poniedziałek, 17 czerwca 2019

Od Juniper do Arthura

***
- Juni, wstawaj mała cholero! - usłyszałam głośny krzyk obok mnie. Otrząsnęłam się lekko i otworzyłam oczy. Właścicielem tego wrednego głosu był nie kto inny jak mój brat Leo, który zdecydował się mnie odwieźć do akademii.
- Nie śpię debilu i nie drzyj na mnie japy. - mruknęłam poprawiając włosy i przeciągając się. Była godzina ledwo co siódma, słońce już dawno świeciło w końcu były już wakacje i słońce wschodziło bardzo wcześnie. Faktycznie nie spałam, mimo to wolałam siedzieć spokojnie na siedzeniu w przyjemnej ciszy przerwanej muzyką z radia, a nie jegop głosem.
- Jesteśmy już! - usłyszałam znowu głos Leo a po chwili dźwięk wyłączanego silnika. Ponownie otworzyłam oczy, miał rację byliśmy już tuż pod budynkiem akademii. Rozejrzałam się przez okno, całość była dość imponująca i urokliwa. 
- Nie najgorzej, co? - szturchnął mnie w ramię brunet. Pokiwałam głową a następnie wyszłam z auta by lepiej się rozejrzeć. Wszędzie dookoła wszystko już mocno zakwitało, miało to cały swój mały urok. Po chwili dołączył do mnie brat z ogromnym uśmiechem.
- Dobra, szykuj się. Masz ledwo godzinę. - znowu szturchnął mnie w ramię. Rzuciłam mu zmieszane spojrzenie. Ledwo godzinę? Do czego?
- Idziesz do szkoły. W prawdzie zostało półtorej tygodnia ale dyrektorka uznała że możesz pochodzić, bardziej się zaaklimatyzujesz i wiesz może kogoś poznasz. - uśmiechnął się podle.
- Musiałeś mi to zrobić, hm? - wywróciłam oczami, w odpowiedzi Leo zaśmiał się jedynie.
- Oj c'mon. Nic ci się nie stanie. - uśmiechnął się. Chciałam jeszcze coś dopowiedzieć ale końcowo uznałam jednak dać sobie spokój. Może ma trochę racji, mimo że chciałam jeszcze przywitać się z Nevadą i Navaio.
Uznaliśmy że najpierw pójdziemy do recepcji odebrać wszystkie potrzebne rzeczy, a Leoś zajmie się moimi bagażami, wzięłam jedynie plecak który wcześniej przygotował mi brat. Weszliśmy do budynku, szybko udało nam się odnaleźć odpowiednie pomieszczenie, weszliśmy do środka. Za biurkiem siedziała miła starsza pani, przywitaliśmy się i rozmawialiśmy parę minut, by w końcu wręczyła mi klucze i plan całej akademii.
- A więc ty Juniper możesz iść na lekcje. Nie damy ci jednak podręczników, w końcu niedługo koniec szkoły. Miłego dnia! - uśmiechnęła się odprowadzając nas do drzwi. Uścisnęła nam jeszcze ręce na pożegnanie, zamiast jednak nas pożegnać krzyknęła nagle :
- O Maeve! Zaczekaj chwilę! - Pani Peek krzyknęła do kogoś za nami, odwróciłam się i zobaczyłam dziewczynę z fioletowymi włosami, mniej więcej mojego wzrostu. Ona także odwróciła się w naszą stronę i powoli do nas podeszła. Uśmiechnęła się, witając się z dyrektorką a po chwili nami.
- Zgaduje że idziesz do szkoły. Mogłabyś zaprowadzić Juniper? Jest tu nowa. - zagadnęła dyrektorka. Dziewczyna pokiwała głową, nauczycielka zadowolona wróciła do swojego pokoiku, zostawiając nas samych sobie. Po chwili fioletowo włosa wyciągnęła do nie dłoń.
- Maeve Griffin, miło mi poznać. - uśmiechnęła się, co ja szybko odwzajemniłam i uścisnęłam jej dłoń. Po paru sekundach tradycyjnego "trząsania", wyciągnęła rękę do mojego brata ale jak na rodzinnego dupka i amanta przystało, zamiast zwykłego uściśnięcia dłoni ucałował jej dłoń na co i tak dostał ode mnie tzw. pstryczka w ucho. Jęknął cicho i złapał się za piekące ucho. 
- Uspokój się. - westchnęłam. - Przypominam ci że masz dziewczynę! - 
Chłopak uśmiechnął się lekko.
- Ale jej tu nie ma, nie musi wiedzieć. - zaśmiał się.
