środa, 9 października 2024

Flynn Fitzpatrick

 Dołącza do nas Flynn Fitzpatrick! Powitajmy go ciepło!


Flynn Fitzpatrick | 18 lat | Buckeye | Harin | - 

wtorek, 8 października 2024

od Arthura cd. Maddie

Kolejny wieczór w barze, w trakcie którego po raz kolejny złapałem się na wypatrywaniu wzrokiem wojowniczki.
Dziś dziewczyna była pomalowana jeszcze mocniej, niż zwykle. Na jej twarzy pojawiły się także kolejne plastry. W głowie pojawił mi się żart "powinieneś zobaczyć tego drugiego"; byłem prawie pewien, że użyłaby go, gdybym zapytał.
Moja koleżanka obsłużyła dziewczynę, ja w międzyczasie bawiłem się w przygotowywanie sezonowych drinków i robienie mocktaili dla kilku nowych twarzy. Kątem oka zauważyłem, że dziewczyna ponownie ma pełną szklankę, wraz z kostkami lodu. Nikt nie siedział obok niej. Stałe towarzystwo mierzyło ją wzrokiem, jakby oceniając, czy jest warta zachodu i ewentualnej bójki. Nowi bardziej oceniali jej figurę i zapewne tak jak ja, zastanawiali się skąd na jej twarzy znajdują się plastry. 
- Jak ręka? - wykorzystałem moment luzu, by zagadać do dziewczyny. Podniosła na mnie wzrok, badając moją osobę. Dziś jej spojrzenie nie było tak ostre i rozgonione, była spokojniejsza. Poinformowała mnie, dodając pytanie czy po jej wyjściu pojawiły się jakieś problemy. Wróciłem pamięcią do felernego wieczoru, nie kojarząc kolejnych krzywych akcji. Zaprzeczyłem więc.
Dźwięk mojego imienia ponownie zwrócił moją uwagę na dziewczynę od walk. 
- Mają cię na oku dwie dziewczyny. Nawet zakładały się, która pierwsza cię poderwie. - Uśmiechnęła się z lekkim zażenowaniem. Nie odwróciłem głowy  w ich stronę; wiedziałem, o których mówi. 
Czując wewnętrzną satysfakcje, odparłem wojowniczce, że mam doświadczenie z takimi paniami. Zaśmiała się. Kontynuując rozmowę między nami, stwierdziłem, że kobiety nie mogą się oprzeć.
- Prawda. Czasem robią takie głupie rzeczy, a potem płaczą. - Ewidentnie była zażenowana płcią piękną. Rozmowa między nami toczyła się jeszcze przez chwilę; w trakcie polerowania szklanek spoglądałem kątem oka na dwie dziewczyny, chichoczące do siebie. Strzelam, że za chwilę zamówią kolejne drinki. 
Lubiłem swoją pracę, nie mogę powiedzieć że nie, ale czasami takie rozświergotane i napalone dziewczyny były aż nazbyt nachalne i zdarzało się, że mnie irytowały. Dzisiaj cieszyło mnie, że mogę poświęcić im uwagę, ale nie miałem ochoty na żadne "wycieczki" po pracy. Chciałem iść spać.
Dowiedziałem się, że zakład wynosił dwadzieścia dolców. Zasugerowała mi skorzystanie z ich zakładu, po czym szybko zmieniła temat na prośbę o dolanie alkoholu do szklanki. Bez wahania wlałem jej nieco więcej, niż przysługiwało klientom. "Jutro mam zajęcia w nowej szkole czy czymś tam", zmarszczyłem brwi, słuchając uważnie tego, co mówi. 
- W tej całej jeździeckiej? - zagaiłem, chcąc rozeznać grunt. Kiwnęła głową, wspominając coś o tym, że nie interesuje się jeździectwem. Na moją twarz wstąpił delikatny uśmiech, prawie odpowiedziałem dziewczynie, że ja boje się tych wielkich, przerośniętych krów. Skinąłem na nią, odpowiadając, że pomieszkuje praktycznie na terenie akademii. Z jej ust padło "w takim razie do zobaczenia", odstawiła szklankę i wstała, obracając się na pięcie i wychodząc z baru, zostawiając za sobą jedynie podmuch nocnego powietrza.
Przetarłem czoło i wróciłem do rozlewania drinków, ziewając co jakiś czas.

