środa, 2 stycznia 2019

Od Alana cd. Seana

W pewnym sensie rozumiałem Seana. Też nie lubiłem rozmawiać o swojej rodzinie a raczej o jej resztkach. Chyba nawet w gdzieś w głębi zazdrościłem mu takiej rodziny, bo ja odkąd pamiętam byłem sam. Weszliśmy do budynku a recepcjonistka przywitała nas ciepłym uśmiechem. Rozpoczęliśmy wspinaczkę po schodach na odpowiednie piętro.
- Czy mógłbym... - zaczął Sean jednak nie skończył. Pod nogi szatyna wpadła szaro-biała kotka za którą biegła jakże "urocza" brunetka. Dokładnie ta sama dziewczyna co tak śliniła się do Seana.
Chłopak złapał futrzastą kulkę i oddał właścicielce. Wywróciłem oczami. Czy ona naprawdę musi istnieć w tej szkole?
- Najmocniej przepraszam, właśnie próbowałam uczyć się francuskiego, kiedy Pale otwarła sobie drzwi i najzwyczajniej w świecie uciekła! - brunetka wyglądała na zdziwioną zachowaniem podopiecznej - Jeszcze raz bardzo was przepraszam.
- Nic się nie stało, następnym razem może jednak zamykaj drzwi - postanowiłem się odezwać, ledwo powstrzymując jad w moim głosie do niej. Posłała nam jeszcze jeden zmieszany uśmiech i szybko uciekła po schodach wyżej. Nie podoba mi się sposób w jaki ona na niego patrzy. Sean uniósł brwi i zmierzył mnie wzrokiem.
- Czasami mógłbyś chociaż udawać, że nie jesteś zazdrosny - powiedział.- Wiesz przecież, tak szybko cię nie zostawię. Nawet wcale nie mam zamiaru cię zostawiać. Okej?
Z niechęcią pokiwałem głową i pocałowałem chłopaka. Podoba mi się sposób w jaki to powiedział.
- Chciałeś o coś zapytać zanim ta-której-nie-polubię nam przerwała - uśmiechnąłem się, jednocześnie bawiąc się kluczem od mojego pokoju.
- Tak, chciałem zapytać czy mogę u ciebie zostać i obejrzeć film - odparł.- Pytanie nadal aktualne.
- Możesz. - uśmiechnąłem się, wsadziłem klucz do zamka i od kluczyłem drzwi. Przepuściłem chłopaka przodem, co skwitował cichym śmiechem ale wszedł.
Cóż, przyznam że jak na mnie był tu dość spory porządek. Poleciłem mu żeby siadł na kanapie przed telewizorem a sam zacząłem szukać jakiś płyt z filmami godnych obejrzenia.
- Co powiesz na ,,Tamte dni, tamte noce"? - rzuciłem na miejsce obok opakowanie z filmem. Szatyn chwile przyglądał się okładce, trochę przeczytał opis po czym patrzył na mnie w milczeniu.
- No co? - uśmiechnąłem się lekko.
- Hmm ciekawe co to może być... - udał zamyślonego, po czym oddał mi opakowanie.
- O uroczej miłości dwóch uczniów, a cały świat przeciwko ich miłości! - starałem się by lekka ironia w moim głosie nie była aż tak zauważalna. - Kaman człowieku jak myślisz o czym może być film który na okładce ma dwóch facetów? -
- A bo ja wiem jakiś gejowski szit? - uniósł brwi. Czyżby się ze mną drażnił?
- Jesteś w królestwie pedałów. Czego mogłeś się spodziewać jak nie gejowskiego szitu? - zaśmiałem się, a chłopak mi zawtórował. W miarę szybko udało mi się włączyć film, jednocześnie zrobiłem nam po jakiejś herbacie. Mimo iż oglądałem ten film z tysiące razy, za każdym razem czułem się jakbym oglądał go po raz pierwszy.
Nagle naszła mnie nie odparta potrzeba kontaktu, starałem jakoś dyskretnie przysunąć się w stronę chłopaka. Bałem się jakby go bezpośrednio zapytać.
- Mogę... się przytulić? - starałem się brzmieć jak urocze dziecko, które jak powietrza potrzebuje akurat tej wymarzonej zabawki.

