wtorek, 8 stycznia 2019

Od Mammeloe do Ricka

Była dopiero siódma czterdzieści dwie, a ja już zdążyłam się skompromitować.
Jeśli chodzi o śniadanie, totalna kicha. Zapomniałam o jajkach w garnku, które w ciągu piętnastu minut zdążyły tak się przegotować, że trzeba było pootwierać wszystkie okna, aby móc oddychać (przypominam, że jest zima i w samym szlafroku nie było mi zbyt przyjemnie). Musiałam więc ugotować je jeszcze raz, przez co straciłam na czasie.
Wpadłam też na wprost wspaniały pomysł, aby najpierw się ubrać, a potem zjeść te nieszczęsne jajka. Niestety, tego dnia nic ze mną nie współpracowało; nawet majonez, który jakimś cudem znalazł się na moich dżinsach. Musiałam je więc przebrać. Na szczęście miałam do wyboru ponad dwadzieścia pary, więc z tym jakoś nie było większego problemu.
Największą wadą tego poranka było to, że za dziesięć minut zaczynałam lekcje, a byłam jeszcze w pokoju. Nie chciałam się spóźnić na pierwsze lekcje w Dressage Academy.
Wpuściłam Roco do terrarium,  a następnie z prędkością światła ubrałam kurtkę, a na szyi owinęłam sobie ogromny szal z frędzelkami.
Rozejrzałam się po pokoju, aby sprawdzić czy niczego nie zapomniałam, po czym zamknęłam go na klucz i spiesznym krokiem ruszyłam w kierunku budynku lekcyjnego.
Kiedy byłam pod wejściem, sprawdziłam na telefonie, która godzina. Siódma pięćdziesiąt siedem. Może jeszcze zdążę, pomyślałam.
Przypomniałam sobie jednak, że nie mam pojęcia, gdzie znajduje się sala numer sto. Zerknęłam na plan lekcji, aby się upewnić, czy to na pewno w tej sali mam teraz lekcję, ale jak się okazało, dobrze pamiętałam.
Nagle usłyszałam dzwonek.
Przeklęłam w myślach i zaczęłam nerwowo chodzić po szkole, szukając tejże sali.
Na szczęście zobaczyłam na korytarzu jakiegoś chłopaka, który również spieszył się na lekcję.
- Przepraszam! - zawołałam.
Odwrócił się.
- Gdzie mogę znaleźć salę sto? - spytałam, uśmiechając się lekko.
Chłopak przeczesał ręką włosy.
- Idź piętro wyżej i skręć w lewo. Sorry, muszę lecieć - odparł i ruszył w innym kierunku.
- Dzięki! - krzyknęłam i poszłam po schodach na drugie piętro. Tuż za rogiem skręciłam w lewo. Od razu zauważyłam drzwi z numerem sto. Odetchnęłam z ulgą i spojrzałam na zegarek. Byłam spóźniona sześć minut.
Tuż przed drzwiami zatrzymałam się. Trochę się obawiałam, ale mimo wszystko otworzyłam powoli drzwi, aby udać się na lekcję chemii. Wszyscy spojrzeli na mnie zaciekawieni.
- Przepraszam za spóźnienie... Nie mogłam znaleźć sali - wyjaśniłam, starając się mówić przekonującym tonem.
- Nic się nie stało - odparła nauczycielka w szarej spódnicy. - Pewnie jesteś tutaj nowa?
- Zgadza się.
- Jak się nazywasz?
- Mammeloe Candèze - powiedziałam.
Nauczycielka otworzyła dziennik i zaczęła czegoś szukać.
- Tutaj? - spytała, pokazując moje nazwisko.
- Tak - odparłam.
Właściwie, spodziewałam się takiego zachowania. Chyba jeszcze żaden Amerykanin lub ktokolwiek inny, kto nie pochodził z mojego kraju, nie potrafił prawidłowo zapisać mojego nazwiska, zanim mu go nie przeliterowałam.
- Dobrze. Usiądź, Maloe.
- Mammeloe - poprawiłam.
- Och, przepraszam... W każdym razie usiądź, może tutaj, z Rickiem - nauczycielka wskazała mi miejsce.
Chłopak o czekoladowych oczach podniósł oczy znad zeszytu. Posłałam mu uśmiech i usiadłam obok niego.
Nauczycielka wydawała mi się miła, a i uczniowie nie wyglądali na wrogo nastawionych. Wręcz przeciwnie, cały czas mi się przyglądali. Czułam, że jak tylko skończy się lekcja, otrzymam od nich masę pytań.
- Dzisiaj będziemy pracować w parach - oznajmiła nauczycielka.
Uśmiechnęłam się pod nosem. To oznaczało bliższe poznanie osobnika siedzącego koło mnie.


