środa, 1 listopada 2017
Podsumowanie Października
Uczniowie
W tym miesiącu nikt od nas nie odszedł. Dołączyła za to do nas nowa uczennica, Maya!
Serie
Aktualne - Wszystkie serie pozostają aktualne!
Rekord słów - chwilowo zawieszony
Zakończone - Żadna seria nie została jeszcze zakończona. Przypominam, że na zakończenie jej potrzebna jest zgoda obu stron lub odejście jednej z osób.
Upomnienia - brak.
Nieobecności -
• Emma melduje nieobecność na czas nieokreślony.
• Dean i Cassie również informują o nieobecności na czas nieokreślony.
Technicznie
Coś się nam podupadło z tymi opowiadaniami :/ Tyle opowiadań to nawet nie jest połowa tego na co was stać! W sierpniu naskrobaliśmy 51 opowiadań, we wrześniu 22. Ten miesiąc wypadł najgorzej, bo tylko 16.
- Pierwszy event dobiega końca - Halloween! Kolejnego spodziewajcie się około 6 grudnia :P
- Zostały nam 3 posty do wbicia 300! Damy radę?
- Już niedługo Dressage Obchodzi rocznicę! Jakieś sugestie, co chcielibyście "otrzymać" z tej okazji?
- Dodane zostały "Zadania", tereny i wkrótce planuję dodać plan lekcji i sklep
Cytat na Wrzesień
Chcesz dać cytat na kolejny miesiąc? Zgłoś się w komentarzu, na czacie lub howrse :D
Ogarnij dupę, zaciśnij pięści. Nie ważne dla kogo, ważne żeby opadły im kopary.
Cytat znowu wybrany przez Adminkę, czekam na wasze propozycje :D
Pozdrawiam,
Administratorka.
wtorek, 31 października 2017
Od Ricka - Hallowen
***
Szczerze mówiąc uwielbiam Hallowen. Moje życie to ciągła adrenalina a Hallowen to dzień w którym legalnie mogę doprowadzać do zawału wszystkich wokoło i nikt nie będzie miał mi tego za złe. Niestety dziś było inaczej... Ogólnie cały dzień zapowiadał się chujowo.
***
-Spieprzaj szatanie kudłaty do piekła dla psów co kurwa w środku nocy wkurwiają ludzi albo cię tam wyślę poćwiartowanego w liście perfumowanym!!!- wykrzyczałem ile sił gdy po paru minutach Tajfun zaczął mnie baaaaardzo wkurzać. Ten pies ma chyba coś z głową, na spacery mu się kurna o trzeciej w nocy chodzić zachciało...
-Nosz kurw! Wstaję już!- krzyknąłem ponownie gdy pies po raz kolejny zaczął 'jeść' moje włosy jednak po chwili ściszyłem ton bo przecież jest jeszcze cisza nocna. Zachciało się pieseczkowi kurde na spacerek...
Miałem na sobie krótkie spodenki, więc szybko nałożyłem na nie jeansy, założyłem pierwszą lepszą koszulkę i chwyciłem smycz tego kundla, błyskawicznie podpinając ją do obroży. Szybkim krokiem wyszedłem z pokoju i skierowałem się w stronę wyjścia z budynku.
W środku czułem lekki niepokój, w końcu trzecia w nocy, jakiś pojeb na środku korytarza chodzi sobie z pieskiem. No cóż...
Właściwie zaniepokoiło mnie to że jest dość cicho, niby jest środek nocy ale jednak to Hallowen i ludzi powinno być dużo bo w końcu ktoś powinien tu straszyć. KTOKOLWIEK.
Ale szczerze mówiąc już od paru dni miałem wywalone na trzydziestego pierwszego listopada, co nawet mnie samego zadziwiło bo zazwyczaj przygotowywałem super pranki już dwa tygodnie wcześniej a tutaj nic... Jakoś tak wyszło w tym roku...
A więc wróćmy do najspokojniejszego spacerku ever...
Przed budynkiem nie czekało na mnie nic ciekawego, jedynie cholernie niska temperatura i deszcz. Przeszedłem paręnaście kroków obok akademii i cierpliwie poczekałem aż pies załatwi swoje potrzeby, po czym skierowałem się z powrotem do swojego pokoju. Na korytarzach delikatnie tliły się świeczki, cisza powieliła cały hol. W pewnym momencie usłyszałem ciche aczkolwiek zrównoważone i szybkie kroki a następnie trzask drzwi. Szczerze mówiąc nie przejąłem się tym zbytnio i skierowałem się do swojego pokoju.
-Nie, no to jakieś żarty są...- szepnąłem gdy zauważyłem że drzwi do mojego pokoju są otwarte i coś wewnątrz pomieszczenia się świeci.
Błyskawicznie wpadłem do pokoju, jednak nie zastałem tam nikogo i nic interesującego, nie licząc lampionu z dyni i tajemniczej paczki na stoliku, szybko zamknąłem za sobą drzwi które będąc otwarte zakrywały niespodziankę na ścianie. Tą 'niespodzianką' okazał się znak gwiazdy mi namalowanej czerwoną substancją.
Moja reakcja była prosta - dość krótki i trochę cichy (helo!!! środek nocy) krzyk przekleństwa gdyż pierwsza myśl jaka wpadła mi do głowy to taka, że to krew. Podszedłem bliżej i dotknąłem tego czerwonego czegoś.
-Nie no bardzo śmieszne... Nie ma to jak, kurwa ketchup... No i teraz to muszę sprzątać!- warknąłem szukając po szafkach papierowych ręczników i specjalnego detergentu do czyszczenia tego ekhm... gówna. Po oczyszczeniu ściany z tej 'niespodzianki', odpiąłem smycz Tajfunowi i położyłem się spać zapominając o tajemniczym pakunku na stoliku.
***
Obudził mnie przeraźliwy dziewczęcy krzyk, o mało nie spadłem z łóżka. Zrzuciłem wzrok na zegarek - piąta rano. Wstałem z łóżka i zacząłem szukać źródła dźwięku. Jednak nie mogłem go znaleźć. Po chwili znowu usłyszałem ten sam krzyk za plecami tyle głośniejszy niż poprzednio. Odwróciłem się i pierwsze co rzuciło mi się w oczy to pakunek.
-Skąd się tu wziął?- kompletnie nie pamiętałem co on tu robi, jednak po parunastu sekundach wspomnienia z wczorajszej niespodzianki na ścianie.
-Co się tak dziwnie patrzysz? Nie widziałeś nigdy ducha?- usłyszałem głos tym razem męski. Serio przeraziłem się bo on dochodził z pudełka a z tego co pamiętam jest Hallowen i do tego piąta dwadzieścia trzy.
-Tutaj w pudełku inteligencjo!- usłyszałem po raz kolejny głos, wyczuwalny był tu sarkazm.
-Co do cholery...- szepnąłem sam do siebie podnosząc pudełko w dłonie, delikatnie jakby coś miało zaraz w środku wybuchnąć i usiadłem na łóżku.
-Delikatnie!!! Jest tu trochę nie wygodnie a ty mi pobytu w tej puszcze nie umilasz!- usłyszałem oburzony krzyk, tak głośno, że przekląłem i upuściłem pudełko na łóżko.
-No mówię ci że delikatnie!!!
-To są jakieś żarty tak?
-No co ty...
-To sto procent jest prank. Sto procent
-Nie, wiesz. Albo to prank albo ci odwaliło i potrzebujesz psychiatryka ewentualnie dziś serio jest Hallowen i duchy ożyły- usłyszałem śmiech. Spojrzałem zdezorientowanym wzrokiem na pakunek.
-Ojojoj... Chłopczyk siedzi sobie przestraszony- pudełko po raz kolejny się odezwało i tego już dla mnie było za wiele. Złapałem szybkim ruchem pakunek i rzuciłem nim z całej siły o ścianę. Pogniotło się trochę jednak nic poważnego się nie stało. Błyskawicznie wstałem, znalazłem jakąś reklamówkę i wpakowałem tam pudełko po czym to wszystko wrzuciłem do szafy którą szybko zamknąłem.
Oparłem się o ścianę jakbym dostawał zawału serca i spojrzałem dosłownie przerażony na Tajfuna który dopiero co się obudził i także na mnie patrzył tyle że wzrokiem debila.
-Co to było?! Ja tu o mało nie zginąłem...- oddychałem ciężko, cholernie mnie to przeraziło. Chwilę stałem, by jeszcze to wszystko szybko przemyśleć po czym poszedłem pod prysznic.
***
Skończyłem brać prysznic, ubrałem się i otworzyłem drzwi od łazienki.
-CHOLERA jasna...- krzyknąłem bo przed drzwiami stał jakiś klaun a dokładniej mój stary kumpel z gimnazjum przebrany za 'przerażającego' klauna a obok niego stała Rosalie śmiejąc się do rozpuku.
-Ale miałeś minę! Żałuj że nie widziałeś- zaśmiał się Benjamin.
-Pierdol się... Co tutaj robicie, jest piąta rano...- przewróciłem oczami.
-Tak dokładnie to jest godzina szósta czterdzieści osiem- wyszczerzył się brunet.
-Nie ciebie się pytałem!
-Aczkolwiek zadałeś to pytanie w liczbie mnogiej a oprócz mnie i Rossie nikogo innego tutaj nie ma- westchnąłem głośno na odpowiedź chłopaka.
-Kocham cię- uśmiechnął się Benjamin.
-Pierdol się geju!
-Sam jesteś gejem! Mam dziewczynę!
-A ja mam narzeczoną! I co pedokrecie!
-Pedokrecie?- zdziwił się.
-Połączenie pedofila i kreta z racji tego że masz wadę wzroku i bez okularów czy soczewek kompletnie nic nie widzisz- uśmiechnąłem się zwycięsko. Brunet chciał coś jeszcze powiedzieć ale moja kochana siostra na szczęście mu przerwała.
-Dobra spokój... Jak tam twoje serce?- spytała ze śmiechem po czym usiadła na łóżku.
-A coś ma być z nim nie tak?- przewróciłem oczami. Oboje wybuchnęli śmiechem.
-O co wam do cholery chodzi?!- warknąłem wkurzony przypominając sobie sytuację z nocy.
-Nie odebrałeś przypadkiem tajemniczego pakunku?- zaśmiał się Ben.
-A więc to wasza sprawka wredoty jedne!- wkurwiłem się. I to porządnie.
-A czyja Sherlocku?- Rossie wręcz wiła się ze śmiechu.
-Ale śmiechłem... A teraz przyznać się kto wpadł na pomysł ujebania mi ściany ketchupem a kto na podrzucenie pudełka- spojrzałem na nich karcąco.
-Ketchup był moim pomysłem- podniosła rękę Rosalie powstrzymując resztki śmiechu- Gadający pakunek był pomysłem Bena!
-Zabije was zaraz!!!
-Spokojnie... Chcesz wiedzieć jak to się stało czy nie?- uśmiechnął się brunet.
-Gadaj ale już!
-A więc: planowaliśmy ten prank od dłuższego czasu. Przyjechałem do Rosalie i obserwowaliśmy cię całą noc. Kiedy wyszedłeś na spacer z Tajfunem, skorzystałem z okazji i podrzuciłem ci pudełko w którym był podłączony telefon z głośnikiem- i w tym momencie zrozumiałem jak bardzo mam przejebane w końcu o ile dobrze pamiętam rzuciłem pudełkiem o ścianę... Dość mocno- Głośnik był połączony z telefonem który miał aktywne połączenie z moim. Wystarczyło trochę poczekać aż pójdziesz spać po to by cię potem szybko zbudzić. I uprzedzając twoje pytanie, zostawiliśmy kamerkę w twoim pokoju by móc obserwować co robisz
-Spieprzaj mi z tą kamerą ale już!!!- krzyknąłem.
-Okey, okey ale oddaj mi to pudło- zaśmiał się Benjamin po czym podszedł do stolika i zza zegarka wyjął małą kamerę. Przewróciłem tylko oczami po czym odwróciłem się do szafki i podałem mu reklamówkę. Wyjął z niej źródło mojego prawie zawału po czym jęknął z niezadowoleniem.