Sean? WEŹ NIE PYTAJ, WEŹ SIĘ PRZYTUL

Od Douglasa cd. Maxime

Dziewczyna złapała ogiera mocniej za kantar i prychnęła.
- Nie dziękuj mi, tylko stajennym. - odparła. - Powinni przyprowadzać konie o wyznaczonej porze, żeby takie sytuacje się nie zdarzały.
Przewróciłem oczami. Pewnie, najlepiej zostawić całą robotę stajennym i mieć wszystko gdzieś.
- Wiesz, stajenni wszystkiego za ciebie nie zrobią - powiedziałem wkurzony. - Decydując się na konia, powinnaś wiedzieć, że wiąże się z tym obowiązek przyprowadzania go z padoku.
- Jakbym o tym nie wiedziała! Zazwyczaj robię to sama, ale dzisiaj wyjątkowo byłam zajęta i poprosiłam o to Edwards, która najwyraźniej o tym zapomniała. - powiedziała. - Nie mam zamiaru jednak z tobą o tym rozmawiać, dziękuję, do widzenia.
Pociągnęła gniadego ogiera w stronę stajni.
Wróciłem do klaczy, ale byłem zbyt wnerwiony, aby z nią biegać. Nie wiem czemu, ale nie chciałem jej też zostawiać na pastwisku, więc przypięłam jej uwiąz do kantara.
- Idziemy - powiedziałem.
Lilka zarżała cicho i poszła koło mnie.
Wpuściłem ją do boksu i zdjąłem jej kantar, po czym zamknąłem boks.
Poszedłem do pokoju i rozłożyłem się na kanapie.
Zacząłem się teraz zastanawiać, czy na pewno musiałem być taki wredny? Może to rzeczywiście nie była wina tej dziewczyny.
Poza tym, nie można było ukrywać, że ona była całkiem...
Przestań, pomyślałem sobie. Właściwie nie wiedziałem nawet, jakim słowem chciałem określić tą dziewczynę.
Od tego wszystkiego zaczęła mnie boleć głowa, więc położyłem się spać - mimo, że była dopiero osiemnasta.

*senny skip tajm xd*

Otworzyłem oczy i spojrzałem za zegarek. Była czwarta nad ranem. Przeciągnąłem się i naciągnąłem wyżej kołdrę. Stwierdziłem, że nie będę już zasypiać, bo i tak za dwie godziny zadzwoni mój budzik.
Wyłączyłem go więc, żeby później mnie nie przestraszył.
Spojrzałem w sufit i przypomniałem sobie, że dzisiaj poniedziałek. Ten uwielbiany przez wszystkich uczniów dzień.
Wygramoliłem się więc z łóżka i poszedłem robić sobie śniadanie.

