środa, 4 kwietnia 2018

Od Nicole cd. Sama

 Jedyne czego teraz pragnęłam to długiej chwili ogarnięcia się. Sama nie miałam pojęcia dlaczego tak się zachowuje. Targały mną mieszane uczucia. Gniew i rozpacz jednocześnie. Jednak jak spojrzeć na to z logicznej strony... Jak mogłam od niego oczekiwać że mi się oświadczy? W sensie jesteśmy parą od czterech miesięcy. Ale jednak czy to na poważnie? Nigdy nie patrzyłam na nasz związek, tak... przyszłościowo. Czy teraz powinnam?
 Postanowiłam przestać zaprzątać sobie tym głowę. Wyjęłam telefon z kieszeni w celu sprawdzenia godziny i zobaczyłam wiadomość od Sama. Umówiliśmy się na hali, więc skierowałam się w stronę powrotną. Starałam się skupić na czymkolwiek, choćby na oddechu wiatru czy dotyku słońca. Cokolwiek, byleby się już nie zadręczać.
 (skip tajmikkk)
 Powoli otworzyłam drzwi od stajni, niektóre konie zwróciły łby zaciekawione, inne miały mnie kompletnie gdzieś. Podeszłam szybko do boksów moich koni, przywitałam się najpierw z Pokerem który ewidentnie miał mnie gdzieś. Cóż, bywa. Demo za to wykazał się sporym entuzjazmem. Pogłaskałam go po chrapach, dotknęłam uszu. Zawsze miał takie miękkie.
- Dobra, jedziemy - poklepałam go po szyi, wyszłam z boksu i poszłam po szczotki. Był dość czysty co było cudem, z kopytami też nie było większego problemu. Szybko założyłam mu sprzęt i wyprowadziłam ze stajni. Lekko zawahałam się przy wejściu na halę jednak po chwili szybko rozwiałam wątpliwości. Spytałam czy mogę wejść na halę, gdy usłyszałam twierdzącą odpowiedź rozsunęłam drzwi i wprowadziłam Demensa. Ogier początkowo się nie płoszył, nie miałam pojęcia czy to cisza przed burzą czy rzeczywiście był spokojny. Dociągnęłam popręg i wyrównałam strzemiona, co jakiś czas spoglądając na Sama. Cholera jest taki przystojny na koniu. W końcu jednak szybko się ogarnęłam i wsiadłam szybko na konia. Ruszyłam stępem, starałam się nie odzywać do chłopaka. Rzucałam mu co jakiś czas obrażone spojrzenie, zadusiłabym go wzrokiem ale cholera, nie można...
 Zauważyłam że Sammy zebrał Noctisa do zagalopowania, po rozkłusowaniu Demensa także zagalopowałam. Chłopak wyjechał za mną i przeszedł do stępa, zjeżdżając do środka. Skupiłam się na cavaletti i skierowałam wierzchowca na przeszkodę. Pochwaliłam go z uśmiechem i przeszłam o chód niżej.
- Już lepiej? - zapytał Sam, podjeżdżając do mnie. Chwilę wahałam się z odpowiedzią.
- Tak... - uśmiechnęłam się lekko, szybko spuściłam wzrok.
- Masz zamiar jeszcze coś skakać? - spytał niepewnie.
- Nie, rozstępuję go i wracam do pokoju. - odpowiedziałam szybko, Demo zaczął już zarzucać łbem widocznie znudziło mu się stanie w miejscu. Pokiwał głową, po czym odjechał trochę. Rozstępowałam Demensa, zauważyłam że Sam też już kończy. Zatrzymałam ogiera, zeskoczyłam szybko i wróciłam do stajni. Szybko zdjęłam mu sprzęt, posiedziałam trochę w jego boksie obserwując go. Nie zauważyłam że czas minął dość szybko. Po jakimś czasie postanowiłam wrócić do akademii, wychodząc zauważyłam że Noctis jest już w boksie. Czyli Sam pewnie już dawno jest w pokoju. Weszłam do budynku akademii, zatrzymałam się przed jego pokojem. Delikatnie i powoli otworzyłam drzwi, wsunęłam się do środka i tak samo je zamknęłam. Zdjęłam buty i kurtkę, nie słyszałam Sama, chyba go jeszcze nie było. Jedynie Wenus przybiegła mnie przywitać, odgoniłam ją i rozejrzałam się po pokojach.
- No mała, zostajesz tutaj. - pogłaskałam psinę. Wzięłam pierwszą lepszą kartkę i napisałam wiadomość do Sama.
 (madżik skip tajm)
 Może pomysł z romantyczną kolacją nie jest idealny, jedzenie przygotowałam dość szybko i przyznam że wygląda to całkiem nieźle. Szybko uczesałam włosy i przebrałam się w coś stosowniejszego. Padło na różowy sweter z dekoltem, szara spódniczka i czarne rajstopy. Akurat kończyłam się ubierać, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Szybko poprawiłam włosy i o mało nie wyrżnęłam się biegnąc do drzwi. Ostatnie poprawki po czym otworzyłam drzwi.



