Dołącza do nas Flynn Fitzpatrick! Powitajmy go ciepło!
środa, 9 października 2024
wtorek, 8 października 2024
od Arthura cd. Maddie
Dziś dziewczyna była pomalowana jeszcze mocniej, niż zwykle. Na jej twarzy pojawiły się także kolejne plastry. W głowie pojawił mi się żart "powinieneś zobaczyć tego drugiego"; byłem prawie pewien, że użyłaby go, gdybym zapytał.
Moja koleżanka obsłużyła dziewczynę, ja w międzyczasie bawiłem się w przygotowywanie sezonowych drinków i robienie mocktaili dla kilku nowych twarzy. Kątem oka zauważyłem, że dziewczyna ponownie ma pełną szklankę, wraz z kostkami lodu. Nikt nie siedział obok niej. Stałe towarzystwo mierzyło ją wzrokiem, jakby oceniając, czy jest warta zachodu i ewentualnej bójki. Nowi bardziej oceniali jej figurę i zapewne tak jak ja, zastanawiali się skąd na jej twarzy znajdują się plastry.
- Jak ręka? - wykorzystałem moment luzu, by zagadać do dziewczyny. Podniosła na mnie wzrok, badając moją osobę. Dziś jej spojrzenie nie było tak ostre i rozgonione, była spokojniejsza. Poinformowała mnie, dodając pytanie czy po jej wyjściu pojawiły się jakieś problemy. Wróciłem pamięcią do felernego wieczoru, nie kojarząc kolejnych krzywych akcji. Zaprzeczyłem więc.
Dźwięk mojego imienia ponownie zwrócił moją uwagę na dziewczynę od walk.
- Mają cię na oku dwie dziewczyny. Nawet zakładały się, która pierwsza cię poderwie. - Uśmiechnęła się z lekkim zażenowaniem. Nie odwróciłem głowy w ich stronę; wiedziałem, o których mówi.
Czując wewnętrzną satysfakcje, odparłem wojowniczce, że mam doświadczenie z takimi paniami. Zaśmiała się. Kontynuując rozmowę między nami, stwierdziłem, że kobiety nie mogą się oprzeć.
- Prawda. Czasem robią takie głupie rzeczy, a potem płaczą. - Ewidentnie była zażenowana płcią piękną. Rozmowa między nami toczyła się jeszcze przez chwilę; w trakcie polerowania szklanek spoglądałem kątem oka na dwie dziewczyny, chichoczące do siebie. Strzelam, że za chwilę zamówią kolejne drinki.
Lubiłem swoją pracę, nie mogę powiedzieć że nie, ale czasami takie rozświergotane i napalone dziewczyny były aż nazbyt nachalne i zdarzało się, że mnie irytowały. Dzisiaj cieszyło mnie, że mogę poświęcić im uwagę, ale nie miałem ochoty na żadne "wycieczki" po pracy. Chciałem iść spać.
Dowiedziałem się, że zakład wynosił dwadzieścia dolców. Zasugerowała mi skorzystanie z ich zakładu, po czym szybko zmieniła temat na prośbę o dolanie alkoholu do szklanki. Bez wahania wlałem jej nieco więcej, niż przysługiwało klientom. "Jutro mam zajęcia w nowej szkole czy czymś tam", zmarszczyłem brwi, słuchając uważnie tego, co mówi.
- W tej całej jeździeckiej? - zagaiłem, chcąc rozeznać grunt. Kiwnęła głową, wspominając coś o tym, że nie interesuje się jeździectwem. Na moją twarz wstąpił delikatny uśmiech, prawie odpowiedziałem dziewczynie, że ja boje się tych wielkich, przerośniętych krów. Skinąłem na nią, odpowiadając, że pomieszkuje praktycznie na terenie akademii. Z jej ust padło "w takim razie do zobaczenia", odstawiła szklankę i wstała, obracając się na pięcie i wychodząc z baru, zostawiając za sobą jedynie podmuch nocnego powietrza.
Przetarłem czoło i wróciłem do rozlewania drinków, ziewając co jakiś czas.
