niedziela, 13 października 2019

od Beauregarda cd. Ricka

- Mniej wiesz, lepiej śpisz, jak to mówią - zaśmiał się. Zmierzyłem go wzrokiem z lekkim zrezygnowaniem, co najwyraźniej go rozbawiło, bo znów wybuchnął śmiechem.
- Wyjaśniłem wszystko, także nie masz się czego martwić.
- W sensie? - dociekałem cicho. Zaniepokoiły mnie te słowa.
- Pobiliśmy się, w zasadzie bardziej ja jego, póki nie zaczął wymachiwać jakimś nożykiem. Fakt, rozciął mi rękę, ale to bardziej moja wina, bo próbowałem wyrwać mu to tępe narzędzie z ręki. Zrobiłem to jednak tak nieumiejętnie, że widzisz jak wyszło. - Znów się roześmiał. - Dokończyłem obijać mu tyłek, aż zaczął mnie błagać o litość i ot cała historia.
Patrzyłem na niego w niejakim szoku. Nóż? Bójka? Przecież mogło mu się coś stać, komuś innemu mogło...
- Ale... nie użyłeś tego noża? P-prawda? - spytałem  od razu po tym, jak ta myśl pojawiła się w mojej głowie.
- Nie, no co ty! - Przewrócił oczami. Chyba nieco zirytowało go to, że w ogóle wpadło mi to do głowy. - Nie jestem taki jak on.
 Przyszła moja ulubiona rzecz z całego świata - niezręczna cisza. A wraz z nią pojawiło się zrozumienie, że właściwie to przeze mnie doszło do tego wydarzenia. Poczułem mocne wyrzuty sumienia.
- Przykro mi... - wymamrotałem.
- Dlaczego niby? - Chłopak był szczerze zdezorientowany.
- No bo... to moja wina - wyjaśniłem, nie patrząc na niego.
- Przestań - przerwał mi ostro, bez cienia uśmiechu na twarzy.
- Nawet tak nie myśl, stało się i tyle, a to nie jest twoja wina, że faktycznie przyjaciel, którego znałem przez praktycznie, no całe życie, okazał się pieprzonym pojebem. - Ponownie się zaśmiał, ale tym razem bardziej w celu ukrycia emocji. Zrobiło mi się go szkoda. Tak pobić się ze swoim przyjacielem...
- To naprawdę nie jest twoja wina. A ja nie mówię tego tylko, byś czuł się lepiej, po prostu tak jest i musisz zrozumieć ten fakt, ciołku. - Przewrócił oczami i ułożył się wygodniej w fotelu. Przez głowę przemknęła mi myśl, że dobrze w nim wygląda. Tak... domowo.
- Najważniejsze że jesteś cały - powiedział. Był strasznie miły, tylko czy naprawdę powinien? W końcu wszedłem pomiędzy niego i przyjaciela...
- Znaczy, no wiesz... Mógłby cię dalej męczyć, a to nie byłoby w porządku. Także no... - Zaczął się plątać. Rick zaczął się plątać. Rick. Sam trochę nie wierzyłem w to, co słyszę, a echo jego wcześniejszych słów brzmiące w mojej głowie wcale mi nie pomagało we włączeniu myślenia.
- Dzięki... - powiedziałem cicho. Rick się uśmiechnął, ale nic nie powiedział, co z jednej strony przyniosło mi ulgę, a z drugiej... żal? Nagle nie wiadomo skąd przyszło poczucie, że chciałbym go posłuchać trochę dłużej. Chwila, co?
Niezręczna cisza pojawiła się szybko, ale jej pogromca (tudzież Rick) nie próżnował i już wkrótce poskromił ją wstaniem z fotela. Nie zdziwiło mnie to, dokąd się udał - kuchnia. Po chwili poszedłem jego śladem w obawie o bezpieczeństwo mojego prawie ulubionego pokoju w tym mieszkaniu. Chłopak siedział na blacie, najwidoczniej czekając na mnie.
- To co jemy?
Spojrzałem na niego trochę zdezorientowany. No to mnie zaskoczył... może i apteczkę miałem zawsze pełną, ale z lodówką już gorzej. Rick przewrócił oczami, wyrażając swoją dezaprobatę co do mojego nieprzygotowania.
- Chyba nie myślisz, że pomogłeś mi i ja już sobie pójdę? - roześmiał się. - Jestem głodny - oznajmił.
- Nie mam pojęcia szczerze... - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Zamówmy coś! - Chłopak uśmiechnął się szeroko i zeskoczył z blatu, przyprawiając mnie o mały zawał serca. Może i plasterki miałem, ale żelu chłodzącego na skręconą kostkę już nie.
- Tylko co? - zapytałem bezradnie.
- Jadłeś kiedyś chińszczyznę? 
Pokręciłem przecząco głową, na co Rick zareagował szczerym zdziwieniem.
- Oj zadziwiasz mnie dzisiaj Misiek - zaśmiał się. Ja siebie też. 