Sammy? XD

Od Nathaniela cd. Rosalie


 Pierwszy był angielski. Stałem pod klasą czekając na nauczycielkę. Jednak nigdzie nie zauważyłem Rosalie. Może odpuściła sobie dzisiejsze zajęcia? Po około dwóch minutach zadzwonił dzwonek. Nauczycielka pojawiła się niemal natychmiast. Weszliśmy do klasy. Usiadłem przy ławce, która stała obok okna. Nauczycielka zaczęła sprawdzać listę obecności. Po chwili podała temat i kazała nam rozwiązać jakieś zadania. Widać było, że była w złym humorze, dlatego nikt zbytnio nie protestował. Zabrałam się do pracy. Polecenia zawarte w podręczniku były banalnie proste, dlatego po dziesięciu minutach miałem zrobione wszystkie zadania. Nagle drzwi uchyliły się, a do klasy wpadła Rosalie. Spojrzałem w jej stronę ze zmarszczonymi brwiami.
- Wreszcie Panna Morgan raczyła zawitać na lekcji! - nauczycielka wręcz krzyknęła.
- Przepraszam za spóźnienie, trochę zaspałam... - powiedziała dziewczyna.
Było widać gołym okiem, że jest speszona i nie jest jej zbyt przyjemnie rozmawiać z nauczycielką w ten sposób przy całej klasie.
- Delikatnym spóźnieniem nazywasz całe czternaście minut? - warknęła.
- Rozumiem że ma Pani zły dzień ale to nie powód by się na mnie wyżywać. -
- Jak ty się do nauczyciela odzywasz? Siadaj, jedynka. - nauczycielka ze zwycięskim uśmiechem usiadła.
Co jak co, ale to nie jest normalne traktowanie uczniów. Podniosłem się ze swojego miejsca by też wrzucić swoje trzy grosze do tej sprawy.
- Ale proszę pani ona nic nie zrobiła. - powiedziałem z przekonaniem.
Nauczycielka jedynie kazała mi usiąść. Spojrzałem na nią wzrokiem typu ''na tylko tyle panią stać?''
- Do jasnej cholery nie moja wina że jest Pani jedzą! - dziewczyna widocznie już wybuchła - Zwalniam się z lekcji i mam w dupie czy dostanę za to jedynkę czy uwagę czy cokolwiek co sobie pani tym chorym mózgiem ubzdura! - Rosalie wybiegła z sali, przy okazji trzaskając drzwiami.
Szybko zebrałem swoje rzeczy i również ruszyłem w stronę drzwi. Właśnie miałem wychodzć, gdy powstrzymał mnie głos nauczycielki. Niechętnie odwróciłem się w jej stronę.
- Wiesz, że jak wyjdziesz z tej klasy bez mojej zgody dostaniesz uwagę? - spytała patrząc na mnie ''groźnie''.
- Chyba podziękuję. - powiedziałem mając na myśli uwagę.
Odwróciłem się i wyszedłem z klasy. Po chwili stałem przed budynkiem Akademii. Na murku kawałek dalej zauważyłem Rosalie. Podszedłem do niej i usiadłem obok rzucając plecak gdzieś koło nóg.
- Hej. - powiedziałem przerywając ciszę.
Dziewczyna jedynie lekko uśmiechnęła się.
- Wiem, że ta stara franca potrafi człowieka zdołować, ale nie martw się. - szturchnąłem lekko łokciem jej rękę i dodałem - Dziwne, że jeszcze nie przysłała tu policji. Bo wiesz, ucieczka z lekcji na oczach nauczyciela to poważne wykroczenie. - zaśmiałem się.
- Czemu wyszłeś z lekcji? Teraz będziesz miał kłopoty. I to wszystko z mojej winy. Boże Nathan myśl czasami. I co ... - dziewczyna wpadła w słowotok, który przerwałem.
- Oj tam. Bywa. Poza tym co ty sobie myslisz? Że cię zostawię samą sobie? Bez przesady. - powiedziałem lekko żartobliwym tonem.
Dziewczyna lekko westchnęła. Nie myśląc za wiele zeskoczyłem z murku i zabierając plecak z ziemi stanąłem przed dziewczyną.
- Chodź. - powiedziałem wyciągając w jej stronę dłoń.
- Co? - dziewczyna spojrzała na mnie zdziwiona.
- Przejdziemy się gdzieś. -
- No okej... -
Rose zeszła z murka i ustała obok mnie.
- Więc gdzie idziemy? - spytała.
- Tego jeszcze nie wiem. - zaśmiałem się lekko.
Ruszyliśmy przed siebie. Pogoda była wręcz idealna. Słońce lekko świeciło przebijając się przez chmury. Szliśmy w ciszy napawając się atmosferą. W oddali dostrzegłem budkę z watą cukrową. Trochę się zdziwiłem, bo w końcu kto o tej porze roku sprzedaje watę cukrową. No ale cóż, lepsze to niż nic.
- Może masz ochotę na watę cukrową? - spytałem spoglądając na dziewczynę.
- O tej porze roku? Zwariowałeś? Gdzie niby chcesz znaleźć jakiekolwiek stoisko? -
- A patrz. Tak niby przypadkiem zobaczyłem, że budka stoi zaledwie po drugiej stronie ulicy. - uśmiechnąłem się wskazując Rose miejsce.
- To chodźmy. - zaśmiała się.
Ruszyliśmy w tamtą stronę. Już po chwili znajdowaliśmy się na pasach, a jeszcze kilka sekund później czekaliśmy, aż starszy pan zrobi z tą maszynką (A/N omk xDD) tą pyszność. Oczywiście zanim Rose zdążyła się zorientować zapłaciłem staruszkowi i odebrałem słodycz. Złapałem dziewczynę za dłoń i ruszyłem przed siebie.
- Mogę wiedzieć co ty robisz? - spytała śmiejąc się.
- Jeszcze nie wiem. - również się zaśmiałem i dodałem - Zapewne nas gdzieś prowadzę. -