*skip tajm egen xd *

Po niemieckim zarzuciłem plecak na ramię i wróciłem do pokoju. Właśnie na ten moment czekałem. Zostawiłem plecak w pokoju i udałem się na stołówkę.
Po obiedzie wróciłem do pokoju. Miałem dzisiaj trochę po lonżować moją jakże ukochaną Armful of Tiger Lilies, ale byłem zbyt zmęczony. Okazało się jednak, że wystarczyło mi piętnaście minut odpoczynku, aby mieć więcej sił.
Ubrałem stare dżinsy i czarny sweter i wyszedłem.
- Cześć młoda - rzekłem do Lilki.
Zanim zabrałem ją na ujeżdżalnię, postanowiłem ją oporządzić, mimo że stajenni robili to rano. Gniada zdążyła się jednak już wytarzać.
Po czyszczeniu założyłem jej kantar, przypiąłem do niego lonżę i zaprowadziłem klacz na ujeżdżalnię.
Kiedy otworzyłem drzwi hali, spotkało mnie (nie)miłe zaskoczenie: dziewczyna, z którą wczoraj rozmawiałem, na karej klaczy.
Skręciła do środka i zsiadła. Zaczęła zawijać strzemiona, a ja w tym czasie poprosiłem Lilkę o stęp.
Kiedy dziewczyna szła w kierunku wyjścia z hali, zatrzymałem klacz.
Powinienem ją przeprosić za to, co wczoraj zrobiłem.
- Zaczekaj! - zawołałem za nią. Odwróciła się. - Chyba trochę źle zaczęliśmy... - powiedziałem, drapiąc się po głowie.
Dziewczyna prychnęła cicho.
- Trochę?
Wyciągnąłem policzek od środka. Miałem nadzieję, że jakoś uda mi się z nią pogodzić.
- Trochę - odparłem. - Jestem Douglas, a to jest Armful of Tiger Lilies - wskazałem na klacz. - Lilka - powiedziałem uśmiechnięty, widząc zmieszaną minę dziewczyny.
Uniosła brwi, ale uśmiechnęła się.
- Niech ci będzie... Nazywam się Maxime, a to jest Ain't Misbehaving - powiedziała, wskazując karą klacz. - A ten gniadosz, który zdenerwował ciebie i twoją klacz, to Peter Pan.
Przełknąłem ślinę.
- Ja właśnie... Przepraszam za wczoraj. Nie chciałem być niemiły czy coś.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Mam nadzieję, że to się nie powtórzy - odparła.
- I ja także - powiedziałem.
Roześmialiśmy się.
- To do zobaczenia - powiedziała po chwili ciszy i już miała wychodzić.
- Maxime... - powiedziałem szybko.
- Tak?
Przygryzłem wargę.
- Może... Ten... w ramach, no wiesz, zgody między nami... - zacząłem.
- Hm? - odezwała się zniecierpliwiona.
- Może chciałabyś w któryś dzień... Wybrać się ze mną na spacer z końmi? - odetchnąłem głęboko.

Maxime?

Od Douglasa cd. Quil

Chłopak wziął lisa i zabrał mu baton, ale kiedy zobaczył, w jakim jest stanie, oddał go rudemu.
Po chwili zrozumiałem, że to jego zwierzę. Chciałem go zapytać, skąd ma lisa, ale uznałem, że pewnie i tak nie odpowie. Do tej pory zupełnie nic nie mówił.
Chłopak spojrzał na mnie błyszczącymi oczami, po czym wyjął z kieszeni kilka monet i wyciągnął do mnie rękę z nimi.
- Ja... - zacząłem zmieszany. Co mam właściwie zrobić? Bez sensu byłoby przyjmować te grosze. Pokręciłem głową. - Narobiłem zamieszania - powiedziałem w końcu. - Nie płać mi za to.
Chłopak zaczął niepewnie cofać rękę.
- Nie musisz - odparłem. Naprawdę nie chciałem, aby czuł się winny.
Schował pieniądze z powrotem do kieszeni. Uśmiechnąłem się, ale mój uśmiech zgasł, kiedy chłopak go nie odwzajemnił. Westchnąłem cicho. Znowu poczułem się zmieszany, kompletnie nie wiedziałem co robić.
- Tak w ogóle... jestem Douglas - odparłem. - Jakoś często mamy ze sobą do czynienia, więc lepiej, żebyśmy się znali, prawda?
Boże, co ja gadam... Jeszcze zaraz zacznę mówić coś o przeznaczeniu lub czymś tego rodzaju.
Chociaż, z drugiej strony, chyba miałem rację.
- Quil - powiedział.
Chwila.
Czy on właśnie się odezwał?
Miałem ochotę zatańczyć taniec radości, ale nie chciałem, aby wziął mnie za jakiegoś szaleńca, więc po prostu się uśmiechnąłem.
Dopiero po chwili zrozumiałem, że się przedstawił.
Nigdy nie słyszałem o takim imieniu. Może chłopak pochodzi z jakiegoś ciekawego kraju.
- Umm... Fajnie - wyrwało mi się.
Kiepska odpowiedź. Nigdy nie byłem zbyt dobry w rozmowie z kimś nowo poznanym.
- Skąd jesteś? - spytałem szybko, próbując naprawić tamto "fajnie".