Dziewczyna ewidentnie nie była zadowolona z tak wczesnej pobudki, podobnie jak ja. Na ramię miała zarzuconą sportową torbę i zmierzała niechętnie w kierunku głównego budynku akademii.
- Ej, wojowniczko! - Krzyknąłem w jej stronę, chowając kluczyki do kieszeni; warsztat może chwilkę dłużej poczekać. - Cóż za entuzjazm. - zażartowałem, na co na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Od momentu bójki, która mnie ominęła, czułem się jakoś zobowiązany, by chociaż trochę z nią pogadać. Była zajebiście intrygującą osobą i gdzieś w środku czułem, że chciałbym dowiedzieć się troszkę więcej, niż mi opowiedziała.
Głupia gadka, ale byłem jej ciekawy. Coś w jej aparycji, w tych plastrach i niesamowitej ilości tapety sprawiało, że albo chciało się od niej uciec, albo zostać i rozmawiać. Jakimś cudem, trafiłem na tą drugą opcję, i tak oto byłem - na środku dziedzińca, żartujący z jej entuzjazmu.
- Na szczęście mnie to omija. - Odparłem, wyciągając z kieszeni kluczyki i obracając je wokół palca. - Miałem właśnie jechać na warsztat. - Dodałem, akcentując "miałem", chcąc delikatnie zasugerować, że wcale nie muszę. Mogę równie dobrze pojechać na jakieś dobre jedzenie, bo byłem cholernie głodny.
Maddie?
poniedziałek, 7 października 2024
Od Kaia do Stefana
Stefan?
niedziela, 6 października 2024
od Arthura cd. Juniper
Oczy Juniper wpatrywały się we mnie ze skupieniem. Badała moje zachowanie, a mi wcale nie widziało się przerywać kontaktu wzrokowego. Serce biło mi szybciej, lecz nie byłem pewien, czy to kwestia poderwania się do pozycji siedzącej, czy jej osoby.
Pobladłem, orientując się, że nie czuje znajomego ciężaru w żadnej z kieszeni.
- Gdzie moje auto? - Spanikowałem, wciąż próbując wyczuć palcami kluczyki. Dziewczyna zniknęła z mojego pola widzenia, więc w panice spróbowałem odnaleźć ją wzrokiem. Opierała się o komodę. Dopiero teraz mogłem się jej dokładniej przyjrzeć - miała na sobie piżamę, luźna koszulka i długie spodnie, ewidentnie opierające się tylko i wyłącznie na jej biodrach. Swoje śliczne, rude włosy spięła w niedbałego koka, a kosmyki, którym udało się uciec, niesfornie opadały jej na policzki. Gdyby siedziała obok mnie, musiałbym walczyć ze sobą, by ich nie odgarnąć. - Nie mów, że zostawiłem auto pod barem? - prawie pisnąłem. Odchrząknąłem, próbując udawać spokojnego. Z rytmu wciąż wybijała mnie jej sylwetka i cała jej osoba.
Zaśmiała się, mówiąc, że nie pozwoliłaby mi prowadzić w takim stanie, w jakim byłem wczoraj. W duchu przyznałem jej racje. Westchnąłem, dziękując jej i celowo zwróciłem się do niej per "Rudzik", gdy oddała mi najcenniejszą rzecz którą posiadałem - kluczyki od dziecinki.
Kontynuowała swój wywód o byciu meserszmitem, który nie może odlecieć. Odparowałem jej, że "zaraz przywalę w wieżyczkę patrolową", śmiejąc się nieco i próbując sięgnąć po kluczyki, schowane za jej plecami.
Ponownie sprowadziła mnie na ziemie, co poskutkowało moją miną skrzywdzonego szczeniaka, licząc, że złagodzę jej podejście.
- Rudzia, no... - mruknąłem, wracając grzecznie na kanapę i siadając między puchatymi poduszkami. Nie wiem, co kurwa we mnie wstąpiło; czy byłem dalej pijany, czy to Rudzik tak na mnie wpływał, czy o co kurwa chodziło. - Ale posiedzisz tu ze mną? Chciałbym z tobą posiedzieć. - Poczułem, jak na mojej twarzy pojawia się uśmiech. To było to uczucie, kiedy ekscytujesz się przed wejściem na rollercoaster i nie jesteś w stanie opanować drżenia warg i po prostu szczerzysz się jak głupi.