***
Po jakichś trzydziestu minutach odezwał się dzwonek do drzwi. Rick poszedł odebrać, a ja dziękowałem mu w duchu za jego pewność siebie. Otworzył pudełko, z którego wydobył się ciekawy aromat, i wyjął z niego pałeczki.
- Nie będziemy... jeść sztućcami? - zapytałem trochę onieśmielony.
- Chińszczyznę? - Zmarszczył brwi i podał mi moją porcję.
- To byłoby kalectwo - zaśmiałem się, biorąc swoje pałeczki do ręki.
- Ja niezbyt potrafię - przyznałem zawstydzony. - Może wezmę jednak widelec?
- Nie ma mowy - zaprzeczył kategorycznie. - Dasz radę.
- Ale...
- Nie ma "ale". To nic złego, nie umieć i uczyć się czegoś nowego. Zresztą jak człowiek głodny, to się nauczy, nie Misiek? - uśmiechnął się tak szczerze, że naprawdę dodał mi otuchy. 
Teraz cała kuchnia wypełniła się miłym zapachem. Odpakowałem swoją porcję i spróbowałem chwycić jakoś pałeczki, starając się podpatrzeć technikę Ricka. Szybko jednak wyślizgnęły mi się one z dłoni.
- Nie tak. - zaśmiał się.
Nie odpowiedziałem, spojrzałem tylko na niego bezradnie. Chłopak wyciągnął rękę i chwycił moją dłoń, na co zareagowałem dość... dziwnie, bo przez moje ciało przeszedł nieznany mi dotąd dreszcz. Nie czułem się zagrożony, powiedziałbym nawet, że przeciwnie.
- Musisz o tak - tłumaczył mi, jednocześnie ustawiając moje palce. Gdy były w dobrej pozycji, puścił i zaczął jeść.
Ja też z determinacją zabrałem się za spożywanie kusząco pachnącego posiłku. Naprawdę się starałem, przysięgam, ale jakoś mi to nie szło. To znaczy tak, udało mi się coś nimi podnieść, to jest dwa ziarenka ryżu i trochę warzyw, ale w porównaniu z idącym jak tornado Rickiem szło mi bardzo słabo.
- Nie, nie dam rady. Za długo będę się męczyć z tym... - zrezygnowany odłożyłem pałeczki.
- Spodziewałem się, że będziesz bardziej wytrwały - westchnął. Chyba trochę go zawiodłem.
Nagle jego twarz rozświetliła się.
- Otwórz paszczę - polecił z uśmiechem.
- Co takiego? - popatrzyłem na niego z niezrozumieniem.
- Skoro nie chcesz jeść to cię nakarmię - wzruszył ramionami, jakby rozmawiał z dzieckiem.
- Nie... Nie chcę, nie ma mowy! - zaprzeczyłem pospiesznie.
- Nie ma mowy, nie ma mowy - zaczął mnie przedrzeźniać, czym mnie zamurował. Przysunął pałeczki z jedzeniem bliżej mojej twarzy. Dawno nie byłem bardziej zdezorientowany.
- Masz trzy sekundy albo jedzenie wyląduje gdzieś na ścianie. - Na jego twarzy pojawił się złowieszczy uśmieszek.
- Ale, nie, ja nie... - presja zrobiła swoje i zacząłem się plątać.
- Jeden... - zaczął odliczać, przez co nieco spanikowałem i otworzyłem usta. 
Rick władował mi bezceremonialnie jedzenie do ust. Przeżułem je i wskutek dziwności całej tej sytuacji poczułem, jak zaczyna mi się robić gorąco w twarz. Ach tak, moje ukochane rumieńce. Najlepszy wynalazek ewolucji. Czujesz wstyd lub zażenowanie i chciałbyś, żeby minęło to  jak najszybciej? Nic z tych rzeczy! Już teraz dzięki plamom czerwieni na twojej twarzy wszyscy dowiedzą się, że czujesz się niezręcznie, przez co poczujesz się, uwaga... dokładnie tak! Jeszcze bardziej niezręcznie! Życie. Po prostu życie.
Po chwili chłopak zabrał rękę i roześmiał się, udając, że wydarzenie, które właśnie miało miejsce, nie było w żadnym stopniu niezręczne. Pozostało mi mieć nadzieję, że przestałem się rumienić. 
- I jak? Lepiej smakuje z mojej ręki? - uśmiechnął się ciepło, co wywołało u mnie nerwowy śmiech.
- Oczywiście - odparłem i poczułem wypływający naturalnie na moją twarz uśmiech. Twarz Ricka też rozświetliła się.
Po jedzeniu chłopak poprosił mnie o coś ciepłego do picia, a sam poszedł do salonu. Po kilku minutach wróciłem z dwoma kubkami herbaty, notując sobie w myślach, żeby kupić kawę. W głównym pokoju zastałem widok, którego bynajmniej się nie spodziewałem - Rick rozłożył się na całą długość kanapy i najwyraźniej... spał? Podszedłem bliżej i spojrzałem na jego twarz, wstrzymując oddech, zupełnie jakby wypuszczanie powietrza przez nos mogło go obudzić. Spał jak dziecko, jedną rękę trzymając pod jedną z ozdobnych poduszek. Uśmiechnąłem się mimowolnie, z plasterkiem o wzorku Kubusia Puchatka na brwi wyglądał niezwykle pociesznie. Szybko jednak otrząsnąłem się i zmarszczyłem brwi z powodu zaistniałej sytuacji. Faktycznie, było już dość późno, ale żeby zasypiać? Pozazdrościłem mu przez chwilę łatwo przychodzącego snu. Westchnąłem cicho i pokręciłem głową z politowaniem, idąc po cichu do sypialni. Z niejakim żalem zdjąłem z łóżka mój ulubiony brązowy koc i wziąłem go pod pachę, po czym powędrowałem z powrotem do salonu i śpiącego w nim Ricka. Powoli przykryłem chłopaka i wstrzymałem oddech, kiedy zmarszczył śmiesznie nos przez sen, po czym uśmiechnąłem się, rozbawiony zabawnym gestem i moją równie zabawną reakcją. Sprawdziłem, czy stopy Ricka są dobrze przykryte, i poszedłem przebrać się w piżamę, dalej trochę nie dowierzając całemu zajściu. Wlazłem w kratkowaną piżamę, zgasiłem wszędzie światło i poszedłem do sypialni. Zdjąłem okulary, po czym z ulgą wpełzłem pod kołdrę i zagrzebałem się w niej, pogrążając się w myślach i wspomnieniach dnia, który powoli stawał się już minionym. Czułem się trochę dziwnie z faktem, że w salonie spał Rick. 