Quil? Wiem, trochę krótki odpis...

wtorek, 1 stycznia 2019

Od Seana C.D. Alana

W jednej chwili wpadłem na może nieco głupi, jednak zarazem genialny pomysł. Kiedy chcieliśmy się lepiej poznać z Charline właśnie to bardzo nam pomogło.
- Co powiesz na grę w dziesięć pytań? - zapytałem, przez chwilę mając wątpliwości czy to nie jest jednak zbyt oklepane.
Brunet ku mojemu zdziwieniu przystał na propozycję.
- To ja pierwszy. Jaki jest twój typ? - uniósł brew wpatrując się we mnie i oczekując na odpowiedź.
Sam nie wiedziałem. Moja jedyna dziewczyna była rudowłosa, ale nigdy jej nie kochałem, a nawet nie byłem zauroczony choć się starałem. Wszystkie jednorazowe pocałunki czy randki odbywałem z osobami o czarnych bądź brązowych włosach. Więc jaki tak naprawdę był dla mnie najlepszy typ? Przeczesałem ręką swoją czuprynę chcąc zyskać nieco na czasie. Póki co interesowała mnie tylko jedna osoba. Stoi przede mną. Jednak czy mogę go określić jako wyznacznik?
- Ja... sądzę, że bardziej liczy się charakter drugiej osoby, jakaś jej cecha - zmarszczyłem czoło próbując jak najlepiej opisać to co miałem na myśli. - Aktualnie tylko jedna osoba jest w moim typie. Ważnym pytaniem jest natomiast, czy ty czasem nie jesteś zazdrosny?
Na mojej twarzy zagościł przebiegły uśmieszek. Widoczne było skrępowanie chłopaka, choć naprawdę nie miał się czym przejmować.
- A co jeśli tak? - sprawnie uniknął dokładnej odpowiedzi.
- Cóż... wtedy powiedziałbym ci, że aktualnie jesteś jedyną osobą która zasłużyła sobie na moje towarzystwo... - urwałem na moment by zauważyć jak Alan wstrzymuje oddech. - Bo widzisz... wydaje mi się, że jesteś w moim typie.
Mój teatralny szept wyszedł tak idealnie jak nigdy dotąd. Puściłem starszemu chłopakowi oczko, by nieco rozluźnić atmosferę.
- Teraz moje pytanie - odchrząknął - Kim jest dla ciebie ta Francuzka do której dzwoniłeś?
Zmarszczyłem nos.
- Możesz zapytać o cokolwiek, a wybrałeś właśnie to? - uniosłem jedną brew - Cóż... Charline de Villiers jest moją byłą dziewczyną, która częściowo kryła mnie przed ojcem. Obecnie jest moją przyjaciółką, jak już bardzo musisz wiedzieć i chodzi z niejakim Simonem.
Brunet powoli pokiwał głową przyswajając sobie nowe informacje. O nowym partnerze dowiedziałem się stosunkowo niedawno, tak w zasadzie to Grif mi powiedział podczas jednej z naszych wieczornych rozmów. Miałem jedynie nadzieję, że chłopak nie skrzywdzi rudowłosej i będą razem szczęśliwi.
- Skąd pochodzisz? - zadałem pytanie, kiedy upewniłem się, że Winters nie ma więcej pytań.
Chłopak zamyślił się na krótką chwilę. Przygryzł policzek od wewnętrznej strony jakby bił się z myślami, lub naszły go jakieś wspomnienia. Domyślam się, iż niezbyt przyjemne.
- Z Norwegii - odparł po dłuższej chwili.
Pokiwałem głową, dając mu znać, że nie potrzebuje nic więcej do szczęścia.
- Opowiedz mi o swojej rodzinie - poprosił cicho chłopak.
Wziąłem głęboki wdech.
- Nie wydaje mi się aby to było pytanie, miel - uśmiechnąłem się do niego lekko, chcąc dać znać, że nie mam mu za złe jego pytania - Jednak powiedzmy, że będzie to dowód mojego zaufania. Moja mama to cudowna kobieta, Danielle Montgomery. Znosi ojca, Harrisa, pomimo jego okropnego charakteru i tego, że jest zmienny bardziej od kobiety podczas miesiączki.