Warunki były proste - łapy przy sobie i nie palić. No, proste na piśmie. Po pierwsze, nie wiem, czy dam radę wytrzymać minutę dłużej, czując jak pięknie pachnie i jak delikatna się wydaje; po drugie, procenty lubią dym.
Leżeliśmy na wcześniej rozłożonej kanapie, rozdzieleni poduszkami. Między nami znajdował się laptop - ewidentnie należał do tych z wyższej półki, choć Juniper nie traktowała go, jakby był ze złota.
Czułem, jak moja głowa powoli opada, a sen ponownie zaczyna mnie nużyć. Wzrok dziewczyny leżącej obok mnie wyrażał współczucie, choć nie chciała dać tego po sobie poznać.
- Nie śmiej się. - Fuknąłem, chowając głowę pod poduszką. - Nie byłoby ci do śmiechu z takim kacem.
Nie odpowiedziała, zamiast tego poczułem, jak druga strona kanapy traci swój ciężar. Westchnąłem z rozczarowaniem. - Gdzie idziesz, Rudzia? - odwróciłem się na plecy, obserwując dziewczynę która zmierzała w stronę, jak mniemam, kuchni.
- Daleko od ciebie, głuptasie. - Wypaliła, na co zamruczałem z niezadowoleniem. Ponownie wróciłem do leżenia w bliżej nieokreślonej pozycji, która jakimś cudem nie sprawiała, że miałem ochotę umrzeć. Dziewczyna chyba włączyła czajnik, bo coś zaczęło wydawać cichy dźwięk. Minęła chwila, albo i cała wieczność, nim wróciła. Postawiła na stoliku obok nas kubek z jakimś ciepłym napojem.
- Miętowa, pomoże ci na... ciebie. - Uśmiechnęła się nieco; poczułem jak przez całe moje ciało przechodzi dreszcz. Co Ty ze mną robisz? Kiwnąłem głową, wstając do pozycji imitującej siedzenie i wziąłem kubek do rąk. Upiłem kilka łyków, krzywiąc się i wyrażając głośno swoje niezadowolenie. Rudzik, widząc moją krzywą minę, zaśmiała się głośno.
Oddam wszystko, by słyszeć ją tak szczęśliwą codziennie.
Halo, baza? Wariuje. Wariuje na punkcie dziewczyny.
Odłożyłem kubek i wróciłem do leżenia, widząc, że Juniper czuje się coraz bardziej komfortowo. Niewiele myśląc, i może trochę wykorzystując moment jej nieuwagi, przysunąłem się bliżej niej, skracając nasz dystans o poduszki dzielące nas.
Miałem nadzieję, że film zacznie lecieć w tle w przeciągu najbliższych kilku minut. Jej osoba, jej delikatność i to, jak sprawiała że się czuję, kompletnie jednak odrzucało mnie od typowego "przelecieć i zostawić". Chciałem ją poznać, chciałem wiedzieć czego się boi i dlaczego jest tu, a nie w domu. Skąd w ogóle to wszystko; chciałem słyszeć jej śmiech i obronić ją przed całym złem tego świata. I może całować i dotykać, odgarniać włosy za ucho i całować w nosek, zabierać na nocne przejażdżki i pokazać jej trochę mojego świata. Chciałem jej jako osoby, a nie jej ciała.
Rudzik ewidentnie zauważyła, że jestem bliżej niej, jednak nie odezwała się słowem, choć już otwierała usta. Pomógłbym jej je zamknąć moimi, najdelikatniej jak umiem.
- halo, ziemia do Arthura? - pomachała mi dłonią przed twarzą; zorientowałem się, że sam rozchyliłem usta, podobnie jak ona. Zamrugałem i przymknąłem wargi, udając że nic się nie stało. Zwróciłem uwagę na jej włosy, ewidentnie przeszkadzające jej w "skupianiu się na filmie", choć najwyraźniej moja osoba była dla niej równie fascynująca, jak ona dla mnie.