- Ale może. - uśmiechnęłam się, na co wywrócił oczami.
- Wybacz, czasem Leoś zachowuje się jak wszechmogący dupek. - zaśmiałam się, kierując słowa do nowo poznanej dziewczyny, która szybko mi zawtórowała.
- Ja jestem Juniper Adamenko, ale możesz mówić mi June. Jak ci wygodniej. - przedstawiłam się w końcu. - A to mój starszy brat, Leo. - wskazałam tym razem na brata. 
- Miło mi poznać. - zaśmiała się znowu, zawtórowałam jej. Miła dziewczyna...
- Dobra, bo się spóźnicie. - tym razem chłopak się zaśmiał. 
- Przyjdź po szkole do kawiarni po klucze. Podobno jest tu jakaś kawiarnia, więc uznajmy że będę tam czekał. - uśmiechnął się, zabierając klucze do mojego nowego mieszkania. Pokiwałam głową po czym pożegnaliśmy się z moim bratem i poszliśmy do szkoły.
***
Do klasy dotarłyśmy prawie idealnie na czas, w międzyczasie pogadałyśmy trochę i podzieliłyśmy się trochę informacjami o sobie. Wydawała się bardzo miła i zgadywałam że na pewno utrzymam z nią dobry kontakt. Weszliśmy do klasy dosłownie trzy minuty po dzwonku, chciałam usiąść z Maeve, zatrzymała mnie jednak nauczycielka. Uznała że miło by było gdybym przedstawiła się całej klasie.
- A więc jestem Juniper Adamenko, witam wszystkich. Mogę już usiąść? - uśmiechnęłam się sztucznie do nauczycielki, poprawiając odrobinę koszulkę. Dobrym pomysłem jednak było założenie mojej kochanej czarnej koszulki, dość przy krótkiej mimo wszystko i do tego spodni z wysokim stanem, ciemno beżowe. Pewnie niejednemu opadła szczęka na widok mojego roznegliżowanego ciała ale cóż. Poprawiłam także zestaw aż sześciu bransoletek na mojej lewej ręce, w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Tak ale nie z Maeve. Możecie za bardzo gadać. Usiądź z Morganem. - wskazała na chłopaka, pełnego w tatuażach który rozkładał się na dwóch krzesłach. Wydawało się że spał, podniósł jednak głowę gdy usłyszał zapewne swoje nazwisko. Podeszłam do ławki, poczekałam chwilę aż siądzie jak człowiek i dosiadłam się do chłopaka. Nauczycielka postanowiła puścić nam jakiś film, westchnęłam cicho. Mogła równie dobrze pozwolić mi usiąść z Maeve skoro i tak robi wolną lekcje. Co za tępa kobieta...
- Rudzielec. - usłyszałam mocny głos obok mnie, należał on do tego kochanego Morgana. 
- A ty czarny i co? - zaśmiałam się cicho, co trochę go zdziwiło po chwili jednak się uśmiechnął.
- A więc miło mi cię poznać Juniper. - wyciągnął wytatuowaną dłoń w moim kierunku, odwzajemniłam uśmiech i uścisnęłam dłoń chłopaka.
- June. - dodałam. - Miło mi cię poznać Morgan. - 
- Rick. - dodał także. Ah, kolejny znajomy do kolekcji nie ma co. Tata byłby z ciebie dumny panno Adamenko. 
- Weź może do nich zagadaj. - usłyszałam znowu głos Ricka. Posłałam mu zmieszane spojrzenie. 
- Mówisz do siebie w trzeciej osobie? Powinnam się bać? - zaśmiałam się.
- Jakaś grupka chłopaków wręcz pożera cię wzrokiem. Nie przeszkadza mi to, mimo wszystko siedzę obok ciebie i czuję się molestowany jak nie gwałcony. - zaśmiał się, a ja mu zawtórowałam. 
- Nie, poczekam aż ci się to spodoba. - dodałam szybko. Wywrócił oczami, uśmiechał się lekko mimo wszystko. 
Lekcja minęła nam dość szybko, wolałam jednak nie "obczajać" kto mi się tak przyglądał. Następne dwie lekcje minęły tak samo szybko jak pierwsza, miałam wtedy już jednak możliwość siedzenia z Maeve. Na przerwie okazało się że chłopak i dziewczyna znają się, na całe szczęście, nie chciało mi się ich zapoznawać. Następna za to była półgodzinna przerwa obiadowa, poszliśmy więc razem na stołówkę. Kupiłam jakąś sałatkę i kawę by odrobinę się rozbudzić, a co do sałatki wyglądała nawet dobrze. Można by w końcu spróbować, czemu nie. 