Akurat w momencie, w którym zaczynałem zasypiać, dotarły do mnie dźwięki przypominające duszonego świstaka. Otworzyłem szeroko oczy i jęknąłem w duchu, kiedy połączyłem fakty. Chrapanie. Nakryłem poduszką głowę, żeby poczuć się jak w filmie. Nie pomogło. To znaczy pomogło, ale nie mogłem oddychać. Cóż, pozostało mi chyba tylko docenić, eee... symfonię graną przez drogi oddechowe mojego tymczasowego współlokatora. W końcu zasnąłem, ale nie było mi dane zapomnieć o obecności Ricka. W ciągu nocy wiele razy budziłem się przez jakieś głośniejsze dźwięki, które akurat postanawiała wydawać krtań chłopaka.
***
- Nie ma nic na śniadanie.
Uchyliłem zdezorientowany powieki i zmrużyłem oczy. Nieco oprzytomniałem, kiedy nade mną pokazała się rozmazana twarz Ricka. No tak, on dalej tu był. Westchnąłem bezgłośnie i sięgnąłem po okulary, po czym bezwiednie umieściłem je na nosie. 
- Nie ma nic na śniadanie - powtórzył beztrosko i wyszczerzył się z zadowoleniem, patrząc, jak przytomnieję. 
- Słyszałem... zresztą nie tylko to. Powinieneś dawać koncerty - mruknąłem, ubolewając nad właściwie nieprzespaną nocą. Niewyspanie i niespodziewana pobudka chyba dodała mi nieco pewności siebie. 
Rick spojrzał na mnie z niezrozumieniem i po chwili znów znalazł sobie nowy powód do radości.
- Ale ty masz śmieszne włosy rano - zaśmiał się i przejechał ręką po mojej głowie. - Jest dziewiąta rano - dodał, jakby przewidując moje następne pytanie. - Co ty tak długo nie wstajesz, nie wyspałeś się czy co? Bo muszę ci powiedzieć, że co jak co, ale kanapę masz niezmiernie wygodną. Mogę się już wprowadzać? - Ponownie się wyszczerzył, nie dając mojemu dopiero co obudzonemu mózgowi ani chwili na zarejestrowanie tego potoku słów. 
Odpuściłem sobie analizowanie wypowiedzianych przez niego słów i oznajmiłem cicho, że idę do łazienki. Zabrałem jakieś ubrania i poczłapałem przed lustro. 
- Jakbyś nie wiedział, nie mamy nic na śniadanie! - Usłyszałem krzyk chłopaka dochodzący z sypialni. Pokręciłem głową z lekkim rozbawieniem. Do czego to doszło.
Kilka minut później wyszedłem z łazienki. Na kanapie siedział Rick, obok niego był pięknie złożony koc. Pokiwałem głową z uznaniem. Postarał się.
- W ogóle - zaczął - pożyczyłbyś mi jakąś bluzkę? Nie chcę kolejnych dwudziestu czterech godzin spędzić w tym - wskazał na swój T-Shirt.
- Eee... okej, dobra - odparłem, trochę zaskoczony prośbą chłopaka, i podszedłem do szafy w poszukiwaniu jakiejś dużej bluzki. Znalazłem jakąś granatową i podałem ją Rickowi, który rzucił słowo podziękowania i zabrał się z nią do łazienki.
- No to... idziemy do sklepu, nie? - powiedziałem, jak wyszedł, nie będąc pewnym, czego właściwie chłopak ode mnie oczekuje.
 - W końcu jakieś konkrety! Widzę, że zauważyłeś, jak poskładałem koc - wyszczerzył się i poklepał nakrycie. - To idziemy.
 Wstał i szybko założył buty, po czym nisko się ukłonił, robiąc w powietrzu ręką mnóstwo niepotrzebnych zawijasów i tym samym przepuszczając mnie w drzwiach. Pokręciłem lekko rozbawiony głową i w ciszy zamknąłem drzwi na klucz.
 - Co ty taki niemrawy dzisiaj? - zapytał Rick, gdy szliśmy korytarzem.
 - Nie spałem pół nocy - przyznałem i spojrzałem na niego z lekko uniesionymi brwiami.
 - Masz problemy ze snem? - zaciekawił się, na co ja westchnąłem.
 - Tak, zwłaszcza jak ktoś chrapie całą noc - odburknąłem, bocząc się pół żartem, pół serio. Byłem ciekawy reakcji chłopaka, ale bałem się, że weźmie to na poważnie... zresztą czemu miałby?
- Ja i chrapanie? - zdziwił się. - Co ty, zdawało ci się.
- O wiele rzeczy mnie już ludzie oskarżali - zerknąłem na niego z rozbawieniem i korzystałem dalej z przypływu jako takiej pewności siebie - ale halucynacji jeszcze nie było. Gratuluję oryginalności - zaśmiałem się cicho i zdziwiłem tym, jak z każdą chwilą czułem się coraz bardziej komfortowo.
- Wooow, ktoś tu się rozkręca - roześmiał się i pokiwał z uznaniem głową. - Zresztą skąd ja mam wiedzieć, co ty do tej swojej herbaty dosypujesz? Mówią, że cicha woda brzegi rwie. - Wzruszył ramionami i tym razem oboje wybuchliśmy śmiechem. - Ale serio chrapię? - dodał po chwili z udawanym zaniepokojeniem, gdy się trochę uspokoiliśmy.
- Niemiłosiernie - przyznałem. - Następnym razem ci nagram.
Chwilę zajęło mi zorientowanie się, co właśnie stwierdziłem.
- To znaczy... - nagle uleciała za mnie pewność siebie i wbiłem wzrok w podłogę. O nie. Rumieńce. - Ja wcale... znaczy nie mówię, że... przepraszam - zaplątałem się.
- Oj Misiek - westchnął i poczochrał mnie po włosach, na co mimowolnie odrobinę się uchyliłem. - To szykuj dyktafon, bo muszę ci przyznać, że masz wygodną kanapę - stwierdził i otworzył drzwi akademika.
Zawahałem się chwilę przed wyjściem, ale przeszedłem przez próg, w duchu dziękując Rickowi za luźne podejście do całej sprawy.
- Zimno się robi - zauważył chłopak.
Faktycznie, jesień już na dobre zadomowiła się w Akademii, na co świetnie wskazywały kolorowe liście. Wziąłem głęboki oddech, aby poczuć ten charakterystyczny jesienny zapach.
Po jakichś dwóch minutach spokojnego marszu weszliśmy do sklepu.
- To co bierzemy? - zagadał Rick.
Zawahałem się na chwilę.
- Płatki? Chleb? - zaproponowałem.
Rick pokiwał powoli głową. Wyglądał, jakby usiłował sobie coś przypomnieć. Nagle jego twarz rozświetliła się, a po chwili na jego ustach pojawił się podejrzany uśmieszek.
- Kawa! - wyszczerzył się i pociągnął mnie za rękaw do półki z różnymi rodzajami tego napoju. - To teraz szkolenie. Którą byś wybrał?
Uniosłem brwi i po chwili ostrożnie wyciągnąłem kawę z całkiem ładnym opakowaniem. Rick spojrzał na mnie z czystą dezaprobatą i westchnął.
- Wziąłeś dosłownie najgorszą, jaka istnieje. Ścieki. Fu.
- To która jest lepsza? - spytałem bezradnie.