Zaśmiałem się cicho na dobre wspomnienie, kiedy to udaliśmy się do parku, aby pojeździć na sankach. Nigdy nie byliśmy bardziej szczęśliwi niż podczas tamtej zimy w Toronto. Alan widząc, jak się waham objął mnie dodając nieco odwagi i ciepła pomimo tego, że jego dłonie były lodowate. Wziąłem jedną z nich i wraz ze swoją włożyłem do kieszeni bluzy. Nie protestował, bo wiedział. Trudno mówi się o rozpadłej rodzinie, pełnej zawiści i braku zrozumienia.
- Mam siostrę bliźniaczkę. Rodzice nadali jej dwa imiona podobnie jak mnie i mojemu starszemu o trzy lata bratu. Samara Florence Montgomery obecnie przebywa w Paryżu z rodzicami, ciężko się z nią skontaktować - przez głowę przebiegło mi wspomnienie naszej ostatniej rozmowy. - Griffin natomiast bardzo dobrze się trzyma, odciął się od nas już bardzo dawno i z tego co wiem wczoraj wylądował w Los Angeles razem z ciotką Vanessą. To chyba na tyle.
Wzruszyłem ramionami. Nic we mnie nie wydawało się tak ciekawe, by coś jeszcze dodać. Nie miałem zamiaru póki co dzielić się prywatnymi wspomnieniami. Na chwilę zrobiło się między nami cicho, dotarliśmy już pod budynek mieszkalny. Wydawało mi się, że za niedługo kończą się zajęcia które ominęliśmy.
- Nie lubię mówić o swojej rodzinie, więc czuj się wyróżniony Winters - złożyłem krótki pocałunek na jego ustach przed wejściem do akademika.
Recepcjonistka przywitała nas ciepłym uśmiechem na który z lekką rezerwą odpowiedziałem. Miałem dziwne wrażenie, że w moim życiu układa się coraz lepiej więc czas na jakąś totalną katastrofę. Bardzo jej nie chciałem. Dlaczego nie może zostać tak jak jest? Rozpoczęliśmy wspinaczkę po schodach na odpowiednie piętro. Do głowy przyszła mi jedna myśl, wypychając tą która nerwowo przypominała o nieskończonej grze.
- Czy mógłbym... - nie dane mi było dokończyć.
Prosto pod moje nogi wpadła szaro-biała kotka za którą biegła znajoma mi brunetka. To ta którą niedawno poznaliśmy. Lynette. Złapałem futrzastą uciekinierkę i oddałem właścicielce. Wydawało mi się, że widzę jak Alan wywraca oczami. Zazdrośnik.
- Najmocniej przepraszam, właśnie próbowałam uczyć się francuskiego, kiedy Pale otwarła sobie drzwi i najzwyczajniej w świecie uciekła! - brunetka wyglądała na zdziwioną zachowaniem podopiecznej - Jeszcze raz bardzo was przepraszam.
Chłopak stojący obok mnie postanowił mnie dzisiaj po raz kolejny zadziwić i jako pierwszy się odezwał.
- Nic się nie stało, następnym razem może jednak zamykaj drzwi - w jego głosie pobrzmiewała nutka złośliwości którą nowo poznana wydawała się ignorować lub wcale jej nie zauważyła.
Posłała nam jeszcze jeden zmieszany uśmiech i szybko uciekła po schodach wyżej. Uniosłem brwi i niemal oskarżycielsko zmierzyłem bruneta wzrokiem.
- Czasami mógłbyś chociaż udawać, że nie jesteś zazdrosny - powiedziałem - Wiesz przecież, tak szybko cię nie zostawię. Nawet wcale nie mam zamiaru cię zostawiać. Okej?
Alan pokiwał głową i z własnej woli zainicjował pocałunek. Wydaje mi się, iż robimy to przez cały czas. Czy to to jest takie irytujące w tych wszystkich książkowych, filmowych i serialowych parkach?
- Chciałeś o coś zapytać zanim ta-której-nie-polubię nam przerwała - chłopak uśmiechnął się szeroko bawiąc się kluczem do swojego pokoju.
- Tak, chciałem zapytać czy mogę u ciebie zostać i obejrzeć film - szybko sobie przypomniałem - Pytanie nadal aktualne.