Dziewczyna ewidentnie nie była zadowolona z tak wczesnej pobudki, podobnie jak ja. Na ramię miała zarzuconą sportową torbę i zmierzała niechętnie w kierunku głównego budynku akademii.
- Ej, wojowniczko! - Krzyknąłem w jej stronę, chowając kluczyki do kieszeni; warsztat może chwilkę dłużej poczekać. - Cóż za entuzjazm. - zażartowałem, na co na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Od momentu bójki, która mnie ominęła, czułem się jakoś zobowiązany, by chociaż trochę z nią pogadać. Była zajebiście intrygującą osobą i gdzieś w środku czułem, że chciałbym dowiedzieć się troszkę więcej, niż mi opowiedziała. 
Głupia gadka, ale byłem jej ciekawy. Coś w jej aparycji, w tych plastrach i niesamowitej ilości tapety sprawiało, że albo chciało się od niej uciec, albo zostać i rozmawiać. Jakimś cudem, trafiłem na tą drugą opcję, i tak oto byłem - na środku dziedzińca, żartujący z jej entuzjazmu. 
- Też byś taki był, gdybyś musiał iść na te pieprzone zajęcia. - Burknęła, ewidentnie niewyspana. Wyszła z baru przecież dość wcześnie?
- Na szczęście mnie to omija. - Odparłem, wyciągając z kieszeni kluczyki i obracając je wokół palca. - Miałem właśnie jechać na warsztat. - Dodałem, akcentując "miałem", chcąc delikatnie zasugerować, że wcale nie muszę. Mogę równie dobrze pojechać na jakieś dobre jedzenie, bo byłem cholernie głodny.

Maddie? 