Rick? Wreszcie XD



czwartek, 19 września 2019

Od Alana cd. Seana

***
Sean był dość rozkojarzony, właściwie to może nawet smutny. Sam nie wiem, wyczytywanie emocji z wyrazu twarzy nie jest moją mocną stroną, a on sam nie powiedział mi o co chodzi. Jedyne co wiedziałem to było tylko to że jak najszybciej musi jechać do Francji. Na jakiś miesiąc... Cały okrągły miesiąc. Miesiąc bez niego. Jak ja to przeżyje?
Zapukałem do drzwi bruneta, a po jakimś czasie otworzyły się. Chciałem go jeszcze pożegnać.
 - Och, hej. - powiedział po chwili, jakby ogarnięcia. Chyba na czymś rozmyśla. Chciałem go jeszcze odwiedzić zanim zniknie na miesiąc...
 - Wejdziesz? - zaproponował, na co przystałem i wszedłem do środka. Staliśmy chwilę w korytarzu, po czym przeszliśmy do salonu. Usadowiłem się na kanapie, a Sean usiadł naprzeciw mnie na fotelu. Wyglądał normalnie, dość poważnie, po chwili jednak się zarumienił.
 - A tobie co? Taki zadowolony że mnie zostawiasz? - uśmiechnąłem się krzywo, zmieniając dość przykry dla mnie temat w żart.
 - Nie, po prostu przypomniał mi się miły poranek. - uśmiechnął się lekko. Zaśmiałem się głośno.
 - Aż tak mam złe ręce?
 - Wiesz że nie o to chodzi
 - Kiedyś to pewnie powtórzymy. - mrugnąłem w jego stronę. Każdy związek przecież trzeba przypieczętować. Mimo że przyspieszałem to wszystko, trochę poniekąd się boję. Uprawiałem seks jedynie dwa razy, nigdy też nie wspominałem o tym Seanowi. Pierwszy raz było w dość nieudanym związku, drugi zaś po pijaku z kolegą z mojej starej szkoły, którego ledwo znałem. Czułem jednak że Sean jest dla mnie bardzo ważny, nie wiem jednak czy to ten jedyny.
 - Byłoby miło. - uśmiechnął się, chyba najszczerzej od piętnastu minut. Nastała między nami dość niezręczna cisza.
 - Musisz wyjeżdżać? - przerwałem ciszę, robiąc jednocześnie minę skrzywdzonego dziecka.
 - Muszę, ale pewnie będę tego żałował. - odwrócił wzrok.
 - Ale ja nie chcę... - wstałem z kanapy i poszedłem do chłopaka, po to by wpakować mu się na kolana i położyć głowę na jego ramieniu. To moja ostatnia szansa by być jeszcze tak blisko niego zanim zniknie na cały miesiąc.
 - Ja wiem... - szepnął cicho, po czym złożył na moich ustach delikatny pocałunek.
 - Więc zostań! - mruknąłem, niczym dziecko które nie potrafi zrozumieć pewnych rzeczy. Chciałabym być mimo wszystko jak takie dziecko...
 - Wiesz że nie mogę... - wymruczał cicho, przytulając mnie bliżej do siebie.
 - Nie przeżyje całego miesiąca przez ciebie. To za długo. - westchnąłem. - A co jak Connor i jego banda mnie dopadną? Albo coś mi się stanie? Albo co gorsza tobie? - wpadłem w zwyczajowy wir pytań, w który wpada każdy kto czuje ogromny stres. Nie lubię się stresować. Nie lubię pożegnań. Nie chcę...
 -Wszystko będzie dobrze, obiecuję...
*** (Skip time, sorry babe)
Minął już dzień odkąd go nie ma, nie poszedłem od tego czasu nie potrafiłem. Pojawiłem się tam tylko raz, u dyrektorki. Nie wytrzymam. Wyjechał praktycznie bez słowa, wspomniał tylko gdzie będzie ale dlaczego? Kto wie? 
Ale muszę do niego jechać. Za resztki kasy, w dodatku pożyczonej jeszcze od kuzyna kupiłem bilety do Francji, trochę zostało mi na jakiś tani motel. W prawdzie ledwo udało mi się przekonać dyrektorkę by kolejny chłopak jechał na dłuższy czas tak daleko ale udało się.
Sean, jadę do ciebie...

Seanie? xD 

niedziela, 8 września 2019

Od Seana C.D Alana

Siedziałem nieco zdezorientowany na łóżku i próbowałem wszystko ogarnąć. Okej. Nie przepadał za byciem osobą dominującą, więc... czemu? Czasami wydawało mi się, że Alan jest znacznie bardziej pojebany ode mnie. I o wiele bardziej skomplikowany niż ludzie, z którymi dotychczas przyszło mi się spotkać. Dopiero gdy usłyszałem jak odkręca wodę w umywalce postanowiłem się ogarnąć. Chyba raczej paradowanie z rozpiętymi spodniami nie było najlepszym pomysłem na życie. Zebrałem się w sobie i nieco ogarnąłem. Wiedziałem, że wyglądam teraz jak siedem nieszczęść, ale nie można było wyciągnąć bardziej mylnych wniosków. Przeczesałem włosy ręką, poprawiłem kołdrę na łóżku, żeby jakkolwiek to wyglądało. Brunet chyba starał się pozbyć wszelakich zanieczyszczeń ze swoich ubrań i sądząc po jego uśmiechu udało się.
- Nie ma za co. - wyszczerzył swoje jakże cudowne ząbki w moją stronę.
Standardowo przewróciłem oczami. Nielegalne powinno być patrzenie na Alana Wintersa. Oczywiście z drobnym wyjątkiem specjalnie dla mnie. Westchnąłem ciężko i wyjąłem telefon z szuflady, do której wcześniej go wrzuciłem. Zerknąłem ostrożnie na listę nieodebranych połączeń i zmarszczyłem brwi widząc jedno nieodebrane połączenie od Charline, oraz jakieś dwadzieścia od brata. Na sam początek wybrałem dziewczynę, ponieważ zostawiła jedną wiadomość głosową, a nie tryliardy jak to zrobił cudowny Griffin. Kliknąłem szybko w odpowiedni numer i zamarłem z telefonem przy uchu. Ostatkami silnej woli powstrzymywałem się przed upuszczeniem urządzenia na podłogę. Czułem jak serce zaczyna mi szybciej bić, puls przyspiesza, oddech staje się nierówny. Niemal przerywany. Mocno zacisnąłem powieki i jedną pięść. Tuż przed wybuchem, zarejestrowałem delikatny dotyk na ramieniu. Powoli otworzyłem oczy, żeby spojrzeć na chłopaka patrzącego na mnie z lekkim niepokojem.
- Sean? Co się dzieje? - zapytał niepewnie. - To Lynette?
Prychnąłem pod nosem, niezdolny do jakiejkolwiek odpowiedzi. No bo co tak naprawdę mógłbym powiedzieć? Hej, no wiesz Alan... mój agresywny ojciec znalazł swoją córkę w szpitalu psychiatrycznym i chyba właśnie chce zabrać ją do domu. I no sam rozumiesz, chyba będę musiał wyjechać do Francji, aby ją uratować przed koszmarem.  Nie. To nie wchodziło w rachubę, bo nawet w mojej głowie wcale nie trzymało się kupy. Ojciec miał problemy w pracy. To dlatego stał się agresywny. Przecież nie mógł przez ten cały cholerny czas być potworem i tak doskonale się ukrywać. A Samara nie była psychicznie chora, co akurat nawet lekarze potwierdzali. Po prostu doznała traumy, a ja nie byłem w stanie pogodzić nauki czy też pracy z opieką nad osiemnastoletnią dziewczyną bojącą się innych ludzi. Dwa ramiona zaplotły się wokół mnie, tworząc pewnego rodzaju barierę ochronną, za którą byłem wtedy bardzo wdzięczny. Chłopak chyba sam nie do końca wiedział jak zareagować, chociaż nadzwyczaj dobrze sobie poradził. Ostatecznie wyrównałem oddech, aczkolwiek nie rozluźniłem pięści. Pokręciłem głową na boki, jednocześnie zaprzeczając jego pytaniu i próbując jakoś wyrzucić z siebie te wszystkie stwory zaciskające się na moich płucach, żołądku oraz gardle. Nie byłem w stanie nic z siebie wydusić, więc tylko pokazałem mu kto ostatnio do mnie dzwonił i pozwoliłem by odsłuchał wraz ze mną wszystkie te rozpaczliwe wiadomości. Przy każdej coraz bardziej zadziwiało mnie to jak mój brat z niezwykle opanowanego człowieka przechodził do takiej paniki. I próbowałem ustalić czemu zadzwoniono do niego, a nie do mnie. Ja zawoziłem siostrę do szpitala, a nie szatyn, dlatego kompletnie nie potrafiłem zrozumieć zaistniałej sytuacji. Skończyła się dwudziesta prośba o pomoc, oraz jak najszybszy przyjazd. Uniosłem wzrok z białej pościeli na bruneta siedzącego przez cały ten czas obok.
- Muszę... - wziąłem głęboki oddech. - Muszę wyjechać na jakiś czas do Francji.
Trzeba było powiadomić dyrektorkę, spakować się, załatwić samolot, a także jak najszybszy dojazd do starego domu rodzinnego. Ale w tamtej chwili przede wszystkim liczyło się dla mnie zdanie Alana co do zaistniałej sytuacji. Mogłem nie przyznawać tego na głos, jednak potrzebowałem go przy sobie, jakkolwiek egoistycznie by to miało nie zabrzmieć. Chłopak przyciągnął mnie do siebie, a ja nie zaprotestowałem i również się przytuliłem. Dla nas obu było chyba za wcześnie.
***
Trochę ciężko było mi przekonać dyrektorkę, abym spokojnie mógł na kilka tygodni opuścić akademię bez swojego wierzchowca i tym samym kompletnego porzucania jej, ale najważniejszy był sukces. Winters w zasadzie nadal nie skomentował tego, że najprawdopodobniej rozstaniemy się na calutki miesiąc. Nie oszukujmy się, musiałem postawić całą rodzinę do pionu i wszystkich uratować, co zdecydowanie należało do zajęć czasochłonnych. Zdążyłem spakować jedną walizkę, ogarnąć bilety do Francji oraz transport na lotnisko, a tym czynnością towarzyszyło jedynie milczenie zaciskające mi szpony na żołądku. Chyba nigdy wcześniej tak bardzo nie stresowałem się przed jakimś wyjazdem. Griffin jedynie nakrzyczał na mnie za to, że nie odbierałem jego ważnych telefonów natomiast Charlie... powiedziała, żebym lepiej zebrał się w sobie, bo nie mam już piętnastu lat. Ta to umiała człowieka postawić na nogi, nie ma co. Przeczesałem ręką włosy i usiadłem na powrót przy biurku w moim pokoju. Nadal nie mogłem uwierzyć w to, iż ani razu go nie użyłem. Gdzie do rybiego ogona ja odrabiałem wszystkie zadania? Jakoś wyleciało mi to z głowy. Oparłem brodę na dłoni i zastanawiałem się czy ja sam poradzę sobie z tym wszystkim, bo w teorii mój cudowny braciszek dla rodziny już nie istniał. A czy ja istniałem? Zamknąłem na chwilę oczy, by zaraz je otworzyć na dźwięk pukania do drzwi. Powoli podniosłem cztery litery z fotela obrotowego i podążyłem do źródła powtarzającego się ciągle hałasu. Za drewnianą powłoką stał nie kto inny jak brunet, znany również jako Alan Winters.
- Och, hej. - powiedziałem po chwili, gdy już zdołałem wyjść z początkowego osłupienia.
Sam nie wiedziałem czym ono było spowodowane, skoro obecnie mogła mnie odwiedzać w moim pokoju tylko jedna osoba i był nią właśnie on. Chyba po prostu nie myślałem, że tak szybko mnie odwiedzi, chociaż samolot miałem za około dziesięć godzin. 
- Wejdziesz? - równocześnie zapytałem oraz zaproponowałem. 
Przełknąłem ślinę, usiłując przygotować się na wszystko. Trzeba było zabrać znowu Samarę, ale i jakimś cudem całkowicie uwolnić się spod wpływów ojca. Teraz jednak nadal znajdowałem się w Dressage Academy, a tamte problemy wydawały się być niesamowicie odległe. Wspomnienia z dzisiejszego dnia zalały mnie z ogromną mocą, tym samym wywołując lekki rumieniec. 