Usiedliśmy trochę z dala od ludzi, niedaleko nas siedziała jakaś grupka chłopaków a przy innych dwóch stolikach parę dziewczyn. Zasiadłam obok fioletowo włosej, a chłopak naprzeciwko nas. Z Maeve zaczęłyśmy zabierać się za nasz posiłek, zauważyłam jednak że Rick wyciągnął zapalniczkę na stół.
- Co zamierzasz? - zapytałam, pewna jednak odpowiedzi.
- Zapalić. - odparł, ze spokojem wyciągając opakowanie fajek. Zirytowałam się w duchu nie dawałam jednak tego po sobie poznać. Okey, jeśli już musi się zabijać to spoko, jednak nie przy mnie.
- To jest dozwolone w ogóle? - zapytałam starając się naprowadzić go na dobrą drogę, za nim zrobię coś co go zdenerwuje.
- Kto wie? - zaśmiała się dziewczyna, popijając swoją kawę. Rick wyciągnął jednego papierosa a resztę paczki położył na stół. Zapalił papierosa i mocno się zaciągnął.
- Mógłbyś jednak? - uniosłam brew. 
- Wybacz ale nie. Jak już zapaliłem to chociaż daj wykończyć. - uśmiechnął się.
- Spoko. - wymusiłam uśmiech. Oczywiście że kurwa nie spoko. Nie dam tak po sobie jeździć, jeśli ja coś mówię powinno tak być, przynajmniej jeśli chodzi o fajki. Wstałam ze swojego miejsca i podeszłam od strony chłopaka. Uśmiechnęłam się lekko w jego stronę, co ten idiota odwzajemnił. Chwyciłam jego paczkę fajek, wyrwałam mu tego śmierdzącego peta z ust i wstałam znad stolika.
- Co ty wyprawiasz do cholery? - warknął, a ja po chwili czułam że zaczyna nas obserwować spora liczba osób. 
- To co uważam. - odparłam, rzuciłam niedopałek na podłogę i przygniotłam butem, następnie podniosłam i ruszyłam z całym tym zestawem do kosza niedaleko grupki przyglądających się mi chłopaków. Wyrzuciłam zgniecionego papierosa do kosza, resztę zaś wyjęłam z opakowania i podarłam, pogniotłam. Jakkolwiek byleby nie były do ponownego użytku. 
- No i od razu lepiej. - uśmiechnęłam się do Ricka, ten wywrócił oczami i odwrócił się do stolika. Westchnęłam głośno z zamiarem powrotu do nich, usłyszałam jednak głośny gwizd. Odwróciłam się szukając oprawcy, okazał się nim nawet nie brzydki chłopak. Blondyn, o średniej długości włosach, blizna na prawej brwi, o nawet uroczych szarych oczach. Na grzecznego mimo wszystko nie wyglądał, przynajmniej nie po ubiorze, który mimo wszystko miał swój urok.
Uniosłam brew, krzyżując ręce. Co za idiotą trzeba być, naprawdę. Wpatrywał się we mnie, stuprocentowo zadowolony z siebie i swojego czynu. Przysięgam gdyby nie moja godność, dostałby po pysku.
- Co tam skarbie? - odezwał się z kolei jakiś brunet, w ustach trzymając papierosa. Żartujesz sobie ze mnie, Boże... Czy wszyscy tutaj jarają to świństwo? 
- Ależ nic skarbie. - uśmiechnęłam się, nachylając nad chłopakiem. Wyrwałam mu papierosa z ust, posłał mi zdziwione spojrzenie.
- Juniper idioto, nie twój skarb. - uśmiechnęłam się ponownie, wrzucając mu papierosa do napoju. 
- Ej, co jest!? - krzyknął, widocznie zdenerwowany. Wywróciłam oczami podnosząc jego napój.
- Ty ruda- zaczął, szybko mu jednak przerwałam.
- Dokładnie, zapamiętaj ten kolor włosów bo będę cię kotku prześladować po nocach. - zaśmiałam się, by po chwili cisnąc mu napojem w twarz. Był już widocznie wkurzony, do tego cały mokry i śmierdzący, od jak się okazało zimnej kawy. 
- Smacznego! - uśmiechnęłam się, całując tego dupka w policzek by za moment oddalić się od nich z gracją i zasiąść z powrotem do swojego stolika.
- Wow. - podsumował Rick, na co obie zaśmiałyśmy się z Meave.
- Dziękuję! - zaśmiałam się, wracając do swojego posiłku.

Chuj nie mam weny już ale masz. Arthurze, panie gwizdający? 