Rick? ^^

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Od Lynette C.D Gabriela

Czarny samochód którym mój jakże kochany kuzyn, Carter, postanowił odwieźć mnie do akademii, właśnie wjechało przez ogromną bramę na parking dla nauczycieli i uczniów placówki. Brunet postanowił zostać w samochodzie i zostawić mnie samą z kotką, bagażami oraz dwójką wierzchowców. Mocno trzasnęłam drzwiami i mogłabym się założyć, że słyszałam jak spokrewniony ze mną chłopak głośno klnie. Uwielbia swój samochód. Przewróciłam oczami nad jego nie empatycznym charakterem. Szkoda, że rodziny się nie wybiera. To okropna rzecz kiedy musisz egzystować z tak głupimi stworzeniami tyle lat. Poradziłam sobie z wyprowadzeniem Merandusa, ponieważ jak prawie zawsze był spokojny i łagodny. Zdecydowanie gorzej było z gniadą klaczą, bo akurat kuzyn zdecydował się wypuścić z samochodu moją jakże uroczą kotkę, której Mac wręcz nie znosiła, o ile po prostu nie była nią przerażona. Zacisnęłam szczękę starając się nie nawrzeszczeć na starszego o dwa lata chłopaka. Skurwiel jeden, myśli, że mu to puszczę płazem. Kolejny głęboki wdech pozwolił mi nieco spuścić z tonu, więc ponownie podjęłam próbę wyprowadzenia gniadoszki. Na marne. Już miałam się poddać, gdy nadeszło moje wybawienie. Dwaj bruneci podeszli do mnie, z czego ten o imieniu Sean zaproponował mi pomoc. Z wdzięcznością oddałam mu uwiąz machającego ogonem grubaska i zajęłam się upartą Danse Macabre II. Bez obciążenia jakim było pilnowanie drugiego rumaka, już z niewielkimi trudnościami wyprowadziłam klacz z przyczepy. Gdy miło uśmiechnęłam się do mojego wybawcy, niemal spaliłam się pod ostrym spojrzeniem jego towarzysza. Carter nareszcie podjął decyzję, która obejmowała pomoc mojej jakże biednej osobie. Pokój który mi przydzielono wydawał się całkiem przytulny, drewniane elementy i wykończenia  dodawały mu uroku co bardzo mi się podobało. Pale rozłożyła się na pościelonym łóżku i momentalnie zapadła w sen. Jej zdecydowanie jest za dobrze, ja nie mogę spać sobie ile mi się podoba. Rozpakowałam się, ułożyłam mniej więcej wszystkie swoje drobiazgi które miałam w pokoju w Toronto i ustawiłam gitarę na stojaku. Uśmiechnęłam się na widok póki co panującego tu porządku. Już jutro wszystko będzie zupełnie inaczej rozłożone, zapewne w wielkim nieładzie. Uśmiechnęłam się lekko do samej siebie na wspomnienie o dwójce chłopaków. Obaj byli przystojni, jednak chyba nie chciałam się narażać Alanowi. Zasiadłam przy biurku, wykładając na nie stopy z założonymi bordowymi tenisówkami. Odchyliłam głowę do tyłu i przez jakiś czas zbierałam się w sobie, żeby wreszcie rozpocząć naukę francuskiego. Przerwało mi skrzypnięcie drewnianych drzwi. Wytrzeszczyłam oczy i omal nie spadając z krzesła (gdybym spadła Alan byłby wniebowzięty) zerwałam się do drzwi za którymi już znikła biało-szara kulka futra. Przeklęłam kotkę kilka razy po czym udałam się w dość nierówny pościg. Bo jakie są szansę, że w ogóle znajdę Pale? Wydałam z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, na potrzeby wyobraźni nazwijmy go warknięciem. Cholerna gruba kotka, przecież jeszcze nie tak dawno temu smacznie sobie spała! Trzymając się barierki zbiegałam po schodach aż zabrakło mi tchu. Okej, to było tylko jedno piętro jednak... nie spodziewajmy się za wiele jak chodzi o moją kondycję. Kolejny raz w ciągu tego dnia moim wybawcą był nie kto inny jak Sean, a jego towarzysz unosił kpiąco brew gdy przepraszałam ich obu. Zabrałam na ręce futrzastą przyjaciółkę, która właśnie po raz pierwszy mnie zdradziła, i zaniosłam prosto do pokoju z którego uciekła jeszcze nie tak dawno.
- Kiedyś przerobię cię na kotlety. Zobaczysz - pogroziłam jej przy okazji odkładając z powrotem na łóżko.
Sama rozprostowałam kości poprzez przeciągnięcie się i usiadłam na pufie należącej do wyposażenia mojego nowego lokum. Z torby wyciągnęłam obecnie przeze mnie czytaną książkę "Nie poddawaj się" napisaną przez Rainbow Rowell  i zatopiłam się w lekturze. To było coś czego potrzebowałam po ostatnich wydarzeniach.
***
Tego dnia jednak chyba nie dość mi było wrażeń. Postanowiłam wybrać się na poszukiwania kawiarni czy czegoś podobnego. Zabrałam ze sobą (o dzięki ci ten który to wymyślił) bezprzewodowe pomarańczowe Beatsy oraz telefon. Dla bezpieczeństwa wszystkich mieszkańców akademii zamknęłam pokój na klucz i dwa razy to sprawdziłam. Kolejny raz nie zamierzam za tą zwierzyną biegać. Wzięłam głęboki wdech przed wyjściem do ludzi. To straszne jak bardzo ich obecność mnie przytłacza i jednocześnie cieszy. Uśmiechnęłam się ponuro na wspomnienie o dawnych szkołach. Poprawiłam uczesane w wysoki koński ogon włosy i ruszyłam korytarzem. Zeszłam piętro niżej, tam gdzie ostatnio spotkałam dwójkę jedynych znanych mi tutaj ludzi i skrzywiłam się słysząc głośne, szczere śmiechy. Doskonale wiedziałam do kogo one należą, więc nie myślcie sobie też, że byłam zazdrosna czy coś. No może odrobinkę. Zdecydowanie brakowało mi czasu spędzanego w towarzystwie Gwyneth, osoby na której mogłam polegać