Alanku? 
Takie rozlazłe błotko z nutką dramatyzmu i sama nie wiem czego

sobota, 31 sierpnia 2019

Od Ricka cd. Beauregarda

 - Wchodź - kazał cicho i otworzył szerzej drzwi. Zrzuciłem buty w korytarzu i dość szybko odnalazłem się w mieszkaniu blondyna. Wszedłem do salonu i usadowiłem się na fotelu oglądając dokładniej całe pomieszczenie. Pokój utrzymywał się w kolorze jasnoszarym z brązowymi akcentami, a na stoliku "kawowym" znajdowało się małe drzewko. Uroczo.
 - Dobra, spokojnie, po kolei - usłyszałem głos Beara, niósł ze sobą apteczkę i wyglądał na dość przestraszonego. Czyżby nasz mały misiek nigdy nie widział krwi?
 - Ale ty zdajesz sobie sprawę, że ja nie umieram, nie? - zażartowałem
 - Eee... daj rękę - powiedział po odkręceniu butelki z wodą utlenioną.
Wzruszyłem jedynie ramionami i podałem mu zranioną dłoń, którą przytrzymał drżącą ręką.
 - Okej, teraz...
 - Zaboli, wiem - dokończyłem za Beara, dość znaną mi już formułkę.
 Chłopak wziął głęboki wdech i polał ranę wodą utlenioną. Skrzywiłem się nieznacznie, szybko jednak to ukryłem. Całe szczęście chłopak chyba tego nie zauważył. Wytarł spienioną wodę z rany i ponowił proces, a mi do głowy wpadł genialny pomysł.
 - Aaa! Umieram! - wrzasnąłem znienacka, na co blondyn aż podskoczył i upuścił wodę utlenioną.
 - Boże, przepraszam! - wykrztusił, na co ja tylko się zaśmiałem. Chyba powinienem zostać aktorem.
 - Dobra, eee, teraz... czas na plaster - oznajmił i zaczął szukać opatrunku w apteczce. Wpatrywałem się w niego z niemaskowanym rozbawieniem.
 - Mam takie - oświadczył pokazując mi opakowanie.
 - Chyba oszalałeś - parsknąłem w jego stronę. - Nie będę chodził z Kubusiem Puchatkiem na ręku.
Zaprotestowałem jak tylko zobaczyłem jak wyglądają te plasterki.
 - Ale... zakażenie - usiłował się bronić.
 - Nic z tego - pokręciłem głową.
 - Nie mam innych. Musisz przecierpieć, przykro mi - próbował dalej.
 - Nie ma mowy, nie będę chodził z jakąś bajką na ręku jak dzieciak!
 - Bardziej jak dziecko zachowujesz się teraz! - wyparował, zadziwiając mnie tym odrobinę. Zdążył chyba pomyśleć bo natychmiast zakrył usta dłońmi. - Przepraszam, ja nie chciałem... naprawdę nie... przepraszam - wykrztusił.
 Pokiwałem tylko głową, unosząc brwi w poddającym się geście. 
 - Dawaj te plastry. - Niech już mu będzie.
 Zauważalnie drżącymi rękami nakleił plaster na moją dłoń, po czym przemył i opatrzył mi także brew, nie żałując przy tym kolejnego plastra. Po wszystkim usiadł na łóżku, niedaleko mnie.    
 - Więc... co ci się stało? - zaczął cicho.
 - Mniej wiesz, lepiej śpisz jak to mówią. - zaśmiałem się, zadowolony z siebie że mogłem wykorzystać tą formułkę. Uwielbiam wypowiadać to zdanie bo właśnie te słowa wymawiał zawsze mój brat.
 Bear zmierzył mnie wzrokiem, zaśmiałem się ponownie na ten gest.
 - Wyjaśniłem wszystko, także nie masz się czego martwić. - uśmiechnąłem się lekko.
 - W sensie? - zapytał cicho.
 - Pobiliśmy się, w zasadzie bardziej ja jego, póki nie zaczął wymachiwać jakimś nożykiem. Fakt, rozciął mi rękę ale to bardziej moja wina bo próbowałem wyrwać mu to tępe narzędzie z ręki. Zrobiłem to jednak tak nieumiejętnie, że widzisz jak wyszło. - zaśmiałem się między zdaniami. - Dokończyłem obijać mu tyłek, aż zaczął mnie błagać o litość i ot cała historia.
 - Ale... nie użyłeś tego noża? P-prawda? - przeraził się przez moment.
 - Nie, no co ty! - wywróciłem oczami, dając mu do zrozumienia, że źle zrobił myśląc nawet, że mógłbym zrobić coś takiego. - Nie jestem taki jak on. -
 Pomiędzy nami nastała długa chwila ciszy.
 - Przykro mi... - zagadnął cicho Bear.
 - Dlaczego niby? - rzuciłem mu zmieszane spojrzenie.
 - No bo... to moja wina- zaczął.
 - Przestań. - przerwałem mu, przybierając natychmiast poważny wyraz twarzy.
 - Nawet tak nie myśl, stało się i tyle, a to nie jest twoja wina, że faktycznie przyjaciel którego znałem przez praktycznie, no całe życie, okazał się pieprzonym pojebem. - zaśmiałem się, tylko odrobinę sztucznie na koniec.
 - To naprawdę nie jest twoja wina. A ja nie mówię tego tylko byś czuł się lepiej, po prostu tak jest i musisz zrozumieć ten fakt ciołku. - wywróciłem oczami, jednocześnie zmieniając pozycję w fotelu na wygodniejszą. Zarzuciłem nogi na jedno oparcie fotela, o drugi zaś oparłem się plecami.
 - Najważniejsze że jesteś cały. - przyznałem bez namysłu, po chwili zdając sobie sprawę jak to zabrzmiało. Jakby... za miło jak na mnie.
 - Znaczy, no wiesz... Mógłby cię dalej męczyć, a to nie byłoby w porządku. Także no... - dziwnie plątałem się w swojej wypowiedzi, jakby czując się odrobinę zawstydzonym. Dziwne uczucie...
 - Dzięki... - usłyszałem cichy głos Beara, na co lekko się uśmiechnąłem, jednak nie wypowiedziałem już ani słowa.
 Znowu utknęliśmy w niezręcznej ciszy. Postanowiłem w końcu ją przerwać więc ruszyłem tyłek z fotela i poszedłem do kuchni, wiedząc że Bear zaraz przyjdzie za mną by pewnie skontrolować czy nie robię mu już apokalipsy w kuchni. Dźwignąłem się i usiadłem na blacie, wyczekując jak przewidywałem jego przyjścia. Gdy w końcu się zjawił, zapytałem:
 - To co jemy? -
 Blondyn rzucił mi odrobinę zmieszane spojrzenie, na co wywróciłem oczami.
 - Chyba nie myślisz, że pomogłeś mi i ja już sobie pójdę? - zaśmiałem się. - Jestem głodny.
 - Nie mam pojęcia szczerze... - odparł Bear, po chwili zastanowienia, ja zaś wpadłem na genialny pomysł.
 - Zamówmy coś! - uśmiechnąłem się, zeskakując z blatu.
 - Tylko co? - zapytał cicho.
 - Jadłeś kiedyś chińszczyznę? - zapytałem, a w odpowiedzi pokiwał przecząco głową. Uniosłem brwi nie mało zdziwiony.
 - Oj zadziwiasz mnie dzisiaj Misiek. - zaśmiałem się.
***
Jedzenie przyszło po jakiejś pół godzinie, poszedłem odebrać i zapłacić po czym wróciłem z ciepłą jeszcze chińszczyzną do chłopaka. Wyjąłem pałeczki z opakowania i położyłem na stole, przy którym już siedział blondyn.
- Nie będziemy... jeść sztućcami? - zapytał niepewnie, niczym dziecko które myśli że zadawanie pytań to coś złego.
- Chińszczyznę? - zmarszyłem brwi, podając mu jego porcję jedzenia i zasiadając jednocześnie do stołu.
- To byłoby kalectwo. - zaśmiałem się, biorąc do ręki pałeczki. Co do tego typu "sztućców" miałem już sporą wprawę. Plus nieumiejętności gotowania.
- Ja nie zbyt potrafię. - powiedział cicho Bear. - Może wezmę jednak widelec?
- Nie ma mowy. - zaprzeczyłem. - Dasz radę.
- Ale-
- Nie ma "ale". To nic złego, nie umieć i uczyć się czegoś nowego. Zresztą jak człowiek głodny, to się nauczy, nie Misiek? - uśmiechnąłem się ciepło w jego stronę, odpakowując swoje jedzenie. Cudownie przyjemny zapach rozniósł się po pokoju. Kątem oka zauważyłem jak Bear delikatnie się uśmiecha i także odpakowywuje swoją porcję.
Chwycił niepewnie pałeczki w prawą dłoń i obserwując jak ja je trzymam, starał się zrobić to samo. Marnie, ale jednak próbował.
- Nie tak. - zaśmiałem się, gdy chłopak ścisnął dwa kawałki drewna tak że te wyślizgnęły mu się z dłoni i wypadły na stół. Wziął je ponownie do ręki, tym razem nie próbował sam a dał mi swobodnie sobą pokierować. Dotknąłem jego dłoni, aby mu pomóc, zatrzymałem się jednak na chwilę gdy poczułem jakby dreszcz przechodzący przez ciało chłopaka.
- Musisz o tak. - zacząłem mu tłumaczyć po chwili, zmieniając położenie jego palców by ułatwić mu trzymanie pałeczek. Gdy w końcu mi się to udało zabrałem dłoń i wróciłem do swojego jedzenia. Zgrabnie złapałem pałeczki i zacząłem jeść.
Bearowi średnio to wychodziło, udało mu się zjeść może z dwa kawałki ryżu i trochę warzyw. Zdawało się że zaczynał dość dobrze sobie radzić.
- Nie, nie dam rady. Za długo będę się męczyć z tym... - odłożył pałeczki, dość szybko się poddając.
- Spodziewałem się że będziesz bardziej wytrwały. - westchnąłem, będąc trochę zawiedzionym.
- Otwórz paszczę. - poleciłem mu, uśmiechając się szybko i chwytając w swoje pałeczki odrobinę mieszanki warzyw z ryżem, ze swojej porcji.
- Co takiego? - spojrzał na mnie lekko zmieszany. Wywróciłem oczami. Co za głupi misiek.
- Skoro nie chcesz jeść to cię nakarmię. - wzruszyłem ramionami.
- Nie... Nie chcę, nie ma mowy! - zaczął szybko zaprzeczać.
- Nie ma mowy, nie ma mowy - przedrzeźniłem go, przysunąłem rękę z jedzeniem bliżej jego twarzy, robiąc dość poważną minę. On sam nadal nie był przekonany, co do mojego zachowania.
- Masz trzy sekundy albo jedzenie wyląduje gdzieś na ścianie. - uśmiechnąłem się wrednie, czekając aż otworzy usta.
- Ale, Nie, ja nie- zaczął się plątać.
- Jeden... - zacząłem odliczać, przerywając plątaninę jego słów, co jednocześnie sprawiło że Bear zaczął panikować i tak czy inaczej musiał otworzyć usta. Wpakowałem mu nieudolnie jedzenie do ust, zjadł posłusznie i chyba nawet zaczął się rumienić... Dopiero po chwili zrozumiałem dlaczego. Ten gest który zrobiłem był dość... Dziwny. Sam przed sobą nie chciałem przyznać jaki wydawał mi się naprawdę. Poniekąd miły, ale i niezręczny. Zabrałem dłoń, po czym roześmiałem się, by jakoś zamaskować niezręczność tej sytuacji.
- I jak? Lepiej smakuje z mojej ręki? - uśmiechnąłem się szczerze, a chłopak zaśmiał się nerwowo.
- Oczywiście. - powiedział, po chwili uśmiechając się jakby szczerzej, co sprawiło że też uśmiechnąłem się mimowolnie. Jakby jego uśmiech wywoływał mój... I taką jakby radość tam gdzieś w środku...
***
Gdy skończyliśmy jeść, poleciłem mu żeby zrobił coś ciepłego do picia, a ja w tym czasie usadowiłem się w salonie na kanapie. Późna godzina sprawiła że stałem się śpiący i sam już nie wiem kiedy zasnąłem.