niedziela, 16 czerwca 2019

Od Alana cd. Seana

***
Nie byłem zbytnio zadowolony że Sean zaproponował kawę "kolejnej" dziewczynie. Z drugiej strony byłem całkowicie spokojny bo to jednak Inez. W sumie może trochę cieszyłem się że spędzę z nią trochę więcej czasu. Po lekcjach w trójkę udaliśmy się do ulubionej kawiarenki na terenie akademii. Usiedliśmy przy stoliku oddalonym od innych, który był przeznaczony akurat dla trzech osób. Na początku w milczeniu czekaliśmy na dziewczynę, która miała nas obsłużyć. Każde z nas coś zamówiło, ja zdecydowałem się na czekoladowe latte w końcu czemu nie. 
- Um... więc jak ci u nas, w Dressage Academy? - zwrócił się Sean do blondynki, przerywając ciszę.
Inez splotła ręce na stoliku i posłała mu lekki uśmiech, widocznie zadowolona z tego, że się odezwał.
- Całkiem dobrze, aczkolwiek niektórzy - tu skrzywiła się nieznacznie - są strasznie nietolerancyjni.
Wywróciłem oczami, zaczynając powoli się wyciszać i ignorując ich rozmowę. Zapewne niczego nowego się nie dowiem a i pewno pytań do mnie nie będzie. Zacząłem przejeżdżać powoli palcem po krawędziach filiżanki.
Po parunastu sekundach usłyszałem jak Sean chrząka, poprawiłem się na siedzeniu by sprawić wrażenie zaangażowanego w rozmowę. Spojrzałem na niego zmieszany, oczekiwałem jakiegoś pytania w moją stronę, on jednak zamierzał chyba coś zupełnie innego. 
- I'm so tired of love song, tired of love songs, tired of love. Just wanna go home, wanna go home, woah - zaczął, z każdym słowem pozwalając sobie na głośniejszy śpiew. - Party, trying my best to meet somebody, but everyone around me is falling in love to our song woah.
W połowie występu zaśmiał się a nawet wstał z krzesełka. Kilkoro ludzi wokoło nas wyciągnęło telefony. Po skończonym popisie chłopaka wszyscy obecni zaczęli klaskać, no może oprócz mnie. Zadowolony z siebie chłopak usiadł obok nas z ogromnym uśmiechem. Inez była lekko zszokowana całą sytuacją, otworzyła usta jednak nic nie powiedziała. Zmierzyłem wzrokiem szatyna po czym wybuchnąłem głośnym śmiechem.
- Ty to umiesz zrobić widowisko, Montgomery - powiedziałem, gdy już się uspokoiłem.
Prychnął, jakby urażony.
- Sam nie byłbyś w stanie zrobić lepszego, Winters - odgryzł się, unosząc brew do góry. Wywróciłem oczami darując sobie jeszcze jakiekolwiek licytacje z tym idiotą. 
Skończyliśmy pić kawę, więc zapłaciliśmy każdy za swoje zamówienie i wyszliśmy z budynku. Nagle szatyn niespodziewanie się odwrócił i pocałował mnie.
- A to za co niby? - zmarszczyłem brwi. Przewrócił oczami po raz setny, jak nie tysięczny tego dnia. 
- Po prostu - wzruszyłem ramionami. - Każdy ma swoje potrzeby, canette.
Uśmiechnął się złośliwie, przerabiając moje słowa z rana. Nawet nie zdążyłem załapać momentu, w którym blondynka się ulotniła, a my zostaliśmy sami na ścieżce prowadzącej do akademika. 
- Drittsekk... - burknąłem, jedno z tych cudownych, brzydkich, norweskich słów których nauczył mnie jeszcze ojciec.
- Słucham? - zapytał chłopak.
- Drittsekk. - powtórzyłem głośniej, tak by mógł usłyszeć. 
- Co to znaczy? - Posłał mi zdziwione spojrzenie.
- Ty mi swojego francuskiego pierdolenia nawet nie tłumaczysz. - wzruszyłem ramionami.
- Byłoby mi jednak miło. - uśmiechnął się lekko.
- Kyss meg i ræva. - uśmiechnąłem się chamsko. - Czyli pocałuj mnie w dupę.
- Alan... - wywrócił oczami.
- A tamto to było dupek. - wyszczerzyłem się. - Po norwesku.
- Norwesku? - uniósł brew.
- Mhm. To mój ojczysty język. - przyznałem. Sean wyglądał na lekko zdziwionego.
- Ojczysty? - powtórzył moje słowa po raz kolejny.
- Czego nie rozumiesz w tym słowie? - westchnąłem.