Rose? Spóźnione mocno, ale jest

wtorek, 3 kwietnia 2018

Od Raven cd. Andy'ego

- Pff... Same nudy, uwierz. - westchnął, poprawiając włosy.
- Mamy coś lepszego do gadania? - uśmiechnęłam się łobuzersko.
- No to jestem piosenkarzem, miałem dość ciekawe dzieciństwo plus jestem wegetarianinem. - powiedziałem. - To raczej nie powinno cię zadziwić. - zaśmiał się.
- Piosenkarzem powiadasz? - spytałam zaciekawiona.
- Ta, ale to nie zbyt fajny fach - westchnął, a jego oczy zaszłą lekką mgiełką. Zupełnie jakby coś wspominał.
- Co masz na myśli?
- Ostatnio miałem wypadek na scenie, nie pytaj jak ale złamałem parę żeber a najgorsze że jeszcze mi odbiło by nie przerywać koncertu i męczyłem się jeszcze jakieś dwie godziny. No a potem szpital i takie tam ale ogółem to nie mam jednego żebra. - zaśmiał się, a po chwili dodał - Wiele było takich głupich wypadków, uwierz mi. -
Pokiwałam delikatne głową. Złamane żebra? Okropieństwo. Nawet nie mogę wyobrazić sobie co musiał czuć chłopak.
- Czyli mam rozumieć, że masz miliony dziewczyn, które będą na twoje każde skinienie palca? - zaśmiałam się przerywając ciszę.
- A co? Zazdrosna? - spytał również się śmiejąc.
- Nie, raczej zdegustowana. - powiedziałam przyjmując poważną minę.
- W sensie? -
- No wiesz... Nigdy nie wiadomo co milion takich lasencji będzie chciał zrobić jak cię złapią - powiedziałam nachylając się w jego stronę i dodałam konspiracyjnym szeptem - A jak cię zgwałcą? - ledwo powstrzymywałam się od wybuchu śmiechem.
Moja gra aktorska wchodzi na coraz wyższe poziomy. Mimo, że w środku dusiłam się ze śmiechu, na zewnątrz pozostałam obojętna. Chłopak również nachylił się w moją stronę i zaczął szeptać.
- To wtedy będzie mały problem. -
- Czemuż to? - spytałam.
- Umiem się bić, chyba raczej nie wyglądam na ciotę. - wyszczerzył się perfidnie - Z resztą nie przepadam za całą tą popularnością... - stwierdził jakby przygaszając.
Westchnęłam cicho.
- W sumie nie mam czemu się dziwić. Cały czas ktoś coś. - powiedziałam.
Nastała chwila ciszy. Żeby jakoś rozładować atmosferę niepostrzeżenie wzięłam trochę śniegu do ręki i uformowałam kulkę, by po chwili rzucić nią w niczego niespodziewającego się chłopaka. Andy spojrzał w moją stronę z miną typu ''serio?''. Na odpowiedź wzruszyłam jedynie ramionami.
- Och Raven. Ile ty masz lat? Pięć? - spytał z poważną miną.
Ja się tylko zaśmiałam i usiadłam na śniegu.
- Poza tym nie bawię się w takie rzeczy. - stwierdził.
Spojrzałam na niego z uniesioną brwią, na co chłopak wzruszył ramionami. Oparłam się rękami o ziemię i patrzyłam w niebo. Nagle coś mokrego otarło się o mój policzek. Spojrzałam z niedowierzaniem na Andy'ego. Chłopak szczerzył się w moją stronę przygotowując kolejną porcję śniegu.
- Och Andy. Ile masz lat? Pięć? - powtórzyłam jego wcześniejsze słowa i szybko zebrałam trochę śniegu.
- Z tego co mi wiadomo dwadzieścia jeden. - wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Rzuciłam w niego kolejną kulkę, która trafiła chłopaka w brzuch.
- Właśnie wypowiedziałaś wojnę. - spojrzał na mnie poważnie.
Szybko wstałam i zaczęłam uciekać, śmiejąc się jak głupia. Co jakiś czas zbierałam trochę śniegu i na oślep rzucałam za siebie. Nagle poczułam jak upadam. W ostatnim momencie wykręciłam się tak by opaść na ziemię plecami. Okazało się, że to Andy się przewrócił i chcąc nie chcąc poleciał na mnie. Zepchnęłam z siebie jego ciężkie cielsko i złapałam śnieg rzucając nim w chłopaka, który odpłacił się tym samym. W pewnym momencie Andy syknął. Od razu swoją uwagę skupiłam na nim.
- Co się stało? - spytałam.
- Huh? A nic. -
- Andy. Widzę. Tak jakby mam oczy. - powiedziałam.
- Śniegu mi wpadło do ucha i trochę boli. - wydusił z siebie z kwaśną miną.
- Kurde Andy! Chodź, wracamy. - wstałam z ziemi i otrzepałam się ze śniegu.
- Co? Czemu? - spytał patrząc na mnie lekko zdezorientowany.
- Jeszcze mi się rozchorujesz tu zaraz czy coś. - stanęłam nad nim i czekałam, aż wstanie.
W końcu Andy ruszył swoje cztery litery i podniósł się z ziemi. Znając życie będzie się ociągał, więc złapałam go za rękę i zaczęłam iść w stronę Akademii. Doszliśmy (A/N hehe) tam po kilku minutach. Od razu poszłam w stronę swojego pokoju. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Andy jak ostatnia sierota powoli zdejmował kurtkę. Ja też zdjęłam kurtkę i powiesiłam ją na wieszaku, a szalik i rękawiczki położyłam na kaloryferze. Odwiesiłam też kurtkę chłopaka.
- Siadaj. - wskazałam Andy'mu miejsce przy wysepce, a sama zajęłam się przygotowywaniem herbaty.Po chwili postawiłam przed chłopakiem kubek z parującym napojem i usiadłam na przeciwko niego trzymając w dłoniach swój. Siedzieliśmy w ciszy.
- Boli cię? - spytałam.
- Ale co? -
Spojrzałam na chłopaka z miną ''nie żartuję''.
- Jest lepiej. - westchnął.
Chociaż tyle. Skoro go już tak bardzo nie boli, czy nie odczuwa, aż takiego zimna to nic się chyba poważnego nie stało.
- Będziesz chory jak nic. Kurde... Co mi przyszło do głowy z tym śniegiem? - spytałam samą siebie.