- Mogę? - spojrzałem na rude kosmyki, podnosząc delikatnie dłoń. Kiwnęła głową, praktycznie niezauważalnie. Najdelikatniej jak umiałem, odgarnąłem jej je i ułożyłem za uchem, uważając, by nie przewrócić się na nią, bo moja równowaga wciąż pozostawiała wiele do życzenia.
Życzeń można mieć wiele, bo odsuwając się, wylądowałem z cichym stęknięciem na poduszkach, wywołując u Juniper śmiech. Sam również zacząłem się śmiać, wiedząc, jak komicznie musiało to wyglądać. - Dziękuję. - Wysapałem między salwami śmiechu między nami. Jak ona ślicznie wyglądała, gdy jej twarz rozświetlał uśmiech.
- Dobra, dobra, ale opowiedz mi, co ja wczoraj odjebałem, że jestem w takim stanie. - Spróbowałem spoważnieć, co wywołało u nas kolejny napad. Myślę, że to zwijanie się ze śmiechu sprawiło, że leżeliśmy praktycznie na sobie. W sensie bardziej Rudzik znajdowała się swoją głową praktycznie na mojej klatce piersiowej. Udałem, że wcale nie przeszedł mnie kolejny dreszcz.
Juneee?
Od Zei cd. Arthura
Przeprosiny nie były czymś, czego się po nim spodziewałem. Spojrzałem na chłopaka opartego o Impalę, zastanawiając się co odpowiedzieć.
- Powiedzmy, że mi się należało - rzuciłem wreszcie.
- Myślałem, że to było jasne. - Nadal był rozbawiony.
Przez wcześniejszą rozmowę przeskoczyliśmy chyba etap dyskusji o pogodzie, ale nieszczególnie miałem też ochotę kontynuować zwierzanie się. Jak się temu przyjrzeć dokładniej, to było to trochę śmieszne. Cała nasza znajomość. Od głupiego wypadku na parkingu w kilka godzin przeszliśmy do rozmawiania o najważniejszych rzeczach w naszym życiu. Wydawało mi się, że Arthur nie otwierał się zbyt często i nie opowiadał wszystkim o Impali. Przynajmniej nie w ten sposób. Ja zresztą też nie byłem pewien czy ktokolwiek z moich obecnych znajomych wiedział w ogóle skąd wytrzasnąłem konia. Nie lubiłem o tym wspominać. Historia o Dimie zazwyczaj prędzej czy później prowadziła do pytań o Denisa, a to nie były pytania, na które byłem gotowy. Minęły już prawie cztery lata, a to wszystko nie wydawało się ani trochę łatwiejsze. Arthur chyba doszedł do podobnego wniosku, bo darował sobie zaczynanie kolejnych tematów. Zamiast tego spojrzał w górę.
Niebo faktycznie było tu śliczne, ale nie umiałem zbyt długo skupić się na jego podziwianiu, więc może kwadrans (w każdym razie wydawało mi się, że raczej kilka godzin) później zacząłem rozglądać się po polance dookoła nas. Księżyc dawał niewiele światła, ale wystarczyło na tyle, by zorientować się, że miejsce nie było zbyt często odwiedzane. Była nawet szansa, że nie potkniemy się o pamiątki po jakichś okolicznych nastolatkach, które przyjechały tu sadzić prezerwatywy. A to zawsze miły dodatek do przebywania na łonie natury. Przeszedłem kilka metrów, dzielących mnie od linii drzew po przeciwnej stronie polanki. Pomiędzy liśćmi jakiegoś krzaczka coś błysnęło. Podszedłem bliżej, ale świetlik poderwał się do lotu. Obejrzałem się za siebie. Arthur kończył (kolejnego?) papierosa, nadal wpatrzony w niebo. Wzruszyłem tylko lekko ramionami i ruszyłem za owadem głębiej pomiędzy drzewa.
Arthur? idziemy sadzić prezerwatywy?