od Beauregarda cd. Ricka

 - Um... R-rick? Wszystko dobrze? - zapytałem cicho. Coś było nie tak... przeze mnie.
 Szybko otarł oczy.
  - Oczywiście że tak. Co miałoby się dziać... Powinienem się zbierać.
 Wstał i szybko zebrał się do wyjścia.
  - Przyjdź jutro do szkoły - rzucił na odchodne.
  - A-ale... - zacząłem, już chcąc protestować.
  - Obiecuję, nie stanie się ci się krzywda. - Nie pozwolił mi skończyć. Spuściłem wzrok i uśmiechnąłem się z niedowierzaniem.
  - Dzięki... - szepnąłem, bojąc się, że nie usłyszy.
  - Nie masz za co. To moja wina, teraz muszę tylko naprawić swoje błędy.
 Wyszedł i zostawił mnie samego z własnymi myślami.

 Obudziłem się jakieś dwadzieścia minut przed dzwonkiem budzika i na myśl o tym, że dzisiaj czeka mnie pójście do szkoły, poczułem po prostu zrezygnowanie. Ochota na zostanie w łóżku rosła z każdą sekundą, ale przypomniałem sobie, że Rick  mnie o to prosił... nie mogłem go zawieść. Z głośnym westchnięciem i narastającym niepokojem podniosłem się i skierowałem do łazienki, w obawie, że jeśli zostałbym w łóżku choć minutę dłużej, wstanie stałoby się misją niemal nie do osiągnięcia. Dotarłem przed lustro i obrzuciłem krytycznym wzrokiem swoje włosy, które sterczały we wszystkie możliwe kierunki. Po chwili walki z tym nieposłusznym sianem na głowie doprowadziłem je do jako takiego porządku.
 Do szkoły wszedłem jakieś pięć minut przed dzwonkiem (naprawdę mnie to bolało, gdyż z reguły jestem dużo za wcześnie, jednak tym razem wymyśliłem, że im mniej czasu spędzę w szkole, tym mniej czasu ktokolwiek będzie miał na ewentualne wyrażenie swojego niezadowolenia w stosunku do mojej osoby) i przysięgam - nigdy wcześniej tak się nie stresowałem pobytem w tym miejscu. Lekcje minęły mi właściwie na usilnych próbach wyhodowania dodatkowych par oczu na karku i po bokach głowy (tym razem nie pogardziłbym takimi bez wady wzroku),  a przerwy na unikaniu Ricka. Pomyślałem, że tak będzie lepiej. Pewnie potrzebował czasu i w ogóle, a poza tym najzwyczajniej nie chciałem się narzucać. Już dość mu narobiłem problemów. Tuż po lekcjach mój plan "Cały dzień bez Ricka" legł w gruzach i to przez nikogo innego niż osobnika, którego z powodzeniem unikałem przez jakieś siedem godzin.
 - Hej - powiedział wspomniany wcześniej chłopak i uśmiechnął się. Był chyba zmęczony.
 Mimo stresu towarzyszącego całemu dniu poczułem się dość miło, że chciał do mnie podejść, nawet jeśli nie rozumiałem jego powodu. Zaraz potem jednak przypomniałem sobie o niebezpieczeństwie, które mogło na mnie czyhać w każdym kącie, i jedynie mruknąłem coś w odpowiedzi, rozglądając się ukradkiem i żałując, że nie udało mi się wyhodować dodatkowych par oczu.
 - Hej, nic ci nie grozi póki tu jestem - znowu się uśmiechnął, a ja poczułem, że tracę resztki jakiejkolwiek pewności siebie. Przecież nie będzie go cały czas, co jeśli...
 - Ale co jeśli... pójdziesz gdzieś i oni... - wyjąkałem.
  - Nie zostawię cię z tym samego, jasne?
Poczułem jego rękę na swoich włosach i przez chwilę oblał mnie zimny pot. Przez moment przypominał mi kogoś. Ten gest...
 - Zresztą od dzisiaj będziesz miał spokój, zaufaj mi - zapewnił. W tym momencie zaczęła się do nas zbliżać grupka. Tamta grupka. Tym razem naprawdę oblał mnie zimny pot; spiąłem się, gotowy do ewentualnej ucieczki. - Lepiej żebyś na to nie patrzył. Idź do domu.
 - Ale... czy ty... - zaprotestowałem z wahaniem.
 - Po prostu idź - polecił. Schowałem ręce do kieszeni i odszedłem w pośpiechu, a kiedy dotarłem do pokoju, poczułem ulgę, którą szybko zastąpiły wątpliwości co do pomysłu Ricka i obawy o jego zdrowie.
 Wszedłem do pokoju i nerwowo pokierowałem się do kuchni, gdzie sięgnąłem do herbacianej szafki i wyjąłem saszetkę mojego ulubionego rodzaju, po czym zagotowałem wodę. Myślami dalej byłem w szkole - nie mogłem przestać zastanawiać się nad słowami Ricka. "Lepiej żebyś na to nie patrzył"? Co on miał zamiar zrobić? I co robił właśnie teraz? Poczułem obezwładniającą bezsilność, a potem frustrację. Nie było niczego, co byłbym w stanie zrobić. Miałem dość bycia poza kontrolą.
 Wziąłem łyk herbaty i czułem, jak ciepło rozprzestrzenia się po moim ciele równie szybko, jak stres i wątpliwości. Dziwne uczucie - jakby napój usiłował zwalczyć zły humor. Cóż, nie tym razem.
 W pokoju rozległo się pukanie do drzwi. Od razu oblał mnie zimny pot, a w głowie zaczęły się tworzyć najczerniejsze scenariusze. Po chwili jednak przypomniałem sobie o istnieniu Ricka. Może to był on? Na drżących nogach podszedłem do drzwi. Otworzyłem.
 - R-rick? - wyjąkałem i poczułem ulgę. Chyba. To znaczy przynajmniej nie byli to inni.
 - Nie zdążyli ci nic zrobić? Wszystko w porządku? - Trochę zaskoczyła mnie fala pytań, które zadał. Chociaż to było miłe z jego strony.
- T-tak... Wszystko ze mną dobrze... - unikałem jego wzroku, sam nie do końca wiem dlaczego. - Ale co ty tu...?
- A tak jakoś. - Machnął ręką, która miała jakiś nienaturalnie czerwony kolor. - Trochę się martwiłem... - dodał.
Martwił się. O mnie? Naprawdę?
Spojrzałem na jego dłoń i otworzyłem szerzej oczy. Była rozcięta.
- Co ci się...
- A... i przyszedłem do ciebie po opłatę medyczną, musisz mi się odwdzięczyć za ostatnio - zażartował, zadowolony z siebie.
Spojrzałem w górę na jego twarz i zobaczyłem rozciętą wargę. Otworzyłem szerzej drzwi.
 - Wchodź - kazałem cicho i zignorowałem jakąś prawdopodobnie ironiczną uwagę chłopaka.
 Szybkim krokiem poszedłem do łazienki i po chwili wahania wyciągnąłem całą apteczkę. Starając się zachować chociaż względny spokój wróciłem do salonu, gdzie Rick siedział już na fotelu, jak gdyby nigdy nic oglądając mieszkanie. Jeszcze raz obrzuciłem go oceniającym szkody wzrokiem, usiłując ukryć przerażenie. Naprawdę bardzo starałem się zachować spokój, ale nigdy nie byłem jeszcze w takiej sytuacji i szczerze mówiąc bałem się, że tylko pogorszę sprawę.
 - Dobra, spokojnie, po kolei - powiedziałem do siebie i po raz kolejny zilustrowałem Ricka wzrokiem.
 - Ale ty zdajesz sobie sprawę, że ja nie umieram, nie? - zażartował.
 - Eee... daj rękę - powiedziałem po odkręceniu butelki z wodą utlenioną.
Chłopak wzruszył ramionami i podał mi dłoń, którą przytrzymałem drżącą ręką.
 - Okej, teraz...
 - Zaboli, wiem - dokończył za mnie.
 Wziąłem głęboki wdech i polałem wodę utlenioną na ranę chłopaka. Skrzywił się, chociaż szybko to ukrył, więc udałem, że nic nie zauważyłem. Z drugiej strony nie umarłby od okazania bólu, to ludzka rzecz...
 Ostrożnie wytarłem spienioną wodę utlenioną z rozciętej dłoni chłopaka i ponowiłem proces. Rana była dość głęboka.
 - Aaa! Umieram! - wrzasnął Rick, a ja podskoczyłem i upuściłem wodę utlenioną.
 - Boże, przepraszam! - wykrztusiłem, ale chłopak tylko się zaśmiał. No tak. Uspokoiłem się i pokręciłem lekko głową.
 - Dobra, eee, teraz... czas na plaster - zdecydowałem i zacząłem grzebać w apteczce w poszukiwaniu opatrunku. Rick wpatrywał się we mnie z nieskrywabym rozbawieniem. 
 Wyjąłem z apteczki paczkę plastrów i już wewnętrznie szykowałem się na protest.
 - Mam takie - oświadczyłem zdenerwowany całą sytuacją i pokazałem chłopakowi pudełko.
 - Chyba oszalałeś - parsknął Rick. - Nie będę chodził z Kubusiem Puchatkiem na ręku.
 - Ale... zakażenie - usiłowałem bronić swojej pozycji.
- Nic z tego - pokręcił głową.
 Zniecierpliwiłem się trochę.
 - Nie mam innych. Musisz przecierpieć, przykro mi - przekonywałem go.
 - Nie ma mowy, nie będę chodził z jakąś bajką na ręku jak dzieciak!
 - Bardziej jak dziecko zachowujesz się teraz - wyparowałem, zanim zdążyłem pomyśleć, i natychmiast zakryłem usta dłońmi. - Przepraszam, ja nie chciałem... naprawdę nie... przepraszam - wykrztusiłem.
 Rick tylko pokiwał głową, unosząc brwi w nieodgadnionym przeze mnie geście.
 - Dawaj te plastry. - Bitwa została wygrana.
 Drżącymi rękami nakleiłem plaster na dłoń Ricka, po czym przemyłem i opatrzyłem mu brew. Po wszystkim odetchnąłem z ulgą i usiadłem na łóżku. Jedna rzecz nie dawała mi spokoju.
 -Więc... co ci się stało?

Riiick?