Andy? Kude wene mam ok? xDDD

Od Briana cd. Nancy

Pierwsze cztery dni w akademii zleciały Brianowi, jak z bicza strzelił. Na lekcje począł chodzić od samego poniedziałku, bez krzty strachu przed nowymi ludźmi, czy innym systemem nauczania, który tak naprawdę niewiele się różnił. Dołączenie w trakcie trwającego roku szkolnego nie postawiło Briana na przegranej pozycji. Pomimo bycia na ostatnim roku, posiadany zakres wiedzy jeszcze był wystarczający. Dzięki swojemu czarującemu uśmiechowi zdobył zakresy materiałów z paru przedmiotów, mogące pojawić się na końcowych egzaminach. Czas uciekał, a musiał jednocześnie trenować umiejętności swoje i konia, bo cztery lata to wcale nie tak dużo, oraz dorabiać w sprzedaży, jednak bez twórczości, nie mogły zaistnieć pieniądze na koncie.
W porównaniu do poprzedniej szkoły średniej, tutaj wolne w jakimś sensie zaczynało się od piątku. Brak lekcji był czymś przyjemnym, ale grupy wyjeżdżające na zawody, od samego rana robiące hałas na korytarzach oraz przed budynkiem, już nie. Niektórzy pozwolili sobie też na dłuższy sen, lecz nie Brian. Obudził się tuż przed szóstą, ubrał wygodne ciuchy i, pomimo szarówki, tradycyjnie wybrał na poranną przebieżkę. Nie zapominając oczywiście o najlepszym przyjacielu, piekielnym demonie Zamfirze, który mu potowarzyszył. Wystarczyło pięć dni, by stali się obiektem zainteresowań obu płci. W końcu nie codziennie można ujrzeć mężczyznę biegającego wzdłuż zewnętrznej strony płotu i konia wewnątrz pastwiska, podążającego tuż obok. Cóż, mógłby rzec, iż to dopiero początek. W lato zwyczajowo nosi się mniej ubrań, tym samym, dla wyrównania, słychać więcej wydechów i szeptów. Robił tak nieprzerwanie, pomimo widocznej blizny na lewym boku, ciągnącej się od ostatniego żebra, aż do kości miedniczej. Nie czuł przez nią żadnego dyskomfortu, czy skrępowania, ponieważ była jego częścią, aczkolwiek bieganie w czasie przedwiośnia bez koszulki mogłoby skończyć się chorobą.
Po zaczerpnięciu świeżego powietrza nastąpił czas na wyrafinowane śniadanie. Ogier, nieco przyzwyczajony do tejże rutyny, zaprowadzony z powrotem do boksu, otrzymał dobrze dobrany posiłek ze względu na dość delikatny żołądek.
U Kanga trwało to nieco dłużej, ponieważ musiał wrócić do pokoju, ogarnąć swoją osobistość, zebrać podręcznik od biologii wraz z rozpiską, by w końcu udać się na stołówkę. Biologia była drugim z kolei przedmiotem ogarnianym do egzaminów. Poprzednia była historia, która poszła mu w miarę szybko. Ów „ogarnianie” to nic innego, jak sprawdzanie tematów ze spisu treści z tymi na rozpisce. Temat nieznany trzeba było przeczytać no i, co oczywiste, wykonać związane z nim zadania. Po ciepłych grzankach z sadzonym jajkiem, zwieńczył śniadanie słodką kawą z mlekiem. Napój stał się wyśmienitym towarzyszem do lektury, by mógł siedzieć sam w swoim świecie, wśród gwaru rozmów. Do czasu.
Pomimo odcięcia się od rzeczywistości, nie uszło jego uwadze dość energicznie zajęcie miejsca obok, przez bliżej nieznaną mu personę. Nim uniósł wzrok, dokończył czytane właśnie zdanie. Siedzące przed nim dziewczę na pierwszy rzut oka mogło sprawić wrażenie zainteresowanej nowej znajomością, lecz kilka sekund wystarczyło Brianowi, by zauważył pewne znaki, odstępujące od codziennej normy.
- Hej, wszystko w porządku? – Zapytał odruchowo, pochylając się nieco.
Krucze włosy, rozczochrane, jakoby dopiero wstała. Czerwone policzki były pewnie skutkiem upojenia alkoholowego, a bijące od niej ciepło wskazywało na wysoką temperaturę. W związku z tym, iż procenty zazwyczaj obniżają ciepłotę ludzkiego ciała, jej organizm bronił się przed czymś innym.
- Daj mi spokój. Nic nie rozumiem, blyat. – Brian zlustrował ją pobieżnie wzrokiem, a ze względu na wszechobecną farbę, przeleciała mu wizja niespełnionej artystki zapijającej smutki wódką. – Czuję się świetnie.
Kiedy uniosła nań swoje oczy, niewiele mógł z nich wyczytać. Zamglone spojrzenie błękitnych tęczówek błądziło po jego postaci, po czym zatrzymało się na kubku stojącym między nimi. Dziewczę pochwyciło porcelanę i przyłożyło do swych ust, w widocznym poszukiwaniu czegoś do picia. Na nieszczęście był pusty. Zirytowana odstawiła go z hukiem.
- Potrzebuję więcej… - wymruczała pod nosem, dłońmi odpychając się od blatu z zamiarem wstania.
Czarnowłosa podniosła swoje wdzięki z siedziska, najpierw łapiąc równowagę bez podparcia, by po chwili odważnie postawić pierwszy krok. Jeśli byłbyś osobnikiem patrzącym z innego kadru, bez problemu zauważyłbyś brak jakiejkolwiek stabilności w posturze kobiety. Drugi krok w fazie unoszenia nogi wyglądał tak, jakby chciała przejść parę metrów na raz, lecz skończyło się to ustawieniem stopy tuż przed drugą, a w obecnym stanie skutkowało to niekontrolowanym pochyłem ciała w przód, zwiastujący upadek. Brian zdążył w porę zareagować i załapać dziewczynę w swoje ramiona, będąc jednocześnie zirytowanym jej zachowaniem. Po prostu nie znosił ludzi upojonych.