Alan?
Myślę i myślę, jak to się ma wszystko potoczyć

Gabriel Castello!

Dołączył do nas Gabriel! Powitajmy go ciepło.

Od Alana cd. Seana

- Nie zadawaj mi głupich pytań o dziewiątej rano, Winters - uśmiechnął się kpiąco. Nie wiedziałem czy mam odbierać to jako żart czy jako zaprzeczenie.
Sean niespodziewanie złapał mnie za brodę i przyciągnął do siebie by połączyć nasze usta w pocałunku. Nie zaprzeczę, tego mi było trzeba. Odwzajemniłem pocałunek, ciesząc się tą cudowną chwilą. Musimy częściej to powtarzać.
***
Postanowiliśmy że pójdziemy do kawiarni. Usiedliśmy przy stoliku blisko przeszklonej ściany i już po chwili podeszła do nas młoda dziewczyna podając nam menu. Sean zamówił karmelowy latte macchiato i do tego czekoladowe fondue. Ja wziąłem jedynie karmelowe latte.
- Więc... dlaczego zabrałeś mnie na wagary? - zapytał - Zazwyczaj tego nie praktykuje.
Zaśmiałem się cicho, co chłopak także zrobił.
- Myślisz, że miło by było tam siedzieć po wczorajszym wyznaniu? - odparłem.
Sean lekko się skrzywił. Ta, miło byłoby spotkać tą jego paczkę homofobów.
- Nie sądzę. Jesteś głupi - westchnął przeciągle. Przewróciłem oczami. Montgomery wiem o tym ale nie musisz mi przypominać.
- Nie chcę nic mówić, ale jeszcze nie tak dawno mnie całowałeś i powiedziałeś, że jestem uparty - tym razem to on przewrócił oczami. Damn, ma urocze oczy.
Naszą rozmowę przerwała kelnerka, podając nam nasze zamówienia i jednocześnie śliniąc się na widok Seana. A on jeszcze odwzajemnił jej uśmiech. Czy na tym świecie nie możemy istnieć tylko my dwoje?!
Skrzywiłem się lekko w stronę chłopaka. Zgaduje że pewnie jest bi i dlatego.
- Nadal nie określiłeś się czy mnie nienawidzisz - szatyn przerwał krępującą ciszę.
- Nie nienawidzę cię Sean - odparłem, każde słowo wymawiając bardzo powoli po czym zajęliśmy się swoimi zamówieniami. Brunet zaczął stukać palcami o blat, a ten dźwięk zaczął powoli mnie drażnić. Zakryłem jego dłoń swoją, miał przyjemnie ciepłą skórę w przeciwieństwie do mnie.
- Przestań, proszę. To irytujące - szatyn spojrzał na mnie tymi swoimi cudnymi oczami i przestał. Pewnie oczekiwał że zabiorę dłoń, jednak ja tego nie zrobiłem, do końca na naszego pobytu w kawiarni.
Koło godziny jedenastej, wróciliśmy autobusem do Dressage Academy.
Wysiedliśmy na naszym przystanku i niechętnie wróciliśmy na teren akademii. Na parkingu akademii dało się zauważyć auto z przyczepą na dwa konie. Stała tam jakaś brunetka razem z dwoma końmi. Sean spojrzał w moim kierunku.
- Pomóżmy jej - zaproponował. Niechętnie się zgodziłem i poszedłem za chłopakiem trzymając ręce w kieszeniach bluzy.
Dziewczyna miała spore problemu z gniadym koniem, który nie miał zamiaru wychodzić z podjazdu.
- Hej, może potrzymam tego konia podczas gdy ty zajmiesz się drugim? - zagadnął Sean.
Brunetka posłała mu wdzięczne spojrzenie i oddała uwiąz spokojniejszego z wierzchowców. Z obiema wolnymi rękami udało jej się zachęcić klacz do wyjścia.
- Dziękuje - uśmiechnęła się w stronę Seana. - Jestem Lynette.
Wystawiła w dłoń w kierunku szatyna, a ten ją uścisnął. Denerwowały mnie urocze uśmieszki ze strony dziewczyny do szatyna.
- Jestem Sean, a to jest Alan - przedstawił nas. - Witaj w Dressage Academy, Lynette.
Skinęła głową i odeszła z oboma wierzchowcami w stronę stajni. Starałem się nie wyglądać na wściekłego, choć Sean chyba to wyczuł. Podszedł do mnie i pocałował.
- Nie dąsaj się, mon cheri, chciałem być uprzejmy - uśmiechnął się.
- Nie lubię jej - westchnąłem. Chłopak uniósł brwi w geście zdziwienia.
- Nie znasz jej - stwierdził, na co ja wywróciłem oczami. -  Bo ci tak zostanie.
Kolejny raz mnie pocałował.
- Uwielbiam cię całować - zaśmiał się.
- A ja uwielbiam ciebie. - uśmiechnąłem się lekko. Tym razem to ja go pocałowałem, chyba pierwszy raz właściwie.
Nie potrafiłem oderwać się od jego ust, chyba nawet żadne z nas nie chciało przerywać tej cudownej chwili.
- Bo się przykleisz do mnie - zaśmiał się szatyn, przerywając pocałunek. Westchnąłem głośno, niczym zawiedzione dziecko które nie dostało wymarzonej zabawki.
- Mnie to by tam pasowało. - wzruszyłem ramionami, starając się na niego nie obrazić.
- Co powiesz na grę w dziesięć pytań? - zagadnął. Zgodziłem się, w sumie co mamy innego do roboty?
- To ja pierwszy. Jaki jest twój typ? - uniosłem brew, wpatrując się w te jego słodkie oczy.