- Tak, urodziłem się w Norwegii. - odpowiedziałem, nim zdążył cokolwiek zapytać.
- Po prostu nie spodziewałem się że cokolwiek mi powiesz o sobie. - zaśmiał się, siadając na pobliską ławkę. Szybko do niego dołączyłem.
- Hm... Nigdy nie byłem w Norwegii. Ładnie tam? - zapytał. Czy ładnie? Te śliczne zamrożone jeziora, śnieg i praktycznie codzienne tęcze w lato. Ślicznie... 
- Alan? - poczułem szturchnięcie w ramię. Prychnąłem cicho i oparłem się odrobinę o chłopaka, jednocześnie bawiąc się bransoletką na ręce.
- Ślicznie tam jest... Nie ważne od pory roku, tam po prostu jest cudownie. Zimą cudowny śnieg, widok gór i te cudowne jeziora. A latem, wszędzie tak cudownie zielono. - westchnąłem na wspomnienie domu... Domu którego tak się bałem.
- Tęsknisz za domem? - usłyszałem kolejne pytanie. 
- Trochę... - zaśmiałem się.
- Możnaby tam kiedyś pojechać. - Sean uśmiechnął się lekko. Że niby... Mam wrócić tam? Do ojca? Odsunąłem się od niego i uderzyłem go delikatnie w ramię.
- Ej za co?! - ofukał się od razu.
- Pogięło cię? Nigdy! - warknąłem.
- Nie rozumiem, przecież... -
- To że tęsknię nie znaczy że chcę wracać. Przynajmniej nie na tą chwilę. Może kiedyś... - wywróciłem oczami, przysuwając się z powrotem do szatyna i opierając się głową o jego ramię.
- Krajobraz to jedyne za czym tęsknisz? - zapytał po chwili. 
- Mhm. - mruknąłem. Usłyszałem jego śmiech nad moim uchem.
- Kiedy ty mi cokolwiek powiesz o sobie Winters! - westchnął, przysiągłbym jednak że się uśmiecha. Uśmiechnąłem się lekko.
- A czy tak nie jest nam dobrze? - westchnąłem cicho.
- Winters... Kompletnie cię nie rozumiem. Zachowujesz się jak dziecko. - zaśmiał się. Dostał ode mnie kuksańca w brzuch, stęknął cicho ale po chwili znowu się zaśmiał. 
- Sam jesteś jak dziecko. - 
- Dobra, dobra. To powiesz mi coś? - zagadnął znowu. Westchnąłem cicho.
- Mama zostawiła mnie kiedy byłem bardzo mały. Miałem może rok, kompletnie jej nie pamiętam w sumie. Całe swoje życie spędziłem tylko z ojcem, zero przyjaciół, kogokolwiek z rodziny. Tylko ja i on... Ale udało mi się uciec od tego wszystkiego... - wyznałem, co jednak było bardzo ciężkie. Chciałem żeby znał mnie od jak najlepszej strony a nie...
- Uciec? - zapytał Sean po paru minutach.
- Sean... Nie, już dużo powiedziałem. - odpowiedziałem.
- Ale- zaczął szatyn.
- Proszę cię... Przysięgam, obiecuję że wszystko ci opowiem ale nie dziś. Nie chcę psuć tego dobrego dnia tobie. - przerwałem mu, wcierając się jakby w jego ramię. 
- Przepraszam... - wyszeptałem. Poczułem jak chłopak kładzie rękę na moim policzku.
- Nic nie szkodzi. Rozumiem... Nie wyobrażam sobie przez co musiałeś przechodzić. - poczułem jego usta na moim czole. Oj nie wiesz jak bardzo sobie nie wyobrażasz...
- No nic... - westchnąłem, wymuszając uśmiech. - Mogę jednak sprawić że ten dzień zakończy się lepiej. - zmieniłem szybko temat.
- A właśnie! O co ci chodziło rano? Mógłbyś mi to wytłumaczyć Winters? - uśmiechnął się lekko. Wywróciłem oczami.
- No co? - odparłem. Nie widziałem nic złego w swoim zachowaniu, nie rozumiałem też czemu szatyn zachowuje się w ten sposób. Do niczego przecież kurwa niestety nie doszło.
- Oj nie udawaj że nic się nie stało. - zaśmiał się. Eh... Ja nie udaję. Tam po prostu nic się nie stało.
- Jestem zmęczony... Potrzebuję długiej kąpieli... - westchnąłem zgrabnie zmieniając temat. 


Sean? 