wtorek, 13 sierpnia 2019

Od Alana cd. Seana

***
Kiedy poszliśmy w końcu do pokoju Seana, uznałem że zajmę łazienkę. Przez dobre pół godziny myłem włosy, przetarłem je jednak solidnie ręcznikiem bo nie miałem ochoty ich suszyć. Wyszedłem spod prysznica, obwiązując się ręcznikiem w pasie. Mogłem przebrać się po prostu w łazience ale po co? Byłem ciągle trochę zły o ranek, mimo że sam nie wiedziałem co robiłem. Skoro już jesteśmy partnerami, można by jakoś przypieczętować nasz związek. Kiedy ten dupek nagle sporządniał?
Wyszedłem z łazienki, biorąc ze sobą ciuchy. Szatyn uniósł brwi w niemym pytaniu, zignorowałem go jednak, by zacząć tak po prostu, bez najmniejszego skrępowania ubierać się na środku pokoju. Przewrócił oczami, wracając do tego swojego pieprzonego laptopa na którym oglądał jakiś serial. Nie zakładałem jednak spodni, specjalnie by rozproszyć uwagę chłopaka. Narzuciłem jeszcze szybko koszulkę i usiadłem obok chłopaka. Zmierzył mnie wzrokiem.
  - Dobrze się bawisz? - ponownie przerzucił wzrok na ekran komputera. Prychnąłem. Oczywiście że tak. Czy on naprawdę nie rozumie że uwielbiam się z nim droczyć? Sean odłożył laptopa na bok i rzucił mi pytające spojrzenie po raz kolejny.
  - A czy ty wszystko musisz psuć? - również uniosłem brew, na co chłopak tylko się zaśmiał. Sean niespodziewanie zaczął się nachylać w moją stronę, zapewne do pocałunku, chciałem jednak mu to uniemożliwić. Odchyliłem się żeby się odsunąć, szatyn jednak szybko to wykorzystał i dobrał się do mojej odsłoniętej szyi. Zaczął powoli wędrować językiem po mojej skórze, na co mimowolnie jęknąłem. Nagle jakby ciśnienie podskoczyło w powietrzu, zrobiło się goręcej i od razu przyjemniej... Po jakimś czasie chłopak przetoczył się nade mną.
  - Jeżeli się nie obrazisz, możemy dokończyć to co zacząłeś, a ja zepsułem - uśmiechnął się lekko i usiadł obok, jakby nigdy nic.
Czy on tak po prostu kurwa przestał?! Rzuciłem mu lekko zabójcze spojrzenie, przerwaniem tej przyjemności, sprawił jednak że mogłem się z nim trochę podroczyć.
Nagle telefon chłopaka zaczął dzwonić, szatyn jednak wrzucił urządzenie do dolnej szuflady i czekał na moją odpowiedź. Czyżby pan porządny aż tak liczył dziś na coś więcej?
  - Brzmi nie najgorzej. - wzruszyłem ramionami, Sean lekko się uśmiechnął i chciał powrócić zapewne do mojej szyi, szybko go jednak zatrzymałem.
  - Chyba jednak nie mam ochoty. Totalnie to zepsułeś. - wywróciłem oczami, perfekcyjnie wręcz grając.
  - Proszę cię Winters... - jęknął, wieszając się nade mną i ciałem przygniatając mnie do materaca. Mimowolnie przygryzłem wargę, był cholernie blisko...
  - Przestań mnie kusić. - przyparł mnie jeszcze mocniej, na co jęknąłem.
  - Napierasz na mnie tam w dole... - przyznałem.
Czułem jakby zaraz moje bokserki miały eksplodować, a cała krew w moim ciele płynęła o wiele szybciej i głośniej.
  - Czyli jednak tak? - mruknął cicho, powoli poruszając się nade mną by jeszcze bardziej mnie rozdrażnić. Powoli zaczynał mnie denerwować brak kontroli.
  - Kurwa... - szepnąłem cicho, za nim jednak zdążyłem dodać choćby jedno słowo, jego usta już dawno całowały moje, do tego on sam zaczynał coraz intensywniej się poruszać, co zwiększało moje podniecenie aczkolwiek i niewygodne uczucie tam w dole. W końcu udało mi się oderwać od jego ust.
  - Jak będziesz się tak wiercić to zrobi się niebezpiecznie. - ostrzegłem go.
Mruknął cicho, czym ostatecznie mnie wkurzył. Szybko przekręciłem chłopaka na łóżko, tak by był pode mną, jednocześnie przygwożdżając go do materaca.
  - Ej- zaczął, szybko mu jednak przerwałem pocałunkiem. Powoli jeździłem językiem wokół jego ust, by następnie brutalnie wedrzeć się do środka i by nasze języki rozpoczęły dziki taniec.
W końcu gdy znudziła mi się ta zabawa, zakończyłem to delikatnym przygryzieniem wargi chłopaka.
  - Nie lubię jak się ktoś ze mną drażni... - szepnąłem mu do ucha.
  - A mimo to sam się ze mną drażnisz. - odparł Sean. Wywróciłem oczami, jednocześnie dotykając swoimi ustami jego skóry na szyi. Malinka którą rano mu zrobiłem była mniej widoczna dzięki pomocy Inez, wciąż jednak widoczny był jej zarys. 
 - Zamknij się albo nici z miłego wieczoru. - uśmiechnąłem się lekko, wracając do jego szyi. Powoli zacząłem schodzić z pocałunkami niżej, zatrzymałem się odrobinę na jego obojczyku.
- Po prostu się zamknij i ciesz chwilą. - uciszyłem go za nim zdążył znowu otworzyć te swoje irytujące usta.
Składałem na ciele szatyna coraz to więcej pocałunków, a moje dłonie powoli wysunęły się pod koszulkę chłopaka, by następnie ta zgrabnie wylądowała na ziemi. Powoli przechodziłem coraz niżej, po jego klatce piersiowej aż do brzucha. Poczułem jak gdzieniegdzie drży, co bardzo mnie cieszyło. Zatrzymałem się ustami przy jego brzuchu, ręce zaś zająłem umiejętnym rozpięciem zamka u spodni szatyna, gdy w końcu mi się to udało zacząłem ugniatać czułe miejsce Seana przez materiał bokserek, początkowo lekko, z czasem jednak nasilając dotyk. Cały czas nie przerywałem też pieszczenia wyższych partii jego ciała, ustami zaczynałem wracać wyżej aż do miejsca kiedy wróciłem do szyi chłopaka. Nie ma sensu ukrywać że chyba to miejsce uwielbiam najbardziej.
Nasilałem ruchy lewej dłoni, w końcu dało mi się usłyszeć upragnione jęki chłopaka. Uśmiechnąłem się między pocałunkami które składałem w dalszym ciągu na skórze Seana i zadowolony słuchałem jak jęczy mi do ucha. Moja dłoń już dawno była wewnątrz jego bokserek, moje usta szybko wróciły do jego twarzy by zająć się jego ustami. Kontynuowałem dalej pieszczoty gdy jego oddech zaczął przyśpieszać. Nie minęło dużo czasu kiedy to Sean osiągnął spełnienie, a jego całe nasienie wylądowało na mojej koszulce. Dalej siedział z zamkniętymi oczami, próbując wyrównać oddech.
- Nie przepadam za byciem dominującym. - zagadnąłem. - Pomyśl o tym na przyszłość, a teraz ogarnij się trochę. - Zszedłem z sofy i zdjąłem ubrudzoną już koszulkę.
- Ah, przez ciebie będę musiał prać koszulkę. - westchnąłem z lekkim uśmiechem i skierowałem się do łazienki by jakoś to zaprać. Udało mi się odratować bluzkę, rzuciłem ją niedbale na kaloryfer i wróciłem do bruneta. Siedział już normalnie z zapiętymi spodniami i uśmiechał się sam do siebie.
- Nie ma za co. - wyszczerzyłem się do niego, nim zdążył zauważyć że wróciłem do salonu.