Sean? Wybacz za to co zrobiłam.

Od Bianci cd. Grace

Posłałam jej zaskoczone spojrzenie, jednocześnie krzyżując ręce na klatce piersiowej. Niczym spłoszona owieczka stojąca przed obliczem wygłodniałego wilczyska, odwracałam wzrok, obawiając się ukazania kobiecie swych teatralnych zdolności. Reakcji nie spowodowała bynajmniej niepewność mych umiejętności, zdawałam sobie sprawę, że są na wysokim poziomie, jednakże świadomość, iż Grace mogłaby źle odebrać moje słowa, doszukać niezamierzonych podtekstów, które podążały za mną jak straszliwy omen, odstraszając spotykanych na drodze ludzi - to właśnie to przeświadczenie sparaliżowało me ciało, nie pozwoliło wydusić choćby słowa.
- Wszystko w porządku? - Pytanie po raz kolejny opuściło usta brunetki.
- Tak, zastanawiałam się jedynie, co zaprezentować. - Oczywiste kłamstwo, tylko idiota nie dostrzegłby nerwowo przygryzionej wargi i spuszczonego w dół wzroku.
Odetchnęłam więc głęboko, w duchu błagając wszystkich znanych mi bogów, by choć na tę chwilę nieprzychylne fatum odwróciło swe nienawistne spojrzenie, pozwalając działać według mych własnych, sprawiedliwych reguł. I choć chwalebna victoria zdawała się zakazanym owocem, symbolem zguby, w tamtej chwili nie marzyłam o niczym innym, poza jej słodkim smakiem w moich ustach.
- Niech mi niebo odmówi światła, ziemia wody,
Noc nie da odpoczynku, dzień nie da swobody!
W rozpacz niech wszelka moja zmieni się pociecha,
Los tylko więźnia w lochu niech mi się uśmiecha;
Wszystko to, co rumieniec przeistacza w bladość,
Niech będzie mym udziałem, gdy uczuję radość.
Tu i tam niech ponoszę kaźń co chwila nową,
Jeśli żoną zostanę, raz zostawszy wdową!* - Wcielając się więc w rolę Królowej Aktorki, wyrzuciłam z siebie słowa, niby na jednym oddechu, nasycając je dominacją i wiążącą obietnicą. 
Minęły wieki, odkąd po raz ostatni wcieliłam się w którąś z szekspirowskich kobiet i choć raniło to me serce, doskonale wiedziałam, jak tragicznie kończyła każda z nich. Zatopiona Ofelia, omamiona władzą Lady Makbet, bohatersko zmarła Gertruda, tragicznie kochająca Desdemona. Vanitas vanitatum et omnia vanitas.
Rozwarłam już usta, by kolejne ze słów angielskiego mistrza rozbrzmiały mezzosopranem, lecz nasilające się w kieszeni wibracje, którym dumnie wtórował niezmienny od lat Nocturne op.9 Chopina, odwiodły mnie od teatralnych przyjemności. Niczym poparzona sięgnęłam po telefon, a malujące się na ekranie litery, jakby pojedynczym machnięciem różdżki, ugięły pode mną kolana, które w ostatniej chwili zdążyły zesztywnieć i utrzymać mnie w pionie.
- Przepraszam cię, naprawdę, ale muszę już iść. To pilne. - Nie czekałam na odpowiedź, opuszczając pomieszczenie, zaprzątając myśli jedynie czterema przeczytanymi przed chwilą słowami.
"Przyjedź. Emilio znowu namieszał."