środa, 12 czerwca 2019

Od Seana cd. Alana

Poranek zapowiadał się całkiem zwyczajnie. Wstałem jeszcze zanim Comachce zdążyła choćby uchylić jedną powiekę i zadowolony z takiego obrotu spraw spakowałem wszystkie potrzebne mi na dzisiaj podręczniki. Wczoraj odpuściłem sobie kąpiel, więc teraz wypadało jednak chociaż polać się letnią wodą i spłukać jakoś ten brud. Zdążyłem już zdjąć wszystkie ubrania, kiedy usłyszałem pukanie do drzwi. Zmarszczyłem brwi, bo nie spodziewałem się nikogo tak wcześnie rano. Szybko zawiązałem ręcznik w pasie i ruszyłem, aby otworzyć. Moim oczom ukazał się Alan w jasnoróżowej bluzie i czarnych spodniach z dziurami. Uśmiechnąłem się, ponieważ wyglądał uroczo. Zresztą tak jak zawsze, ale wolałem nie mówić tego głośno. Szerzej otworzyłem drzwi, żeby chłopak mógł wejść do środka zamiast stać na korytarzu. Niespodziewanie pocałowałem go w policzek, a wtedy szatyn zmierzył mnie spojrzeniem. 
- O kurwa... - wyrwało mu się, na co jedynie wywróciłem oczami.
Zupełnie jakby nigdy nie widział białego ręcznika. Okej, chodziło o coś innego, ale zażartować zawsze sobie można.
- Też miło cię widzieć - zaśmiałem się, w duchu modląc się, by sen mojego cudownego psa okazał się wyjątkowo mocny. 
- Oj, ciebie to bardzo miło - Alan także się zaśmiał, więc ponownie wywróciłem oczami.
Czasami jest z niego taka trzynastolatka... A czasami osiemnastolatka. Przypomniałem sobie o potrzebie wzięcia prysznica i skierowałem do łazienki. W końcu nic się samo w przyrodzie nie dzieje, a ja naprawdę nie czułem się zbyt świeżo. Może to mój zapach tak ładnie uśpił suczkę? Wyrzuciłem te okropne myśli z głowy, bo były zbyt absurdalne i głupie, nawet jak na mnie. 
- Nie potrzebujesz może towarzystwa? - zapytał chłopak, sprawiając, że odwróciłem się w jego stronę i uniosłem brew.
Kiedy on się zrobił taki odważny? Cóż, choćbym nie wiem jak bardzo chciał jego towarzystwa, to musiałem szybko uporać się z kąpielą, bo pies sam się nie wyprowadzi. Jak już wspominałem, nic się samo niestety nie zrobi. 
- Nie Alan - pokręciłem przecząco głową. - Mamy szkołę za około godzinę - dodałem stanowczo, a szatyn wydał z siebie pomruk niezadowolenia.
Kolejny dowód na to, że czasami zachowuje się jak nastolatka, bądź pięciolatek. Trzeba dodać kolejny stan do wyżej wymienionych. Widząc wyraz twarzy chłopaka, poczułem potrzebę kolejnego zaprzeczenia. 
- Alan, nie - znów pokręciłem głową na boki, ale przypadkiem odczułem także zbyt dużą satysfakcję, by być w stanie ją ukryć. 
Winters odłożył swój plecak na podłogę i zbliżył się do mnie. Trudna z niego sztuka, nie ma co. W duchu westchnąłem, sam tego chciałem, ale nie mogłem sobie na to pozwolić.
- Nie mów do mnie jak do psa - zrobił smutną minę, a ja po prostu nie mogłem nie wywrócić oczami.
- Po prostu nie - odparłem, uśmiechając się gdy Alan jęknął z niezadowoleniem.
Cóż... może tylko  trochę lubiłem mu grać na nerwach. Szczególnie rano. Oj tak, może się to stać moim nowym hobby, jeżeli ktoś zapyta. Byłem pewny, że zdążyłem mocno go podirytować, jednak nie spodziewałem się przyparcia do ściany mojego własnego pokoju. Chłopak zaczął obsypywać mnie pocałunkami i nie mogłem powiedzieć, żeby mi się nie podobało. Silna wola. Pamiętaj Sean.
- Alan zostaw... - powiedziałem cicho w przerwie między pocałunkami.
Ciężko było mi złapać oddech, czułem, że jeszcze chwila i zupełnie się poddam a na to nie mogłem wyrazić zgody. Nie teraz. 
- Nie baw się moimi potrzebami, Montgomery - szepnął szatyn, aby następnie pocałować płatek mojego ucha. Za dużo, za dużo. 
