się.
- Nienawidzę cię. - westchnąłem.
- Dobrze wiesz że to też kłamstwo. - uśmiechnął się zwycięsko. Przewróciłem oczami, po czym pocałowałem chłopaka.
- Dobra, wygrałeś. - uśmiechnąłem się.

Sean? Tym razem to ja przesłodziłam momentami.