poniedziałek, 7 października 2024

Od Kaia do Stefana

      Dzień zaczął się spokojnie, promienie słoneczne wpadały do sypialni Kaia. Delikatny wiatr poruszał zawieszonymi firankami przy oknie. Za oknem słychać było rozmowę jakichś osób. W rezydencji było cicho, wręcz przyjemnie, aby móc spać w najlepsze. Jednak wszystko zepsuł budzik, który rozbudził Larsona. Niezadowolony uchylił powieki, ale od razu je zamknął. Dłonią zaczął szukać swojego telefonu, aby wyłączyć ten nieszczęsny, drażniący w ucho dźwięk budzika. Zadanie nie zostało pomyślnie zakończone. Nie był w stanie odnaleźć urządzenia, a z każdą chwilą miał wrażenie, jakby dźwięk stawał się coraz głośniejszy. Podniósł się do siadu, otworzył niechętnie oczy i zaczął szukać telefonu. Nie to, żeby widział, bo obraz miał zamglony przez nagłą pobudkę. Wszystko było rozmazane, nic nie było wyraźnie zarysowane, ale udało mu się znaleźć urządzenie! Leżało na podłodze. Nie wie, jakim sposobem się tam znalazło, ale czy to ważne?
Ponownie opadł na miękki materac, zatapiając twarz w pierzastej poduszce. Zamknął oczy, chcąc wrócić do spania. Nie było mu to dane. Do sypialni Kaia wszedł jego starszy brat.
— Wstawaj, nie masz całego dnia – oznajmił, trzaskając za sobą drzwiami, aby za chwilę znowu je otworzyć. — Klapek na ciebie czeka, więc się zbieraj.
Prychnął niezadowolony, przewracając się na drugi bok ze swoim telefonem. Przetarł oczy wewnętrzną częścią dłoni, mając nadzieję, że to pomoże, aby obraz przestał być zamazany. Pomogło po którymś razie. Ciężko westchnął, nie chciało mu się wstawać. Była dopiero dziesiąta. Zawsze mógł pójść wieczorem do stajni, ale problem był taki, że obiecał Klapkowi trening. Musi tej obietnicy dotrzymać. Nie to, aby ogier się na niego później obraził… chociaż było to możliwe, ale z rana nie było tyle osób. Miał większe pole manewru i przede wszystkim: miał spokój od ludzi, którzy się kręcili po stajni. A w tym wszystkim to było najważniejsze.
 Dlatego po przejrzeniu internetu, kilku aplikacji, w końcu wstał z łóżka. Podszedł do szafy, skąd wyjął świeże ubrania. Przebieranie szło mu mozolnie, nie miał siły ani chęci. Jednak, jeśli teraz nie pojedzie, to wieczorem będzie narzekać, że każdy czegoś od niego chce.Ogarnięcie się zajęło mu dobre trzydzieści minut, dopiero wtedy wyszedł z sypialni i udał się do kuchni, aby zjeść coś na szybko. I tu znowu zaczęły się schody, bo nie był głodny, ale o zasłabnięcie nie jest wcale tak trudno. Dlatego zmusił się do zjedzenia, chociażby jogurtu, wyrzucając puste opakowanie do kosza na śmieci.
— Kai — kobiecy głos zaskoczył Larsona, gdyż nie spodziewał się, że jego rodzicielka jest o tej porze w domu. Odwrócił się powoli, dostrzegając matkę w wejściu do kuchni.  Mam nadzieję, że pamiętasz o zleceniu.
 Zleceniu? Mężczyzna zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć, co dokładnie kobieta miała na myśli. Zleceń miał dużo, więc nie wiedział, o czym dokładnie mówiła.
— Grafika, Kai — westchnęła, na co wspomniany pstryknął palcami, mamrocząc pod nosem no tak.
— Zajmę się tym, jak tylko wrócę do domu. Mam całą noc. 
Nie otrzymał odpowiedzi. Jedynie ciężkie westchnięcie. Przewrócił oczami i ruszył do garażu, po drodze zgarniając kluczyki od auta. Wsiadł do swojego samochodu, odpalając silnik. Posiedział tak z dobre kilka minut, aż silnik się choć trochę nagrzeje, a następnie wyjechał z posesji. Miał nadzieję, że nikogo w stajni o tej porze nie będzie. A jak już będą jakieś osoby, to takie, które nie będą zawracać mu niepotrzebnie głowy. 
Droga do stajni zajęła mu dobre dwadzieścia minut, no może dwadzieścia pięć. Czy to ważne? Niezbyt. Zaparkował na parkingu, który był praktycznie pusty. Poza jego autem były jeszcze dwa inne. Uśmiechnął się sam do siebie, wewnętrznie czując ulgę. Wysiadł z samochodu, upewnił się, że na pewno zamknął pojazd, a następnie ruszył w kierunku wejścia do stajni. Kluczyki wrzucił do kieszeni kurtki, mając nadzieję, że ich nigdzie nie zapodzieje. Lepiej, żeby później nie musiał bawić się w chowanego z kluczykami.
Kai, idąc w kierunku swojego podopiecznego, zauważył, że w jednym boksie stał jasnowłosy młodzieniec. Jednak nie zwrócił na niego szczególnej uwagi, bo ten zajmował się koniem. Pewnie skończył jazdę i za chwilę stąd wyjdzie. Klapek wystawił łeb ze swojego boksu, a dostrzegając swojego właściciela, niemalże od razu wydał z siebie radosne rżenie. Energicznie poruszał głową w górę i w dół, czekając, aż Larson znajdzie się wystarczająco blisko. Szatyn wyjął z kieszeni kurtki kilka kostek cukru, które dał Klapkowi. Najlepszy przysmak.
Cały sprzęt do oporządzania zostawił w stajni, gdyż wielokrotnie go zapominał, a później musiał chodzić i pytać innych, czy może pożyczyć. Znaczy. Wyglądało to trochę inaczej. Podchodził, wyciągał to, co potrzebował z cudzej torby, pokazywał do danej osoby, a jak przytaknęła, to zabierał i znikał. Oddawał po wszystkim, żeby nie było. Wystarczyło mu, że musiał chodzić i prosić o pożyczenie jakiegoś sprzętu. No nieważne. Obecnie miał tutaj wszystko, więc teraz zdarzało się, że to inni go o coś prosili, a on tylko przytakiwał, nawet nie patrząc, co kto bierze. Jak zniknie, to będzie szukać, a trudne to nie będzie, bo jest grawer z imieniem Klapka oraz inicjały Kaia.
Podrapał ogiera po szyi, na koniec go po niej poklepał i zaczął przygotowywać go do jazdy, w międzyczasie nasłuchując, co się dzieje w stajni. Czasem ktoś przeszedł, czasem ktoś coś powiedział, ale nikt nie zwracał się do Kaia. Do czasu.
Kiedy miał zamiar udać się po ogłowie, nagle stanął przed nim młodzieniec, którego widział, jak wchodził do stajni. W ręce trzymał kantar.
— Hej, czy to twój kantar? — spytał, na co Kai jedynie odwrócił się do niego plecami i na nowo zaczął czesać grzywę Klapka, udając, że niczego nie usłyszał. — Halo? Przecież tu stoję! To, że się odwróciłeś, to nie oznacza, że ciebie nie widzę.
Larson nie odpowiedział. Miał nadzieję, że w ten sposób podziała na nieznajomego i ten odpuści. Chciał tylko pójść po resztę rzeczy, aby Klapek był gotowy do jazdy.
— To twój kantar czy nie? — nie dawał za wygraną, oparł się o drzwiczki boksu. Jednak Kai nic nie odpowiedział. Odłożył szczotkę do kuferka, a następnie otworzył drzwi z nieznajomym, na których praktycznie wisiał i udał się po ogłowie. — Możesz odpowiedzieć? Haaaaalooooo!
Ciągle coś mówił do Kaia, a ten udawał, że go nie słyszy. Zabrał potrzebne rzeczy i wrócił do Klapka, dalej ignorując niechcianego towarzysza.