Seanie? xD Nie wiem co ja zrobiłam z końcówką

niedziela, 11 sierpnia 2019

Od Ricka cd. Beauregarda

Zniecierpliwiony podniosłem rękę, żeby zapukać jeszcze raz. Po chwili jednak drzwi się otworzyły. Bear stał naprzeciw mnie, ale nie podniósł wzroku.
 - Rick, co ty... - wziął gwałtowny wdech. - cześć - dodał szybko.
 - No cześć - wyszczerzyłem się. - Jak się czujesz? - Jak gdyby nigdy nic minąłem go i wszedłem do pokoju. Zrzuciłem zgrabnym ruchem buty i poszedłem do kuchni aby zapoznać się z szafkami. Przeszukiwałem je beztrosko w poszukiwaniu kawy jednak nie z pozytywnym skutkiem. Spojrzałem na chłopaka, który stanął w przejściu.
 - Zadałem ci pytanie - zauważyłem. - Gdzie trzymasz kawę?
 - J-ja nie piję kawy... - odpowiedział i wbił wzrok w podłogę. Otworzyłem szeroko oczy.
 - Słucham?! Człowieku, nie przyznaję się do ciebie. - Nie doczekałem się odpowiedzi więc westchnąłem głośno. - Zawiodłem się na tobie. Dobra, zapomnij. Zawsze tyle zajmuje ci odpowiedź na pytanie złożone z trzech słów? Bo wydaje mi się, że w takim tempie konwersacje mogą faktycznie sprawiać ci dużo problemów - uśmiechnąłem się rozbawiony.
 - A, przepraszam, jest... okej - powiedział, po czym po chwili dodałem - czemu właściwie... czemu tu jesteś?
 - A czemu ty przeprosiłeś? - odparowałem bez chwili wahania i przysiadłem na stole.
 - No bo ty... - zaczął się jąkać - ty nie powinieneś... ja powinienem był po prostu... matko, przepraszam - schował twarz w dłoniach.
 - I znowu to robisz. - przewróciłem oczami. Eh, nie mądry misiek...
 - Zmarnowałeś mnóstwo czasu - wyjaśnił cicho i schował ręce do kieszeni swetra.
 - Matko, Bear, skończ pieprzyć - zniecierpliwiłem się nieco.. - Pobili cię, to nie jest twoja wina, rozumiesz? - westchnąłem. - Po prostu musisz mi powiedzieć, kto to był, bo inaczej sytuacja może się powtórzyć, a tego chyba byśmy nie chcieli.
 Chyba trochę się wystraszył, bo cofnął się odrobinę wpadając nieco na szafki.
 - Nie, nie, ja nie- ty nie rozumiesz, ja nie mogę.. - próbował tłumaczyć.
 - Bear, zrozum, może być jeszcze gorzej - mówiłem tym razem dość spokojnie. - Musisz tylko powiedzieć mi imiona, a ja zajmę się resztą, okej? 
 - Nie, błagam, przestań. 
 - Muszę wiedzieć, kto to był, to nie może się powtórzyć.
 - N-nie, Rick, ja nie...
 - Tylko imiona, rozumiesz? I będzie po wszystkim. Nigdy więcej cię nie tkną.
 - J-ja nie mogę...
 - Tu nie chodzi tylko o ciebie, pomyśl, co jeśli zaatakują innych? Można to po prostu zatrzymać.
 - Rick, proszę, ja nie...
 - Chcesz tej pomocy czy nie?
 - Przestań! - krzyknął i spojrzał mi w twarz, po czym spuścił wzrok. - Przepraszam - wyszeptał po chwili. - Boże, Rick, przepraszam, ja nie chciałem, nie chciałem...
 - Hej, dobra - urwałem krótko. - Już, musimy się oboje uspokoić. Usiądź. - Nie ruszył się jednak z miejsca. - Usiądź - westchnąłem.
 W końcu udało mu się ruszyć i usiadł na łóżku, ja za to wziąłem sobie krzesło i postawiłem w bezpiecznej odległości od łóżka.
 - Słuchaj, rozumiem twój strach, naprawdę - przerwałem na chwilę - ale po prostu nie ma innego sposobu. Możesz jeszcze nie chodzić do szkoły, nic ci nie zrobią. Ja po prostu muszę się dowiedzieć, kto to był, dla dobra wszystkich, okej?
 - A co jeśli... tobie się coś stanie? - zapytał cicho. - Nie chcę, żeby ktokolwiek przeze mnie...
 - Mi nic nie będzie - przerwałem mu. - Zaufaj mi, mam w tej szkole kontakty jak nikt. Więc jak będzie, powiesz?
Bear powoli opowiedział mi o całej sytuacji i jak wyglądali jego napastnicy. Słuchałem go będąc lekko w szoku? Chyba tak mogę nazwać to dziwne uczucie. Opisy brzmiały znajomo. Cholernie znajomo... Jak Chease i reszta... ale może to nie możliwe. Może się pomylił? Albo najzwyczajniej kłamie ale jednak po co miałby? Czy byłby w stanie kłamać po tym jak go pobili? Może też ktoś go pewnie zastraszył by po prostu tak powiedział... Sam nie wiem. To wszystko brzmiało nierealnie.
 - Ja wiem, że oni kazali ci tak powiedzieć, ale mów prawdę, serio. - westchnąłem.
 - Rick, ja mówię prawdę - wyszeptał. Zmierzyłem go wzrokiem, prawie płakał. Ale skąd miałem mieć pewność że to prawda? No kurwa skąd?!
  - Jesteś pewny? - mruknąłem, starając się zamaskować wszelkie emocje. Bear powoli pokiwał głową. Chease... Naprawdę mógł zrobić coś takiego? Przecież blondyn nic mu nie zrobił. Nic z tego nie rozumiałem. On nigdy nie zrobiłby czegoś takiego, znałem go od zawsze i mimo takiego charakteru jakiego posiadał nigdy nie skrzywdziłby nikogo słabszego sobie. Przynajmniej do tego czasu. A tak myślałem że go znam...
  - Um... R-rick? Wszystko dobrze? - z rozmyśleń wyrwał mnie głos Beara. Przyglądał mi się jakby zmartwiony? Zmarszczyłem lekko brwi. Po chwili poczułem na dłoni coś mokrego, tak samo jak na policzku. Czy ja właśnie płakałem? Pośpiesznie przetarłem oczy, ja przecież prawie nigdy nie płaczę. Znowu zmierzyłem chłopaka wzrokiem.
  - Oczywiście że tak. Co miałoby się dziać... - odpowiedziałem szybko.- Powinienem się zbierać. -
Wstałem, z zamiarem wyjścia. Założyłem buty, narzuciłem kurtkę na plecy i rzuciłem przed wyjściem.
  - Przyjdź jutro do szkoły. -
  - A-ale... - zaczął.
  - Obiecuję, nie stanie się ci się krzywda. - przerwałem mu. Spuścił wzrok na podłogę, uśmiechnął się chyba lekko.
  - Dzięki... - szepnął cicho, ledwo słyszalnie ale jednak.
  - Nie masz za co. To moja wina, teraz muszę tylko naprawić swoje błędy. - rzuciłem na pożegnanie.
(*** Skip time bo riczu jest leniwa ale myślę że zrozumiesz***)
Większość nocy spędziłem na rozmyślaniu o tym wszystkim. Nie spałem właściwie. Byłem chyba lekko zmęczony psychicznie i fizycznie. Uczucie niepokoju towarzyszyło mi przez każdą lekcję, a każde spojrzenie w stronę Chease'a, kończyło się szybką ucieczką wzroku i bolesnym zaciskaniu pięści. Bear przyszedł do szkoły, cały dzień trzymał się jednak ode mnie na dystans. Cały dzień kontrolowałem pozycję chłopaka, tak czy nikt go nie zaczepia by w porę zainterweniować. Postanowiłem że podejdę do niego po lekcjach.
  - Hej! - ostatkiem sił emocjonalnych wymusiłem u siebie uśmiech. Bear tylko cicho coś mruknął, rozglądając się, zapewne by zlokalizować swoich napastników z przedwczoraj.
  - Hej, nic ci nie grozi póki tu jestem. - uśmiechnąłem się ponownie.
  - Ale co jeśli... Pójdziesz gdzieś i oni... - zaczął odrobinę plątać się w słowach.
  - Nie zostawię cię z tym samego, jasne? - położyłem rękę na głowie i delikatnie potargałem mu włosy.
  - Zresztą od dzisiaj będziesz miał spokój, zaufaj mi. - pocieszyłem go. Wtedy ze szkoły wyszła ta znana mi osoba. Chease i reszta grupy. Powoli zbliżali się do nas. Bear zauważalnie się spiął.
  - Lepiej żebyś na to nie patrzył. Idź do domu. - poleciłem mu.
  - Ale... Czy ty... - znowu zaczął.
  - Po prostu idź. - poleciłem mu. Schował ręce w rękawach, po czym poszedł do swojego mieszkania. Chease zdążył znaleźć się dość blisko mnie.
  - Ej, czemu Misiek poszedł. Chciałem się z nim przywitać. - uśmiechnął się zdradziecko. Przyznać że to ten sam uśmiech towarzyszył mi przez prawie całe moje dotychczasowe życie...
  - Nie nazywaj go tak. - mruknąłem cicho. Uniósł brew, w geście zdziwienia.
  - Co jest Ri? Coś się stało? - zapytał, tym swoim fałszywym głosem. Każde jego tępe i żałosne słowo raniło mnie coraz bardziej. Sama jego obecność doprowadzała mnie do furii.
  - Jakie kurwa Ri! Nagle nie wiesz co się stało?! - warknąłem, odpychając go od siebie. Zdołał utrzymać się na nogach, otrzepał się jakby z niewidzialnego kurzu i uśmiechnął. Znowu...
  - Widzę że zły dzień... No cóż, bywa niestety i tak. - dodał.
  - Przestań pieprzyć! Wiem że bezmyślnie kłamiesz! Wiem że to ty pobiłeś Beara! - krzyknąłem, ledwo panując nad emocjami.
  - Nie kłamie. Po prostu ci się tym nie pochwaliłem i tyle. - wywrócił oczami.
  - Byłeś dla mnie jak brat a teraz robisz mi coś takiego. - mruknąłem.
  - No i co z tego! Należało mu się! Chciał nas rozdzielić. Mącił ci w głowie bo chciał obrońcy! Pomogłem, nic więcej. A nawet jeśli, to co tak nagle cię on obchodzi?
  - Byłem taki jak on! Obaj byliśmy!
  - Tylko że ja z tego wyrosłem i ty też. Ktoś musi mu pokazać że w naszym świecie nie ma miejsca dla słabych!
  - To nie ty jesteś katem który sprawuje wyroki...
  - A ty, co? Obrońca słabych? Czy Bóg? Bo jak dla mnie chyba oba. Przestań zachowywać się jakby nie można było cię zranić! Nie jesteś Bogiem! - krzyknął. Zacisnąłem pięści, mierząc go wzrokiem.
  - Nie powinienem ale chyba jednak ci się należy... - mruknąłem, by po chwili podnieść rękę i wymierzyć cios w twarz chłopaka. Upadł na ziemię lekko szokowany, gdyż pewnie się tego nie spodziewał. Przygniotłem go do ziemi i zacząłem okładać pięściami by jakoś pozbyć się negatywnych emocji. Chease próbował się bronić wymachując rękami jednak to ja miałem przewagę. Nagle jedna z rąk zniknęła mi z pola widzenia a po chwili poczułem coś twardego i chłodnego przy szyi. Przestałem go bić, łapiąc oddech i patrząc mu w oczy.
 - Od kiedy to chodzisz z nożem? - zaśmiałem się, wyczuwając przedmiot przy mojej skórze.
 - Nie każ mi tego robić... - powiedział cicho.
 - No to zrób to jeśli masz jaja... - uśmiechnąłem się prowokująco.
***
Zapukałem do drzwi. Nie chciałem przychodzić w takim stanie do Beara, musiałem jednak sprawdzić jak się czuje bo uczucie wewnątrz nie dawało mi spokoju. Dodatkowo apteczka w moim mieszkaniu jest dość słabo wyposażona a pójście w moim stanie do apteki nie wchodziło w grę. Byłem trochę poobijany, dodatkowo miałem rozciętą wargę i wnętrze dłoni. Zdrową ręką znowu zapukałem do drzwi, chwilę zajęło chłopakowi otworzenie mi drzwi albo upewnienie się że to ja a nie jego oprawcy.
 - R-rick? - zająknął się widząc mnie w swoich drzwiach.
 - Nie zdążyli ci nic zrobić? Wszystko w porządku? - od razu zalałem Beara falą pytań.
 - T-tak... Wszystko ze mną dobrze... - spojrzał trochę w dół. - Ale co ty tu...? -
 - A tak jakoś. - machnąłem ręką. - Trochę się martwiłem... - dodałem trochę ciszej.
Chłopak skupił swój wzrok na mojej dłoni.
 - Co ci się...
 - A... i przyszedłem do ciebie po opłatę medyczną, musisz mi się odwdzięczyć za ostatnio. - uśmiechnąłem się złośliwie.


Misiaku? ^^ Trzeba pomóc tej bestii w potrzebie xD