Najbardziej ekscytującą rzeczą w całej tej rozmowie, było pożegnanie się mojego starego kumpla. Rzucił słuchawką, krzycząc coś do swojej dziewczyny. Uśmiechnęłam się, równocześnie wyłączając telefon i wkładając go do kieszeni. Chciałam trochę posiedzieć w stajni, może wyczyścić sprzęt czarnego Gnoma? Wszystko wyjdzie w praniu. Jakaś blondyna wyprowadzała właśnie swojego konia z padoku, głaszcząc go i chwaląc za wszystko. Prychnęłam pod nosem, co jest takiego zajebistego w tym, że koń już któryś raz w tym dniu, robi taką samą trasę "padok-stajnia-padok"? Ktoś włączył piłę, albo inny podobny sprzęt. I całkiem spokojny dzień, strzelił chuj. Skarogniady potomek szatana popierdalał w moją stronę, prawdopodobnie na ślepo. Pomiędzy jego nogami majtał się uwiąz, co wskazywałoby na to, że wyrwał się swojemu opiekunowi. Coś świtało mi, że kojarzę tego konia. Amor! To ten od Triss. Że ona jeszcze go nie przejebała na kiełbasy... byłby z niego większy pożytek. Zagrodziłam (dość nieudolnie) tej szkapie drogę na padok. Udało mi się chwycić uwiąz, płacąc za to otartymi dłońmi, ale przynajmniej złapałam skurczybyka. Szarpnęłam kilka razy, zmuszając konia do skupienia się na mnie. Zarżał, kładąc po sobie uszy. Oooh kurwa. Kłapnął kilkakrotnie zębami, nie zapominając o przysunięciu się do mnie swoją tłustą dupą i grożeniem kopnięciem. Wreszcie przytargała się jego właścicielka, wyglądająca jakby właśnie przebiegła maraton.
- Weź tego dziada ode mnie! - krzyknęłam, odsuwając się na bezpieczną odległość, gdy dziewczyna zabrała uwiąz i szkapę. Po uspokojeniu tej kupki nerwów, odprowadziła go na padok i wróciła do mnie.
- Dziękuję - wydyszała. No ewidentnie, zamiast łapać konia to maraton biegła.
- Nie pierwszy, nie ostatni raz ratuję ci dupę - skwitowała krótko. - Nie ma za co.
- W ogóle... - Triss uśmiechnęła się nieco. - Masz jakieś plany po południu? Wybieram się w teren i może pojechałabyś ze mną?
- Że na tej pokrace? - Wskazałam na ten pomiot nienawiści i płochliwości, szalejący na pastwisku.
- No... na to wygląda - potwierdziła, szczerząc się.
- Po pierwsze - wskazałam na dziewczynę palcem. - jesteś popierdolona, jak chodzi o te pomysły. - przerwałam. - po drugie, mnie też chyba popierdoliło. Oczywiście, że pojadę! - puściłam dziewczynie oczko. Ustaliłyśmy godzinę spotkania i pożegnałyśmy. Następnie każda z nas poszła w swoją stronę.
~*~
Osiodłałam swojego konia, wyklinając ją przy tym kilka pokoleń wstecz, gdy nadepnęła mi na stopę.
Triss, która przyszła kilka minut później, wspomniała o moich głośnych przekleństwach skierowanych w stronę klaczy.
- Cichnij się. Wsiadaj na tego kabanosa, i nie spadnij, tak jak kiedyś. - parsknęłam, patrząc na Amora, kręcącego głową na wszystkie strony. - Serio, nie myślałaś, żeby go sprzedać i przeznaczyć kasę na jakiegoś porządniejszego konia? Na nim nawet zawodów nie pojedziesz, nie oszukujmy się. - zwróciłam się do niej, gdy już usadowiła się w siodle i dociągnęła popręg.
Triszu? krótki ten odpis ;,;
wtorek, 31 lipca 2018
Fabian odchodzi!
Z powodu niepisania opowiadań, zmuszona jestem wyrzucić Fabiana. Pamiętaj, że zawsze możesz do nas wrócić!

~ Miłego, Świerk.
poniedziałek, 30 lipca 2018
Od Ethana cd. Boonie
W sumie w Akademii jestem od niedawna. Mimo wszystko podoba mi się tutaj. Atmosfera jest przyjemna, ludzie się mili na swój sposób oraz jest mnóstwo terenu. Spacerowałem właśnie po lesie. Co z tego, że jest po piątej rano. Obudziłem się wcześnie, a że nie mogłem zasnąć to spaceruję. W pewnym momencie przed oczami coś mi przebiegło. Zdezorientowany spojrzałem w stronę, w którą uciekła ta bestia. Zmarszczyłem brwi zdezorientowany. Nie minęła chwila, a przed moimi nogami pojawił się jakiś psiak. Kucnąłem przed nim.
- Co jest? Zgubiłaś się? - spytałem cicho.
Wziąłem na ręce biszkoptowo - białą kulkę. Skoro biegała przy Akademii i w dodatku ma obrożę, musi do kogoś należeć. Szedłem spokojnie przez las, by po chwili dotrzeć na łąkę. Sunia lizała mnie po twarzy. Po chwili zauważyłem dziewczynę siedzącą na ziemi i patrzącą gdzieś w dal. Obok niej spoczywał dalmatyńczyk, który jako pierwszy spostrzegł naszą obecność. Nieznajoma po chwili spojrzała na mnie w lekkiej dezorientacji. Jak wywnioskowałem po jej łagodnym spojrzeniu gdy spojrzała na psiaka, kulka należała do niej. Dziewczyna wstała i podeszła do mnie. Dopiero teraz mogłem zauważyć jak niziutka była.
- Czyżby krasnal zgubił pomocnika? - spytałem ze śmiechem, nawiązując do jej wzrostu. Dziewczyna prychnęła krzyżując ręce. Dalmatyńczyk, który jak do tej pory siedział spokojnie, zmaterializował się przy niej i zaczął powarkiwać.
- Quawan, cisza - dziewczyna zganiła psiaka i jakby upewniona, że nie rzuci się na mnie wyciągnęła do mnie dłoń - Tak w ogóle jestem Boonie -
- No niestety, nie mam ci jak podać ręki, bo trzymam psa, jakbyś nie zauważyła - uśmiechnąłem się chytrze.
Odstawiłem kulkę na ziemi, a ta jakby ze skruchą doczłapała do właścicielki, która zganiła ją spojrzeniem.
- W takim razie do zobaczenia, wróć jak wrócą ci dobre maniery – ponownie usłyszałem głos dziewczyny, patrzyła na mnie z przesłodzonym uśmiechem – Quawan, Inka. Idziemy -
A więc Inka. Cóż, co kto woli. Psiaki posłusznie pognały za właścicielką. Każdy z nas rozszedł się w swoją stronę.
*
Minęło już kilka godzin od porannych wydarzeń. W tym czasie trochę pokrążyłem po Akademii. Cóż jakby nie patrzeć nudziło mi się. Znudzony poszedłem na tor by popatrzeć na ćwiczenia innych. Sam nie mogłem jeszcze jeździć, gdyż mój wierzchowiec nie jest jeszcze przyzwyczajony do nowego miejsca i najzwyczajniej w świecie mi się płoszy. Stanąłem przy jakimś płotku, opierając się o niego rękoma. W pewnym momencie zauważyłem Boonie. Jeździła na swoim rumaku.
- Znowu ty? Miałem nadzieję, że już więcej cię nie zobaczę - prychnąłem ostentacyjnie, co najwidoczniej zdezorientowało dziewczynę, gdyż już po chwili leżała na piachu.
- Ja pierdole, przyjebany jakiś jesteś? - syknęła, w tym samym czasie otrzepując się z piachu.
- Nie. Wstawaj - wyciągnąłem do niej rękę.
Dziewczyna mimo wyraźniej niechęci przyjęła moją dłoń i podciągnęła się na niej.
- Co ty taka zdenerwowana? - zaśmiałem się patrząc, jak Boonie idzie do swojego konia.
- Nie jestem zdenerwowana - odparła neutralnie.
- Nie no co ty - zaśmiałem się.
Usłyszałem prychnięcie, na co mój uśmiech poszerzył się. Po chwili dziewczyna ruszyła razem ze swoim wierzchowcem w stronę stajni. Oczywiście ruszyłem za nią. Moja obecność widocznie działała jej na nerwy.
- No więc co dziś robisz? - spytałem patrząc jak wprowadza konia do boksu.
- Zapewne bardzo dużo interesujących rzeczy - odpowiedziała z przekąsem.
- Na przykład? - uniosłem brwi do góry, spoglądając na nią pytająco.
- Na przykład unikanie takich jak ty? - zapytała uśmiechając się sztucznie.
- Takich jak ja? Myślę, że ja jestem tylko jeden w swoim jedynym rodzaju - wyszczerzyłem się.
- Ależ oczywiście -
Dziewczyna nie odpowiedziała. Najwidoczniej to, że z nią rozmawiam jest dla niej... hmm nudne? Wzruszyłem ramionami. Miałem nadzieję na lepszą rozrywkę, a tu nic.