Stefan?

niedziela, 6 października 2024

Kai Larson

 

Dołącza do nas Kai Larson! Przywitajmy go ciepło


Kai Larson | 24 lata | Klapek | - 


od Arthura cd. Juniper

Oczy Juniper wpatrywały się we mnie ze skupieniem. Badała moje zachowanie, a mi wcale nie widziało się przerywać kontaktu wzrokowego. Serce biło mi szybciej, lecz nie byłem pewien, czy to kwestia poderwania się do pozycji siedzącej, czy jej osoby.
Pobladłem, orientując się, że nie czuje znajomego ciężaru w żadnej z kieszeni.
- Gdzie moje auto? - Spanikowałem, wciąż próbując wyczuć palcami kluczyki. Dziewczyna zniknęła z mojego pola widzenia, więc w panice spróbowałem odnaleźć ją wzrokiem. Opierała się o komodę. Dopiero teraz mogłem się jej dokładniej przyjrzeć - miała na sobie piżamę, luźna koszulka i długie spodnie, ewidentnie opierające się tylko i wyłącznie na jej biodrach. Swoje śliczne, rude włosy spięła w niedbałego koka, a kosmyki, którym udało się uciec, niesfornie opadały jej na policzki. Gdyby siedziała obok mnie, musiałbym walczyć ze sobą, by ich nie odgarnąć. - Nie mów, że zostawiłem auto pod barem? - prawie pisnąłem. Odchrząknąłem, próbując udawać spokojnego. Z rytmu wciąż wybijała mnie jej sylwetka i cała jej osoba.
Zaśmiała się, mówiąc, że nie pozwoliłaby mi prowadzić w takim stanie, w jakim byłem wczoraj. W duchu przyznałem jej racje. Westchnąłem, dziękując jej i celowo zwróciłem się do niej per "Rudzik", gdy oddała mi najcenniejszą rzecz którą posiadałem - kluczyki od dziecinki.
Kontynuowała swój wywód o byciu meserszmitem, który nie może odlecieć. Odparowałem jej, że "zaraz przywalę w wieżyczkę patrolową", śmiejąc się nieco i próbując sięgnąć po kluczyki, schowane za jej plecami.
Ponownie sprowadziła mnie na ziemie, co poskutkowało moją miną skrzywdzonego szczeniaka, licząc, że złagodzę jej podejście.
- Rudzia, no... - mruknąłem, wracając grzecznie na kanapę i siadając między puchatymi poduszkami. Nie wiem, co kurwa we mnie wstąpiło; czy byłem dalej pijany, czy to Rudzik tak na mnie wpływał, czy o co kurwa chodziło. - Ale posiedzisz tu ze mną? Chciałbym z tobą posiedzieć. - Poczułem, jak na mojej twarzy pojawia się uśmiech. To było to uczucie, kiedy ekscytujesz się przed wejściem na rollercoaster i nie jesteś w stanie opanować drżenia warg i po prostu szczerzysz się jak głupi. 
Warunki były proste - łapy przy sobie i nie palić. No, proste na piśmie. Po pierwsze, nie wiem, czy dam radę wytrzymać minutę dłużej, czując jak pięknie pachnie i jak delikatna się wydaje; po drugie, procenty lubią dym.