-Coś nie tak?- teraz to ja się śmiałem.
-Rozwaliłeś mi głośnik i telefon...
-No i co?
-Zabiję cię!
-Uspokój się pedokrecie!
-Nie nazywaj mnie tak!- krzyknął Ben. Już miałem rzucić kolejną ripostę jednak dostałem w głowę pudłem w którym znajdowały się przedmioty naszej kłótni.
-Benjamin! Ogarnij się! Chcesz go zabić?!- szybko podbiegła do mnie Rosalie.
-Nie, chciałem go tylko pogłaskać... Oczywiście że tak a co by innego!- warknął.
-Spoko, nic mi nie jest- uśmiechnąłem się. Ten dzień Hallowen zapowiadał się bardzo ciekawie...
Jej dałam radę xD Cóż jestem obecnie w szpitalu po wypadku jakby ktoś nie wiedział i nie wiem kiedy wrócę. Generalnie pisałam to wszystko na kartce i poprosiłam moją siostrę by mi to przepisała wszystko. Gdyby nie coś takiego jak : stawiam ci pizzę. To zapewne tego opowiadania by tu nie było więc dziękuję swojej siostrze xDD Oczywiście humorek musi być
Szczerze mówiąc uwielbiam Hallowen. Moje życie to ciągła adrenalina a Hallowen to dzień w którym legalnie mogę doprowadzać do zawału wszystkich wokoło i nikt nie będzie miał mi tego za złe. Niestety dziś było inaczej... Ogólnie cały dzień zapowiadał się chujowo.
***
-Spieprzaj szatanie kudłaty do piekła dla psów co kurwa w środku nocy wkurwiają ludzi albo cię tam wyślę poćwiartowanego w liście perfumowanym!!!- wykrzyczałem ile sił gdy po paru minutach Tajfun zaczął mnie baaaaardzo wkurzać. Ten pies ma chyba coś z głową, na spacery mu się kurna o trzeciej w nocy chodzić zachciało...
-Nosz kurw! Wstaję już!- krzyknąłem ponownie gdy pies po raz kolejny zaczął 'jeść' moje włosy jednak po chwili ściszyłem ton bo przecież jest jeszcze cisza nocna. Zachciało się pieseczkowi kurde na spacerek...
Miałem na sobie krótkie spodenki, więc szybko nałożyłem na nie jeansy, założyłem pierwszą lepszą koszulkę i chwyciłem smycz tego kundla, błyskawicznie podpinając ją do obroży. Szybkim krokiem wyszedłem z pokoju i skierowałem się w stronę wyjścia z budynku.
W środku czułem lekki niepokój, w końcu trzecia w nocy, jakiś pojeb na środku korytarza chodzi sobie z pieskiem. No cóż...
Właściwie zaniepokoiło mnie to że jest dość cicho, niby jest środek nocy ale jednak to Hallowen i ludzi powinno być dużo bo w końcu ktoś powinien tu straszyć. KTOKOLWIEK.
Ale szczerze mówiąc już od paru dni miałem wywalone na trzydziestego pierwszego listopada, co nawet mnie samego zadziwiło bo zazwyczaj przygotowywałem super pranki już dwa tygodnie wcześniej a tutaj nic... Jakoś tak wyszło w tym roku...
A więc wróćmy do najspokojniejszego spacerku ever...
Przed budynkiem nie czekało na mnie nic ciekawego, jedynie cholernie niska temperatura i deszcz. Przeszedłem paręnaście kroków obok akademii i cierpliwie poczekałem aż pies załatwi swoje potrzeby, po czym skierowałem się z powrotem do swojego pokoju. Na korytarzach delikatnie tliły się świeczki, cisza powieliła cały hol. W pewnym momencie usłyszałem ciche aczkolwiek zrównoważone i szybkie kroki a następnie trzask drzwi. Szczerze mówiąc nie przejąłem się tym zbytnio i skierowałem się do swojego pokoju.
-Nie, no to jakieś żarty są...- szepnąłem gdy zauważyłem że drzwi do mojego pokoju są otwarte i coś wewnątrz pomieszczenia się świeci.
Błyskawicznie wpadłem do pokoju, jednak nie zastałem tam nikogo i nic interesującego, nie licząc lampionu z dyni i tajemniczej paczki na stoliku, szybko zamknąłem za sobą drzwi które będąc otwarte zakrywały niespodziankę na ścianie. Tą 'niespodzianką' okazał się znak gwiazdy mi namalowanej czerwoną substancją.
Moja reakcja była prosta - dość krótki i trochę cichy (helo!!! środek nocy) krzyk przekleństwa gdyż pierwsza myśl jaka wpadła mi do głowy to taka, że to krew. Podszedłem bliżej i dotknąłem tego czerwonego czegoś.
-Nie no bardzo śmieszne... Nie ma to jak, kurwa ketchup... No i teraz to muszę sprzątać!- warknąłem szukając po szafkach papierowych ręczników i specjalnego detergentu do czyszczenia tego ekhm... gówna. Po oczyszczeniu ściany z tej 'niespodzianki', odpiąłem smycz Tajfunowi i położyłem się spać zapominając o tajemniczym pakunku na stoliku.
***
Obudził mnie przeraźliwy dziewczęcy krzyk, o mało nie spadłem z łóżka. Zrzuciłem wzrok na zegarek - piąta rano. Wstałem z łóżka i zacząłem szukać źródła dźwięku. Jednak nie mogłem go znaleźć. Po chwili znowu usłyszałem ten sam krzyk za plecami tyle głośniejszy niż poprzednio. Odwróciłem się i pierwsze co rzuciło mi się w oczy to pakunek.
-Skąd się tu wziął?- kompletnie nie pamiętałem co on tu robi, jednak po parunastu sekundach wspomnienia z wczorajszej niespodzianki na ścianie.
-Co się tak dziwnie patrzysz? Nie widziałeś nigdy ducha?- usłyszałem głos tym razem męski. Serio przeraziłem się bo on dochodził z pudełka a z tego co pamiętam jest Hallowen i do tego piąta dwadzieścia trzy.
-Tutaj w pudełku inteligencjo!- usłyszałem po raz kolejny głos, wyczuwalny był tu sarkazm.
-Co do cholery...- szepnąłem sam do siebie podnosząc pudełko w dłonie, delikatnie jakby coś miało zaraz w środku wybuchnąć i usiadłem na łóżku.
-Delikatnie!!! Jest tu trochę nie wygodnie a ty mi pobytu w tej puszcze nie umilasz!- usłyszałem oburzony krzyk, tak głośno, że przekląłem i upuściłem pudełko na łóżko.
-No mówię ci że delikatnie!!!
-To są jakieś żarty tak?
-No co ty...
-To sto procent jest prank. Sto procent
-Nie, wiesz. Albo to prank albo ci odwaliło i potrzebujesz psychiatryka ewentualnie dziś serio jest Hallowen i duchy ożyły- usłyszałem śmiech. Spojrzałem zdezorientowanym wzrokiem na pakunek.
-Ojojoj... Chłopczyk siedzi sobie przestraszony- pudełko po raz kolejny się odezwało i tego już dla mnie było za wiele. Złapałem szybkim ruchem pakunek i rzuciłem nim z całej siły o ścianę. Pogniotło się trochę jednak nic poważnego się nie stało. Błyskawicznie wstałem, znalazłem jakąś reklamówkę i wpakowałem tam pudełko po czym to wszystko wrzuciłem do szafy którą szybko zamknąłem.
Oparłem się o ścianę jakbym dostawał zawału serca i spojrzałem dosłownie przerażony na Tajfuna który dopiero co się obudził i także na mnie patrzył tyle że wzrokiem debila.
-Co to było?! Ja tu o mało nie zginąłem...- oddychałem ciężko, cholernie mnie to przeraziło. Chwilę stałem, by jeszcze to wszystko szybko przemyśleć po czym poszedłem pod prysznic.
***
Skończyłem brać prysznic, ubrałem się i otworzyłem drzwi od łazienki.
-CHOLERA jasna...- krzyknąłem bo przed drzwiami stał jakiś klaun a dokładniej mój stary kumpel z gimnazjum przebrany za 'przerażającego' klauna a obok niego stała Rosalie śmiejąc się do rozpuku.
-Ale miałeś minę! Żałuj że nie widziałeś- zaśmiał się Benjamin.
-Pierdol się... Co tutaj robicie, jest piąta rano...- przewróciłem oczami.
-Tak dokładnie to jest godzina szósta czterdzieści osiem- wyszczerzył się brunet.
-Nie ciebie się pytałem!
-Aczkolwiek zadałeś to pytanie w liczbie mnogiej a oprócz mnie i Rossie nikogo innego tutaj nie ma- westchnąłem głośno na odpowiedź chłopaka.
-Kocham cię- uśmiechnął się Benjamin.
-Pierdol się geju!
-Sam jesteś gejem! Mam dziewczynę!
-A ja mam narzeczoną! I co pedokrecie!
-Pedokrecie?- zdziwił się.
-Połączenie pedofila i kreta z racji tego że masz wadę wzroku i bez okularów czy soczewek kompletnie nic nie widzisz- uśmiechnąłem się zwycięsko. Brunet chciał coś jeszcze powiedzieć ale moja kochana siostra na szczęście mu przerwała.
-Dobra spokój... Jak tam twoje serce?- spytała ze śmiechem po czym usiadła na łóżku.
-A coś ma być z nim nie tak?- przewróciłem oczami. Oboje wybuchnęli śmiechem.
-O co wam do cholery chodzi?!- warknąłem wkurzony przypominając sobie sytuację z nocy.
-Nie odebrałeś przypadkiem tajemniczego pakunku?- zaśmiał się Ben.
-A więc to wasza sprawka wredoty jedne!- wkurwiłem się. I to porządnie.
-A czyja Sherlocku?- Rossie wręcz wiła się ze śmiechu.
-Ale śmiechłem... A teraz przyznać się kto wpadł na pomysł ujebania mi ściany ketchupem a kto na podrzucenie pudełka- spojrzałem na nich karcąco.
-Ketchup był moim pomysłem- podniosła rękę Rosalie powstrzymując resztki śmiechu- Gadający pakunek był pomysłem Bena!
-Zabije was zaraz!!!
-Spokojnie... Chcesz wiedzieć jak to się stało czy nie?- uśmiechnął się brunet.
-Gadaj ale już!
-A więc: planowaliśmy ten prank od dłuższego czasu. Przyjechałem do Rosalie i obserwowaliśmy cię całą noc. Kiedy wyszedłeś na spacer z Tajfunem, skorzystałem z okazji i podrzuciłem ci pudełko w którym był podłączony telefon z głośnikiem- i w tym momencie zrozumiałem jak bardzo mam przejebane w końcu o ile dobrze pamiętam rzuciłem pudełkiem o ścianę... Dość mocno- Głośnik był połączony z telefonem który miał aktywne połączenie z moim. Wystarczyło trochę poczekać aż pójdziesz spać po to by cię potem szybko zbudzić. I uprzedzając twoje pytanie, zostawiliśmy kamerkę w twoim pokoju by móc obserwować co robisz
-Spieprzaj mi z tą kamerą ale już!!!- krzyknąłem.
-Okey, okey ale oddaj mi to pudło- zaśmiał się Benjamin po czym podszedł do stolika i zza zegarka wyjął małą kamerę. Przewróciłem tylko oczami po czym odwróciłem się do szafki i podałem mu reklamówkę. Wyjął z niej źródło mojego prawie zawału po czym jęknął z niezadowoleniem.
-Coś nie tak?- teraz to ja się śmiałem.
-Rozwaliłeś mi głośnik i telefon...
-No i co?
-Zabiję cię!
-Uspokój się pedokrecie!
-Nie nazywaj mnie tak!- krzyknął Ben. Już miałem rzucić kolejną ripostę jednak dostałem w głowę pudłem w którym znajdowały się przedmioty naszej kłótni.
-Benjamin! Ogarnij się! Chcesz go zabić?!- szybko podbiegła do mnie Rosalie.