Nie miał zamiaru tego przedłużać, tak więc, zabrał podręcznik z blatu i wsunął go pod pachę, by mieć wolne obie dłonie, by następnie umiejscowić je na ramionach czarnowłosej. Nim cokolwiek zrobił, odtrąciła jego ręce, od razu zaczynając się bujać.
- Nie dotykaj mnie. Nie przyszłam tutaj na randkę, tylko po coś z procentami – prychnęła, jednocześnie stawiając krok w bok, by wyminąć Briana, który postąpił tak samo, nie mając zamiaru dać jej odejść.
- Tutaj nie znajdziesz takich dobroci – uciął, ponownie umiejscawiając swoje dłonie na jej szczupłych ramionach. – Mogę zabrać cię do miasta, ale najpierw musimy zajść do twojego pokoju.
- Po co? Chcesz mnie wykorzystać? Nawet pod wpływem nie jestem łatwa.
- Za darmo nie zdobędziesz alkoholu, a ja nie zamierzam ci go fundować. Krótka piłka. – Obrócił ją ku wyjściu, lekko pchając, aby w końcu zaczęła iść. – Ty pójdziesz po portfel, ja w tym samym czasie skoczę do siebie po kluczyki do auta i zrobimy sobie przejażdżkę. Nie wyglądasz na taką, co chce szybko wytrzeźwieć, więc spacer na świeżym powietrzu jest złym pomysłem.
W tym niecodziennym ustawieniu szli w niezłym tempie, o dziwo nie zwracając niczyjej uwagi. Kiedy znajdowali się już blisko części z pokojami, dziewczę zaczęło się szarpać.
- Potrafię iść sama, zostaw mnie – próbowała się zapierać nogami, lecz nadal nie posiadała nad nimi pełnej kontroli, także niewiele mogła zrobić.
- Szczerze w to wątpię – westchnął cicho, nieco odpuszczając, by ostatecznie zatrzymać się przed zakrętem. – Dobrze. Pod który numer mam przyjść?
Niespełniona artystka obróciła się doń przodem z nieco wrednym uśmieszkiem.
- Za dużo chciałbyś wiedzieć. Spotkamy się przy bramie, a teraz sama pójdę do swojego pokoju. Nie śledź mnie. – Pokiwała na niego palcem, niczym na niesforne dziecko, i tyle widziała świat.
W sekundę uśmiech zniknął, oczy zamknęły, zaś reszta ciała zwiotczała. Kang nieco wystraszony uchronił ją przed upadkiem, teraz kompletnie nie wiedząc, co ma zrobić. Numeru pokoju nie poznał, nie miał pojęcia, czy pielęgniarka w ogóle gdzieś tutaj funkcjonuje, i, jak na złość, teraz nikogo nie było w pobliżu. Z drugiej strony, kiedy jego mózg przeanalizował opcję z osobami trzecimi, przypomniał sobie, że tak właśnie zaczęła się historia z poprzednim partnerem. No, może podobnie, ale to wystarczyło, by poczuć obawę. Niewiele myśląc wziął ją na ręce, następnie szybkim krokiem pokonał odległość dzielącą ich od pokoju numer dwadzieścia cztery.
Zamknąwszy drzwi kopniakiem, poniósł dziewczę na sofę, gdzie ułożył ją delikatnie, samemu zaś przysiadając na podłodze. Przetarł twarz dłońmi mając wrażenie, że historia znowu zaczyna się powtarzać. Zamyślił się na dłuższą chwilę, niepotrzebnie dając się złapać wspomnieniom. Wpatrzony w lewą dłoń, również skażona blizną z obu stron, ocknął się dopiero, gdy mimowolnie zacisnął ją w pięść.
 Podniósł swoje ciało z podłogi, spoglądając na nieprzytomne dziewczę. Skoro wpadł już w błędne koło, postanowił się z niego wydostać, dlatego musiał pozbyć się przyczyny, by trwać w nim samotnie.
Jakkolwiek to zabrzmiało, Brian otworzył na oścież okno, wpuszczając chłodne powietrze do środka, następnie zmoczył ręcznik w chłodnej wodzie i ułożył na rozgrzanym czole czarnowłosej. Alkohol, choroba, być może coś jeszcze, sprawiło, że prawie pozbyła się swoich zębów. Im dłużej się przyglądał, tym więcej szczegółów wyłapywał, lecz tylko jedna rzecz była nadzwyczaj interesująca. Siniaki na nogach. Dokładniej na wewnętrznej stronie ud, pod kolanami oraz łydkach. Początkowo nie zwrócił na to uwagi, gdyż jego mózg przypisał to albo do materiału rajstop, albo do plam. Teraz, kiedy znajdował się tak blisko, dokładniej odróżniał ich barwy, widział granice nadające kształt.
Przyczyną powstania tychże sinych plam mogło być dosłownie wszystko, jednak Brian ograniczył się do najprostszych. Jazda konna, delikatność albo osoby trzecie. Nie chciał wiedzieć, nie miał zamiaru bliżej się z tym zaznajamiać. To był błąd, że przyniósł ją do siebie, jednak był gotów wyprosić ją zaraz po tym, jak otworzy oczy. Do jedenastej zostało paręnaście minut. W planach miał dzisiaj trening skokowy z Zamfirem, nie zamierzał ich zmieniać.
Tak bardzo starał się zająć tylko sobą, przestać włazić w cholerne bagno, które zabrało mu tyle bliskich osób. Ciągle to samo. Pierdolona karuzela, wiecznie będąca w ruchu.