Leżeliśmy na wcześniej rozłożonej kanapie, rozdzieleni poduszkami. Między nami znajdował się laptop - ewidentnie należał do tych z wyższej półki, choć Juniper nie traktowała go, jakby był ze złota. 
Czułem, jak moja głowa powoli opada, a sen ponownie zaczyna mnie nużyć. Wzrok dziewczyny leżącej obok mnie wyrażał współczucie, choć nie chciała dać tego po sobie poznać. 
- Nie śmiej się. - Fuknąłem, chowając głowę pod poduszką. - Nie byłoby ci do śmiechu z takim kacem. 
Nie odpowiedziała, zamiast tego poczułem, jak druga strona kanapy traci swój ciężar. Westchnąłem z rozczarowaniem. - Gdzie idziesz, Rudzia? - odwróciłem się na plecy, obserwując dziewczynę która zmierzała w stronę, jak mniemam, kuchni.
- Daleko od ciebie, głuptasie. - Wypaliła, na co zamruczałem z niezadowoleniem. Ponownie wróciłem do leżenia w bliżej nieokreślonej pozycji, która jakimś cudem nie sprawiała, że miałem ochotę umrzeć. Dziewczyna chyba włączyła czajnik, bo coś zaczęło wydawać cichy dźwięk. Minęła chwila, albo i cała wieczność, nim wróciła. Postawiła na stoliku obok nas kubek z jakimś ciepłym napojem.
- Miętowa, pomoże ci na... ciebie. - Uśmiechnęła się nieco; poczułem jak przez całe moje ciało przechodzi dreszcz. Co Ty ze mną robisz? Kiwnąłem głową, wstając do pozycji imitującej siedzenie i wziąłem kubek do rąk. Upiłem kilka łyków, krzywiąc się i wyrażając głośno swoje niezadowolenie. Rudzik, widząc moją krzywą minę, zaśmiała się głośno.
Oddam wszystko, by słyszeć ją tak szczęśliwą codziennie.
Halo, baza? Wariuje. Wariuje na punkcie dziewczyny.
Odłożyłem kubek i wróciłem do leżenia, widząc, że Juniper czuje się coraz bardziej komfortowo. Niewiele myśląc, i może trochę wykorzystując moment jej nieuwagi, przysunąłem się bliżej niej, skracając nasz dystans o poduszki dzielące nas.
Miałem nadzieję, że film zacznie lecieć w tle w przeciągu najbliższych kilku minut. Jej osoba, jej delikatność i to, jak sprawiała że się czuję, kompletnie jednak odrzucało mnie od typowego "przelecieć i zostawić". Chciałem ją poznać, chciałem wiedzieć czego się boi i dlaczego jest tu, a nie w domu. Skąd w ogóle to wszystko; chciałem słyszeć jej śmiech i obronić ją przed całym złem tego świata. I może całować i dotykać, odgarniać włosy za ucho i całować w nosek, zabierać na nocne przejażdżki i pokazać jej trochę mojego świata. Chciałem jej jako osoby, a nie jej ciała.
Rudzik ewidentnie zauważyła, że jestem bliżej niej, jednak nie odezwała się słowem, choć już otwierała usta. Pomógłbym jej je zamknąć moimi, najdelikatniej jak umiem. 
- halo, ziemia do Arthura? - pomachała mi dłonią przed twarzą; zorientowałem się, że sam rozchyliłem usta, podobnie jak ona. Zamrugałem i przymknąłem wargi, udając że nic się nie stało. Zwróciłem uwagę na jej włosy, ewidentnie przeszkadzające jej w "skupianiu się na filmie", choć najwyraźniej moja osoba była dla niej równie fascynująca, jak ona dla mnie.
- Mogę? - spojrzałem na rude kosmyki, podnosząc delikatnie dłoń. Kiwnęła głową, praktycznie niezauważalnie. Najdelikatniej jak umiałem, odgarnąłem jej je i ułożyłem za uchem, uważając, by nie przewrócić się na nią, bo moja równowaga wciąż pozostawiała wiele do życzenia.
Życzeń można mieć wiele, bo odsuwając się, wylądowałem z cichym stęknięciem na poduszkach, wywołując u Juniper śmiech. Sam również zacząłem się śmiać, wiedząc, jak komicznie musiało to wyglądać. - Dziękuję. - Wysapałem między salwami śmiechu między nami. Jak ona ślicznie wyglądała, gdy jej twarz rozświetlał uśmiech. 
- Dobra, dobra, ale opowiedz mi, co ja wczoraj odjebałem, że jestem w takim stanie. - Spróbowałem spoważnieć, co wywołało u nas kolejny napad. Myślę, że to zwijanie się ze śmiechu sprawiło, że leżeliśmy praktycznie na sobie. W sensie bardziej Rudzik znajdowała się swoją głową praktycznie na mojej klatce piersiowej. Udałem, że wcale nie przeszedł mnie kolejny dreszcz.