-Nie, chciałem go tylko pogłaskać... Oczywiście że tak a co by innego!- warknął.
-Spoko, nic mi nie jest- uśmiechnąłem się. Ten dzień Hallowen zapowiadał się bardzo ciekawie...
Jej dałam radę xD Cóż jestem obecnie w szpitalu po wypadku jakby ktoś nie wiedział i nie wiem kiedy wrócę. Generalnie pisałam to wszystko na kartce i poprosiłam moją siostrę by mi to przepisała wszystko. Gdyby nie coś takiego jak : stawiam ci pizzę. To zapewne tego opowiadania by tu nie było więc dziękuję swojej siostrze xDD Oczywiście humorek musi być
od Triss - Halloween
Nadszedł zatem ten dzień - Halloween. Dzień, z którym związane były różnego rodzaju legendy, niektóre może nawet zawierały w sobie ziarenko prawdy, ale tego nigdy się nie raczej nie dowiem.
Uchyliłam powieki, automatycznie wyciągając rękę, aby pogłaskać Axela, który zapewne od dawna wyczekiwał na swój poranny spacer. Uśmiechnęłam się lekko, kiedy natrafiłam na łeb owczarka.
- Już wstaję - mruknęłam i zsunęłam się z łóżka. Po drodze do łazienki sprawdziłam godzinę - było trochę po dziesiątej rano. Miałam sporo czasu, aby przygotować się do wydarzeń mających mieć miejsce tego październikowego dnia.
Weszłam pod prysznic i puściłam prawie aż gorącą wodę, rozkoszując się ciepłem przechodzącym przez moje ciało. Zmoczyłam też włosy, biorąc pod uwagę punkt pierwszy w przygotowaniach - farbowanie włosów na czerwono. Nigdy wcześniej tego nie robiłam i, szczerze mówiąc, bałam się trochę, że coś sknocę. Zakręciłam wodę, umyłam głowę, po czym nałożyłam na włosy farbę. Po wyjściu spod prysznica wysuszyłam włosy, z zadowoleniem stwierdzając, że przybrały one czerwoną barwę. Ubrałam się "roboczo"; zwykłe, brązowe bryczesy, gruba czarna bluza. Cmoknęłam na Axela i podpięłam mu linkę treningową. Niezwykle ucieszony pies zamerdał ogonem. Zanim otworzyłam drzwi, przećwiczyłam z nim parę komend, jak proste "siad", "zostań", "łapa". Wilczasty ze skupieniem, wpatrzony we mnie, wykonywał polecenia.
- Okej. - powiedziałam, kończąc tym samym mini sesję treningową. Zabrałam jego ukochaną piłkę i otworzyłam drzwi, wyszłam i gestem ręki wypuściłam psa. Zapięłam mu linkę treningową i wyszłam z budynku.
Wokół kręciło się sporo uczniów, wielu z nich czyściło konie, równie dużo po prostu chodziło w tę i z powrotem, powodując ogólne wrażenie panującego na terenie Akademii chaosu, chociaż to chyba nie jest dobre określenie; bardziej pasowałoby krzątanie się i taki miły nieporządek, gdzie niby nie można niczego znaleźć, a jednak wszystko jest na swoim miejscu.
- Noga. - powiedziałam cicho do Axela, a ten przykleił się do mojej lewej łydki. Pogłaskałam go po grzbiecie i uśmiechnęłam.
Postanowiłam odwiedzić Amora przed wycieczką do lasu z psem. Weszłam do stajni, napawając się zapachem koni. Zapachem domu. Skierowałam się w stronę boksu mojego łobuza, wciąż mając psa przyklejonego do nogi. Podeszłam do odpowiedniego boksu i cmoknęłam cicho, uprzednio zwalniając Axela z komendy "noga" i dając mu połazić po stajni. Amor jadł siano z zadowoleniem, na dźwięk cmoknięcia poruszył uszami i podniósł łeb. Włożyłam rękę przez "kraty", aby pogłaskać nicponia, szybko jednak pożałowałam tego, kiedy skarogniady zdecydował się uwalić mnie w palec. Na szczęście dostatecznie szybko cofnęłam dłoń, bo inaczej nie musiałabym charakteryzować jej na poranioną ani używać sztucznej krwi. Skarciłam szybko ogiera i weszłam do niego. Nie wydawał się być tym zachwycony, najwyraźniej miał zły dzień. Pokręciłam głową i pogłaskałam go po szyi, drapiąc go w jego ulubionym miejscu. Przymknął oczy z zadowoleniem. Uśmiechnęłam się usatysfakcjonowana i wyszłam z boksu konia. Później do niego wrócę. Przywołałam Axela do siebie i skierowałam nas do lasu. Dałam mu wolność, przez chwilę biegał, ale po niedługim czasie wrócił do mnie, oczekując zadań do wykonania. Westchnęłam rozbawiona i kazałam mu zostać, podczas gdy poszłam schować mu gdzieś w krzaki piłkę. Wydałam mu komendę "szukaj". Pies z radością zanurzył nochal w mokrej trawie, szukając "zguby". Pochwaliłam go entuzjastycznie, kiedy przyniósł mi przedmiot.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Na spacerze zeszły się nam ze trzy godziny. Poćwiczyliśmy dużo, Axel wyglądał na zadowolonego i, co najważniejsze, zmęczonego. Odstawiłam psa do domu, dałam mu jeść i wyszłam do stajni w celu przejażdżki na Amorze. Wyprowadziłam konia z boksu, uwiązałam go przy jego mieszkanku i chwyciłam plastikowe zgrzebło. Zaczęłam przejeżdżać szczotką po koniu, oczyszczając go ze sklejek. Kiedy przeciągnęłam zgrzebłem pod jego brzuchem, wykonał ostrzegawczy zamach tylną nogą.
- Ej! - skarciłam go, kontynuując czyszczenie tego brudasa.
Po pół godzinie był już na tyle czysty, że mogłam zacząć go siodłać. Wzięłam do rąk czaprak z zestawu, który kiedyś kupiłam właśnie z myślą o Halloween. Czaprak wykonany był z czarnego materiału, na którym widniały pomarańczowe dynie. Oprócz tego do zestawu należały nauszniki, podkładka i ochraniacze na przody i tyły. Do tego posiadałam czarną derkę ze wzorem szkieletu konia.
Założyłam ogierowi ochraniacze, na których widniały maleńkie dynie i kości, po czym zarzuciłam nowy czaprak na grzbiet konia, to samo zrobiłam z podkładką. Założyłam czarne siodło i podciągnęłam je do góry, aby zaraz potem łagodnie naprowadzić je w miejsce, gdzie powinno leżeć. Kiedy chwyciłam popręg, Amor skulił uszy i spiął mięśnie. Przewróciłam oczami i zapięłam popręg na drugą dziurkę. Podczas zakładania ogłowia zrobił typową żyrafę. Klepnęłam go po szyi, na co obraził się, ale podał mi łeb. Szybko pozapinałam wszelkie paseczki i wyprowadziłam Amora ze stajni, zakładając po drodze kask. Przed stajnią dopięłam popręg i włożyłam stopę w strzemię, po czym kilka razy "podskoczyłam", aby wybić się i usiąść w siodle. Poprawiłam strzemiona, usadowiłam się, skróciłam nieco wodze i ścisnęłam lekko boki konia łydkami, na co ten ruszył niespokojnym stępem. Rozglądał się na boki, najwyraźniej przygotowania do Halloween nieco go stresowały. Pogłaskałam go uspokajająco po szyi i wjechałam na plac, po czym zamknęłam za sobą wejście. Było na szczęście pusto - miałam dużo miejsca, ponadto nie musiałam się stresować obecnością obcych osób, a co najważniejsze Amor nie musiał. Wjechałam na ścianę i dopięłam popręg, na razie dałam koniowi długie wodze. Niestety pożałowałam tego, kiedy gdzieś niedaleko któryś z uczniów postanowił zrobić komuś kawał za pomocą zapewne całej paczki strzelających diabełków. W rezultacie przez prawdopodobnie cały teren Akademii przeszło się echo strzelenia tych zabaweczek dla dzieci. Amor w jednej chwili strzelił z zadu i zarzucił głową, po czym ruszył do przodu galopem. Odchyliłam się do tyłu i ściągnęłam wodze, automatycznie nakierowując ogiera na koło. Po parunastu metrach uspokoił się trochę; przeszedł do niespokojnego, nierównego kłusa.
- Hooo, szszszsz... - zwolniłam go.
Koń przeszedł do stępa. Poklepałam go po szyi z ulgą, jednocześnie myśląc, jak wielkimi kretynami są osoby bawiące się diabełkami na terenie Akademii.
Po dziesięciu minutach stępa postanowiłam przejść do kłusa. Cmoknęłam cichutko i przycisnęłam łydki do boków koni. Ten ruszył żywym kłusem, nie tego oczekiwałam. Przytrzymałam go trochę, dopóki nie uzyskałam odpowiedniego tempa. Pogłaskałam Amora po szyi i wsiadłam w siodło, dopasowując się do ruchu konia. Uśmiechnęłam się, widząc jak na niecałą minutę naprawdę skupił się na pracy i rozluźnił mięśnie, ruchy jego ciała stały się płynniejsze. Moje dziecko dorasta ~ pomyślałam z dumą i przycisnęłam łydki do jego boków. Nie uzyskałam jednak efektu, jakiego oczekiwałam - Amor wybudził się i znów zmienił w rozbrykanego, wrednego nieco dzieciaka. Wywalił z zadu i przeszedł do galopu. Pokręciłam głową i zwolniłam do kłusa, po czym spróbowałam ponownie. I ponownie. Po kilku próbach dodanie się udało, wystarczyło mi kilkanaście kroków i zwolniłam do stępa, chwaląc Miśka z zadowoleniem.
Po pół godzinie rozgrzewek na drągach, przejściach, dodaniach (te wciąż nie wychodziły za dobrze) przeszłam na parę minut do stępa, planując sobie już galopy. Amor najwyraźniej się niecierpliwił, przechodził co chwilę do kłusa i kręcił się. W końcu zakłusowałam i przesunęłam zewnętrzną łydkę za popręg, wewnętrzną zaś zostawiłam na popręgu. Amor wystrzelił do przodu, chcąc wyzbyć się energii, która zapewne go rozpierała. Skróciłam wodze, musiałam trochę powalczyć, zanim łaskawie zwolnił. Po paru minutach dość spokojnego tempa (z niezapowiadanymi wyjątkami) postanowiłam dodać. Pochyliłam się w półsiadzie i cmoknęłam. Koń wystrzelił do przodu, trochę go wstrzymałam, bo jednak nie o takie aż dodanie chodziło. Niezadowolony pięciolatek wywalił z zadu, wyrażając tym swoje jakże wielkie obrażenie.
- Ej! - skarciłam go.
W końcu, po paru minutach przepychanek, zwolnień i niespodziewanych dodań, udało nam się uzyskać równomierne tempo. Zadowolona pogłaskałam go po szyi i galopowałam dalej, napawając się kontaktem z moim małym, nieporadnym dzieckiem. Po jakimś czasie zwolniłam i postanowiłam najechać na pięćdziesięcio - centymetrową kopertę. Po przerwie skakaliśmy już razem nawet wyższe przeszkody. Skierowałam konia na środek koperty, starając się utrzymać dobre tempo, co było dość trudne, zważywszy na to, że Amor usiłował wyrwać się i w pięciu foulach najlepiej przejechać cały plac, a następnie wrócić w podskokach do stajni. Mimo to starałam się, bo wiedziałam, że on naprawdę może. Niestety przeliczyłam się trochę i odliczając foule pozostałe do przeszkody, nie uwzględniłam humorków konia. Z pięciu pozostałych fouli nagle zrobiły się dwie, a Amor wybił się dużo za wcześnie, co sprawiło, że straciłam równowagę, ale na szczęście nie spadłam. Po przeszkodzie ogarnęłam dupę rumaka i najechałam ponownie, tym razem wyszło dobrze. Poskakaliśmy trochę, rozkłusowaliśmy i rozstępowaliśmy się, po czym zaczęliśmy wracać do stajni. Przygotowania wciąż trwały w najlepsze. Na wszelki wypadek trzymałam krótko wodze.