i w której zawsze miałam wsparcie. Włączyłam swoją ulubioną playlistę gdzie powitało mnie Want You Back 5 Seconds Of Summer. Przeszłam jeszcze kilka kroków, aby prawie upaść przez ślicznego, jasnego charta. Pies radośnie merdał ogonem i dyszał jak po długim biegu. Niepewnie uśmiechnęłam się i wyciągnęłam w jego kierunku rękę. Ten podszedł bliżej i oparł się o moją nogę prosząc o głaskanie. W tym momencie bardzo przypominał mi pragnącą uwagi kotkę którą zostawiłam w pokoju. Zza rogu wybiegł chłopak. Prawdopodobnie właściciel nieznanego mi psa. Lekko blada skóra, ciemnobrązowe włosy. Z wyglądu przypominał mi tych wszystkich kapitanów drużyny hokeja w Toronto. Mimowolnie zacisnęłam szczękę i przygotowałam się na konfrontację. Zsunęłam słuchawki na szyję i zaprzestałam głaskania psa któremu wyraźnie się to nie spodobało. Podreptał do właściciela tym razem to jego prosząc o poświęcenie mu uwagi.
- Przepraszam za niego, czasami znajduje sobie ofiary które mogłyby nieco podnieść jego samoocenę - odezwał się chłopak.
Jego głos był głęboki, jednak nie przyciągnął aż tak mojej uwagi. To chyba nadal kwestia pierwszego wrażenia pozostawionego przez dwóch poprzednich uczniów akademii. Czy wszyscy tacy tutaj są? Trafiłam do jakiejś komedii? Nikt nie wspominał o ukrytych kamerach, ale kto ich tam wie.
- Nic się nie stało, sama miałam dzisiaj podobny problem - spróbowałam się uśmiechnąć, ale zapewne wyszedł mi jedynie jakiś grymas.
Zapadła niezręczna cisza, więc postanowiłam szybko się zmyć tak jakbym nikogo nie spotkała.
- Jesteś tu nowa czy znasz trochę to miejsce? - usłyszałam gdy już byłam w pół kroku od schodów.
Westchnęłam. Odpowiem i idę. Tego się trzymajmy.
- Cóż... dzisiaj przyjechałam - powiedziałam dbając o to, aby mój głos był pozbawiony jakichkolwiek emocji.
Nieznajomy pokiwał powoli głową na znak zrozumienia. Posłałam mu przepraszające spojrzenie i zbiegłam po schodach zeskakując z dwóch ostatnich stopni niczym dziecko.
***
Jak zwykle spóźniona wybiegłam z budynku mieszkalnego i nie zważając na brak czapki oraz rozpiętą kurtkę zaczęłam biec w kierunku w zasadzie bliżej mi nie znanym. Miałam jedynie szczerą nadzieję, że moja intuicja nie zawiedzie i dotrę na lekcje na czas. Rozwiązała mi się sznurówka jednego z adidasów jednak nie miałam zbyt wiele okazji na zawiązanie jej na powrót. Złapała mnie kolka i miałam ochotę tylko wyłożyć się na śniegu i już z niego nie wstawać. Na szczęście dotarłam pod jakiś budynek który okazał się być tym w którym odbyć się miały zajęcia. Odetchnęłam głęboko, aby w nieco mniejszym pośpiechu poszukać swojej szafki. Zostawiłam w niej niepotrzebne mi w tym momencie książki i w tłumie uczniów zaczęłam się przeciskać w poszukiwaniu odpowiedniej sali. Byłam prawie pewna, że to już niedaleko i gdy znalazłam odpowiedni numerek na mojej twarzy zagościł triumfalny uśmiech. Zajęłam miejsce obok osoby na którą nawet nie popatrzyłam. Dopiero gdy odłożyłam torbę spojrzałam w kierunku nieco zdziwionego szatyna. 
- Czy ja cię czasem skądś nie kojarzę? - uniósł pytająco brew.
Wyjęłam zeszyt przygotowany do chemii i jeszcze raz zmierzyłam chłopaka wzrokiem. Przejrzałam szybko w głowie listę osób na które się wczoraj natknęłam.
- Tak tak - zmarszczyłam nos - Wczoraj na korytarzu podbiegł do mnie twój pies. Jestem a nowa, tak jak ty?
Przytaknął. 
- Jesteś dziwna - stwierdził, a ja jedynie skwitowałam to przewróceniem oczami.
Już miałam coś odpowiedzieć kiedy zadzwonił dzwonek. W zasadzie może to co chciałam powiedzieć wcale nie było takie istotne. 
Całą lekcję spędziłam na wystukiwaniu długopisem rytmu piosenki którą niedawno napisałam. Ciekawe czy ktoś w tej placówce na czymś gra i mogłabym się go poradzić. Zebrałam podręcznik, zeszyt i piórnik do torby, a następnie wstałam z drewnianego krzesełka. Siedzący obok mnie chłopak notował jeszcze ostatni wzór o którym ja kompletnie zapomniałam. W duchu machnęłam na to ręką i jak najszybciej wyszłam z sali. Następną lekcję miałam mieć piętro niżej. W kieszeni spodni odezwał się mój telefon. Wyciągnęłam go, zwolniłam kroku i przeczytałam powiadomienie.
Gwyneth: Jak tam DA? Radzisz sobie kochana?
Uśmiechnęłam się delikatnie i ostrożnie zaczęłam schodzić po schodach. Szybko wystukałam odpowiedź.
Lynette: Jasne, zdzwonimy się jak skończę lekcje? 
Jednak nie dane mi było odczytać odpowiedź, ponieważ wpadłam na coś, a raczej na kogoś. Odbiłam się od ramienia tejże osoby wprost na barierkę. Syknęłam czując, że będę miała na boku siniaka. Uniosłam wzrok na jedyną istotę żywą znajdującą się obecnie na schodach. Uśmiechnęłam się z lekką skruchą napotykając spojrzenie ciemnego bruneta. Parsknął śmiechem widząc mnie - okaz wszelakich nieszczęść.
- I tak znowu się spotykamy - wydawał się być rozbawiony, jednak widziałam w tym nieco sztuczności. - Jestem Gabriel.
Och, okej. Przedstawił się. Chyba też powinnam.
- Ja Lynette - rzekłam cicho, nadal nie wiedząc czego się po chłopaku spodziewać. 
Pamiętaj, jesteś inna i masz tylko Neth. Nikt inny nie będzie chciał cię znać, idiotko.