< Nan? ^^ >

Od Olivi cd. Viktorii

Spojrzałam  na Viktorię podejrzliwym wzrokiem  i  z powrotem naciągnęłam rękaw bluzy.
- Dawno i nieprawda – burknęłam wkładając nogę w strzemię. Trochę pomęczyłam się z Diem, która uznała, że fajnie będzie postrzelać baranki. W końcu jednak po uderzeniu w łopatkę, ogarnęła swoje opętanie i stanęła spokojnie. Wsiadłam na nią i stępem minęłam lekko osłupiałą Viki. Zajęłam się rozciąganiem mojej kobyły w kłusie i na cavalleti. Przejechałyśmy drążki kilka razy, a potem przeszłyśmy w galop.
- Jedziemy w teren, jedziesz z nami? – zapytała Viktoria zatrzymując North przy bandzie. Spojrzałam na Carpe, która niecierpliwie gryzła wędzidło.
- Tak – odparłam cicho ruszając za rodzeństwem jadąc jako ostatnia. Moja kobyła uznała, że czas użreć konia przed sobą. Ogier kwikną i strzelił młodą z kopyta. Ta tylko rzuciła łbem i strzeliła białkami oczu. Zignorowałam ją i tylko odjechałam lekko na bok. Ogólnie cały teren był luzny, ale niezbyt odprężający.
**
Oparłam się plecami o zimną ścianę paszarni. Dzięki całej tej sytuacji wszystko wróciło z ogromną siłą. Devito. Miałam go od kiedy skończył lat pięć, a sześć kolejnych spędziłam na ciężkiej pracy. Kasztan od zawsze był wyjątkowo mocno dominującym koniem, sama sobie z nim nigdy nie mogłam poradzić. A jednak pod koniec naszej znajomości, udało się. Ale wtedy właśnie zdarzył się ten wypadek.
Zle odmierzona odległość w szeregu, plastikowa reklamówka łopocząca na wietrze i chwiejny skok. Devito zahaczający tylną nogą o drągi, huk, trzask łamiącej się kości i ciemność. To jedyne co pamiętam z tego zdarzenia. Dopiero potem dowiedziałam się, że mój ukochany koń zmiażdżył sobie nogę i nie było sensu go ratować. Niby chciałam się z tym pogodzić, ale i tak skończyło się na tym, że wzięłam do ręki żyletkę. Nikt, dosłownie nikt o tym nie wiedział i chciałam żeby tak pozostało. Ale się nie udało. No i chuj no i cześć. Jedyne pocieszenie w tym, że Viktoria i tak nie będzie w stanie nic zdziałać.
- Kurwa, kto schował witaminy North? – drzwi paszarki otwarły się z hukiem. Natychmiast wstałam i wyszłam z pomieszczenia nie obrzucając Viktorii nawet spojrzeniem. Skierowałam się wprost do Tanzera, który na mój widok prychną cicho. Poklepałam go po grzbiecie i usiadłam na kupce siana. Kucu od razu do mnie podszedł i położył się obok mnie kładąc łeb na moich łydkach. Zaczęłam bawić się jego grzywą, zawsze mnie to uspokajało. Od ponad ośmiu lat.
- Przekonanie cię do jakiejkolwiek rozmowy jest cięższe od ogarnięcia Amidi – obok mnie usiadła wcześniej zignorowana przeze mnie osoba. Na jej słowa wzruszyłam tylko ramionami wplątując palce w włosie Tanza. Kucyk uniósł łeb i trącił niebieskowłosą w rękę. Dziewczyna lekko pogłaskała ogiera po czole.
- Szybko to zauważyłaś, brawo – mruknęłam poprawiając kantar kasztanowatego.
- Wiem co się tam stało, Matt mi powiedział – odparła moja towarzyszka. – Ale i tak chcę usłyszeć to samo z twoich ust.
No i karuzela spierdolenia ruszyła.
>Vicz? ( ͡° ͜ʖ ͡°)