- Dzień dobry, Triss. - dobiegł do mnie głos pani Peek.
- Dzień dobry... - zsiadłam szybko z Amora, aby stanąć obok dyrektorki.
- Jak widzisz, przygotowania do dzisiejszych zabaw trwają w najlepsze. - uśmiechnęła się kobieta. - Wiesz, jaki jest plan?
Pokręciłam głową zgodnie z prawdą, bo chociaż kojarzyłam, że o dziewiątej zaczynają się gonitwy, to w sumie nic poza tym.
- O dziewiątej zaczynają się podchody, jesteś w grupie uciekającej. Kończą się o dwudziestej trzeciej, do piętnastu minut do północy jest przerwa. Dwadzieścia po północy zaczyna się dyskoteka z pokazami - spojrzała na mnie - która kończy się o czwartej dwadzieścia. Później pokaz strojów, no i zakończenie zabawy.
Kiwnęłam głową, układając sobie wszystkie informacje, i pogładziłam Amora po szyi.
- Rzecz w tym - ciągnęła dyrektorka - że mało osób zgłosiło się do występów przed dyskoteką. Słyszałam, że grasz na skrzypach... na skrzypcach, tak? - upewniła się - I pomyślałam, żebyś coś przygotowała. I zagrała, rzecz jasna. Jeśli to nie będzie problem, byłabym ci bardzo wdzięczna. - uśmiechnęła się ciepło, a mnie oblał zimny pot. Gra przed całą Akademią...?
- J-jasne, mogę zagrać... - wymamrotałam, bawiąc się grzywą konia i uśmiechając nerwowo.
- Świetnie! - rozpromieniła się kobieta, mimowolnie uśmiechnęłam się szerzej. - W takim razie już nie przeszkadzam i do zobaczenia na podchodach! - odeszła, a ja odetchnęłam i oparłam głowę o szyję Amora, który przyglądał mi się ze spokojem.
- Oj Amor, żebym ja tylko dała radę... - westchnęłam i ruszyłam w kierunku stajni.
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Od razu gdy znalazłam się w pokoju, poszłam się przebrać i wyjęłam skrzypce z futerału. Uśmiechnęłam się na ich widok i przesunęłam palcem po pudle rezonansowym. Wyjęłam czarny instument z równie ciemnego futerału i sprawdziłam, jak bardzo są rozstrojone. Nie było aż tak źle - po parunastu minutach uporałam się ze wszystkimi strunami. Wyjęłam smyczek i naciągnęłam go odpowiednio, po czym przymocowałan do skrzypiec żeberko - bez niego ani rusz. Ułożyłam instument na ramieniu i przecignęłam smyczkiem po pustych strunach, napawając się ich dźwięcznym, czystym brzmieniem. Przez piętnaście minut ćwiczyłam sobie różne ułożenia palców, tempo ruszania smyczkiem i ogólnie rozgrzewałam się. Zastanawiałam się, jaką piosenkę zagrać, kiedy do głowy wpadła mi melodia. Odłożyłam na chwilę instrument i wsłuchiwałam się w rytm grający mi w pamięci; w końcu mnie olśniło. Boulevard od broken dreams. Włączyłam tą piosenkę i zatraciłam się w jej brzmieniu. Przypomniało mi się, że kiedyś uczyłam się ją grać, co jeszcze bardziej mnie ucieszyło.
Teraz wystarczyło przypomnieć sobie nuty, ewentualnie po prostu grać ze słuchu. Pamiętałam pierwsze pół minuty, później przyszło mi wymyślać ze słuchu. Zaczęłam grać, na początku szło mi dość opornie, gubiłam się w ruchach i zahaczałam o dwie struny na raz, z czasem jednak moje ruchy stały się płynniejsze, melodia składniejsza, a całość brzmiała naprawdę pięknie.
Po niecałych dwóch godzinach grania czułam się teoretycznie przygotowana, teoretycznie, bo pozostaje najgorsze - sam występ. Na samą myśl chciałam przełożyć to jak najdalej, była już jednak dwudziesta... dwudziesta?!
Szybko przebrałam się i pobiegłam do stajni, żeby zdążyć ogarnąć Amora. Zajęło mi to mniej więcej 45 minut, łącznie z siodłaniem. Na szczęście nie miałam problemów "technicznych", a Amor w całym zestawie wyglądał pięknie. Wyprowadziłam go przed stajnię idealnie na czas. Pani Peek wygłosiła przemowę i ogłosiła wsiąście na konie. Obie grupy wsiadły i rozległ się sygnał do startu. Amor wyrywał się do galopu, przytrzymywałam go jednak, bo cała grupa jeszcze kłusowała. Po jakimś czasie zagalopowaliśmy. W pełnym galopie minęła nas osoba ze świecącym kaskiem, na co mój koń wystrzelił do przodu, wywalając raz po raz z zadu.
- Trzymaj się! - krzyknął ktoś.
Chwyciłam mocniej wodze i ściągnęłam je, starając się nie wypaść z siodła. Nogi wyleciały mi ze strzemion, jednocześnie Amor po trochu zwalniał. W końcu zatrzymał się, a ja pochwaliłam go za stanięcie i wzięłam kilka głębokich oddechów. Podejrzewałam, że grupa już i tak się rozdzieliła, pojechałam więc w stronę zagajnika, podziwiając księżyc i gwiazdy. Jak się okazało, była to dobra kryjówka - dopiero po godzinir znalazła mnie jakaś dziewczyna. Potulnie udałam się z nią do Akademii, gdzie czekała na nas pani Peek. Ogłosiła przerwę i dała znak na rozejście się. Odłożyłam Amora do stajni i popędziłam się ogarnąć.
W pokoju nałożyłam ciemne cienie na powieki i ubrałam się na czarno z czerwonymi dodatkami. Przećwiczyłam sobie Boulevard of broken dreams i dostroiłam skrzypce, po czym z duszą na ramieniu i futerałem ze skrzypcami w ręku poszłam na dyskotekę. Mieściła się ona w budynku głównej Akademii, gdyż to tam było zwyczajnie najwięcej miejsca. Gdy przyszłam, ludzie dopiero się zbierali. Po paru minutach sala była pełna, jedyne miejsce, gdzie nie było ludzi, to była jakby scena zrobiona ze zwykłego podwyższenia. Stanęłam blisko niego, aby nie musieć przepychać się przez te dzikie tłumy. Pani Peek wygłosiła krótką przemowę, po czym na scenę wszedł jakiś chłopak. Śpiewał jakąś piosenkę, której nie kojarzyłam, ale musiałam przyznać, że chłopak ma głos. Stres zżerał mnie od środka, mimo to starałam się wsłuchiwać w muzykę. Po chłopaku weszła dziewczyna, która zaśpiewała kolejną piosenkę, której nie znałam. Potem jednak zdziwiłam się - do mikrofonu podeszła Viktoria.
- Carry on my wayward son
There'll be peace when you are done
Lay your weary head to rest
Don't you cry no more...
Śpiewała pięknie, a refren tej tak dobrze znanej mi piosenki powoli uspokoił mój oddech. Przymknęłam oczy, wsłuchując się w słowa piosenki. Z transu wybudziła mnie mijająca mnie Viktoria, mówiąc cicho "Teraz twoja kolej". Spojrzałam z paniką na scenę, a ona uśmiechnęła się.
Weszłam na podest na drżących nogach i wyjęłam skrzypce z futerału, to samo zrobiłam ze smyczkiem. Stanęłam przed wyczekującym tłumem, zacisnęłam oczy. "Carry on my wayward son..."
Przejechałam smyczkiem po strunie, rozpoczynając piosenkę. I z każdą chwilą było lepiej, z każdą sekundą bardziej wtapiałam się w piosenkę, którą grałam. Smyczek był przedłużeniem mojej ręki, a skrzypce odzwierciedleniem duszy. Nie dbałam już, ile osób patrzyło mi na ręce - była tylko muzyka. Dźwięki, które tak bardzo kochałam.
Nim się obejrzałam, piosenka dobiegła końca, a ja znowu stałam na scenie. Podziękowałam i szybko zeszłam z niej, wtapiając się w tłum. Nie miałam zamiaru siedzieć na dyskotece, i tak przytulałabym tylko ściany. Udałam się więc do mojego pokoju, wchłaniając do płuc świeże, nocne powietrze. Ten dzień był dobry ~ pomyślałam zasypiając.
---------
Zespułam końcówkę :/
2406 słów ♡
Event Halloween'owy - zgłoszenia.
Uwaga! Zdarzyło się, że dotarły na razie tylko dwa opowiadania, w dodatku od tej samej osoby, lecz od dwóch postaci, czas na nadesłanie opowiadań macie do godziny 6.30 dnia. 1.11.2017. Data ogłoszenia wyników pozostaje taka sama.
Pozdrawiam,
Administratorka.
Pozdrawiam,
Administratorka.
od Viktorii - Halloween
Robiłam dzisiaj wszystko na ostatnią chwilę, nie miałam bladego pomysłu co zrobić z Tene, North i Dią. W panice przeszukiwałam wszystkie szuflady, szukając ostatnich pięciu tubek z białą farbą do malowania na ciele. Wreszcie udało mi się wygrzebać to co potrzebne z czeluści szafy. Rzuciłam to na łóżko, Tenebris poderwała się i otworzyła pysk, wywalając jęzor. Znalazłam przebranie dla siebie, no... przebraniem tego nie nazwę ale cokolwiek to będzie. Podpięłam nóż do pasa i wynalazłam pędzle. Na telefonie były zdjęcia, które będą mi potrzebne do pomalowania tamtej dwójki. Dia będzie musiała ucieszyć się z pentagramu na zadzie i indiańskich znaczkach.
- Hop! - poklepałam biurko, poprawiając turban na włosach. Z miętowego musiały zmienić kolor na czarno-pomarańczowe ombre. Czarna psinka wskoczyła na stół, zrzucając jedną tubkę z farbą.
- Siad. - rozkazałam, Tenebris szybko wykonała polecenie. Wyobraziłam sobie, jak to wszystko ma wyglądać i zaczęłam od jej pyska. Po dobrych dwudziestu minutach skończyłam jej głowę, teraz zajęłam się kręgosłupem i żebrami. Minęła godzina, gdy moje dzieło było ukończone. Byłam nawet dumna z tego co zrobiłam, uśmiechnęłam się do siebie i założyłam jej obrożę z "ćwiekami". Otworzyłam drzwi i poklepałam się po udzie, psina skoczyła do mnie i pomerdała z radością ogonem. Mijałam wielu uczniów, niektórzy mieli już zrobione charakteryzacje a inni dopiero zaczynali ogarniać, że coś takiego jak Halloween istnieje. Zatrzaskując drzwi, wpadła na mnie jakaś młodsza dziewczyna.