Zaczął schodzić coraz niżej, na szyję. Nawet nie zorientowałem się kiedy przyssał się do miękkiej skóry, pozostawiając tam ślad w postaci malinki. Nie, nie, nie. Bardzo zły pomysł. Zebrałem resztki swojej marnej silnej woli i odepchnąłem od siebie delikatnie chłopaka. Spojrzałem na niego z lekką irytacją, udając, że wcale mnie to nie ruszyło. To wcale nie tak, że patrzyłem wszędzie tylko nie na jego usta. 
- Nie musiałeś - westchnąłem, gdy już udało mi się choć w części odzyskać panowanie nad głosem.
Chyba jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak źle, gdy widziałem jego zdezorientowane i zawiedzione spojrzenie. Tylko on potrafił wzbudzić we mnie jakieś wyrzuty sumienia samym wzrokiem. Krzyczałem na swój głupi rozsądek, bo przecież mogłem całkiem miło zacząć dzień. W głowie jednak ciągle krążył mi ten jeden specjalny wieczór, kiedy to szatyn uciekł przed pocałunkiem. Oko za oko, odwyk za odwyk. Momentalnie lepiej się poczułem. 
- Nie baw się moimi potrzebami, Montgomery - chłopak powtórzył swoje wcześniejsze słowa, sprawiając iż ponownie zmuszony byłem wywrócić oczami.
Na tym skończyła się ta wymiana zdań, tego mogłem być pewny.
-  Po prostu poczekaj na mnie w salonie, a ja się wykąpie - powiedziałem jedynie i skierowałem się już prosto do łazienki. 
Po krótkim zastanowieniu wymyłem również włosy, korzystając z ulubionego szamponu z ekstraktem z owoców leśnych. Nie za bardzo chciało mi się je suszyć, więc pozostawiłem je mokre, licząc na to, że będzie trochę cieplej niż ostatnio. Nałożyłem na siebie czarną koszulkę, szarą rozpinaną bluzę z kapturem i czarne jeansy. Czerwony ślad odznaczał się na mojej jasnej skórze, a akurat nie posiadałem niczego czym mógłbym go zakryć. Zmierzyłem się uważnie spojrzeniem w lustrze i po stwierdzeniu, że jako tako to wygląda, wyszedłem z łazienki. Alan siedział sobie spokojnie na moim łóżku i z uwagą przyglądał się obudzonej Comanche. Sunia nie ruszyła się ani na milimetr i równie uważnie spoglądała na szatyna. Zaśmiałem się cicho, czym zwróciłem uwagę szatana w postaci psa. Biała kulka szybko do mnie podleciała i zaczęła ocierać się o nogę niczym rasowa kotka. Prychnąłem, widząc te nieudolne próby pokazania chłopakowi kto dostaje tutaj więcej uwagi oraz miłości. Złapałem swój plecak, po czym rzuciłem znaczące spojrzenie w kierunku Wintersa. 
- Zaraz wrócę, tylko zejdę z nią na dół - oznajmiłem, podchodząc do drzwi wyjściowych. - Chyba, że chcesz iść z nami? 
Chłopak wzruszył ramionami i wstał z łóżka, na którym wcześniej siedział. Razem wyprowadziliśmy więc psa, a kiedy Comanche wylądowała już bezpiecznie zamknięta w pokoju, udaliśmy się na lekcje. Dzień jak codzień
***
Trochę naiwnie myślałem, że Connor z resztą już się odczepili, jednak przeliczyłem się. Jak tylko zobaczyli malinkę na mojej szyi, od razu zaczęli wskazywać nas palcem i szyderczo się śmiać. Zdecydowanie to lepsze od bicia, ale nadal niezbyt miłe. Gdyby Inez nie zaoferowała mi tego jakiegoś korektora i pudru, prawdopodobnie nie przeżyłbym dzisiejszego dnia na czysto. Co tu dużo mówić, blondynka uratowała mi tyłek. Dziękowałem jej już chyba tysiąc razy, a mimo to nadal czułem się zobowiązany do zaproszenia jej na kawę. Zgodziła się, pod warunkiem, że będzie tam też Alan. Ja nie widziałem w tym żadnej przeszkody, więc przystałem na propozycję. Po lekcjach w trójkę udaliśmy się do ulubionej kawiarenki na terenie akademii. Usiedliśmy przy stoliku oddalonym od innych, który był przeznaczony akurat dla trzech osób. Na początku w milczeniu czekaliśmy na dziewczynę, która miała nas obsłużyć. Każde z nas coś zamówiło, przy czym zdecydowałem się wyjątkowo na waniliowe cappucino. 