- Spadam. Do kiedyś, może - zaśmiałem się i ruszyłem w stronę Akademii.
Dziewczyna była nawet ładna, ale co mi po tym, skoro nawet nie chce pogadać. Ja się na pewno nie będę starał o czyjąkolwiek uwagę; jeszcze czego. Do szczęścia nie jest mi potrzebna czyjaś atencja.
Wszedłem do dużego budynku i ruszyłem w stronę kawiarenki. Kupiłem sobie pierwszą lepszą kawę i zawróciłem do stajni. Nie. Nie idę do tej dziewczyny. Wybieram się do swojego wierzchowca. Miejmy nadzieję, że dziś ma się lepiej. Ruszyłem w stronę jego boksu, po drodze mijając krasnala. Nie zwróciłem na nią większej uwagi, idąc przed siebie. Postawiłem kubek przy boksie i ruszyłem po szczotki. Riptide zawsze był spokojniejszy po dobrym wyczesaniu (A/N nie wiem czy tak jest serio, ale uznajmy, że tak xD). Po wybraniu odpowiednich uchyliłem zamek i jak najszybciej wślizgnąłem się do środka. Znając życie, gdybym się ociągał to by mi zwiał. W pewnym momencie Riptide machnął tą swoją wielką łepetyną sprawiając, że gorący napój wylał się wprost na mnie. Lekko oszołomiony zatrzymałem się w działaniu. Zgiąłem się lekko, czując jakby kawa wypalała mi skórę. Reszta działa się szybko. Szczotki wypadły mi z rąk, wywołując głuchy dźwięk, którego ogier najwidoczniej się wystraszył. Ruszył przed siebie, otwierając boks, którego nie zdążyłem domknąć. Moje opóźnione ruchy nie pomagały mi wcale, gdyż chcąc go jakoś złapał, prawie się wywróciłem. Przeklnąłem cicho pod nosem i starając się walczyć z parzącym bólem, ruszyłem za nim. W myślach pogratulowałem sobie rozumu, który najwidoczniej gdzieś mi się zapodział. Nawet nie zauważyłem, że podbiegła do mnie dziewczyna, którą spotkałem rano.
- Co ci się stało? - spytała przyglądając mi się.
- Mnie? Nic. No co ty. Zdrów jak ryba jestem. A życie jest piękne - sarknąłem idąc dalej.
- Przecież się poparzyłeś - zignorowałem ją - Stój! - warknęła wchodząc przede mnie.
- Czego chcesz? Nie widzisz, że jestem w pogoni? - spytałem. Okej... Teraz miałem ochotę parsknąć śmiechem. Fajna ta pogoń - koń gdzieś już dawno pobiegł, a ja swoim ślimaczym tempem idę za nim.
Boonie najwyraźniej nie próbowała nawet kryć rozbawienia. Parsknęła cichym śmiechem i podeszła bliżej.
- Chodź, trzeba to opatrzyć. Miejmy nadzieję, że oparzenie nie jest poważne - powiedziała przyglądając się mi.
Przewróciłem oczami. Nie potrzebuję niańki. Dam sobie radę sam. Ale ten mały krasnal najwidoczniej nie rozumiał słowa nie, gdyż już po chwili ciągnęła mnie sam w sumie nie wiem gdzie.
- Gdzie mnie ciągniesz nędzny człowieku? - spytałem z przekąsem.
Boonie?
- Co jest? Zgubiłaś się? - spytałem cicho.
Wziąłem na ręce biszkoptowo - białą kulkę. Skoro biegała przy Akademii i w dodatku ma obrożę, musi do kogoś należeć. Szedłem spokojnie przez las, by po chwili dotrzeć na łąkę. Sunia lizała mnie po twarzy. Po chwili zauważyłem dziewczynę siedzącą na ziemi i patrzącą gdzieś w dal. Obok niej spoczywał dalmatyńczyk, który jako pierwszy spostrzegł naszą obecność. Nieznajoma po chwili spojrzała na mnie w lekkiej dezorientacji. Jak wywnioskowałem po jej łagodnym spojrzeniu gdy spojrzała na psiaka, kulka należała do niej. Dziewczyna wstała i podeszła do mnie. Dopiero teraz mogłem zauważyć jak niziutka była.
- Czyżby krasnal zgubił pomocnika? - spytałem ze śmiechem, nawiązując do jej wzrostu. Dziewczyna prychnęła krzyżując ręce. Dalmatyńczyk, który jak do tej pory siedział spokojnie, zmaterializował się przy niej i zaczął powarkiwać.
- Quawan, cisza - dziewczyna zganiła psiaka i jakby upewniona, że nie rzuci się na mnie wyciągnęła do mnie dłoń - Tak w ogóle jestem Boonie -
- No niestety, nie mam ci jak podać ręki, bo trzymam psa, jakbyś nie zauważyła - uśmiechnąłem się chytrze.
Odstawiłem kulkę na ziemi, a ta jakby ze skruchą doczłapała do właścicielki, która zganiła ją spojrzeniem.
- W takim razie do zobaczenia, wróć jak wrócą ci dobre maniery – ponownie usłyszałem głos dziewczyny, patrzyła na mnie z przesłodzonym uśmiechem – Quawan, Inka. Idziemy -
A więc Inka. Cóż, co kto woli. Psiaki posłusznie pognały za właścicielką. Każdy z nas rozszedł się w swoją stronę.
*
Minęło już kilka godzin od porannych wydarzeń. W tym czasie trochę pokrążyłem po Akademii. Cóż jakby nie patrzeć nudziło mi się. Znudzony poszedłem na tor by popatrzeć na ćwiczenia innych. Sam nie mogłem jeszcze jeździć, gdyż mój wierzchowiec nie jest jeszcze przyzwyczajony do nowego miejsca i najzwyczajniej w świecie mi się płoszy. Stanąłem przy jakimś płotku, opierając się o niego rękoma. W pewnym momencie zauważyłem Boonie. Jeździła na swoim rumaku.
- Znowu ty? Miałem nadzieję, że już więcej cię nie zobaczę - prychnąłem ostentacyjnie, co najwidoczniej zdezorientowało dziewczynę, gdyż już po chwili leżała na piachu.
- Ja pierdole, przyjebany jakiś jesteś? - syknęła, w tym samym czasie otrzepując się z piachu.
- Nie. Wstawaj - wyciągnąłem do niej rękę.
Dziewczyna mimo wyraźniej niechęci przyjęła moją dłoń i podciągnęła się na niej.
- Co ty taka zdenerwowana? - zaśmiałem się patrząc, jak Boonie idzie do swojego konia.
- Nie jestem zdenerwowana - odparła neutralnie.
- Nie no co ty - zaśmiałem się.
Usłyszałem prychnięcie, na co mój uśmiech poszerzył się. Po chwili dziewczyna ruszyła razem ze swoim wierzchowcem w stronę stajni. Oczywiście ruszyłem za nią. Moja obecność widocznie działała jej na nerwy.
- No więc co dziś robisz? - spytałem patrząc jak wprowadza konia do boksu.
- Zapewne bardzo dużo interesujących rzeczy - odpowiedziała z przekąsem.
- Na przykład? - uniosłem brwi do góry, spoglądając na nią pytająco.
- Na przykład unikanie takich jak ty? - zapytała uśmiechając się sztucznie.
- Takich jak ja? Myślę, że ja jestem tylko jeden w swoim jedynym rodzaju - wyszczerzyłem się.
- Ależ oczywiście -
Dziewczyna nie odpowiedziała. Najwidoczniej to, że z nią rozmawiam jest dla niej... hmm nudne? Wzruszyłem ramionami. Miałem nadzieję na lepszą rozrywkę, a tu nic.
- Spadam. Do kiedyś, może - zaśmiałem się i ruszyłem w stronę Akademii.
Dziewczyna była nawet ładna, ale co mi po tym, skoro nawet nie chce pogadać. Ja się na pewno nie będę starał o czyjąkolwiek uwagę; jeszcze czego. Do szczęścia nie jest mi potrzebna czyjaś atencja.
Wszedłem do dużego budynku i ruszyłem w stronę kawiarenki. Kupiłem sobie pierwszą lepszą kawę i zawróciłem do stajni. Nie. Nie idę do tej dziewczyny. Wybieram się do swojego wierzchowca. Miejmy nadzieję, że dziś ma się lepiej. Ruszyłem w stronę jego boksu, po drodze mijając krasnala. Nie zwróciłem na nią większej uwagi, idąc przed siebie. Postawiłem kubek przy boksie i ruszyłem po szczotki. Riptide zawsze był spokojniejszy po dobrym wyczesaniu (A/N nie wiem czy tak jest serio, ale uznajmy, że tak xD). Po wybraniu odpowiednich uchyliłem zamek i jak najszybciej wślizgnąłem się do środka. Znając życie, gdybym się ociągał to by mi zwiał. W pewnym momencie Riptide machnął tą swoją wielką łepetyną sprawiając, że gorący napój wylał się wprost na mnie. Lekko oszołomiony zatrzymałem się w działaniu. Zgiąłem się lekko, czując jakby kawa wypalała mi skórę. Reszta działa się szybko. Szczotki wypadły mi z rąk, wywołując głuchy dźwięk, którego ogier najwidoczniej się wystraszył. Ruszył przed siebie, otwierając boks, którego nie zdążyłem domknąć. Moje opóźnione ruchy nie pomagały mi wcale, gdyż chcąc go jakoś złapał, prawie się wywróciłem. Przeklnąłem cicho pod nosem i starając się walczyć z parzącym bólem, ruszyłem za nim. W myślach pogratulowałem sobie rozumu, który najwidoczniej gdzieś mi się zapodział. Nawet nie zauważyłem, że podbiegła do mnie dziewczyna, którą spotkałem rano.