- Uważaj jak chodzisz. - warknęłam, spojrzała na mnie speszona i cicho przeprosiła. Odprowadziłam ją wzrokiem i wyszłam z budynku. Uśmiechnęłam się do siebie i poszłam do stajni, gdzie przywitało mnie radosne rżenie moich dwóch klaczy. Pogłaskałam North delikatnie po chrapach i weszłam do siodlarni, szukając odpowiedniego zestawu. Znalazłam odpowiedni, idealnie pasujący do dzisiejszego nastroju całej akademii. Szczotki były już przy boksie, więc o to się nie martwiłam. Zwolniłam Tene z komendy, niech psina sobie pobiega jak chce. Wyjęłam zgrzebło ze skrzynki i weszłam do boksu, klacz skuliła delikatnie uszy ale nie zrobiła nic więcej. Napawałam się każdym ruchem dłoni, dotknięcia jej sierści. Pamiętałam, jak pierwszy raz na nią wsiadłam i nie umiałam zrobić zwykłej półparady. Uśmiechnęłam się i przeszłam za jej zadem, w celu wyczyszczenia drugiej strony, która niestety była jednym wielkim sklejonym błotem. Westchnęłam i zaczęłam to wszystko zeskrobywać zgrzebłem, poprawiłam ją jeszcze raz miękką szczotką i zaczęłam siodłać. Zaczęłam od owijek, bo szły najszybciej. Potem zarzuciłam jej czaprak i podkładkę, podciągając je trochę do przodu. Założyłam prędko siodło i sięgnęłam pod jej brzuchem po popręg, spięła mięśnie i skuliła uszy. Podpięłam go szybko na drugą dziurkę i odpuściłam. Spojrzała na mnie z wyrzutem, ogłowie założyłam w miarę szybko, jak na jej zły humor. Zostały mi jeszcze jakieś 4 godziny do rozpoczęcia zabaw Halloween'owych, więc pozwoliłam sobie na szybki wyjazd na tor crossowy. Wpisałam się do zeszytu i wsiadłam ze schodków na klacz. Tenebris krzątała się koło nas, ruszyłam stępem w stronę startu a zarazem mety. North drobiła w miejscu, czekając na sygnał do galopu. Ściągnęłam wodze ale po chwili poluźniłam je i pozwoliłam jej ruszyć galopem, po parunastu metrach szaleńczego tempa opanowałam ją i nakierowałam w stronę pierwszej przeszkody, jaką była hydra. North wybiła się idealnie przed nią i lekko wylądowała po drugiej stronię, poklepałam ją po szyi i skręciłam w stronę stołu, klacz nastawiła uszu i zaczęła się wyrywać. Nie pozwoliłam jej na to, pomimo szczerej chęci na dziki galop. Zostały nam jakieś 4 metry do kolejnej przeszkody, przeszłam do półsiadu i pochyliłam się, oddając wodze gdy klacz wybijała się nad ziemię. Skoczyłyśmy jeszcze dwie przeszkody i zwolniłam ją do kłusa a potem do stępa. Wracałam powoli do stajni, rozglądając się i podziwiając dekoracje. Na bramie znajdowały się duszki, przy niej były wycięte dynie, z końską tematyką. Minęłam naszą dyrektorkę, która nawet nie zwróciła uwagi na moje przywitanie. Wjechałam na rozprężalnie, chcąc dać jej odpocząć. Tenebris dobiegła do mnie z wywalonym jęzorem i radością w oczach. Po 30 minutach robienia ćwiczeń w najwolniejszym chodzie, wreszcie zdecydowałam się zsiąść i zabrać za ogarniecie jej. Rozsiodłałam klacz i przetarłam słomą, zajmując jedno z pierwszych stanowisk. Wygrzebałam w kieszeni farby i zaczęłam swoje "dzieło", coraz więcej uczniów przybywało do stajni. Minęły mnie dwie nowe osoby, blondyna która wyglądała na lekko zagubioną i chłopak, który miał ciekawą charakteryzację. Przyjrzałam się chwilę jego pupilowi i zachowaniu chłopaka. Był stanowczy i nie pozwalał bułankowi na gryzienie. Blondyna miała konia z niespotykaną tu odmianą na pysku. Patrzyłam na jej zwierzaka z uśmiechem, dziewczyna dała mu marchewkę i zaczęła go czyścić. Wróciłam do swojego zajęcia, North patrzyła na mnie z irytacją. Dobrą chwilę zajęło mi dokończenie całego malunku, ale efekt bardzo mi się podobał. klik Ponownie osiodłałam klacz, tym razem już na dłuższy czas. Dostałam kartkę z dokładnym wypisem co będzie się działo.
Viktoria Embress.
Plan Halloween.
1. Podchody - gr. uciekający (21-23)
2. Przerwa - 23.30 - 00.15
3. Dyskoteka, rozpoczęta krótkim pokazem - 00.20 - 4.20
4. Pokaz strojów 4.45 - 5.40
5. Wyniki, zakończenie zabawy - 6 - 6.20
Schowałam to do kieszeni i skończyłam siodłanie klaczy, dochodziła godzina rozpoczęcia zabaw. Wsiadłam szybko na North i podjechałam do mojej grupy, Pani Peek ogłosiła kilka pierdół i rozpoczęła podchody. Ruszyliśmy kłusem, prawie równocześnie zagalopowaliśmy za zakrętem. Dopiero teraz zaczęliśmy się rozdzielać, zdecydowałam się zajechać do jeziora, mało kto tam będzie szukać a można też porobić dużo ładnych rzeczy. Zwolniłam klacz do stój gdy dojechałyśmy do celu. Napawałam się ciszą i wpatrywałam w odbicie księżyca na tafli jeziora. Brak jakichkolwiek dźwięków był niepokojący, zwłaszcza że North przez cały czas wyglądała na spiętą. Minuty ciągnęły się w nieskończoność, gwałtownie obróciłam się w momencie gdy usłyszałam za sobą kroki. Jedną rękę skierowałam w stronę noża a drugą chwyciłam mocniej wodze. Co dziwne, nikogo za sobą nie zauważyłam. Spojrzałam na podłożę, za to tam coś było. W oczy rzuciły mi się ślady gołych stóp, odwróciłam wzrok i skupiłam się na utrzymaniu North w ruchu, w razie zauważenia przez szukających. Znalazł mnie jeden ze starszych uczniów, grzecznie wróciłam z nim do akademii i zapisałam sobie kto mnie "złapał". Zostało jeszcze piętnaście minut do zakończenia tej zabawy, jednak koniec nadszedł szybciej - wszyscy zostali znalezieni. Pani Peek ogłosiła wygraną szukających, przyjęliśmy to ze spokojem chociaż nie obyło się bez bluźnierstw. Stępowałam z North w czasie przerwy i dałam jej też chwilę odpoczynku beze mnie na grzbiecie. Chodziłam z nią w ręce i głaskałam po chrapach.
- Rozsiodłajcie konie! - usłyszeliśmy komunikat dyrektorki. - później wsiądziecie na oklep! - zadeklarowała, zaprowadziłam North do boksu i rozsiodłałam ją, szkielet narysowany na jej ciele trochę się zmył, po odniesieniu sprzętu poprawiłam go i dodałam trochę fluorescencyjnej farby. Klacz z ochotą zaczęła jeść swoją spóźnioną kolację. Przeszliśmy w miejsce gdzie miała odbyć się dyskoteka. Na jednej z ujeżdżalni dosiadali koni stajenni, wszystkie wierzchowce były jasnej maści, najbardziej jednak zdziwiła nas nasza dyrektorka, dosiadającą swojej własnej podopiecznej - All Hands Up, zwanej przez nas Świruską lub Allie. Klacz była mistrzynią w stanowej potędze skoków, a Pani Peek jeszcze niedawno startowała w zawodach. Teraz musiała przestać, ze względu na niegroźny wypadek, ale pokazy dla uczniów zawsze organizowała. Z głośników wydobyła się dobrze znana nam piosenka, puszczana co roku na każdych takich imprezach. Dyrektorka ruszyła kłusem wokoło, pokazując Świrusce przeszkody, klacz wyrywała się do przeszkody, wreszcie kobieta lekko przesunęła zewnętrzną łydkę za popręg, wewnętrzną zaś pozostawiła na popręgu. All Hands Up wystrzeliła galopem do przodu, dyrka najechała na pierwszą w kolejności przeszkodę, robiąc dodanie dwie foule przed stacjonatą. Allie Wystrzeliła do góry, robiąc zapas i odwracając głowę w stronę kolejnej przeszkody. Peek wróciła do pełnego siadu i dojeżdżała do kolejnej, tym razem do oksera. Prezentowały się razem lepiej niż większość z nas, wyglądało na to że obie są ze sobą bardzo związane. All Hands Up wystrzeliła w górę trochę za wcześnie, ledwo przeskakując nad przeszkodą ale nie robiąc zrzutki. Peek skoczyła jeszcze kilka razy i zakończyła pokaz, oklaski rozbrzmiewały dobre kilka minut. Allie cofnęła się, lekko zestresowana. Ucichliśmy na gest kobiety, miejsce na wyjazd z ujeżdżalni zostało zrobione natychmiastowo. Gdy tylko stukot kopyt rozbrzmiał na placu, włączona została muzyka. Shut up and dance with me! Zauważyłam, że mój chłopak podpiera ścianę, podeszłam do niego w podskokach i zaśpiewałam właśnie tamten fragment znanej piosenki. Podniósł wzrok i uśmiechnął się. Pociągnęłam go za rękę i wyciągnęłam na parkiet. Zdążyliśmy zatańczyć coś żywszego, zaraz potem puszczona została wolna muzyka. Rush chwycił mnie w talii i przyciągnął do siebie, uśmiechnęłam się niepewnie do siebie.
- Gorzko! Gorzko! - darli się uczniowie zebrani wokół nas, nie umiałam powstrzymać śmiechu. Przyciągnęłam chłopaka do siebie i wpiłam się w jego usta, chłopak szybko odwzajemnił pocałunek. Wokół nas rozbrzmiały oklaski, kilka dziewczyn zapiszczało. Triss grała na skrzypcach, znaną mi piosenkę Boulevard of Broken Dreams. Wsłuchiwałam się w melodię z uśmiechem.
- Kocham Cię. - szepnęłam, wtulając się w chłopaka. Przetańczyliśmy wspólnie większość potańcówki. Dyrektorka kazała nam wsiąść na konie, Ru był w drugiej grupie, więc musieliśmy się rozłączyć. Założyłam North ogłowie i wsiadłam na nią z ziemi, nie przykładając się zbytnio. Podjechałam do placu i czekałam aż ustawi się reszta. Za ten czas mogłam podziwiać wschód słońca, o tej godzinie wszystko dopiero budziło się do życia, ptaki zaczynały ćwierkać a cały plac skąpany był w różach, czerwieniach i fioletach. Uśmiechnęłam się do siebie, wiedziałam że pewnie nie wygram, bo to był najbardziej tandetny konkurs. Wygrali jacyś starsi chłopacy i jedna dziewczyna z młodszej klasy, musiałam przyznać że kostiumy były zajebiste. Zawróciłam klacz w stronę lasu, zastanawiając się nad wyjazdem w teren, ale zrezygnowałam. Biała suknia zniknęła za drzewem, nie pojawiając się więcej. Zawiał chłodny wiatr, na moim ciele pojawiły się ciarki.
-----
Soł, drugie opowiadanie na Halloween >.<
- Hop! - poklepałam biurko, poprawiając turban na włosach. Z miętowego musiały zmienić kolor na czarno-pomarańczowe ombre. Czarna psinka wskoczyła na stół, zrzucając jedną tubkę z farbą.
- Siad. - rozkazałam, Tenebris szybko wykonała polecenie. Wyobraziłam sobie, jak to wszystko ma wyglądać i zaczęłam od jej pyska. Po dobrych dwudziestu minutach skończyłam jej głowę, teraz zajęłam się kręgosłupem i żebrami. Minęła godzina, gdy moje dzieło było ukończone. Byłam nawet dumna z tego co zrobiłam, uśmiechnęłam się do siebie i założyłam jej obrożę z "ćwiekami". Otworzyłam drzwi i poklepałam się po udzie, psina skoczyła do mnie i pomerdała z radością ogonem. Mijałam wielu uczniów, niektórzy mieli już zrobione charakteryzacje a inni dopiero zaczynali ogarniać, że coś takiego jak Halloween istnieje. Zatrzaskując drzwi, wpadła na mnie jakaś młodsza dziewczyna.