Gabriel?
Pewnie to nie do końca to czego oczekujesz, ale no... piszę do ciebie pierwszy raz

Od Douglasa cd. Maxime

Maxime uśmiechnęła się szeroko i pokiwała energicznie głową.
- Bardzo chętnie… - powiedziała. - Aha, nie gryzę. Pytaj, o co chcesz.
Dziewczyna wyszła z hali, a ja patrzyłem na nią, nieco zaskoczony. Czy naprawdę aż tak było widać, że się denerwuję? A właściwie dlaczego się denerwowałem?
Otrząsnąłem się z niechcianych myśli i wróciłem do lonżowania. Pozwoliłem klaczy przejechać kilka kółek stępem, po czym pogoniłem ją do kłusa. Po rozgrzewce zaczęliśmy ćwiczyć galop na właściwą nogę, z czym Lilka miała problem.
Godzinę później rozstępowałem ją i odprowadziłem do stajni.
- Dobra dziewczynka - powiedziałem i wręczyłem jej przysmak.
Zamknąłem boks i poszedłem do pokoju, aby zająć się zadaniami domowymi, których było dość sporo.
Około godziny dwudziestej drugiej, zmęczony całym dniem, usnąłem siedząc przy biurku.
***
DRYYYŃ!
Z zamkniętymi oczami uniosłem głowę i westchnąłem głośno. Zdecydowanie nie wystarcza mi osiem godzin snu, pomyślałem.
Otworzyłem oczy i poszedłem wyłączyć mój wredny budzik, który nie umiał zatrzymywać czasu.
Spojrzałem na swoje ciało i ujrzałem ubrania, w których byłem wczoraj. Dopiero po chwili zrozumiałem, czemu nie jestem w piżamie.
Postanowiłem więc wziąć prysznic. Następnie ubrałem się i poszedłem zrobić sobie kanapki, a potem spakowałem się i wyszedłem z internatu.
***
Skończyłem pisać ostatnią literę i zamknąłem zeszyt. Zerknąłem na zegarek. Dwudziesta piętnaście. Przez te zadania domowe zaczyna mi brakować czasu na pracę w stajni!
Przebrałem się i wyszedłem, po drodze biorąc ze stolika jabłko dla Lilki.
- Cześć - powiedziałem do niej półgłosem i dałem jej jabłko. Od razu wzięła je do swojego pyszczunia i schrupała, rozlewając dookoła swoją ślinę zmieszaną z sokiem z owocu. Zaśmiałem się cicho.
Nagle wydało mi się, że kogoś słyszę. Odwróciłem głowę i na drugim końcu korytarza zauważyłem Maxime, która zakładała ogłowie... Tak, właśnie jemu. Peter Panowi.
Uśmiechnąłem się i podszedłem do niej.
- O, cześć! - powiedziała, puszczając łeb gniadego. - Chciałbyś mi pomóc? I może później wsiąść na chwilę na Petera? Jestem wykończona i poprosiłabym cię, żebyś go troszkę rozgrzał.
Uśmiechnąłem się.
- Hej. Jasne, pomogę ci, ale czy na pewno chcesz, abym wsiadł na tego Diabła?
Dziewczyna roześmiała się.
- To twoja decyzja! - odparła. - Ale w sumie, to dość grzeczny konik. To jak? Pojeździłbyś na nim chwilę?
- No jasne! - powiedziałem, kiwając głową. - Lilka nie jest jeszcze zajeżdżona, więc rzadko jeżdżę, tylko na koniach stajennych. Zdecydowanie powinienem na niego wsiąść.
Maxime uśmiechnęła się.
- Najpierw trzeba mu jakoś wepchnąć wędzidło...
Złapała głowę konia i zaczęła podawać mu wędzidło, ale Peter nie był tym zbytnio zainteresowany. Westchnęła i pokręciła głową.
- Zazwyczaj chętnie je przyjmuje, ale teraz ma ochotę na rozmowę z innym koniem - powiedziała.
Rzeczywiście, ogier cały czas patrzył w jednym kierunku, co jakiś czas rżąc.
- Dobra, dosyć tego! - powiedziała Maxime i stanowczo przyciągnęła jego głowę do siebie, jeszcze raz podając mu metalowy przedmiot. Koń wreszcie otworzył pysk i przyjął wędzidło.
Dziewczyna odetchnęła i uśmiechnęła się.
- Dobry koń - powiedziała do ogiera. - To co, pozapinasz mu paski? Ja muszę iść na chwilę do instruktorki, ale zaraz wracam.
- Okej - odparłem i podszedłem do ogiera.
Peter spojrzał na mnie zaciekawiony. Uśmiechnąłem się i pogłaskałem go po czole. Zapiąłem mu paski od ogłowia, a następnie zdjąłem wodze z szyi i stałem z nim, czekając na koleżankę.
Po minucie przyszła.
- Dobra, to teraz na nim pojeździsz, tak? - spytała. Kiwnąłem głową. - No dobrze... Jedna uwaga: pilnuj, aby nie zapomniał, że na nim siedzisz. Inaczej czeka cię odrobina cwału. - powiedziała Maxime. - Ja przyjdę na halę za jakieś piętnaście, góra dwadzieścia minut.
- W porządku. To... idę.
Maxime wróciła do gabinetu instruktorki, a ja zaprowadziłem Petera na halę.