- Co ci się stało? - spytała przyglądając mi się.
- Mnie? Nic. No co ty. Zdrów jak ryba jestem. A życie jest piękne - sarknąłem idąc dalej.
- Przecież się poparzyłeś - zignorowałem ją - Stój! - warknęła wchodząc przede mnie.
- Czego chcesz? Nie widzisz, że jestem w pogoni? - spytałem. Okej... Teraz miałem ochotę parsknąć śmiechem. Fajna ta pogoń - koń gdzieś już dawno pobiegł, a ja swoim ślimaczym tempem idę za nim.
Boonie najwyraźniej nie próbowała nawet kryć rozbawienia. Parsknęła cichym śmiechem i podeszła bliżej.
- Chodź, trzeba to opatrzyć. Miejmy nadzieję, że oparzenie nie jest poważne - powiedziała przyglądając się mi.
Przewróciłem oczami. Nie potrzebuję niańki. Dam sobie radę sam. Ale ten mały krasnal najwidoczniej nie rozumiał słowa nie, gdyż już po chwili ciągnęła mnie sam w sumie nie wiem gdzie.
- Gdzie mnie ciągniesz nędzny człowieku? - spytałem z przekąsem.
Boonie?
czwartek, 26 lipca 2018
Od Andy'ego cd. Raven
(skip tajm bo jestem leniem i chcę akcje xD)
Cudem udało mi się namówić dziewczynę na imprezę ale udało się na całe szczęście. Ciemne ubrania dodawały jej mroczności, aczkolwiek wyglądała kusząco. A może to procenty zawracały mi w głowie?
Byliśmy na tej imprezie od jakiejś godziny a od razu po przyjeździe tam zostałem haniebnie wyciągnięty do swoich znajomych, w między czasie upili mnie chyba z dwiema butelkami piwa. Zacząłem szukać brązowowłosej, miałem nadzieję że nie uciekła ani nikt jej nie zgwałcił. Po chwili znalazłem ją, stała do mnie plecami podpierając się o mebel.
- Jestem już. Wybacz, że Cię zostawiłem, ale... - i tutaj urwałem zdanie. Spojrzała na mnie, zauważyłem że jest już nieźle wstawiona.
- Co? - spytała, podnosząc brew.
- Nie było mnie chwilę, a ty już zdążyłaś się uchlać? - spytałem, złośliwie się szczerząc.
- Zostawiłeś mnie to znalazłam sobie zajęcie -
- Ale serio? Upić się -
W odpowiedzi wzruszyła ramionami, uśmiechnąłem się pod nosem. Nagle dziewczyna jakby pełna życia poderwała się i pobiegła do kuchni, nie miałem wyjścia więc poszedłem za nią. Stanęła za barkiem z przeróżnymi alkoholami i odwróciła się w moją stronę.
- Czego sobie panienka życzy? - spytała. Zignorowałem ją i poszedłem sam wziąć sobie coś. Po chwili wróciłem z pierwszą lepszą wódką.
- Andy - usłyszałem jęk dziewczyny.
- Co? - westchnąłem patrząc na nią.
- Otwórz mi butelkę - uśmiechnęła się tak prowokująco uroczo. Wziąłem od niej przedmiot i otworzyłem ją o blat, kapsel spadł na ziemię a ja podałem jej z powrotem butelkę jednak trochę upitą. Nie mogłem się powstrzymać.
- Ej - uderzyła mnie w bok.
- Co się stało? - udałem niewiedzącego.
- Czemu mi upiłeś. Naśliniłeś mi pewnie. Ble - popatrzyła na mnie z miną jakby jej małe kotki z piwnicy zarzynali.
- Oj tam. Nic Ci się nie stanie -
- Ale twoja ślina tam jest. To jakbym Cię pocałowała przez pośrednika -
- Takie życie - wzruszyłem ramionami.
- Oj tam. Nic ci się nie stanie -
- Ale twoja ślina tam jest. To tak jakbym cię pocałowała przez pośrednika -
- Takie życie - wzruszyłem ramionami. Dziewczyna popatrzyła na butelkę jakby ta miała jej zrobić krzywdę jednak upiła łyk.
- Jednak pijesz z tej butelki? - natychmiast znów znalazłem się obok niej.
- Dużo wypiłeś? - spytała śmiejąc się głupio.
- Troszkę - wzruszyłem ramionami. Mimo wysokich procentów w wódce nie odczuwałem go jakoś szczególnie intensywnie. Tak czy inaczej Raven jest o wiele bardziej wstawiona niż ja, ciekawe ile czasu wcześniej stała przy tych alkoholach.
Dziewczyna nagle podeszła do mnie i objęła mnie rękoma. Nie wiedziałem co mam robić, a co myśleć.
- Co ty odwalasz? - zaśmiałem się.
- Nie wiem. Tańczę - wzruszyła ramionami i również się zaśmiała. Położyłem ręce na jej plecach i jako tako zaczęliśmy się bujać. Dziewczyna w pewnym momencie podniosła głowę do góry i patrzyliśmy chwilę sobie w oczy. Nie wiem w którym momencie nasze usta niebezpiecznie się przybliżyły by złączyć się w pocałunku. Po chwili jednak dziewczyna oderwała się ode mnie, patrząc na mnie zmieszana. Spojrzałem na nią tak samo, nie podobało jej się? Nie chciała tego?
- Huh mówiłem. Sztywna jesteś - postanowiłem ją sprowokować z skutecznym skutkiem. Nagle, tak po prostu wskoczyła na mnie i ponownie złączyła nasze usta. Na początku byłem trochę zdezorientowany i gdyby nie szafka za mną oboje padlibyśmy na podłogę mimo to jednak oddałem pocałunek z podobną żarliwością.
- I co? Nadal sztywna? - spytała szeptem, między pocałunkami.
- No teraz już nie - zaśmiałem się. Wystarczyło parę minut, a może sekund byśmy przenieśli się do mojego auta. Miałem nadzieję że nikt nie zauważył naszego braku. Na nasze szczęście samochód był otwarty więc nie musiałem się bawić w szukanie kluczy. Musieliśmy przerwać tą namiętną chwili byśmy pojechali do Akademii, pod którym byliśmy po paru minutach. W następnej sekundzie byliśmy już u Raven w pokoju.
Nie mam pojęcia czy to zasługa procentów czy to było serio ale posuwaliśmy się coraz dalej. Pocałunki zdawały się stawać coraz bardziej intensywne, namiętne. Nasze ubrania praktycznie leżały już wszędzie. Dziewczyna popchnęła mnie delikatnie na łóżko...
***
Obudziło mnie słońce dostające się przez okna. Moja głowa paliła od środka, dłuższą chwilę zajęło mi ogarnięcie co się dzieje wokoło mnie. Nie przypominam sobie żeby w moim pokoju było aż tak jasno. Rozejrzałem się, było tu cholernie biało i jakoś tak nie w moim stylu. Powoli do mojej świadomości wracały wspomnienia wczorajszego wieczoru. Rozmowa z Raven, potem impreza i jej zakończenie. Właśnie, zakończenie. Czy to był sen, czy tak bardzo się schlałem. Niestety to była żadna z tych opcji.
Dopiero teraz zauważyłem leżącą obok mnie półnagą dziewczynę. Cholera, czyli stało się, ja pierdole jaka wpadka. Jak mogłem tak wpaść. Zacząłem trochę panikować, błyskawicznie odnalazłem swoje ubrania, nałożyłem je szybko na siebie i uciekłem. Tak po prostu. Wyleciałem błyskawicznie z budynku, mijając wszystkich uczniów jakby nic się nie liczyło. Dopiero gdy akademia zniknęła mi z oczu, zwolniłem i postanowiłem przemyśleć to wszystko.
Czy to co się stało to było serio? Czy może jednak coś w tym było? Na co mogłem liczyć, Raven na pewno by na mnie nie zależało. Ale jeśli jednak? Jeśli stało się to nie bez powodu? Jeśli ona coś do mnie czuje? Ale czy ja do niej czuje... nie jestem pewien. Chociaż, może nie wypiła aż tyle. Może to jednak było coś na rzeczy?
Ostatkiem sił dodawałem sobie nadziei, postanowiłem że potem się do niej odezwę. W międzyczasie moim celem stała się akademia do której chciałem wrócić, jednak przerwał mi telefon od mojego menadżera.
- Nie mam czasu na gadanie z tobą jak ty to mam się pospieszyć z pisaniem nowej piosenki! Jestem odrobinę zajęty życiem! - odpowiedziałem od razu jak tylko odebrałem.