Juneee? 

Od Zei cd. Arthura

 Przeprosiny nie były czymś, czego się po nim spodziewałem. Spojrzałem na chłopaka opartego o Impalę, zastanawiając się co odpowiedzieć.

- Powiedzmy, że mi się należało - rzuciłem wreszcie.

- Myślałem, że to było jasne. - Nadal był rozbawiony.

Przez wcześniejszą rozmowę przeskoczyliśmy chyba etap dyskusji o pogodzie, ale nieszczególnie miałem też ochotę kontynuować zwierzanie się. Jak się temu przyjrzeć dokładniej, to było to trochę śmieszne. Cała nasza znajomość. Od głupiego wypadku na parkingu w kilka godzin przeszliśmy do rozmawiania o najważniejszych rzeczach w naszym życiu. Wydawało mi się, że Arthur nie otwierał się zbyt często i nie opowiadał wszystkim o Impali. Przynajmniej nie w ten sposób. Ja zresztą też nie byłem pewien czy ktokolwiek z moich obecnych znajomych wiedział w ogóle skąd wytrzasnąłem konia. Nie lubiłem o tym wspominać. Historia o Dimie zazwyczaj prędzej czy później prowadziła do pytań o Denisa, a to nie były pytania, na które byłem gotowy. Minęły już prawie cztery lata, a to wszystko nie wydawało się ani trochę łatwiejsze. Arthur chyba doszedł do podobnego wniosku, bo darował sobie zaczynanie kolejnych tematów. Zamiast tego spojrzał w górę.

Niebo faktycznie było tu śliczne, ale nie umiałem zbyt długo skupić się na jego podziwianiu, więc może kwadrans (w każdym razie wydawało mi się, że raczej kilka godzin) później zacząłem rozglądać się po polance dookoła nas. Księżyc dawał niewiele światła, ale wystarczyło na tyle, by zorientować się, że miejsce nie było zbyt często odwiedzane. Była nawet szansa, że nie potkniemy się o pamiątki po jakichś okolicznych nastolatkach, które przyjechały tu sadzić prezerwatywy. A to zawsze miły dodatek do przebywania na łonie natury. Przeszedłem kilka metrów, dzielących mnie od linii drzew po przeciwnej stronie polanki. Pomiędzy liśćmi jakiegoś krzaczka coś błysnęło. Podszedłem bliżej, ale świetlik poderwał się do lotu. Obejrzałem się za siebie. Arthur kończył (kolejnego?) papierosa, nadal wpatrzony w niebo. Wzruszyłem tylko lekko ramionami i ruszyłem za owadem głębiej pomiędzy drzewa.


Arthur? idziemy sadzić prezerwatywy?