Maxime? :D

niedziela, 6 stycznia 2019

Od Maxime cd. Douglasa

Po usłyszeniu propozycji chłopaka uśmiechnęłam się szeroko i pokiwałam energicznie głową.
- Bardzo chętnie…- powiedziałam, po czym dodałam. - Aha, nie gryzę. Pytaj, o co chcesz.
Po wypowiedzeniu tych słów wyszłam z hali i ruszyłam w stronę stajni. Cały czas czułam na sobie wzrok blondyna, pewnie zaskoczonego moimi ostatnimi słowami. Mogłam tego nie mówić, ale Douglas rzeczywiście wyglądał, jakby bał się mnie zapytać o spacer z końmi. A ja nie chciałabym, żeby ktokolwiek się bał. Gdy znalazłam się w stajni, wprowadziłam Ain't Misbehaving do boksu i rozsiodłałam ją. Następnie szybko wyczyściłam, zaniosłam sprzęt do siodlarni i ponownie wróciłam do Misi. Pogłaskałam ją po szyi w geście pożegnania, po czym ruszyłam w stronę internatu. Dzisiejszy dzień stajenny zakończył się dla mnie nawet dobrze, nie tylko ze względu na pogodzenie się z Douglasem, ale też z powodu dobrej pracy, jaką wykonałyśmy razem z Karą.
Gdy weszłam do pokoju, jedyną rzeczą, o jakiej myślałam, to matematyka, którą miałam ochotę jak najszybciej odrobić. Ten przedmiot nie sprawiał mi żadnych problemów, a wręcz przeciwnie, bardzo go lubiłam. Jedyną lekcją, jakiej nie lubiłam, to WoS. I szczerze mówiąc, nie wiem czemu, przedmiot był dla mnie zwyczajnie nudny i żmudny. Przez to często byłam ofiarą żartów, bo bardziej lubiłam matematykę, chemię, angielski, czy francuski, niż np. WoS. Ale o gustach się nie dyskutuję, po prostu ich ignorowałam.
Nadal ubrana w bryczesy, niezbyt spocona po dość prostym treningu, usiadłam przy biurku, wyjęłam książki i zaczęłam odrabiać lekcje. Równania, rachunki, odejmowanie, dodawanie, mnożenie i tak dalej, i tak dalej. Czyli to, co zwykle. Podczas pisania na kartce papieru przypomniało mi się, że jutro mam zrobić oprowadzanki na Peter Pan'u dzieciom. Dyrektorka ubzdurała sobie, że mam wziąć go, a nie np. Channel, ponieważ… Właściwie, nie podała powodu. Sprzeciwiałam się, próbowałam jej wytłumaczyć, że to nie koń dla dzieci, ale ona uznała, że nie ma konia ”Nie dla dzieci”. No cóż, później nie miałam ochoty z nią dyskutować.