- Haha... zabawne ale wiem o czym mówisz. Spotkajmy się w kawiarni, do jakiej masz najbliżej. - westchnął. Rozejrzałem się i zauważyłem kawiarnię praktycznie naprzeciw mnie. Podałem mu nazwę po czym rozłączyłem się i poszedłem w stronę budynku. Wszedłem do środka, nic nie zamawiając, zasiadłem za najbardziej oddalonym stolikiem i czekałem na mężczyznę. Po chwili drzwi Bloom Masters Cafe otworzyły się z hukiem i do mojego stolika podszedł wysoki, brązowowłosy mężczyzna.
- Czy ty masz pojęcie co zrobiłeś!? - wydarł się na mnie praktycznie na całą kawiarnie, na nasze szczęście była prawie pusta.
- Mam dość problemów z moim życiem więc gówno mi zrobi twoje widzi mi się bo muszę napisać piosenkę bo pod wpływem żądzy pieniędzy podpisałeś jakiś jebany kontrakt! - warknąłem.
- Tylko wiedz debilu że masz też tak zwane życie publiczne - zmarszczył brwi. - A po za tym teraz to już każdy wie czym jesteś zajęty w swoim życiu "prywatnym". - rzucił gazetą o blat, po czym zasiadł za stolikiem.
Na okładce widniało moje zdjęcie jak całowałem się z Raven, na szczęście nie widać było jej twarzy. Wielki czerwony napis rzucał się w oczy : "Kim jest tajemnicza dziewczyna? Czyżby Andy ma kochankę? ". Byłem po prostu wściekły, nie dało się tego opisać. W jednej chwili wszystko padło. Nie ma pojęcia jak na to wszystko zareaguje Raven, ale paparazzi to jedyne czego potrzebuję.
- Nie mogłeś się powstrzymać naprawdę? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Noaha.
- Słucham? - nie mogłem uwierzyć w co mówi ten miły na co dzień człowiek.
- To słuchaj idioto że twoja kariera jest zagrożona! Ty myślisz czasem co ty robisz? I jeszcze w ogóle się schlałeś! Mamy szczęście że do niczego innego nie doszło. - odetchnął.
- No właśnie co do tego doszło... to stało się... - spuściłem trochę głowę.
- Nie... przespałeś się z nią? -
- Tak jakoś -
- Jeśli prasa się o tym dowie jesteś zniszczony -
- Przestań, mam teraz ważniejsze problemy! -
- Ta... nawet o
niej nie myśl. Wiesz mam pomysł napiszemy prasie że zdzira sama wskoczyła ci do łóżka czy jakoś cię spiła! - uśmiechnął się podle. Jego słowa jeszcze bardziej mnie wkurzyły, czy on myśli że pozwolę mu gadać o niej w ten sposób.
- Odszczekaj to - powiedziałem twardo.
- O co ci chodzi? Chyba ci na niej nie zależy co? - westchnął.
- Zaraz ci przyjebie jak tego nie odszczekasz - wstałem. Noah tylko przewrócił oczami, w odpowiedzi dostał pięścią w nos. Chłopak nie spodziewał się trochę ciosu bo spadł aż z krzesła. Wstał patrząc na mnie z niedowierzaniem i trzymając się za powoli krwawiący nos.
- I nie waż się więcej tak o niej wyrażać. - zagroziłem mu po czym wyszedłem z kawiarni.
Nagle jakby zostałem oślepiony, paręnaście lamp i fleszy otoczyło mnie zewsząd atakując i zasypując pytaniami. Paparazzi jakimś cudem mnie znaleźli i teraz postanowili jeszcze bardziej uprzykrzyć życie.
- Czy może pan coś powiedzieć na temat wczorajszej akcji? Czy może do czegoś doszło? - zewsząd padające pytania coraz bardziej doprowadzały mnie do szału.
- Przykro mi ale Pan Andy nie udzieli na ten temat żadnego wywiadu. - nagle znikąd znalazł się mój menadżer i uratował mnie z tego bagna. Wsiedliśmy do najbliższej taksówki, podając adres akademii.
- Dzięki, sory za ten nos ale w sumie należało Ci się. - było mi teraz trochę głupio.
- Spoko i też cię przepraszam. - zaśmiał się, przykładając kostkę lodu do nosa.
Cholera dlaczego wszystko musi się tak pierdolić. Robiło się coraz gorzej i coraz bardziej bałem się co zrobi Raven. Albo co ja zrobię i czy mi jednak zależy? W końcu zajechaliśmy pod akademię, taksówkarz zaparkował tuż przy wejściu. Szczerze mówiąc trochę bałem się tam wejść.
- Załatwię ci może z dwa albo trzy tygodnie wolnego od prasy ale proszę cię załatw to. - uśmiechnął się chłopak po czym taksówka odjechała.
Ostatnia noc była strasznie wyczerpująca i dopiero teraz się zorientowałem jak bardzo jestem głodny. Skierowałem się do akademickiej kafejki, stanąłem przed kasą która była na moje szczęście pusta i zamówiłem espresso na wynos.
- Chce pan może kupić dzisiejszą gazetę? - miałem już odchodzić, jednak kasjerka przyciągnęła moją uwagę. Spojrzałem na witrynę z gazetą, wszędzie była jedna i ta sama okładka.
- Reszty nie trzeba. - wyciągnąłem banknot stuzłotowy i położyłem na ladzie. Jednym ruchem zgarnąłem wszystkie gazety, wyrzuciłem do kosza po czym wziąłem kawę i na ostatkach nerwów wyszedłem z kafejki. Mam kurwa już dziś dość! Mam nadzieję że chociaż z Raven mi się powiedzie.
- Andy? - usłyszałem głos, którego wczoraj w nocy tak długo wysłuchiwałem.
Cudem udało mi się namówić dziewczynę na imprezę ale udało się na całe szczęście. Ciemne ubrania dodawały jej mroczności, aczkolwiek wyglądała kusząco. A może to procenty zawracały mi w głowie?
Byliśmy na tej imprezie od jakiejś godziny a od razu po przyjeździe tam zostałem haniebnie wyciągnięty do swoich znajomych, w między czasie upili mnie chyba z dwiema butelkami piwa. Zacząłem szukać brązowowłosej, miałem nadzieję że nie uciekła ani nikt jej nie zgwałcił. Po chwili znalazłem ją, stała do mnie plecami podpierając się o mebel.
- Jestem już. Wybacz, że Cię zostawiłem, ale... - i tutaj urwałem zdanie. Spojrzała na mnie, zauważyłem że jest już nieźle wstawiona.
- Co? - spytała, podnosząc brew.
- Nie było mnie chwilę, a ty już zdążyłaś się uchlać? - spytałem, złośliwie się szczerząc.
- Zostawiłeś mnie to znalazłam sobie zajęcie -
- Ale serio? Upić się -
W odpowiedzi wzruszyła ramionami, uśmiechnąłem się pod nosem. Nagle dziewczyna jakby pełna życia poderwała się i pobiegła do kuchni, nie miałem wyjścia więc poszedłem za nią. Stanęła za barkiem z przeróżnymi alkoholami i odwróciła się w moją stronę.
- Czego sobie panienka życzy? - spytała. Zignorowałem ją i poszedłem sam wziąć sobie coś. Po chwili wróciłem z pierwszą lepszą wódką.
- Andy - usłyszałem jęk dziewczyny.
- Co? - westchnąłem patrząc na nią.
- Otwórz mi butelkę - uśmiechnęła się tak prowokująco uroczo. Wziąłem od niej przedmiot i otworzyłem ją o blat, kapsel spadł na ziemię a ja podałem jej z powrotem butelkę jednak trochę upitą. Nie mogłem się powstrzymać.
- Ej - uderzyła mnie w bok.
- Co się stało? - udałem niewiedzącego.
- Czemu mi upiłeś. Naśliniłeś mi pewnie. Ble - popatrzyła na mnie z miną jakby jej małe kotki z piwnicy zarzynali.
- Oj tam. Nic Ci się nie stanie -
- Ale twoja ślina tam jest. To jakbym Cię pocałowała przez pośrednika -
- Takie życie - wzruszyłem ramionami.
- Oj tam. Nic ci się nie stanie -
- Ale twoja ślina tam jest. To tak jakbym cię pocałowała przez pośrednika -
- Takie życie - wzruszyłem ramionami. Dziewczyna popatrzyła na butelkę jakby ta miała jej zrobić krzywdę jednak upiła łyk.
- Jednak pijesz z tej butelki? - natychmiast znów znalazłem się obok niej.
- Dużo wypiłeś? - spytała śmiejąc się głupio.
- Troszkę - wzruszyłem ramionami. Mimo wysokich procentów w wódce nie odczuwałem go jakoś szczególnie intensywnie. Tak czy inaczej Raven jest o wiele bardziej wstawiona niż ja, ciekawe ile czasu wcześniej stała przy tych alkoholach.
Dziewczyna nagle podeszła do mnie i objęła mnie rękoma. Nie wiedziałem co mam robić, a co myśleć.
- Co ty odwalasz? - zaśmiałem się.