- Uważaj jak chodzisz. - warknęłam, spojrzała na mnie speszona i cicho przeprosiła. Odprowadziłam ją wzrokiem i wyszłam z budynku. Uśmiechnęłam się do siebie i poszłam do stajni, gdzie przywitało mnie radosne rżenie moich dwóch klaczy. Pogłaskałam North delikatnie po chrapach i weszłam do siodlarni, szukając odpowiedniego zestawu. Znalazłam odpowiedni, idealnie pasujący do dzisiejszego nastroju całej akademii. Szczotki były już przy boksie, więc o to się nie martwiłam. Zwolniłam Tene z komendy, niech psina sobie pobiega jak chce. Wyjęłam zgrzebło ze skrzynki i weszłam do boksu, klacz skuliła delikatnie uszy ale nie zrobiła nic więcej. Napawałam się każdym ruchem dłoni, dotknięcia jej sierści. Pamiętałam, jak pierwszy raz na nią wsiadłam i nie umiałam zrobić zwykłej półparady. Uśmiechnęłam się i przeszłam za jej zadem, w celu wyczyszczenia drugiej strony, która niestety była jednym wielkim sklejonym błotem. Westchnęłam i zaczęłam to wszystko zeskrobywać zgrzebłem, poprawiłam ją jeszcze raz miękką szczotką i zaczęłam siodłać. Zaczęłam od owijek, bo szły najszybciej. Potem zarzuciłam jej czaprak i podkładkę, podciągając je trochę do przodu. Założyłam prędko siodło i sięgnęłam pod jej brzuchem po popręg, spięła mięśnie i skuliła uszy. Podpięłam go szybko na drugą dziurkę i odpuściłam. Spojrzała na mnie z wyrzutem, ogłowie założyłam w miarę szybko, jak na jej zły humor. Zostały mi jeszcze jakieś 4 godziny do rozpoczęcia zabaw Halloween'owych, więc pozwoliłam sobie na szybki wyjazd na tor crossowy. Wpisałam się do zeszytu i wsiadłam ze schodków na klacz. Tenebris krzątała się koło nas, ruszyłam stępem w stronę startu a zarazem mety. North drobiła w miejscu, czekając na sygnał do galopu. Ściągnęłam wodze ale po chwili poluźniłam je i pozwoliłam jej ruszyć galopem, po parunastu metrach szaleńczego tempa opanowałam ją i nakierowałam w stronę pierwszej przeszkody, jaką była hydra. North wybiła się idealnie przed nią i lekko wylądowała po drugiej stronię, poklepałam ją po szyi i skręciłam w stronę stołu, klacz nastawiła uszu i zaczęła się wyrywać. Nie pozwoliłam jej na to, pomimo szczerej chęci na dziki galop. Zostały nam jakieś 4 metry do kolejnej przeszkody, przeszłam do półsiadu i pochyliłam się, oddając wodze gdy klacz wybijała się nad ziemię. Skoczyłyśmy jeszcze dwie przeszkody i zwolniłam ją do kłusa a potem do stępa. Wracałam powoli do stajni, rozglądając się i podziwiając dekoracje. Na bramie znajdowały się duszki, przy niej były wycięte dynie, z końską tematyką. Minęłam naszą dyrektorkę, która nawet nie zwróciła uwagi na moje przywitanie. Wjechałam na rozprężalnie, chcąc dać jej odpocząć. Tenebris dobiegła do mnie z wywalonym jęzorem i radością w oczach. Po 30 minutach robienia ćwiczeń w najwolniejszym chodzie, wreszcie zdecydowałam się zsiąść i zabrać za ogarniecie jej. Rozsiodłałam klacz i przetarłam słomą, zajmując jedno z pierwszych stanowisk. Wygrzebałam w kieszeni farby i zaczęłam swoje "dzieło", coraz więcej uczniów przybywało do stajni. Minęły mnie dwie nowe osoby, blondyna która wyglądała na lekko zagubioną i chłopak, który miał ciekawą charakteryzację. Przyjrzałam się chwilę jego pupilowi i zachowaniu chłopaka. Był stanowczy i nie pozwalał bułankowi na gryzienie. Blondyna miała konia z niespotykaną tu odmianą na pysku. Patrzyłam na jej zwierzaka z uśmiechem, dziewczyna dała mu marchewkę i zaczęła go czyścić. Wróciłam do swojego zajęcia, North patrzyła na mnie z irytacją. Dobrą chwilę zajęło mi dokończenie całego malunku, ale efekt bardzo mi się podobał. klik Ponownie osiodłałam klacz, tym razem już na dłuższy czas. Dostałam kartkę z dokładnym wypisem co będzie się działo.
Viktoria Embress.
Plan Halloween.
1. Podchody - gr. uciekający (21-23)
2. Przerwa - 23.30 - 00.15
3. Dyskoteka, rozpoczęta krótkim pokazem - 00.20 - 4.20
4. Pokaz strojów 4.45 - 5.40
5. Wyniki, zakończenie zabawy - 6 - 6.20
Schowałam to do kieszeni i skończyłam siodłanie klaczy, dochodziła godzina rozpoczęcia zabaw. Wsiadłam szybko na North i podjechałam do mojej grupy, Pani Peek ogłosiła kilka pierdół i rozpoczęła podchody. Ruszyliśmy kłusem, prawie równocześnie zagalopowaliśmy za zakrętem. Dopiero teraz zaczęliśmy się rozdzielać, zdecydowałam się zajechać do jeziora, mało kto tam będzie szukać a można też porobić dużo ładnych rzeczy. Zwolniłam klacz do stój gdy dojechałyśmy do celu. Napawałam się ciszą i wpatrywałam w odbicie księżyca na tafli jeziora. Brak jakichkolwiek dźwięków był niepokojący, zwłaszcza że North przez cały czas wyglądała na spiętą. Minuty ciągnęły się w nieskończoność, gwałtownie obróciłam się w momencie gdy usłyszałam za sobą kroki. Jedną rękę skierowałam w stronę noża a drugą chwyciłam mocniej wodze. Co dziwne, nikogo za sobą nie zauważyłam. Spojrzałam na podłożę, za to tam coś było. W oczy rzuciły mi się ślady gołych stóp, odwróciłam wzrok i skupiłam się na utrzymaniu North w ruchu, w razie zauważenia przez szukających. Znalazł mnie jeden ze starszych uczniów, grzecznie wróciłam z nim do akademii i zapisałam sobie kto mnie "złapał". Zostało jeszcze piętnaście minut do zakończenia tej zabawy, jednak koniec nadszedł szybciej - wszyscy zostali znalezieni. Pani Peek ogłosiła wygraną szukających, przyjęliśmy to ze spokojem chociaż nie obyło się bez bluźnierstw. Stępowałam z North w czasie przerwy i dałam jej też chwilę odpoczynku beze mnie na grzbiecie. Chodziłam z nią w ręce i głaskałam po chrapach.
- Rozsiodłajcie konie! - usłyszeliśmy komunikat dyrektorki. - później wsiądziecie na oklep! - zadeklarowała, zaprowadziłam North do boksu i rozsiodłałam ją, szkielet narysowany na jej ciele trochę się zmył, po odniesieniu sprzętu poprawiłam go i dodałam trochę fluorescencyjnej farby. Klacz z ochotą zaczęła jeść swoją spóźnioną kolację. Przeszliśmy w miejsce gdzie miała odbyć się dyskoteka. Na jednej z ujeżdżalni dosiadali koni stajenni, wszystkie wierzchowce były jasnej maści, najbardziej jednak zdziwiła nas nasza dyrektorka, dosiadającą swojej własnej podopiecznej - All Hands Up, zwanej przez nas Świruską lub Allie. Klacz była mistrzynią w stanowej potędze skoków, a Pani Peek jeszcze niedawno startowała w zawodach. Teraz musiała przestać, ze względu na niegroźny wypadek, ale pokazy dla uczniów zawsze organizowała. Z głośników wydobyła się dobrze znana nam piosenka, puszczana co roku na każdych takich imprezach. Dyrektorka ruszyła kłusem wokoło, pokazując Świrusce przeszkody, klacz wyrywała się do przeszkody, wreszcie kobieta lekko przesunęła zewnętrzną łydkę za popręg, wewnętrzną zaś pozostawiła na popręgu. All Hands Up wystrzeliła galopem do przodu, dyrka najechała na pierwszą w kolejności przeszkodę, robiąc dodanie dwie foule przed stacjonatą. Allie Wystrzeliła do góry, robiąc zapas i odwracając głowę w stronę kolejnej przeszkody. Peek wróciła do pełnego siadu i dojeżdżała do kolejnej, tym razem do oksera. Prezentowały się razem lepiej niż większość z nas, wyglądało na to że obie są ze sobą bardzo związane. All Hands Up wystrzeliła w górę trochę za wcześnie, ledwo przeskakując nad przeszkodą ale nie robiąc zrzutki. Peek skoczyła jeszcze kilka razy i zakończyła pokaz, oklaski rozbrzmiewały dobre kilka minut. Allie cofnęła się, lekko zestresowana. Ucichliśmy na gest kobiety, miejsce na wyjazd z ujeżdżalni zostało zrobione natychmiastowo. Gdy tylko stukot kopyt rozbrzmiał na placu, włączona została muzyka. Shut up and dance with me! Zauważyłam, że mój chłopak podpiera ścianę, podeszłam do niego w podskokach i zaśpiewałam właśnie tamten fragment znanej piosenki. Podniósł wzrok i uśmiechnął się. Pociągnęłam go za rękę i wyciągnęłam na parkiet. Zdążyliśmy zatańczyć coś żywszego, zaraz potem puszczona została wolna muzyka. Rush chwycił mnie w talii i przyciągnął do siebie, uśmiechnęłam się niepewnie do siebie.
- Gorzko! Gorzko! - darli się uczniowie zebrani wokół nas, nie umiałam powstrzymać śmiechu. Przyciągnęłam chłopaka do siebie i wpiłam się w jego usta, chłopak szybko odwzajemnił pocałunek. Wokół nas rozbrzmiały oklaski, kilka dziewczyn zapiszczało. Triss grała na skrzypcach, znaną mi piosenkę Boulevard of Broken Dreams. Wsłuchiwałam się w melodię z uśmiechem.
- Kocham Cię. - szepnęłam, wtulając się w chłopaka. Przetańczyliśmy wspólnie większość potańcówki. Dyrektorka kazała nam wsiąść na konie, Ru był w drugiej grupie, więc musieliśmy się rozłączyć. Założyłam North ogłowie i wsiadłam na nią z ziemi, nie przykładając się zbytnio. Podjechałam do placu i czekałam aż ustawi się reszta. Za ten czas mogłam podziwiać wschód słońca, o tej godzinie wszystko dopiero budziło się do życia, ptaki zaczynały ćwierkać a cały plac skąpany był w różach, czerwieniach i fioletach. Uśmiechnęłam się do siebie, wiedziałam że pewnie nie wygram, bo to był najbardziej tandetny konkurs. Wygrali jacyś starsi chłopacy i jedna dziewczyna z młodszej klasy, musiałam przyznać że kostiumy były zajebiste. Zawróciłam klacz w stronę lasu, zastanawiając się nad wyjazdem w teren, ale zrezygnowałam. Biała suknia zniknęła za drzewem, nie pojawiając się więcej. Zawiał chłodny wiatr, na moim ciele pojawiły się ciarki.
-----
Soł, drugie opowiadanie na Halloween >.<
czwartek, 26 października 2017
od Viktorii cd. Ricka
Chłopak oznajmił że będzie mi towarzyszył. Otworzyłam usta i przyglądałam mu się przez chwilę, spoglądając na niego jak na debila. Zamknęłam je szybko i oblizałam zaschnięte wargi.
- Nie ma mowy, nie zgadzam się. - wyparowałam, w głębi duszy czując, że jednak chciałabym by chłopak mi towarzyszył. Trochę się bałam chodzić tu samej.
- Super, tyle że to nie było pytanie. - stwierdził a ja z nerwowym uśmiechem zgodziłam się. Wzruszyłam ramionami i schowałam ręce do kieszeni, Rick spojrzał na rękę owiniętą bandaną.
- Nie każesz mi natychmiast wracać do akademii by to opatrzyć? - wyjęłam rękę z kieszeni, uśmiechając się sarkastycznie.
- A gdybym ci kazał, to wróciłabyś? - uniósł brew w oczekiwaniu na odpowiedź. Była oczywista.
- Nie...