Otarłam ręką twarz, gdy Peter Pan ponownie nie chciał przyjąć wędzidła, mimo wielu moich prób. Gniady nie miał zamiar nawet słuchać moich błagań, a wręcz przeciwnie – rozmawiał z koniem na końcu stajni. W pewnym momencie mocniej złapałam go za łeb, na co ten niedbale prychnął i spróbował dziabnąć mnie w ramię. Pokręciłam rozczarowana głową. W pewnym momencie usłyszałam w stajni kroki, co bardzo mnie zdziwiło, gdyż była już godzina dwudziesta trzydzieści. Kto o tej porze przychodzi do stajni? Oprócz mnie nie wiem. Kroki po chwili ucichły, najwyraźniej ten ktoś stanął przy swoim koniu. Zmieniło się to, jednak gdy kilka razy zwróciłam uwagę Gniadoszowi. Owa osoba ruszyła, najwyraźniej w moją stronę, po chwili zatrzymując się przy boksie. Odwróciłam głowę w jego stronę, puszczając łeb Petera. Koń w mig odwrócił łeb w stronę krat boksu, kontynuując rozmowę. Ja natomiast zwróciłam uwagę na człowieka stojącego przed boksem, którym okazał się Doug.
- O, cześć! - powiedziałam, po czym bez słowa dodałam. - Chciałbyś mi pomóc? I może później wsiąść na chwilę na Petera? Jestem wykończona i poprosiłabym cię, żebyś go troszkę rozgrzał.
Blondyn uśmiechnął się.
- Hej. Jasne, pomogę ci, ale czy na pewno chcesz, abym wsiadł na tego Diabła?

Douglas?

Od Billa cd. Maxime

Piątkowe lekcje minęły mi dość szybko. Postanowiłem że zajmę się dziś swoimi jazdami, w końcu kiedyś trzeba wrócić. Ciągle odczuwałem lekką tęsknotę za Sanguisem, Insanire miał przyjechać dopiero za parę dni więc musiałem skorzystać z koni szkółkowych. Chwilę zajęło mi wybranie odpowiedniego konia na trening i był nim hanower - Antyk. Ruszyłem w stronę siodlarni po sprzęt, a potem do boksu. Na moje szczęście koń był w miarę czysty i dużo czasu nie zajęło mi czyszczenie go, po skończonym czyszczeniu sprawnie go oporządziłem. Nie myślałem o tym by jakoś szczególnie się ciepło ubrać, zresztą i tak lubię zimno. Nie trudziłem się też z zakładaniem kasku, nie mam w zwyczaju przejmowaniem się zasadami BHP.
Wyprowadziłem wałacha z budynku stajni kierując się na parkur. Już z daleka zauważyłem jakąś dziewczynę na kasztanowatym koniu. Podirytowałem się lekko, nie będę sam. Ale może jakoś to przeboleje. Wprowadziłem konia na parkur, niekontrolowanie głośno trzaskając bramką. Antyk stał spokojnie, za to koń dziewczyny przepłoszył się. Poleciał galopem a dziewczyna upadła na ziemię. Chwilę przypatrywałem się kasztanowi, po czym spojrzałem na siedzącą na podłożu blondynkę. Patrzyłem na nią dłuższą chwilę po czym podszedłem bliżej niej razem z wałachem.
- Żyjesz? - spytałem jednocześnie przyglądając się dziewczynie. Była wysoką, piegowatą blondynką o brązowych oczach. Miała też uroczo jasną cerę, jednak to chyba właśnie jej piegi i oczy najbardziej zapadły mi w pamięć.
- Raczej nic mi nie jest, jednak Peter się spłoszył. - odparła. - Pomógłbyś mi wstać?
- A czy to należy do moich obowiązków? - stwierdziłem, nie orientując się jak nie miło to zabrzmiało. Nieznajoma wstała w końcu o własnych siłach i otrzepała się z ziemi.
- Mogę pomóc ci złapać twojego konia jeśli chcesz. - zdobyłem się na siłę o zaoferowaniu jej pomocy. Rzadko kiedy pomagam komukolwiek a tym bardziej dobrowolnie, jednak nie spieszyło mi się na trening z wałachem.