- Nie wiem. Tańczę - wzruszyła ramionami i również się zaśmiała. Położyłem ręce na jej plecach i jako tako zaczęliśmy się bujać. Dziewczyna w pewnym momencie podniosła głowę do góry i patrzyliśmy chwilę sobie w oczy. Nie wiem w którym momencie nasze usta niebezpiecznie się przybliżyły by złączyć się w pocałunku. Po chwili jednak dziewczyna oderwała się ode mnie, patrząc na mnie zmieszana. Spojrzałem na nią tak samo, nie podobało jej się? Nie chciała tego?
- Huh mówiłem. Sztywna jesteś - postanowiłem ją sprowokować z skutecznym skutkiem. Nagle, tak po prostu wskoczyła na mnie i ponownie złączyła nasze usta. Na początku byłem trochę zdezorientowany i gdyby nie szafka za mną oboje padlibyśmy na podłogę mimo to jednak oddałem pocałunek z podobną żarliwością.
- I co? Nadal sztywna? - spytała szeptem, między pocałunkami.
- No teraz już nie - zaśmiałem się. Wystarczyło parę minut, a może sekund byśmy przenieśli się do mojego auta. Miałem nadzieję że nikt nie zauważył naszego braku. Na nasze szczęście samochód był otwarty więc nie musiałem się bawić w szukanie kluczy. Musieliśmy przerwać tą namiętną chwili byśmy pojechali do Akademii, pod którym byliśmy po paru minutach. W następnej sekundzie byliśmy już u Raven w pokoju.
Nie mam pojęcia czy to zasługa procentów czy to było serio ale posuwaliśmy się coraz dalej. Pocałunki zdawały się stawać coraz bardziej intensywne, namiętne. Nasze ubrania praktycznie leżały już wszędzie. Dziewczyna popchnęła mnie delikatnie na łóżko...
***
Obudziło mnie słońce dostające się przez okna. Moja głowa paliła od środka, dłuższą chwilę zajęło mi ogarnięcie co się dzieje wokoło mnie. Nie przypominam sobie żeby w moim pokoju było aż tak jasno. Rozejrzałem się, było tu cholernie biało i jakoś tak nie w moim stylu. Powoli do mojej świadomości wracały wspomnienia wczorajszego wieczoru. Rozmowa z Raven, potem impreza i jej zakończenie. Właśnie, zakończenie. Czy to był sen, czy tak bardzo się schlałem. Niestety to była żadna z tych opcji.
Dopiero teraz zauważyłem leżącą obok mnie półnagą dziewczynę. Cholera, czyli stało się, ja pierdole jaka wpadka. Jak mogłem tak wpaść. Zacząłem trochę panikować, błyskawicznie odnalazłem swoje ubrania, nałożyłem je szybko na siebie i uciekłem. Tak po prostu. Wyleciałem błyskawicznie z budynku, mijając wszystkich uczniów jakby nic się nie liczyło. Dopiero gdy akademia zniknęła mi z oczu, zwolniłem i postanowiłem przemyśleć to wszystko.
Czy to co się stało to było serio? Czy może jednak coś w tym było? Na co mogłem liczyć, Raven na pewno by na mnie nie zależało. Ale jeśli jednak? Jeśli stało się to nie bez powodu? Jeśli ona coś do mnie czuje? Ale czy ja do niej czuje... nie jestem pewien. Chociaż, może nie wypiła aż tyle. Może to jednak było coś na rzeczy?
Ostatkiem sił dodawałem sobie nadziei, postanowiłem że potem się do niej odezwę. W międzyczasie moim celem stała się akademia do której chciałem wrócić, jednak przerwał mi telefon od mojego menadżera.
- Nie mam czasu na gadanie z tobą jak ty to mam się pospieszyć z pisaniem nowej piosenki! Jestem odrobinę zajęty życiem! - odpowiedziałem od razu jak tylko odebrałem.
- Haha... zabawne ale wiem o czym mówisz. Spotkajmy się w kawiarni, do jakiej masz najbliżej. - westchnął. Rozejrzałem się i zauważyłem kawiarnię praktycznie naprzeciw mnie. Podałem mu nazwę po czym rozłączyłem się i poszedłem w stronę budynku. Wszedłem do środka, nic nie zamawiając, zasiadłem za najbardziej oddalonym stolikiem i czekałem na mężczyznę. Po chwili drzwi Bloom Masters Cafe otworzyły się z hukiem i do mojego stolika podszedł wysoki, brązowowłosy mężczyzna.
- Czy ty masz pojęcie co zrobiłeś!? - wydarł się na mnie praktycznie na całą kawiarnie, na nasze szczęście była prawie pusta.
- Mam dość problemów z moim życiem więc gówno mi zrobi twoje widzi mi się bo muszę napisać piosenkę bo pod wpływem żądzy pieniędzy podpisałeś jakiś jebany kontrakt! - warknąłem.
- Tylko wiedz debilu że masz też tak zwane życie publiczne - zmarszczył brwi. - A po za tym teraz to już każdy wie czym jesteś zajęty w swoim życiu "prywatnym". - rzucił gazetą o blat, po czym zasiadł za stolikiem.
Na okładce widniało moje zdjęcie jak całowałem się z Raven, na szczęście nie widać było jej twarzy. Wielki czerwony napis rzucał się w oczy : "Kim jest tajemnicza dziewczyna? Czyżby Andy ma kochankę? ". Byłem po prostu wściekły, nie dało się tego opisać. W jednej chwili wszystko padło. Nie ma pojęcia jak na to wszystko zareaguje Raven, ale paparazzi to jedyne czego potrzebuję.
- Nie mogłeś się powstrzymać naprawdę? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Noaha.
- Słucham? - nie mogłem uwierzyć w co mówi ten miły na co dzień człowiek.
- To słuchaj idioto że twoja kariera jest zagrożona! Ty myślisz czasem co ty robisz? I jeszcze w ogóle się schlałeś! Mamy szczęście że do niczego innego nie doszło. - odetchnął.
- No właśnie co do tego doszło... to stało się... - spuściłem trochę głowę.
- Nie... przespałeś się z nią? -
- Tak jakoś -
- Jeśli prasa się o tym dowie jesteś zniszczony -
- Przestań, mam teraz ważniejsze problemy! -
- Ta... nawet o
niej nie myśl. Wiesz mam pomysł napiszemy prasie że zdzira sama wskoczyła ci do łóżka czy jakoś cię spiła! - uśmiechnął się podle. Jego słowa jeszcze bardziej mnie wkurzyły, czy on myśli że pozwolę mu gadać o niej w ten sposób.
- Odszczekaj to - powiedziałem twardo.
- O co ci chodzi? Chyba ci na niej nie zależy co? - westchnął.
- Zaraz ci przyjebie jak tego nie odszczekasz - wstałem. Noah tylko przewrócił oczami, w odpowiedzi dostał pięścią w nos. Chłopak nie spodziewał się trochę ciosu bo spadł aż z krzesła. Wstał patrząc na mnie z niedowierzaniem i trzymając się za powoli krwawiący nos.
- I nie waż się więcej tak o niej wyrażać. - zagroziłem mu po czym wyszedłem z kawiarni.
Nagle jakby zostałem oślepiony, paręnaście lamp i fleszy otoczyło mnie zewsząd atakując i zasypując pytaniami. Paparazzi jakimś cudem mnie znaleźli i teraz postanowili jeszcze bardziej uprzykrzyć życie.
- Czy może pan coś powiedzieć na temat wczorajszej akcji? Czy może do czegoś doszło? - zewsząd padające pytania coraz bardziej doprowadzały mnie do szału.
- Przykro mi ale Pan Andy nie udzieli na ten temat żadnego wywiadu. - nagle znikąd znalazł się mój menadżer i uratował mnie z tego bagna. Wsiedliśmy do najbliższej taksówki, podając adres akademii.
- Dzięki, sory za ten nos ale w sumie należało Ci się. - było mi teraz trochę głupio.
- Spoko i też cię przepraszam. - zaśmiał się, przykładając kostkę lodu do nosa.
Cholera dlaczego wszystko musi się tak pierdolić. Robiło się coraz gorzej i coraz bardziej bałem się co zrobi Raven. Albo co ja zrobię i czy mi jednak zależy? W końcu zajechaliśmy pod akademię, taksówkarz zaparkował tuż przy wejściu. Szczerze mówiąc trochę bałem się tam wejść.
- Załatwię ci może z dwa albo trzy tygodnie wolnego od prasy ale proszę cię załatw to. - uśmiechnął się chłopak po czym taksówka odjechała.
Ostatnia noc była strasznie wyczerpująca i dopiero teraz się zorientowałem jak bardzo jestem głodny. Skierowałem się do akademickiej kafejki, stanąłem przed kasą która była na moje szczęście pusta i zamówiłem espresso na wynos.
- Chce pan może kupić dzisiejszą gazetę? - miałem już odchodzić, jednak kasjerka przyciągnęła moją uwagę. Spojrzałem na witrynę z gazetą, wszędzie była jedna i ta sama okładka.