Od Maddie cd. Arthura

- Nie ma za co, bezimienna tajemnicza wojowniczko w Celcie – powiedział barman, na co odsunęłam szklankę od ust, próbując się nie zaśmiać. Otworzyłam usta, aby odpowiedzieć, ale został odciągnięty przez swoje obowiązki. Spojrzałam na alkohol w szklance i się lekko uśmiechnęłam. „Wojowniczka”, podobało mi się. Dotąd tylko wuj potrafił mnie tak nazwać. Pierwszy raz, kiedy to zrobił, strzeliłam do napastnika w nogę. Uśmiał się, kiedy zrozumiał, że nazywanie mnie małą dziewczynką, która zrobi sobie krzywdę pistoletem tylko mnie rozjuszy i jeszcze z większą zaciętością strzelę. Takie podpuszczenia były dla mnie paliwem. Nawet cios w dzisiejszej walce pomógł mi ją wygrać.

~*~

Blask lamp na moment mnie oślepił. Do moich uszu dobiegł głośny ludzki gwar, składający się głównie z radosnych, bojowych okrzyków. Na ringu stała już dziewczyna z Meksyku, bokserka z pięcioletnim doświadczeniem o włosach ciemnych jak atrament i oczach zimnych jak lód. Wbijała we mnie swój wzrok niczym szpilki. Moja przeciwniczka była gotowa; ja również. Na dźwięk startu ruszyłyśmy w swoją stronę.
Miała mocne i szybkie ciosy. Moje kopnięcia uderzały o jej przedramiona, kiedy kryła twarz. Napięła się i nie ruszała z miejsca. Czekała na odpowiednie momenty, aby uderzyć pięścią owiniętą w bandaż. Unikałam jej ciosów: cofałam i schylałam głowę, a jej ręka świstała mi nad lub przez twarzą. Wiedziałam, że jeśli dostanę, może mnie ogłuszyć. Przez pięć lat uderzała nie tylko w worek bokserski, a jej dłonie były twarde. Dłoń od zaciskania w pięść poszerzyła się, a z każdym treningiem jej siła ciosu wzrastała. 
Ścięłam ją z nóg i gdy chciałam dopaść do jej twarzy, okazało się, że na leżąco również może wykonać mocny cios, ignorując ból z tyłu jej głowy, który pojawił się przy uderzeniu o twardą powierzchnie. Skierowałam się do niej z takim impetem, że nie zdołałam zrobić uniku i uderzyła mnie prosto w szczene, odpychając na bok.
Lekko mi zaszumiało, kiedy na klęczkach powstrzymywałam się od łez.

To samo czułam… kilka dni temu? Tygodni? Chwilowa bezsilność i poczucie bezradności. Wiesz co masz zrobić, wiesz do czego dążysz, wiesz czego potrzebujesz i czego pragniesz. Cel jest prosty, a jednak na drodze pojawia się przeszkoda – społeczeństwo. Ludzie, zbici w jedność i będącymi jednym wielkim organizmem, żyjącym na konkretnych zasadach, sugerującym ci, że twój tok myślenia jest błędny. Mylisz się i powinien to zmienić, nim będzie za późno. Twoje uczucia nie są ważne, bo jeśli chcesz należeć do społeczności, musisz przestrzegać kilku zasad. A nawet jeśli nie chcesz do nich należeć, będą cię namawiać, abyś dołączył. 
W takich momentach, kiedy patrzę bezsilna na ścianę i wiem, że nie pasuje do społeczeństwa, mówię sobie, że nie będę płakać. Nigdy nie będę płakać, że tutaj nie pasuje.
Tak samo nigdy nie będę płakać, kiedy dostanę cios.

Meksykanka wstała i ruszyła do mnie. Była mistrzynią boksu, ale została zrzucona z piedestału, kiedy zbyt wysoko zadarła nos. Była pewna swej wygranej, tak jak teraz. Wystarczyło poczekać, klęczeć i czekać, aż podejdzie wystarczająco blisko… aby podciąć jej nogi i skoczyć jak wilk do gardła sarny.