Maxime? Nie miałam weny

sobota, 5 stycznia 2019

Od Seana C.D Alana

Tamte dni, tamte noce oglądałem już co najmniej dwa razy, jednak mimo tego postanowiłem zobaczyć je z Alanem po raz kolejny. Podobał mi się motyw muzycznie uzdolnionego Elio, który momentami bardzo mi mnie przypominał. Cała historia została umieszczona w bardzo urokliwych Włoszech, w czasach w których ciężko było być sobą. Może to przez to tak mnie urzekła owa produkcja.
- Mogę... się przytulić? - zapytał chłopak.
Zdziwiony zmarszczyłem brwi. Z jednej strony to dziwne, że mnie o to zapytał, jednak z drugiej go rozumiem. Także czuję się niepewnie w naszej dość kruchej relacji opartej na... no właśnie. Na czym?
W odpowiedzi jedynie przyciągnąłem do siebie ciało starszego o rok chłopaka i przeczesałem ręką jego włosy. Akcja dopiero się rozwijała, nieco się poddenerwowałem przy swojej znienawidzonej scenie gdy Oliver olewa drugiego bohatera, jednak szybko odzyskałem spokój. Możliwe, że to jedynie moja interpretacja jego zachowania. Pod koniec filmu poczułem jak oddech bruneta się wyrównuje co sygnalizowało, iż zapadł w sen. Uśmiechnąłem się pod nosem i przejechałem ręką po jego policzku. Jedyny czas kiedy wiem, że nie obrazi się na mnie za ciepłe przywitanie z jakąś dziewczyną bądź chłopakiem. Jestem wtedy pewien tego co się dzieje, ludzie podczas snu nigdy nie kłamią. Ostrożnie wstałem, uważając aby nie obudzić Alana. Przykryłem go znalezionym kocem, a sam zabrałem sobie drugi i ułożyłem obok niego. Pierwszy raz mogłem powiedzieć, że jestem w domu.
***
Obudził mnie Winters bawiący się moją ręką. W zasadzie to dopiero po dłuższej chwili zdecydowałem się otworzyć oczy. Uśmiechnął się delikatnie gdy zobaczył, że już nie śpię. Dzisiaj środa, lekcje zaczynają się chemią o ósmej. Zegar wskazywał dopiero szóstą piętnaście, jednak aby zdążyć jeszcze wyprowadzić Comanche, musiałem już wstawać. Ziewnąłem przeciągle i podniosłem się do pozycji siedzącej.
- Muszę wyprowadzić psa - oznajmiłem brunetowi, żeby wyjaśnić czemu już chcę wyjść.
Pokiwał powoli głową i zabrał się za układanie na biurku podręczników potrzebnych na dzisiaj. Zamknąłem za sobą drzwi, po czym przeszedłem te kilka kroków do swojego pokoju. Biała sunia powitała mi skacząc dookoła i merdając wesoło swoim ogonkiem. Krótki spacer pod ujeżdżalnie, stajnię i z powrotem dobrze jej zrobił, nabrała jeszcze więcej energii. Znalazła sobie patyk którym kazała mi się ze sobą bawić. Jak zawsze pozwoliłem jej wygrać i zatrzymać kawałek drzewa. Wróciwszy przebrałem się w czarną, rozpinaną bluzę z kapturem, białą koszulkę i szare dżinsy. Tak przygotowany po raz kolejny sprawdziłem czy mam wszystkie książki i zeszyty które na dziś potrzebuję. Dodatkowo zabrałem swój zeszyt do zapisywania pomysłów na piosenki. Można nazwać go wręcz śpiewnikiem. Tak. Śpiewnik Seana. Wszystkie lekcje mijały całkiem nieźle. Oprócz jednej. Boże ratuj mnie przed dzisiejszym treningiem skokowym jednak nie pomogło. Nasza wspaniała grupka okazała się składać ze mnie, Alana i Lynette. Brunet mierzył wczoraj poznaną dziewczynę nienawistnym spojrzeniem, jednak wcale nie to było moim głównym problemem. Siwy jabłkowity wałach cały czas dreptał w miejscu, a gdy w końcu ruszyliśmy uznał za zabawne skoczyć sobie o całe pół fouli za dużo po czym zrobić wybitnego koziołka. Oczywiście miałem małe szanse na utrzymanie się na jego nadpobudliwym grzbiecie i wyleciałem prosto na ścianę krytej hali. Nie powiem, upadek w chuj bolał i czułem jak obijam sobie swoje biedne plecy oraz tyłek. Pani Moore wydawała się być nieco przerażona, więc szybko wysłała mnie do pielęgniarki zwalniając z reszty lekcji. To wcale nie tak, że zrzucił mnie w ten sposób pierwszy raz. Jego sympatia do mojej osoby niestety także posiadała jakieś granice. Prawda jest taka, że skakać to on nie skacze. Zrezygnowany odprowadziłem konia do boksu, rozsiodłałem i wyczyściłem dokładnie. Na koniec przykryłem go grubą derką, aby mi nie zamarzł przez panujące na zewnątrz zimno. Wychodząc z budynku stajni włożyłem ręce do kieszeni ciepłej, czarnej kurtki którą założyłem na bluzę przewidując niezbyt ciekawą temperaturę. Dla własnego spokoju udałem się nawet do pielęgniarki która jedynie stwierdziła obitą kość ogonową i kilka siniaków na plecach. Tyle, że owe siniaki kurewsko mnie bolały i nie mogłem usiedzieć na tyłku bo uczucie było bardzo nieprzyjemne. Pozostały mi czas spędziłem jakże produktywnie oglądając Sherlocka w internecie. Podczas drugiego odcinka trzeciego sezonu przerwało mi pukanie do drzwi. Kto do cholery śmie mi przerywać w takim momencie?! Zirytowany nacisnąłem klamkę otwierając tym samym "wrota" do swojego królestwa. Ujrzałem w nich zmartwionego Alana.
- Nic ci nie jest? - zapytał starając się zamaskować troskę.
Przewróciłem oczami, jednak w głębi duszy czułem, że go rozumiem.
- To nie pierwszy raz gdy Enter uświadomił mi jak bardzo nie lubi skakać na ujeżdżalni - uśmiechnąłem się lekko w kierunku chłopaka.
Zajrzał wgłąb pokoju, chociaż nie do końca usatysfakcjonowała go moja zdawkowa odpowiedź bez odpowiedzi.
- Grasz? - zapytał wskazując ruchem głowy na pianino w kącie pokoju.
Przytaknąłem i podszedłem do instrumentu. Usiadłem na czarnej ławeczce przed nim i delikatnie przejechałem po klawiszach palcami.
- A... zagrasz coś dla mnie? - uniósł jedną brew pytająco.
Bez zastanowienia przystąpiłem do grania dobrze znanej mi melodii. Better Man 5 Seconds Of Summer nauczyłem się stosunkowo niedawno jednak bardzo zapadła mi w pamięć i akurat miałem kaprys który nakazał mi wybrać akurat ten utwór. Do gry niepewnie dołączyłem śpiew, a już po chwili kompletnie dałem się porwać muzyce. Nie istniało nic oprócz mnie, pianina i utworu który wykonywałem. Pewnie dlatego nawet nie zauważyłem kiedy skończyłem. Odchrząknąłem lekko i uniosłem wzrok na wpatrującego się we mnie Wintersa.
- Plecy mnie bolą przez siniaki, a na dodatek mam stłuczoną kość ogonową, doceń moje poświęcenie skarbie - postanowiłem przerwać ciszę która zapanowała po skończeniu się piosenki.
Brunet wybuchnął śmiechem na co szturchnąłem go w bok.