- Reszty nie trzeba. - wyciągnąłem banknot stuzłotowy i położyłem na ladzie. Jednym ruchem zgarnąłem wszystkie gazety, wyrzuciłem do kosza po czym wziąłem kawę i na ostatkach nerwów wyszedłem z kafejki. Mam kurwa już dziś dość! Mam nadzieję że chociaż z Raven mi się powiedzie.
- Andy? - usłyszałem głos, którego wczoraj w nocy tak długo wysłuchiwałem.
Raven? czuje że coś zepsułam xD Ale myślę że da radę?
Od Ciela do Rosalie
Postanowiłam zrelaksować, a co sprawia największą radość zaraz po łyku wybornej herbaty, oczywiście, że jazda konna. Cóż o DOBREJ herbacie mogłem jedynie pomarzyć, więc miałem jedno wyjście. W stajni pałętał się parę osób i ku moje zaskoczeniu Mikasa także. Postanowiła się przygotować się do jazdy? Czy ona w ogóle rozróżnia prawdziwego konia od komputerowego? Nie przejąłem się tym zbytnio.
-Sebastian uspokój się - warknąłem na konia, który buntował się podczas siodłania. Przewróciłem się oczami i trzymając uzdę wyprowadził konia. Wsiadłem na niego i pognałem szlakiem. Musiałem przyznać krajobrazy tutaj są zniewalające. Sebastian pomino początkowego buntowaia się nie sprawiał więcej kłopotów, a wystarczyło go przekupić przysmakiem. Mój strój odstawał od reszty tak zwanych jeźdźców. Miałem na sobie długi czarny płaszcz, który zlewał się z maścią Sebastiana. Biała koszulę, na którą miałem założoną w wiadomym kolorze kamizelkę. Jakby się przyjrzeć były na niej wyszyte różne ozdobne zawijasy. Skórzane rękawiczki zostały idealne do mnie dopasowane zreszta tak jak wszystko. Począwszy od butów kończąc na rękawiczkach. Wszystko prezentowało się tak jak powinno czyli perfekcyjnie.
Po pewnym czasie znudziła mi się jazda szlakiem. Postanowiłem z niego zboczyć, by poznać teren. Oczywiście nie mogłem się zgubić, bo mam świetną orientację w terenie jak na mężczyznę przystało. Jechałem tak przez dłuższy czas. Powili, nieśpiesznie po cichu, podziwiając, otaczająca mnie przyrodę. Nie miałem ochotę jakoś dziś pędzić. Ptaszki, ćwierkały, drzewa szumiały typowe odgłosy lasu wtedy przyłączył się do nich zjawiskowo delikatnych dźwięk czyjegoś głosu. Brzmiał tak cicho, że pomyślałem pierw, iż to jakaś zjawa przyszła mnie nawiedzać. Jechałem powoli na koniu, wsłuchując się w zjawiskową piosenkę. Pierwszy raz chciałem poznać kogoś, a mianowicie właścicielkę tego głosu. Po męczeniu z Raven, którą na swój sposób darzę sympatią, chciałbym poznać kogoś jakby to ująć mniej nadpobudliwego. Wyjechałem na polanę pełną stokrotek. Atmosfera była wręcz baśniowa. Cóż to nie moje klimaty, ale no trudno brnijmy w to.
Pod jednym z drzew siedziała dziewczyna, co nie było dużym zaskoczeniem dla mnie, jednak przyjrzałem się jej zaciekawiony. Nietypowe śnieżnobiałe włosy, które zostały związane w niedbałego koka. Niesforne kosmyki opadały na szyje i ramiona dziewczyny. Oczy ukrywały zamknięte powieki. Cera w odcieniu kości słoniowej.
Na kolanach nieznajomej dostrzegłem zeszyt, na którym zaciskała palce. Ciekawe. Czytałem z niej jak z otwartej księgi. Fascynujące doprawdy. Ból, gniew, szczęście, rozpacz i wiele innych mieszało się ze sobą. Ja zawsze ukrywałem swoje uczucia, zamykając je na dnie kamiennego serca. Sebastian o dziwo poruszał bezszelestnie do tego białowłosa była tak skupiona, że pewnie galopem mógłbym się do nie dobiec. Bez problemu się dostaliśmy na metr od niej, wtedy Sebastian zarżał.Cały misterny plan poszedł do śmieci za sprawą złośliwego konia. Widziałem jak napina całe ciało w stresie, prz tym uchyliła powieki w zaledwie sekundę, by dostrzegając mnie rozszerzyć je w geście kompletnego zdziwienia. Wyprostowałam się dumnie na koniu. Udając, że nie widzę jej szoku z skoczyłem z konia przed nią. Uśmiechnąłem, a raczej jedynie podniosłem na milimetr kąciki ust… w sumie to był jeden z najszczerszych “uśmiechów” od wielu lat. Ukłoniłem się przed nią jak przystało na dżentelmena.
- Witam panienkę, proszę wybaczyć mój nietakt, ale nie chciałem przerywać tego zniewalającego występu, byłoby to grzechem, ale naprawię swój błąd - wysprowałem się całkowcie. Nadal siedziała na ziemi z lekko uchylonym wargami, miała minę jakby widziała ducha. Ująłem jej dłoń delikatnie i przyłożyłem jej wierzch do swoich warg.
-Zwę się Ciel Phantomhive, lady
Rosalie?
-Sebastian uspokój się - warknąłem na konia, który buntował się podczas siodłania. Przewróciłem się oczami i trzymając uzdę wyprowadził konia. Wsiadłem na niego i pognałem szlakiem. Musiałem przyznać krajobrazy tutaj są zniewalające. Sebastian pomino początkowego buntowaia się nie sprawiał więcej kłopotów, a wystarczyło go przekupić przysmakiem. Mój strój odstawał od reszty tak zwanych jeźdźców. Miałem na sobie długi czarny płaszcz, który zlewał się z maścią Sebastiana. Biała koszulę, na którą miałem założoną w wiadomym kolorze kamizelkę. Jakby się przyjrzeć były na niej wyszyte różne ozdobne zawijasy. Skórzane rękawiczki zostały idealne do mnie dopasowane zreszta tak jak wszystko. Począwszy od butów kończąc na rękawiczkach. Wszystko prezentowało się tak jak powinno czyli perfekcyjnie.
Po pewnym czasie znudziła mi się jazda szlakiem. Postanowiłem z niego zboczyć, by poznać teren. Oczywiście nie mogłem się zgubić, bo mam świetną orientację w terenie jak na mężczyznę przystało. Jechałem tak przez dłuższy czas. Powili, nieśpiesznie po cichu, podziwiając, otaczająca mnie przyrodę. Nie miałem ochotę jakoś dziś pędzić. Ptaszki, ćwierkały, drzewa szumiały typowe odgłosy lasu wtedy przyłączył się do nich zjawiskowo delikatnych dźwięk czyjegoś głosu. Brzmiał tak cicho, że pomyślałem pierw, iż to jakaś zjawa przyszła mnie nawiedzać. Jechałem powoli na koniu, wsłuchując się w zjawiskową piosenkę. Pierwszy raz chciałem poznać kogoś, a mianowicie właścicielkę tego głosu. Po męczeniu z Raven, którą na swój sposób darzę sympatią, chciałbym poznać kogoś jakby to ująć mniej nadpobudliwego. Wyjechałem na polanę pełną stokrotek. Atmosfera była wręcz baśniowa. Cóż to nie moje klimaty, ale no trudno brnijmy w to.
Pod jednym z drzew siedziała dziewczyna, co nie było dużym zaskoczeniem dla mnie, jednak przyjrzałem się jej zaciekawiony. Nietypowe śnieżnobiałe włosy, które zostały związane w niedbałego koka. Niesforne kosmyki opadały na szyje i ramiona dziewczyny. Oczy ukrywały zamknięte powieki. Cera w odcieniu kości słoniowej.
Na kolanach nieznajomej dostrzegłem zeszyt, na którym zaciskała palce. Ciekawe. Czytałem z niej jak z otwartej księgi. Fascynujące doprawdy. Ból, gniew, szczęście, rozpacz i wiele innych mieszało się ze sobą. Ja zawsze ukrywałem swoje uczucia, zamykając je na dnie kamiennego serca. Sebastian o dziwo poruszał bezszelestnie do tego białowłosa była tak skupiona, że pewnie galopem mógłbym się do nie dobiec. Bez problemu się dostaliśmy na metr od niej, wtedy Sebastian zarżał.Cały misterny plan poszedł do śmieci za sprawą złośliwego konia. Widziałem jak napina całe ciało w stresie, prz tym uchyliła powieki w zaledwie sekundę, by dostrzegając mnie rozszerzyć je w geście kompletnego zdziwienia. Wyprostowałam się dumnie na koniu. Udając, że nie widzę jej szoku z skoczyłem z konia przed nią. Uśmiechnąłem, a raczej jedynie podniosłem na milimetr kąciki ust… w sumie to był jeden z najszczerszych “uśmiechów” od wielu lat. Ukłoniłem się przed nią jak przystało na dżentelmena.
- Witam panienkę, proszę wybaczyć mój nietakt, ale nie chciałem przerywać tego zniewalającego występu, byłoby to grzechem, ale naprawię swój błąd - wysprowałem się całkowcie. Nadal siedziała na ziemi z lekko uchylonym wargami, miała minę jakby widziała ducha. Ująłem jej dłoń delikatnie i przyłożyłem jej wierzch do swoich warg.