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Od Andy'ego cd. Raven

- Okej... To poczekaj chwilę na mnie. - oznajmiła po chwili ciszy. Spojrzałem na nią pytająco.
- Chcę ubrać kurtkę czy coś. Nie wiem jak ty, ale ja szybko marznę. - zaśmiała się.
- Aaa... Okej. To widzimy się przy bramie? -
- Okej. Do zaraz. - machnęła mu ręką i odeszła w stronę swojego pokoju. Ja także postanowiłem pójść po kurtkę, szybko biorąc pierwszą lepszą. Powoli poszedłem w stronę umówionego miejsca, nie czekałem zbyt długo bo po chwili przyszła ubrana w kurtkę, szalik i rękawiczki.
- To to gdzie idziemy Lordzie Vaderze? - zapytała, a ja  miałem ochotę zabić ją wzrokiem.
- Też cię kocham. - powiedziała i ruszyła przed siebie. Szybko ją dogoniłem, początek naszej drogi pieczętowała cisza. Postanowiłem że celem naszej drobnej wędrówki będzie pobliski park.
- No więc co powiesz o sobie ciekawego? - zagadnąłem, spoglądając lekko w jej stronę
- Zależy na jaki teren wchodzisz. - spojrzała na mnie z powagą. Popatrzyłem na nią zmieszany, jednak po chwili zrozumiałem o co chodzi.
- Ja tak ogólnie pytam. - zaśmiałem się.
- Hmmmm... Coś ciekawego mówisz? - zapytała retorycznie, odpowiedziałem jej kiwnięciem głową - Więc jestem piromanką.
Spojrzałem na nią zdziwiony, szczerze mówiąc nie spodziewałem się tego po niej.
- No widzisz. Nie wszystko widać na pierwszy rzut oka. - zaśmiała się.
- Kto by pomyślał. - również się zaśmiałem.
- No to po drugie... Hmm... Mam tatuaż. - powiedziała.
- Ma jakieś szczególne znaczenie? -
- Eeeeee... Nie. - zaśmiała.
- Co by tu jeszcze powiedzieć? - zapytała retorycznie.
- To już zależy od ciebie. - zaśmiałem się.
- Usiądziemy? - spytała, wskazując na pobliską ławkę.
- Czemu nie.
Dziewczyna naciągnęła rękaw kurtki i wytarła śnieg który leżał na ławce, zrobiłem lekko smutną minę że nie "odśnieżyła" dla mnie.
- A dla mnie? -
- Sam sobie musisz poradzić. Jesteś już duży.
- Ale będę miał mokrą rękę.
- To nie mój problem.
- Ale mogę sobie wtedy ją odmrozić czy coś. - spojrzałem na nią prosząco.
- Nah, niech ci będzie. - powiedziała, szybko zgarniając resztkę śniegu.
- Dziękuje ci bardzo. - uśmiechnąłem się.
- Ależ nie ma za co. - odwzajemniła uśmiech.
- Może teraz ty coś o sobie powiesz hmm? - zapytała, przerywając niezręczną ciszę.
- Pff... Same nudy, uwierz. - westchnąłem, poprawiając włosy.
- Mamy coś lepszego do gadania? - uśmiechnęła się łobuzersko.
- No to jestem piosenkarzem, miałem dość ciekawe dzieciństwo plus jestem wegetarianinem. - powiedziałem szybko. - to raczej nie powinno cię zadziwić. - zaśmiałem się.
- Piosenkarzem powiadasz? - spytała zaciekawiona.
- Ta, ale to nie zbyt fajny fach - westchnąłem wspominając ostatni wypadek w trasie.
- Co masz na myśli?
- Ostatnio miałem wypadek na scenie, nie pytaj jak ale złamałem parę żeber a najgorsze że jeszcze mi odbiło by nie przerywać koncertu i męczyłem się jeszcze jakieś dwie godziny. No a potem szpital i takie tam ale ogółem to nie mam jednego żebra. - zaśmiałem się.
- Wiele było takich głupich wypadków, uwierz mi. - dodałem po chwili.




Raven? Wybacz że cię tak zostawiam xD może niech opowie jak przyjechała? Idk niech gada coś o sobie, może niech auto ich przejedzie
Wgl cud bo opek po miesiącuuu XD