Alannn?
Na szybko bo jutro będzie jeszcze mniej czasu niż dziś, wybacz :c

piątek, 4 stycznia 2019

Od Grace cd Ethana

Chłopak wyszedł z kawiarni, a ja zostałam bijąc się z myślami. Przecież on się niczego nie nauczy... chyba, że wymyślę, jak połączyć to, co lubi z nauką. Ziewnęłam przeciągle spoglądając na wielki zegar, który ewidentnie krzyczał do mnie "Grace, wracaj do domu, ucz się, ucz się, pewnie i tak nic w życiu nie osiągniesz, ale ucz się. Co z tego, że szkoła niszczy kreatywność? ZRÓB COŚ POŻYTECZNEGO!". Zaśmiałam się na samą myśl o tym, że wmawiam sobie fakt, iż zegary mówią i zamówiłam kolejną kawę, tym razem na wynos.

~~~

Otrzymałam ciepły kubek, ubrałam się moje ciepłe ubranie i opuściłam budynek. No tak, zima. Piękna pora roku, która często jest niedoceniana przez innych. Dlaczego jest tylu miłośników lata i wiosny, a tak mało jesieni i zimy? To było niesprawiedliwe. Ludzie nie dostrzegają prawdziwego piękna, które przynoszą chłodniejsze dni. Poprawiłam swój szal, pod który naleciało już sporo śniegu. Upiłam łyka nadal ciepłego napoju i ruszyłam w stronę akademii.

~~~

Obudziłam się z nosem w książkach, dosłownie. Widocznie usnęłam przy nauce... ta... standardowo. Podniosłam głowie z książki od historii i uniosłam ręce do góry, z zamiarem rozciągnięcia swoich mięśni. Na biurku stało bardzo dużo kubków, co znaczy, że wczoraj nie żałowałam sobie herbaty i kawy. Uśmiechnęłam się na samą myśl o tym cudownym wynalazku przyszłości, jakim była zwykła torebeczka z niepowtarzalnym smakiem w środku. Wstałam od biurka i skierowałam się w stronę łazienki. Umycie zębów i twarzy zajęło mi niecałe 10 minut, a gdy spojrzałam na zegarek, zamarłam. Miałam 20 minut do rozpoczęcia lekcji. Spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy, a kilka książek chwyciłam po prostu pod pachę. Cudem udało mi się zamknąć pokój, a gdy tylko upewniłam się, że nikt nie wjedzie, pobiegłam w stronę wyjścia. Bieg od akademika do budynku gdzie odbywały się wszystkie lekcje nie był zbyt przyjemny, gdyż nie ubrałam się za gruba, a wiatr dzisiaj dawał każdemu w kość. Dobiegłam do wejścia i szybko otworzyłam drzwi. Już trochę spokojniej przekroczyłam próg i skierowałam się w stronę sali, gdzie miałam mieć pierwszą lekcję. Niestety byłabym chora, gdybym na kogoś nie wpadła, upuszczając przy tym sporo książek. Jak się okazało, tym szczęśliwcem był Ethan.
-Wybacz... nie chciałam. Skoro już na Ciebie wpadłam, to wykorzystam okazję, dzień dobry. - Uśmiechnęłam się lekko.

Ethan?