-Zwę się Ciel Phantomhive, lady
Rosalie?
wtorek, 24 lipca 2018
Od Boonie cd. Ricka
Przez chwilę w milczeniu ruszałam jedynie ustami jak wyjęta z wody ryba. Nie miałam za bardzo ochoty o sobie opowiadać, mimo iż Rick nie był aż taki straszny. A przynajmniej sprawiał takie wrażenie.
- Um… lubię psy dużych ras, z resztą chyba zauważyłeś. Grałam w kilku drużynach siatkarskich i koszykarskich, ale raczej długo w tym nie poszalałam. Oprócz tego uwielbiam swojego konia, Ghostie jest wspaniały – uśmiechnęłam się, dalej dość niepewnie. Za szybko nikomu nie potrafiłam zaufać.
- Nie jesteś za niska na takie sporty? – zapytał chłopaka z dziwnym uśmiechem. Mam nadzieję, że mnie gdzieś nie zgwałci.
- Dobrze sobie radziłam – odparłam wzruszając lekko ramionami. Bawiłam się słomką w lemoniadzie głaszcząc dalmatyna po grzbiecie. W jego towarzystwie nie czułam się zbyt komfortowo, ale cóż poradzić. Dłuższą chwilę siedzieliśmy w idealnej ciszy przerywanej jedynie kichaniem Quawana. Rick mnie ciekawił, a z drugiej strony trochę przerażał. Nigdy w życiu nie zadawał się z żadnym chłopakiem, luzna rozmowa nie wchodziła w grę.
- Dlaczego postanowiłaś się tutaj wybrać? – Rick pochylił się lekko do mnie na co zareagowałam z lekką paniką. Serce łomotało mi ze strachu jeszcze mocniej nisz dotychczas. Mieszkanie przez tyle lat we Włoszech nie zrobiło mi za dobrze. Mogłabym nawet stwierdzić, że ten kraj zniszczył mnie aż za bardzo.
- Miałam dość starej stajni, tego miasta i… po prostu chciałam poznać inną kulturę, doszlifować język. Takie tam bzdury – powiedziałam analizując każdy wyraz, który wydobył się z moich ust. I to nawet nie dlatego, że angielski dalej sprawiał mi lekką trudność, tylko by, o zgrozo, nie powiedzieć nic niestosownego. Jestem idiotką, tak, wiem.
- Nie wyglądasz mi na kogoś kto przeprowadza się od tak przez znudzenie czy poznanie nowej kultury. - uniósł brew, lekko przerażająco się uśmiechając.
Spojrzałam na niego z lekkim poirytowaniem. Ocenił mnie dość trafnie, choć nie znaliśmy się wybitnie długo. Skubany miał zdolność do rozczytywania ludzi.
- Tak kurwa, bo mieszkanie przez całe życie w jebanej Wenecji, w dodatku w sierocińcu nie jest nużące ani męczące. Ani trochę – prychnęłam zanim zdążyłam pomyśleć o sensie wypowiedzianych przeze mnie słów.
O chuj, tylko nie to. Uzna mnie za chorą psychicznie, jestem skreślona u niego do końca.
Chłopak zmierzył mnie wzrokiem i jakby prychnął śmiechem.
- Czyli jesteś sierotą? Wow zazdroszczę! - wyszczerzył się podle i wypił łyk swojego napoju.
Skuliłam się na krześle jeszcze mocniej, przy okazji wbijając wzrok w stolik. On mnie wyśmiał? Czy to jakaś przenośnia? Ten człowiek jest jak kaktus. Za chuja się nie zbliżysz, bo atakuje tymi pieprzonymi kolcami.
- Nie myślałem że przeklinasz... wydawałaś sie grzeczną dziewczynką. - szepnął obracając kubek. - I nie spinaj się tak! Wyglądasz jakbym był pierwszym chłopakiem z jakim sie zadajesz.
Kurwa, jebany miał rację. No ja pierdole, czemu nie umiem trzymać języka za zębami?
- Nie masz mi czego zazdrościć. Te placówki to większe zło niż życie na pieprzonej ulicy – warknęłam już nie do końca się hamując. Ten człowiek działał na mnie jak płachta na byka. Pierdolony, egoistyczny chuj.
- Chodzi mi bardziej o to, że nie masz rodziny, ludzi którzy mówią ci co masz robić i tak dalej – Rick wykonał dziwny ruch ręką. – Żadnych ograniczeń, możesz robić co chcesz i nikt się nie wtrąca.
- Ty patrzysz na to w ten sposób, ja mam z lekka inne zdanie – odparłam zerkając na zegarek. Było już po pierwszej czyli powinnam wybrać się do siwego pasożyta by go trochę wyczyścić. – Wybacz, ale będę już iść, do zobaczenia.
Chyba zamiast „iść” powinno być „spierdalać”, ale to mało znaczący szczegół.
*
Siwego ogiera najpierw usłyszałam, a potem zobaczyłam. Charakterystyczne, miękkie rżnie poniosło się po stajni wraz z niecierpliwym uderzaniem kopytem w drzwi boksu. Szybkim krokiem podeszłam do konia i przytuliłam jego szyję. Ghostie oparł się na moich plecach.
- Stęskniłeś się? – zapytałam śmiejąc się cicho. Ogier potrząsnął łbem jakby się ze mną zgadzał, ale zaraz po tym wbił wzrok w coś za mną.
- No jasne, że tak. Przecież wcale nie widzieliśmy się pół godziny wcześniej.
No ja pierdole, znowu on?
Rick?
- Um… lubię psy dużych ras, z resztą chyba zauważyłeś. Grałam w kilku drużynach siatkarskich i koszykarskich, ale raczej długo w tym nie poszalałam. Oprócz tego uwielbiam swojego konia, Ghostie jest wspaniały – uśmiechnęłam się, dalej dość niepewnie. Za szybko nikomu nie potrafiłam zaufać.
- Nie jesteś za niska na takie sporty? – zapytał chłopaka z dziwnym uśmiechem. Mam nadzieję, że mnie gdzieś nie zgwałci.
- Dobrze sobie radziłam – odparłam wzruszając lekko ramionami. Bawiłam się słomką w lemoniadzie głaszcząc dalmatyna po grzbiecie. W jego towarzystwie nie czułam się zbyt komfortowo, ale cóż poradzić. Dłuższą chwilę siedzieliśmy w idealnej ciszy przerywanej jedynie kichaniem Quawana. Rick mnie ciekawił, a z drugiej strony trochę przerażał. Nigdy w życiu nie zadawał się z żadnym chłopakiem, luzna rozmowa nie wchodziła w grę.
- Dlaczego postanowiłaś się tutaj wybrać? – Rick pochylił się lekko do mnie na co zareagowałam z lekką paniką. Serce łomotało mi ze strachu jeszcze mocniej nisz dotychczas. Mieszkanie przez tyle lat we Włoszech nie zrobiło mi za dobrze. Mogłabym nawet stwierdzić, że ten kraj zniszczył mnie aż za bardzo.
- Miałam dość starej stajni, tego miasta i… po prostu chciałam poznać inną kulturę, doszlifować język. Takie tam bzdury – powiedziałam analizując każdy wyraz, który wydobył się z moich ust. I to nawet nie dlatego, że angielski dalej sprawiał mi lekką trudność, tylko by, o zgrozo, nie powiedzieć nic niestosownego. Jestem idiotką, tak, wiem.
- Nie wyglądasz mi na kogoś kto przeprowadza się od tak przez znudzenie czy poznanie nowej kultury. - uniósł brew, lekko przerażająco się uśmiechając.
Spojrzałam na niego z lekkim poirytowaniem. Ocenił mnie dość trafnie, choć nie znaliśmy się wybitnie długo. Skubany miał zdolność do rozczytywania ludzi.
- Tak kurwa, bo mieszkanie przez całe życie w jebanej Wenecji, w dodatku w sierocińcu nie jest nużące ani męczące. Ani trochę – prychnęłam zanim zdążyłam pomyśleć o sensie wypowiedzianych przeze mnie słów.
O chuj, tylko nie to. Uzna mnie za chorą psychicznie, jestem skreślona u niego do końca.
Chłopak zmierzył mnie wzrokiem i jakby prychnął śmiechem.
- Czyli jesteś sierotą? Wow zazdroszczę! - wyszczerzył się podle i wypił łyk swojego napoju.
Skuliłam się na krześle jeszcze mocniej, przy okazji wbijając wzrok w stolik. On mnie wyśmiał? Czy to jakaś przenośnia? Ten człowiek jest jak kaktus. Za chuja się nie zbliżysz, bo atakuje tymi pieprzonymi kolcami.
- Nie myślałem że przeklinasz... wydawałaś sie grzeczną dziewczynką. - szepnął obracając kubek. - I nie spinaj się tak! Wyglądasz jakbym był pierwszym chłopakiem z jakim sie zadajesz.
Kurwa, jebany miał rację. No ja pierdole, czemu nie umiem trzymać języka za zębami?