Od Viktorii cd. Olivii

Matthew zamówił mi kawę, sobie zresztą też. Czyli to też wyniósł z domu, i nie przeszło mu podczas pobytu w Australii, czy cholera wie gdzie on był. Opowiedział mi wszystko, co robił za granicą. Czułam się nieco niezręcznie, bo w przeciwieństwie do niego, nie szło mi tak dobrze w życiu. On nadal miał kontakt z oboma rodzicami, ja pisałam tylko z ojcem, do którego dalej żywiłam niewielką urazę. Może niechęć? Matt pociągnął łyka kawy i spojrzał na mnie.
- Mieszkasz niedaleko? - Zapytał, delikatnie się uśmiechając. - Urocza mieścinka.
- Nie. - Odparłam, zmieszana pytaniem. - W Akademii. - Unikałam jego spojrzenia jak ognia. - Trzymam tam dwa konie... - dodałam, nieco ciszej. Matt uniósł brwi ze zdziwieniem.
- Myślałem, że zostawiłaś wszystkie konie u taty... - powiedział, nieco z wyrzutem. Pokręciłam głową.
- Zabrałam Northie. I jakiś niecały rok temu kupiłam Amidię. - popatrzyłam na Matta, błagając go wzrokiem, by zmienił temat. Chyba zrozumiał, to co chciałam przekazać.
- A... powiedz mi, Olivia jeździ? - pociągnął kolejny łyk kawy. Pod jego nosem został białobrązowy wąsik z piany. Wytarłam mu go, twierdząc że nic się nie zmienił.
- Cześć. Mam nadzieję, że wam nie przeszkadzam – uśmiechnęła się dziewczyna, siadając koło mnie. Zrzuciła Norbiego z kanapy. Mały aussie położył się koło Tenebris, która warknęła ostrzegawczo.
- Nie, nie przeszkadzasz – odpowiedziałam, głaszcząc pieska po łebku. Był uroczy.  – Matt właśnie pytał czy jeździsz.
Olivia popatrzyła na mnie jak na idiotkę, no co ja poradzę?
- Tsa… skoki, ujeżdżenie, styl hiszpański, sztuczki i tak dalej – mruknęła z zakłopotaniem.
- Kojarzę cię. Zawody skokowe w Madrycie. Robiłaś pokaz z kucykiem i jechałaś parkur na kasztanie – Rzucił Matthew. Olivia zarumieniła się, i zamrugała szybko. Słyszałam coś o wypadku podczas zawodów, ale nie podejrzewałabym, że Olivia mogłaby w tym uczestniczyć. Matt niewiele mi o tym opowiadał, pomimo że byłam ciekawa. No co za cholera z niego.
- Byłam – ucięła temat. Zabiłam Matthewa wzrokiem i rzuciłam przelotne spojrzenie Olivii. Do końca naszego spotkania, dziewczyna siedziała w telefonie albo głaskała psy.
- My się już będziemy zbierać. Do jutra Matt – Wtuliłam się w brata. Olivia pożegnała się i z prędkością światła poszła do auta. Matt miał dzisiaj ogarnąć kilka spraw, i przyjechać do mnie z samego rana. Obiecałam mu, że przejedziemy się w teren, albo pojeździmy tak po prostu. Otworzyłam Olivii auto i wpakowałam Tenebris do tyłu.

 ~*~

Matt wlazł do mojego pokoju bez ostrzeżenia.
- Puka się, idioto! - wykrzyknęłam, gdy ten siadał na łóżku. Założyłam na siebie jakąś bluzę i ochrzaniłam żartobliwie brata.
- Dobra, dobra. Nie zachowuj się jak mama. - zaśmiał się, gdy usiadłam koło niego. - Idziemy? - pokiwałam głową, i założyłam trampki. - A ty dalej jeździsz w trampkach i jeansach. Nic się nie nauczyłaś? - zapytał, samemu dopinając czapsy. Wyszedł z pokoju i poszedł do stajni szkółkowych wierzchowców. Nie dam mu Dii, bo już przy wsiadaniu wylądowałby na piachu. Poszliśmy wybrać mu jakiegoś konia, z którym w miarę się dogada. Wahałam się pomiędzy Ikarem i Starem.
- Kogo z nich wolisz? - zapytałam, wskazując na oba konie, które miały totalnie gdzieś naszą obecność. Wskazał ze spokojem na Stara. - Tam masz szczoty, ja idę ogarnąć North i pogadać z Olivią. - powiedziałam, i zostawiłam chłopaka sam na sam z koniem. Wiedziałam, że sobie poradzi. No bo kto, jak nie on? Osiodłałam North, zakładając jej krwiście czerwony zestaw. Założyłam ochraniacze na cztery nogi, bo miałam zamiar coś poskakać. Założyłam jej kantar i podpięłam uwiąz, wychodząc z jej boksu.
- Długo jeszcze będziesz z nią ćwiczyć? – oparłam się o ogrodzenie ujeżdżalni i spojrzałam na blondynę.
- Nie wiem, a co? – odpowiedziała  pytaniem na pytanie. Przewróciłam oczami. Odwróciłam się, gdy usłyszałam odgłos kopyt na dziedzińcu. To Matthew wyszedł ze Star'em na zewnątrz.
- Jakby co, jesteśmy na hali. - powiedziałam, i odwróciłam się na pięcie, idąc po swoją klacz. North obwąchała ogiera i odskoczyła, rżąc na niego. - No popatrz, ogier. On nie gryzie. - pogłaskałam ją po chrapach i kazałam bratu iść. Dotarliśmy do hali, gdzie były już poustawiane przeszkody. Zdjęłam derkę klaczy i przewiesiłam ją przez bandę. Matt zrobił to samo i po chwili siedział na koniu. Nie byłam mu dłużna, i zrobiłam to samo. North ruszyła żwawym stępem, a ja wyjęłam telefon z kieszeni i go wyciszyłam, po drodze sprawdzając powiadomienia.
- A ty dalej używasz telefonu jak jeździsz? - powiedział z wyrzutem. Odpowiedziałam mu cichym "mhm" i włożyłam go do kieszeni. Zaczęłam rozgrzewać North, Matt odczepił się i zajął się rozgrzewką mieszańca. Zaczęłam jeździć w kłusie jakieś drągi z podwyższeniem, zmuszając North do ponownego skupienia się na sobie i równowadze. Przeszłam do stępa, gdy na halę weszła Olivia ze swoim koniem.
- Hey. - podjechałam do niej. - Tak sobie myślę... może jak rozgrzejesz swoją kobyłę, to przejedziemy się w teren, pławić konie albo coś? -  popatrzyłam na Matta i Olivię. Rękaw dziewczyny podwinął się, ukazując podłużne blizny. - Co to jest? - zapytałam podejrzliwie. - Po czym? - dodałam po chwili milczenia. Olivia oblała się rumieńcem, a Matthew zabił mnie wzrokiem.


Olivia?( ͡° ͜ʖ ͡°) Zgodnie z twym życzeniem :>