- Więc widzisz. - ponownie wzruszył ramionami, nie mogłam powstrzymać nagłego ataku śmiechu. Nasza konwersacja trwała jeszcze chwilę, lecz znowu zapanowała cisza. Cmoknęłam delikatnie na owczarka, suka przybiegła szybko, tym razem delikatniej mnie polizała. Wyszliśmy z sali operacyjnej, przez kolejne dwie godziny zwiedzaliśmy wszystkie pokoje, nie omijając kostnicy i izolatek. Pokoje były w opłakanym stanie, najbardziej jednak dotknęła mnie sala dla dzieci, gdzie walały się zabawki a ze ścian odchodził tynk z postaciami z bajek. Zluzowałam Tenebris smycz i pozwoliłam jej wszystko powąchać. Wyszłam z salki i skierowałam się w lewo, oglądając się za siebie. Chłopak szedł za mną, rozglądając się wokoło. W drzwiach stał wózek, odwróciłam wzrok i zeszłam po schodach. Pchnęłam drzwi do izolatki dla psychicznie chorych, gdzie był kaftan i krzesło. Rick założył go, uśmiechając się psychicznie. Gdybym nie wiedziała że jest tu ze mną, dawno już bym spanikowała. Zaczęłam się śmiać, widząc jak wygląda w tym wszystkim Rick. Postanowiłam wyjść, informując go o tym, że Tene musi coś zjeść. Chłopak zaklął wściekle, roześmiałam się i wyszłam. Nasz dialog trwał dobrą chwilę, wreszcie zdecydowałam się go wypuścić. Wstał i zaczął rozcierać swoje nadgarstki, uśmiechnęłam się i zaproponowałam powrót. Przystał na moją propozycję i już po chwili byliśmy przy oknie, przez które weszłam. Puściłam Tene pierwszą, potem Ricka a sama jeszcze stanęłam i przyjrzałam się temu wszystkiemu, podziwiając ogrom tego miejsca. Westchnęłam cicho i zeskoczyłam, przygryzając wargi, czując jak szkło w mojej dłoni się przesuwa. Smycz Tenebris zwisała swobodnie przy moich spodniach a czarna kulka futra biegała radośnie, na delikatny gest mojej dłoni i cmoknięcie ogarnęła się i podeszła do mnie. Przeczołgałam się po trawie, wstając jakieś dwadzieścia metrów dalej. Rick też wstał, otrzepałam się z kurzu i wrzuciłam nóż niedbale do spodni, czując znajomy ciężar. Uśmiechnęłam się do siebie, widząc jak Tenebris cieszy się z jesiennych liści, opadających z drzew. Chwyciła patyk i przyniosła mi go, spoglądając błagalnie na mnie. Wyjęłam go delikatnie i rzuciłam, klucha ruszyła biegiem, wyrzucając za sobą kupy liści. Gwizdnęłam i przeszłam na ścieżkę. Rick szedł koło mnie, lecz w pewnej odległości. Pozwoliłam Tenebris zabrać patyk do Akademii. Przed nami już widać było bramę i uczniów, którzy przygotowywali się do jazd lub różnych zajęć. Czyli byliśmy tam jakieś pięć godzin, nieźle.
- Poradzę sobie sama. - burknęłam, sięgając po wodę utlenioną. Usiadłam na swoim łóżku i rozwinęłam zakrwawioną bandanę. Zdjęłam bluzę i zagryzłam bluzkę, gdy polewałam płynem ranę. Kilka kropel wody zmieszanej z krwią skapało na podłogę. Syknęłam cicho, gdy rana zaczęła szczypać. Wyciągnęłam delikatnie szkło, powodując ponowny rozlew krwi. Westchnęłam i poprosiłam chłopaka by zabandażował mi dłoń. Z irytacją spoglądałam jak bandaż barwi się na czerwono by po chwili zostać zakrytym przez kolejną warstwę tkaniny. Wreszcie zrobił kokardę i odsunął się na bezpieczną odległość. Wstałam i podeszłam do kuchni.
- Kawy? Herbaty? Piwa? - zapytałam z delikatnym uśmiechem, chciałam się jakoś odwdzięczyć za to że wytrzymał ze mną te pięć godzin, spędzone w szpitalu.
Riczu? To ja napisałam krótkie, nie ty XD
- Nie ma mowy, nie zgadzam się. - wyparowałam, w głębi duszy czując, że jednak chciałabym by chłopak mi towarzyszył. Trochę się bałam chodzić tu samej.
- Super, tyle że to nie było pytanie. - stwierdził a ja z nerwowym uśmiechem zgodziłam się. Wzruszyłam ramionami i schowałam ręce do kieszeni, Rick spojrzał na rękę owiniętą bandaną.
- Nie każesz mi natychmiast wracać do akademii by to opatrzyć? - wyjęłam rękę z kieszeni, uśmiechając się sarkastycznie.
- A gdybym ci kazał, to wróciłabyś? - uniósł brew w oczekiwaniu na odpowiedź. Była oczywista.
- Nie...
- Więc widzisz. - ponownie wzruszył ramionami, nie mogłam powstrzymać nagłego ataku śmiechu. Nasza konwersacja trwała jeszcze chwilę, lecz znowu zapanowała cisza. Cmoknęłam delikatnie na owczarka, suka przybiegła szybko, tym razem delikatniej mnie polizała. Wyszliśmy z sali operacyjnej, przez kolejne dwie godziny zwiedzaliśmy wszystkie pokoje, nie omijając kostnicy i izolatek. Pokoje były w opłakanym stanie, najbardziej jednak dotknęła mnie sala dla dzieci, gdzie walały się zabawki a ze ścian odchodził tynk z postaciami z bajek. Zluzowałam Tenebris smycz i pozwoliłam jej wszystko powąchać. Wyszłam z salki i skierowałam się w lewo, oglądając się za siebie. Chłopak szedł za mną, rozglądając się wokoło. W drzwiach stał wózek, odwróciłam wzrok i zeszłam po schodach. Pchnęłam drzwi do izolatki dla psychicznie chorych, gdzie był kaftan i krzesło. Rick założył go, uśmiechając się psychicznie. Gdybym nie wiedziała że jest tu ze mną, dawno już bym spanikowała. Zaczęłam się śmiać, widząc jak wygląda w tym wszystkim Rick. Postanowiłam wyjść, informując go o tym, że Tene musi coś zjeść. Chłopak zaklął wściekle, roześmiałam się i wyszłam. Nasz dialog trwał dobrą chwilę, wreszcie zdecydowałam się go wypuścić. Wstał i zaczął rozcierać swoje nadgarstki, uśmiechnęłam się i zaproponowałam powrót. Przystał na moją propozycję i już po chwili byliśmy przy oknie, przez które weszłam. Puściłam Tene pierwszą, potem Ricka a sama jeszcze stanęłam i przyjrzałam się temu wszystkiemu, podziwiając ogrom tego miejsca. Westchnęłam cicho i zeskoczyłam, przygryzając wargi, czując jak szkło w mojej dłoni się przesuwa. Smycz Tenebris zwisała swobodnie przy moich spodniach a czarna kulka futra biegała radośnie, na delikatny gest mojej dłoni i cmoknięcie ogarnęła się i podeszła do mnie. Przeczołgałam się po trawie, wstając jakieś dwadzieścia metrów dalej. Rick też wstał, otrzepałam się z kurzu i wrzuciłam nóż niedbale do spodni, czując znajomy ciężar. Uśmiechnęłam się do siebie, widząc jak Tenebris cieszy się z jesiennych liści, opadających z drzew. Chwyciła patyk i przyniosła mi go, spoglądając błagalnie na mnie. Wyjęłam go delikatnie i rzuciłam, klucha ruszyła biegiem, wyrzucając za sobą kupy liści. Gwizdnęłam i przeszłam na ścieżkę. Rick szedł koło mnie, lecz w pewnej odległości. Pozwoliłam Tenebris zabrać patyk do Akademii. Przed nami już widać było bramę i uczniów, którzy przygotowywali się do jazd lub różnych zajęć. Czyli byliśmy tam jakieś pięć godzin, nieźle.
- Poradzę sobie sama. - burknęłam, sięgając po wodę utlenioną. Usiadłam na swoim łóżku i rozwinęłam zakrwawioną bandanę. Zdjęłam bluzę i zagryzłam bluzkę, gdy polewałam płynem ranę. Kilka kropel wody zmieszanej z krwią skapało na podłogę. Syknęłam cicho, gdy rana zaczęła szczypać. Wyciągnęłam delikatnie szkło, powodując ponowny rozlew krwi. Westchnęłam i poprosiłam chłopaka by zabandażował mi dłoń. Z irytacją spoglądałam jak bandaż barwi się na czerwono by po chwili zostać zakrytym przez kolejną warstwę tkaniny. Wreszcie zrobił kokardę i odsunął się na bezpieczną odległość. Wstałam i podeszłam do kuchni.
- Kawy? Herbaty? Piwa? - zapytałam z delikatnym uśmiechem, chciałam się jakoś odwdzięczyć za to że wytrzymał ze mną te pięć godzin, spędzone w szpitalu.
Riczu? To ja napisałam krótkie, nie ty XD
wtorek, 24 października 2017
od Rick'a cd. Viktorii
Dziewczyna bez słowa wyszła z pokoju, chowając ręce do kieszeni. Zacząłem mamrotać przekleństwa pod nosem po czym zamknąłem szybko drzwi. Przebrałem się w jakieś ciemne ciuchy bym był mniej widoczny, ubrałem ukochaną bluzę i już miałem wychodzić kiedy w kieszeni bluzy poczułem coś zimnego. Wyciągnąłem ów przedmiot, którym okazał się pistolet. Chwilę wahałem się czy go wziąć, jednak szybko odłożyłem go na kuchenny blat po czym wyszedłem na długi spacer.
***
Miałem wracać już do akademii, kiedy zza rogu wyskoczyła znajoma mi dziewczyna z czarnym psem. Szybko schowałem się za rogiem i próbowałem przypomnieć sobie skąd mogę ją znać, gdy w końcu jednak przyszło olśnienie i przypomniałem sobie że to zapewne Viktoria, była już daleko więc zacząłem szybko iść za nią. W sumie to nie wiem dlaczego. Może dlatego że nie chciałem mieć wyrzutów sumienia jak ją napadnie jakiś gangster albo pedofil? Nie, no co ja pierdole... Gorszego pojeba ode mnie nie ma, więc...
***
Okey, mnie nazywają pojebańcem, ale czy ja jestem tak chory żeby o trzeciej w nocy przychodzić pod szpital?!? Ja rozumiem że ze pewne Urbex czy coś no ale ludzie?! Choć gdybym ją nastraszył? Nie dobra Rick ogarnij się debilu... Wracaj do akademii, miej to w dupie... Dobra walić to i tak już mam miejsce w piekle, a tam podobno jest super wifi.
Po chwili walczenia jeszcze z monologiem w mojej głowie, zauważyłem że dziewczyna wchodzi do opuszczonego budynku i przeskoczyła przez parapet. Odczekałem parę minut po czym ruszyłem za dziewczyną jednak nie znalazłem jej. W sumie to było bardzo inteligentne czekać około dwudziestu minut aż dziewczyna przeskoczy jeden, głupi parapet a potem dziwić się czemu na mnie nie czekała. Nie no dostanę nagrodę kiedyś za najszybszą reakcję w kraju. Zacząłem jak najciszej i jak najszybciej szukać dziewczyny, po jakimś czasie znalazłem ją, a dokładniej światło latarki więc miałem nadzieję że to latarka Viktorii. Uchyliłem lekko drzwi by sprawdzić czy to rzeczywiście ona jednak przedmiot odpowiedział głośnym skrzypnięciem na co zareagowałem paroma krokami w tył.
-Ktoś tam jest? - usłyszałem delikatnie drżący głos.
-Nie. To duchy. - powiedziałem sarkastycznym tonem.
-Rick?!- usłyszałem oburzoną Viktorię. Nie powiedziałem nic tylko podszedłem bliżej drzwi po czym wszedłem do pomieszczenia.
-Duchy, już ci mówiłem.- uśmiechnąłem się i modliłem się bym nie wybuchnąć śmiechem. -Co tu robisz sama i machasz tym nożem? Wiesz jak trudno było cię znaleźć w tym dziadostwie?!
-Imprezę odwalam.- warknęła opuszczając nóż. -Chciałam się przejść i obejść cały szpital- odparła, już na szczęście łagodniej bo przez chwilę myślałem że mnie tutaj, teraz tym nożem zajebie a testamentu nie napisałem.