~*~

Spojrzałam na whisky, w którym odbiło się moje krzywe oblicze. Plaster na wardze, na brwi, na szczęce i masa tapety na policzku, aby przykryć siniec. Meksykanka mocno uderzyła i podejrzewam, że gdyby uderzyła mnie stojąc na nogach, nie wyszłabym do klubu z opuchlizną na twarzy. 
Whisky przyjemnie rozgrzewało moje gardło, tym jednak razem zamierzałam zostać przy jakichś trzech drinkach.
Barman o ładnym imieniu w dalszym ciągu obsługiwał klientów, nie mając czasu do mnie podejść. Obsłużyła mnie jego koleżanka, która dolała mi whisky i dorzuciła lód. Tym razem siedziałam sama, nikt nie podszedł do kobiety w plastrach na twarzy. A może pamiętali kto ostatnio rozbił pijakowi czoło? Na jego wspomnienie spojrzałam na rękę. Zabandażowana w pośpiechu nie była nawet dobrze związana, dlatego musiałam ją poprawić.
- Jak ręka? - usłyszałam znajomy głos. Podniosłam wzrok na blondyna o ładnym uśmiechu. Patrzyło mu dobrze z oczu, a kiedy się pytał o ranę, brzmiał, jakby naprawdę go to interesowało. 
- Goi się - zamknęłam dłoń, kładąc ją na blacie i skupiając się na swoim drinku. - Nie było potem żadnych problemów? - zapytałam, mając na myśli bójkę z moim udziałem. Mężczyzna w tym czasie wycierał szklanki i chował je pod blat.
- Z tego co mi wiadomo, było spokojniej niż zwykle - pokiwałam głową.
Poczułam na sobie spojrzenie. Ktoś mi się przyglądał, a kiedy odwróciłam wzrok i moje spojrzenie napotkały Japonkę, szepczącą coś do drugiej, rozpoznałam te dwie dziewczyny. Musiały być chyba stałymi klientkami, skoro widziałam je tutaj ponownie. 
- Arthur - odwróciłam głowę w przeciwną stronę od Japonek, przyglądając się trunkom na ścianie. - Mają cię na oku dwie dziewczyny. Nawet zakładały się, która cię pierwsza poderwie - powiedziałam z uśmiechem i lekkim zażenowaniem. Czy ludziom na tym świecie na prawdę tak bardzo się nudzi, że zakładają się o coś takiego? 
Barman nie mając zamiaru zdradzić naszego tematu, nie spojrzał na dziewczyny, chociaż na pewno widział je kątem oka. Skupiony na polerowaniu szklanek odparł, że ma doświadczenie z takimi paniami. Zaśmiałam się krótko, domyślając się, że podoba mu się ta sytuacja. Cóż, z mojej strony to wyglądało tak, że gdybym miała popcorn, z chęcią bym obstawiała jak się potoczą losy tej trójki. Najwyraźniej musiało mi się nudzić jak reszcie społeczeństwa!
- Czasem kobiety nie mogą się oprzeć - stwierdził, na co mu przytaknęłam.
- Prawda. Czasem robią takie głupie rzeczy, a potem płaczą - położyłam rękę na czole, jakby zażenowana głupotą płci damskiej. Przecież bez powodu nie wymyślają telenoweli, w których rozbrzmiewa znane "ale ja go kocham!".
- Brzmisz jakbyś miała w tym doświadczenie - powiedział lekkim tonem, podejmując temat, na co uśmiechnęłam się szeroko i spojrzałam mu prosto w oczy.
- Ojjjjj taaak - przeciągnęłam słowa. - Uczę się na błędach innych, przez co sama nie odczuwam pożądania. Chore, nie? - odsunęłam się do tyłu na krześle i wypiłam whisky. Stuknięcie szklanką o blat miało oznaczać nie kontynuowanie tego tematu; w rzeczywistości nie lubiłam go podejmować, a terapeuta o tym wiedział i nie zamierzał iść mi na rękę. - W każdym razie, założyły się chyba o dwadzieścia dolarów, więc jak ci się nudzi, też możesz z tego skorzystać. Nalejesz mi? Ostatnia szklanka i wracam. Jutro mam zajęcia w nowej szkole czy czymś tak - przetarłam twarz dłonią, zapominając o ranie na brwi, którą Meksykanka mi zrobiła w obronie, gdy zaczęłam ją dusić. 

Arthur?