- Nie masz mi czego zazdrościć. Te placówki to większe zło niż życie na pieprzonej ulicy – warknęłam już nie do końca się hamując. Ten człowiek działał na mnie jak płachta na byka. Pierdolony, egoistyczny chuj.
- Chodzi mi bardziej o to, że nie masz rodziny, ludzi którzy mówią ci co masz robić i tak dalej – Rick wykonał dziwny ruch ręką. – Żadnych ograniczeń, możesz robić co chcesz i nikt się nie wtrąca.
- Ty patrzysz na to w ten sposób, ja mam z lekka inne zdanie – odparłam zerkając na zegarek. Było już po pierwszej czyli powinnam wybrać się do siwego pasożyta by go trochę wyczyścić. – Wybacz, ale będę już iść, do zobaczenia.
Chyba zamiast „iść” powinno być „spierdalać”, ale to mało znaczący szczegół.
*
Siwego ogiera najpierw usłyszałam, a potem zobaczyłam. Charakterystyczne, miękkie rżnie poniosło się po stajni wraz z niecierpliwym uderzaniem kopytem w drzwi boksu. Szybkim krokiem podeszłam do konia i przytuliłam jego szyję. Ghostie oparł się na moich plecach.
- Stęskniłeś się? – zapytałam śmiejąc się cicho. Ogier potrząsnął łbem jakby się ze mną zgadzał, ale zaraz po tym wbił wzrok w coś za mną.
- No jasne, że tak. Przecież wcale nie widzieliśmy się pół godziny wcześniej.
No ja pierdole, znowu on?
Rick?
niedziela, 22 lipca 2018
Od Rosalie cd. Nathaniela
( skip tajm na początek bo jestem leniem )
Chłopak po tym jak wyciągnął mnie z wody, upewnił się jeszcze czy na pewno żyję. Chwilę pogadaliśmy jeszcze po czym udaliśmy się do zjeżdżalni, chłopak poprowadził nas do najdłuższej. Jeśli tam umrę to go zabiję.
Chłopak po tym jak wyciągnął mnie z wody, upewnił się jeszcze czy na pewno żyję. Chwilę pogadaliśmy jeszcze po czym udaliśmy się do zjeżdżalni, chłopak poprowadził nas do najdłuższej. Jeśli tam umrę to go zabiję.
- Ty pierwsza? - spytał gdy byliśmy na szczycie
- Huh, no mogę - westchnęłam z wymuszonym uśmiechem, bałam się powtórki z rozrywki ale postanowiłam mu zaufać.
Usiadłam na tym czymś co zaczyna zjeżdżalnię i złapałam się metalowej rurki, która zabezpieczała przed zbyt szybkim spłynięciem. Teraz pozostało jedynie czekać na zielone światełko, które już po chwili się zapaliło.
Puściłam się barierki, a dzięki wodnemu wodospadowi szybko zjechałam w dół. Po chwili szybkiego zjeżdżania uderzyłam w wodę jednak ciągle byłam w lekkim szoku i nie udawało mi się wypłynąć. Po chwili ktoś mnie złapał, chyba Nathan. Oplotłam swoje ręce na jego ramionach, a nogi oplotłam wokół jego bioder, za to chłopak położył ręce na moich plecach.
- Nigdy więcej już Ci nie zaufam! Ja cię po prostu chyba zaraz uduszę! - zaśmiałam się mimo tego że prawie umarłam. W końcu emocje trochę opadły uspokoiłam się i spojrzałam na mojego wybawcę który okazał się być zupełnie obcym facetem.
Miałam ochotę krzyknąć, wyrwać się jednak jego wygląd, oczy normalnie hipnotyzowały. Miał średniej długości brązowe włosy, które na końcówkach przechodziły w blond. Oczy miał niby zwyczajne, niebieskie z domieszką granatu. Mimo swej zwyczajności miały lekki urok. A mówi się że to ja mam hipnotyzujące oczy. Nagle jakby cały świat zwolnił i wszystko zatrzymało się w tej jednej chwili. Jednak coś, a raczej ktoś musiał to przerwać.
Usłyszałam głośne chrząknięcie i zrozumiałam dopiero jak w niezręcznej sytuacji jestem.
- O mój boże, nie chciałam bardzo cię przepraszam! - zeskoczyłam z nieznajomego, spalając się burakiem.
- Nic się nie stało, to była przyjemność! - uśmiechnął się lekko, a ja jeszcze bardziej się zawstydziłam. Nienawidzę tak bliskich kontaktów czy wypadków publicznych i to co się akurat stało to była istna kompromitacja.
- Rosalie? - usłyszałam znudzony głos Nathaniela za plecami. Zapomniałam w ogóle o jego istnieniu, znowu... A gdyby on pomógł mi właśnie wybrnąć?
- Nathan! Wszędzie cię szukałam! Mieliśmy przecież jechać do ciebie bo miałeś pilną sprawę do załatwienia! - uśmiechnęłam się nerwowo.
- Serio? - uniósł brew patrząc na mnie z zażenowaniem. Przysięgam że pożyczę pistolet od brata i go zastrzelę paręnaście tysięcy razy.
- No tak! Nie pamiętasz? - zaśmiałam się. Chłopak chciał coś powiedzieć jednak, szybko mu przerwałam niż zdążył wydusić słowo i pociągnęłam go bez słowa w stronę szatni, wpychając go do męskiej a sama wręcz wbiegając do damskiej.
Przebrałam się w moje wcześniejsze ubrania, zgrabnie i szybko wysuszyłam włosy. Gdy skończyłam wyszłam z pomieszczenia, a na korytarzu stał Nathan, chyba trochę wkurzony ale miałam to zdecydowanie gdzieś. Chciałam jak najszybciej stamtąd uciec.
Nathaniel? xD zjebałam wiem
- Huh, no mogę - westchnęłam z wymuszonym uśmiechem, bałam się powtórki z rozrywki ale postanowiłam mu zaufać.
Usiadłam na tym czymś co zaczyna zjeżdżalnię i złapałam się metalowej rurki, która zabezpieczała przed zbyt szybkim spłynięciem. Teraz pozostało jedynie czekać na zielone światełko, które już po chwili się zapaliło.
Puściłam się barierki, a dzięki wodnemu wodospadowi szybko zjechałam w dół. Po chwili szybkiego zjeżdżania uderzyłam w wodę jednak ciągle byłam w lekkim szoku i nie udawało mi się wypłynąć. Po chwili ktoś mnie złapał, chyba Nathan. Oplotłam swoje ręce na jego ramionach, a nogi oplotłam wokół jego bioder, za to chłopak położył ręce na moich plecach.
- Nigdy więcej już Ci nie zaufam! Ja cię po prostu chyba zaraz uduszę! - zaśmiałam się mimo tego że prawie umarłam. W końcu emocje trochę opadły uspokoiłam się i spojrzałam na mojego wybawcę który okazał się być zupełnie obcym facetem.
Miałam ochotę krzyknąć, wyrwać się jednak jego wygląd, oczy normalnie hipnotyzowały. Miał średniej długości brązowe włosy, które na końcówkach przechodziły w blond. Oczy miał niby zwyczajne, niebieskie z domieszką granatu. Mimo swej zwyczajności miały lekki urok. A mówi się że to ja mam hipnotyzujące oczy. Nagle jakby cały świat zwolnił i wszystko zatrzymało się w tej jednej chwili. Jednak coś, a raczej ktoś musiał to przerwać.
Usłyszałam głośne chrząknięcie i zrozumiałam dopiero jak w niezręcznej sytuacji jestem.
- O mój boże, nie chciałam bardzo cię przepraszam! - zeskoczyłam z nieznajomego, spalając się burakiem.
- Nic się nie stało, to była przyjemność! - uśmiechnął się lekko, a ja jeszcze bardziej się zawstydziłam. Nienawidzę tak bliskich kontaktów czy wypadków publicznych i to co się akurat stało to była istna kompromitacja.
- Rosalie? - usłyszałam znudzony głos Nathaniela za plecami. Zapomniałam w ogóle o jego istnieniu, znowu... A gdyby on pomógł mi właśnie wybrnąć?
- Nathan! Wszędzie cię szukałam! Mieliśmy przecież jechać do ciebie bo miałeś pilną sprawę do załatwienia! - uśmiechnęłam się nerwowo.
- Serio? - uniósł brew patrząc na mnie z zażenowaniem. Przysięgam że pożyczę pistolet od brata i go zastrzelę paręnaście tysięcy razy.
- No tak! Nie pamiętasz? - zaśmiałam się. Chłopak chciał coś powiedzieć jednak, szybko mu przerwałam niż zdążył wydusić słowo i pociągnęłam go bez słowa w stronę szatni, wpychając go do męskiej a sama wręcz wbiegając do damskiej.
Przebrałam się w moje wcześniejsze ubrania, zgrabnie i szybko wysuszyłam włosy. Gdy skończyłam wyszłam z pomieszczenia, a na korytarzu stał Nathan, chyba trochę wkurzony ale miałam to zdecydowanie gdzieś. Chciałam jak najszybciej stamtąd uciec.
Nathaniel? xD zjebałam wiem
Subskrybuj:
Posty (Atom)