-Więc...- zacząłem, jednak dłuższą chwilę zastanawiałem się co powiedzieć. -A więc będę ci towarzyszył- kąciki moich ust szybko powędrowały w górę.
-Nie ma mowy, nie zgadzam się- odpowiedziała marszcząc brwi jednak po jej głosie mogłem wywnioskować że lepiej by było gdybym jej towarzyszył.
-Super, tyle że to nie było pytanie- uśmiechnąłem się jeszcze szerzej.
-No okey- wzruszyła ramionami i schowała rękę do kieszeni. Nim jednak schowała dłoń do kieszeni zdążyłem zauważyć bandanę, jeszcze dłuższą chwilę patrzyłem na jej rękę w kieszeni. Viktoria zauważyła mój wzrok i spojrzała na mnie wyczekująco.
-No co?- wzruszyłem ramionami. Widać było że dziewczynę rozbawiła moja 'inteligentna' reakcja jednak powstrzymała śmiech.
-Nie każesz mi natychmiast wracać do akademii by to opatrzyć?- wyjęła rękę z kieszeni.
-A gdybym ci kazał, to wróciłabyś?- uniosłem brew chodź znałem odpowiedź.
-Nie...- zaśmiała się.
-Więc widzisz- ponownie wzruszyłem ramionami, co znowu rozśmieszyło dziewczynę.
-Ale jak skończymy zwiedzać to miejsce jak z horroru to błyskawicznie wracamy do akademii i opatruję ci tą rękę zrozumiano?- zmarszczyłem brwi udając poważny wyraz twarzy, jednak nie minęła sekunda a już uśmiechałem się jak poparzony co musiało wyglądać cholernie głupio bo Viktoria znów parsknęła śmiechem.
-Dobra, dobra. Jak chcesz
-To zwiedzamy to wspaniałe miejsce czy czekamy aż przyjdą tu jakieś zombie i nas zjedzą?- uśmiechnąłem się szaleńczo.
-Okey- pokiwała twierdząco głową Viktoria.
***
Chodziliśmy przez jakieś kolejne dwie godziny rozmawiając o różnych rzeczach i zwiedzaliśmy różne pomieszczenia. W tym posranym szpitalu znalazło się nawet coś niby pokój psychiatryczny, w sensie białe ściany i na środku kaftan psychiatryczny. Założyłem go nawet dla zabawy.
-I jak wyglądam?- zrobiłem szaleńczą minę.
-Jak psychopata- dziewczyna pokładała się ze śmiechu.
-Dobra a teraz pomożesz mi to zdjąć- powiedziałem nadal jeszcze się śmiejąc.
-Wiesz, śpieszę się. Tene musi coś zjeść- zaśmiała się i wyszła z pomieszczenia.
-Co kurwa!? Ej wracaj tu do cholery!- wstałem z krzesełka na którym siedziałem, jednak zrobiłem to zbyt szybko i zaliczyłem glebę... i to twarzą. Nie minęła sekunda a nad sobą usłyszałem salwy śmiechu.
-Wygodnie?- usłyszałem głos dziewczyny, uniosłem lekko głowę i zmierzyłem Viktorię wzrokiem.
-Bardzo- westchnąłem leżąc tak bezczynnie na ziemi.
-To nie będę ci przeszkadzać- uśmiechnęła się i znów zniknęła za drzwiami. Nie powiem, ale zostać samemu w kaftanie bezpieczeństwa i to w opuszczonym szpitalu to nie najlepiej...
-Weź mi kurna pomóż!- warknąłem z podłogi.
-No dobrze, ale powiedz "proszę"- uśmiechnęła się triumfalnie.
-Przestań odjebywać jakieś teatrzyki i mi pomóż!
-Tene chyba zgłodniałaś prawda?- odwróciła się do psa i pogłaskała ją po głowie.
-Kurwa Viktoria!- Krzyknąłem próbując się wydostać z tego gówna jednak dziewczyna mocno mnie nim związała.
-Pa Rick!- pomachała mi teatralnie po czym usłyszałem jej kroki na korytarzu.
-Dobra! Niech ci będzie! Proszę!- przewróciłem oczami, jednak po chwili znów ujrzałem twarz dziewczyny.
-No dobra już tak nie dramatyzuj Rick. Krzyczałeś jak jakaś dziewczynka- uśmiechnęła się zwycięsko po czym uwolniła mnie z tego "ubranka"
-Dzięki- mruknąłem pocierając nadgarstki. Serio przez chwilę myślałem że mnie tam zostawi.
Viktoria? Sorki że tak długo i że takie krótkie ale brak weny. Mam nadzieję że ci się spodoba końcówka xDDD
***
Miałem wracać już do akademii, kiedy zza rogu wyskoczyła znajoma mi dziewczyna z czarnym psem. Szybko schowałem się za rogiem i próbowałem przypomnieć sobie skąd mogę ją znać, gdy w końcu jednak przyszło olśnienie i przypomniałem sobie że to zapewne Viktoria, była już daleko więc zacząłem szybko iść za nią. W sumie to nie wiem dlaczego. Może dlatego że nie chciałem mieć wyrzutów sumienia jak ją napadnie jakiś gangster albo pedofil? Nie, no co ja pierdole... Gorszego pojeba ode mnie nie ma, więc...
***
Okey, mnie nazywają pojebańcem, ale czy ja jestem tak chory żeby o trzeciej w nocy przychodzić pod szpital?!? Ja rozumiem że ze pewne Urbex czy coś no ale ludzie?! Choć gdybym ją nastraszył? Nie dobra Rick ogarnij się debilu... Wracaj do akademii, miej to w dupie... Dobra walić to i tak już mam miejsce w piekle, a tam podobno jest super wifi.
Po chwili walczenia jeszcze z monologiem w mojej głowie, zauważyłem że dziewczyna wchodzi do opuszczonego budynku i przeskoczyła przez parapet. Odczekałem parę minut po czym ruszyłem za dziewczyną jednak nie znalazłem jej. W sumie to było bardzo inteligentne czekać około dwudziestu minut aż dziewczyna przeskoczy jeden, głupi parapet a potem dziwić się czemu na mnie nie czekała. Nie no dostanę nagrodę kiedyś za najszybszą reakcję w kraju. Zacząłem jak najciszej i jak najszybciej szukać dziewczyny, po jakimś czasie znalazłem ją, a dokładniej światło latarki więc miałem nadzieję że to latarka Viktorii. Uchyliłem lekko drzwi by sprawdzić czy to rzeczywiście ona jednak przedmiot odpowiedział głośnym skrzypnięciem na co zareagowałem paroma krokami w tył.
-Ktoś tam jest? - usłyszałem delikatnie drżący głos.
-Nie. To duchy. - powiedziałem sarkastycznym tonem.
-Rick?!- usłyszałem oburzoną Viktorię. Nie powiedziałem nic tylko podszedłem bliżej drzwi po czym wszedłem do pomieszczenia.
-Duchy, już ci mówiłem.- uśmiechnąłem się i modliłem się bym nie wybuchnąć śmiechem. -Co tu robisz sama i machasz tym nożem? Wiesz jak trudno było cię znaleźć w tym dziadostwie?!
-Imprezę odwalam.- warknęła opuszczając nóż. -Chciałam się przejść i obejść cały szpital- odparła, już na szczęście łagodniej bo przez chwilę myślałem że mnie tutaj, teraz tym nożem zajebie a testamentu nie napisałem.
-Więc...- zacząłem, jednak dłuższą chwilę zastanawiałem się co powiedzieć. -A więc będę ci towarzyszył- kąciki moich ust szybko powędrowały w górę.
-Nie ma mowy, nie zgadzam się- odpowiedziała marszcząc brwi jednak po jej głosie mogłem wywnioskować że lepiej by było gdybym jej towarzyszył.
-Super, tyle że to nie było pytanie- uśmiechnąłem się jeszcze szerzej.
-No okey- wzruszyła ramionami i schowała rękę do kieszeni. Nim jednak schowała dłoń do kieszeni zdążyłem zauważyć bandanę, jeszcze dłuższą chwilę patrzyłem na jej rękę w kieszeni. Viktoria zauważyła mój wzrok i spojrzała na mnie wyczekująco.
-No co?- wzruszyłem ramionami. Widać było że dziewczynę rozbawiła moja 'inteligentna' reakcja jednak powstrzymała śmiech.
-Nie każesz mi natychmiast wracać do akademii by to opatrzyć?- wyjęła rękę z kieszeni.
-A gdybym ci kazał, to wróciłabyś?- uniosłem brew chodź znałem odpowiedź.
-Nie...- zaśmiała się.
-Więc widzisz- ponownie wzruszyłem ramionami, co znowu rozśmieszyło dziewczynę.
-Ale jak skończymy zwiedzać to miejsce jak z horroru to błyskawicznie wracamy do akademii i opatruję ci tą rękę zrozumiano?- zmarszczyłem brwi udając poważny wyraz twarzy, jednak nie minęła sekunda a już uśmiechałem się jak poparzony co musiało wyglądać cholernie głupio bo Viktoria znów parsknęła śmiechem.
-Dobra, dobra. Jak chcesz
-To zwiedzamy to wspaniałe miejsce czy czekamy aż przyjdą tu jakieś zombie i nas zjedzą?- uśmiechnąłem się szaleńczo.
-Okey- pokiwała twierdząco głową Viktoria.
***
Chodziliśmy przez jakieś kolejne dwie godziny rozmawiając o różnych rzeczach i zwiedzaliśmy różne pomieszczenia. W tym posranym szpitalu znalazło się nawet coś niby pokój psychiatryczny, w sensie białe ściany i na środku kaftan psychiatryczny. Założyłem go nawet dla zabawy.
-I jak wyglądam?- zrobiłem szaleńczą minę.
-Jak psychopata- dziewczyna pokładała się ze śmiechu.
-Dobra a teraz pomożesz mi to zdjąć- powiedziałem nadal jeszcze się śmiejąc.
-Wiesz, śpieszę się. Tene musi coś zjeść- zaśmiała się i wyszła z pomieszczenia.
-Co kurwa!? Ej wracaj tu do cholery!- wstałem z krzesełka na którym siedziałem, jednak zrobiłem to zbyt szybko i zaliczyłem glebę... i to twarzą. Nie minęła sekunda a nad sobą usłyszałem salwy śmiechu.
-Wygodnie?- usłyszałem głos dziewczyny, uniosłem lekko głowę i zmierzyłem Viktorię wzrokiem.
-Bardzo- westchnąłem leżąc tak bezczynnie na ziemi.
-To nie będę ci przeszkadzać- uśmiechnęła się i znów zniknęła za drzwiami. Nie powiem, ale zostać samemu w kaftanie bezpieczeństwa i to w opuszczonym szpitalu to nie najlepiej...
-Weź mi kurna pomóż!- warknąłem z podłogi.
-No dobrze, ale powiedz "proszę"- uśmiechnęła się triumfalnie.
-Przestań odjebywać jakieś teatrzyki i mi pomóż!
-Tene chyba zgłodniałaś prawda?- odwróciła się do psa i pogłaskała ją po głowie.
-Kurwa Viktoria!- Krzyknąłem próbując się wydostać z tego gówna jednak dziewczyna mocno mnie nim związała.
-Pa Rick!- pomachała mi teatralnie po czym usłyszałem jej kroki na korytarzu.
-Dobra! Niech ci będzie! Proszę!- przewróciłem oczami, jednak po chwili znów ujrzałem twarz dziewczyny.
-No dobra już tak nie dramatyzuj Rick. Krzyczałeś jak jakaś dziewczynka- uśmiechnęła się zwycięsko po czym uwolniła mnie z tego "ubranka"
-Dzięki- mruknąłem pocierając nadgarstki. Serio przez chwilę myślałem że mnie tam zostawi.
Viktoria? Sorki że tak długo i że takie krótkie ale brak weny. Mam nadzieję że ci się spodoba końcówka xDDD
Subskrybuj:
Posty (Atom)