~*~

Policzek palił żywym ogniem, a skapująca w dekolt krew zdawała się nie wyczerpywać. Powinnam wiedzieć, iż przytłoczony obecnością ojca młodzieniec wybuchnie, lecz nie sposób było przewidzieć, iż odważy się podnieść rękę na kogokolwiek z rodziny. W szczególności na mnie. Krzyknęłam więc, pierwszy raz od tak dawna, a śmiejący się pod nosem ojciec doszczętnie zerwał łańcuchy krępujące mą ogładę i okrzesanie. Niczym lwica obnażyłam kły, a mój ryk wstrząsnął sawanną. Otępienie mężczyzn i spływające po policzkach, krwawe łzy wystarczyły, bym na zawsze pożałowała, że starałam się im pomóc.
- Jesteście dokładnie tak samo zepsuci. - rzuciłam przez ramię i wyszłam.
Nie odwracając się ani razu.

~*~

Następny dzień nie okazał się lepszy, a perspektywa pójścia na zajęcia z rozciętym policzkiem brzmiała równie kusząco, co kolejna konfrontacja z ojcem i nabuzowanym Emilio. Niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Schowałam więc smutki za warstwą dobrze kryjącego podkładu, mając nadzieje, że nie spotka na swej drodze osoby ze spojrzeniem tak przenikliwym, jak płyn do demakijażu.
Usiadłszy na jednym z parapetów, niemal natychmiastowo skierowałam wzrok na strony biologicznego repetytorium, choć czytane w pośpiechu słowa zdawały się wlatywać jednym uchem, a wylatywać drugim, nie zaszczycając obecnością płatu skroniowego. 
Wtem, jak Grom z jasnego nieba, dotarła do mnie obecność drugiego człowieka, siedzącego tuż obok, ewidentnie czekającego, aż poświęcę mu swą uwagę. Odwróciłam więc głowę, a mym oczom ukazał się nikt inny, a Grace, którą wczoraj tak prostacko zostawiłam.
- Przepraszam za wczoraj. - zaczęłam nerwowo, mając nadzieję, że nie zacznie zadawać niewygodnych pytań. - Robisz coś dzisiaj? - zapytałam, nim zdążyłam przeanalizować dosłowny sens tych słów i niemal natychmiastowo ugryzłam się w język.

Grace? Mam nadzieję, że jest znośnie ;__;

* Cytat wzięty z szekspirowskiego Hamleta.