- Um... więc jak ci u nas, w Dressage Academy? - zwróciłem się do blondynki, próbując jakoś przerwać niezręczną ciszę. 
Inez splotła ręce na stoliku i posłała mi lekki uśmiech, widocznie zadowolona z tego, że się odezwałem. Poczułem się jak uczeń, którego nauczycielka właśnie pochwaliła. Dziwne uczucie.
- Całkiem dobrze, aczkolwiek niektórzy - tu skrzywiła się nieznacznie - są strasznie nietolerancyjni.
Kiwnąłem głową, całkowicie się z nią zgadzając. Z pewnością miała na myśli naszych ulubionych homofobicznych przyjaciół. Zatrzymałem swoje spojrzenie na Alanie, obserwując go z ogromną dokładnością. Uśmiechnąłem się sam do siebie, po raz kolejny w tym dniu stwierdzając, że jest uroczy. Wytężyłem słuch i tym razem wyszczerzyłem się jak głupi do sera. W radiu leciała jedna z moich ulubionych piosenek Lauv i Troye Sivana. Odchrząknąłem, przygotowując się na kompletne ośmieszenie. 
- I'm so tired of love song, tired of love songs, tired of love. Just wanna go home, wanna go home, woah - zacząłem, z każdym słowem pozwalając sobie na głośniejszy śpiew. - Party, trying my best to meet somebody, but everyone around me is falling in love to our song woah.
Zaśmiałem się gdzieś między wstępem i pierwszą zwrotką, a nawet wstałem z krzesła. Kilkoro gapiów wyciągnęło swoje telefony, sam nie wiem czy nie po to, by zadzwonić do dobrego psychiatryka. Kiedy piosenka się kończy, otrzymuję głośne brawa, nawet od pracowników kawiarni. Spełniony usiadłem obok Alana i Inez, uśmiechając się do nich jakby nigdy nic. Dziewczyna otworzyła usta chcąc coś powiedzieć, ale równie szybko je zamknęła. Po krótkiej chwili szatyn wybuchł śmiechem, a ja wraz z blondynką przyglądaliśmy się mu, jakby dopiero co uciekł z wariatkowa, do którego sam mógłbym trafić. 
- Ty to umiesz zrobić widowisko, Montgomery - powiedział, gdy już się uspokoił.
Prychnąłem, urażony. 
- Sam nie byłbyś w stanie zrobić lepszego, WInters - odgryzłem się, unosząc brew do góry. 
Jeszcze będzie się ze mną licytował skubaniec jeden. Skończyliśmy pić kawę, więc zapłaciliśmy każdy za swoje zamówienie i wyszliśmy z budynku. Niespodziewanie odwróciłem do siebie szatyna i pocałowałem go. 
- A to za co niby? - zmarszczył brwi.
Przewróciłem oczami po raz setny tego dnia. Jakbym wszystko musiał robić z jakiegoś powodu i nic nie mogło być spontanicznym zachowaniem. 
- Po prostu - wzruszyłem ramionami. - Każdy ma swoje potrzeby, canette.
Uśmiecham się złośliwie, przerabiając jego słowa z dzisiejszego poranka. Żeby sobie nie myślał, że o tym zapomniałem. Nawet nie zdążyłem załapać momentu, w którym blondynka się ulotniła, a my zostaliśmy sami na ścieżce prowadzącej do akademika. 


Alanek? 
Bardzo się starałam, więc doceń proszę. Słuchałam przy tym ulubionej playlisty z samymi perełkami

wtorek, 11 czerwca 2019

Od Alana cd. Seana

Po skończonym lepieniu bałwana oboje usiedliśmy na kocu. Byłem zadowolony z tego nawet niemałego śnieżnego pana, w końcu był to mój pierwszy bałwan w życiu. Po chwili Sean wyciągnął z kieszeni bluzy telefon i podał mi go.
- Nie lubię siedzieć w ciszy — wzruszył ramionami — Możesz coś puścić, tylko błagam, z rozsądkiem.
Potarł kciukiem jego policzek.
- Od tych iskierek w oczach się w końcu podpalisz. - uśmiechnąłem się lekko.
- Po prostu coś włącz. - zaśmiał się.
- Niech ci będzie Montgomery. - wywróciłem oczami, jednocześnie spoglądając na jego telefon. Okropnie nudna blokada. Po prostu czarny ekran tak samo, jak cały jego telefon. Przeniosłem wzrok na chłopaka, leżał z zamkniętymi oczami, z rękami pod głową. Ponownie wywróciłem oczami. Otworzyłem aparat w jego telefonie i zmieniłem obraz na przednią kamerkę. Szybko położyłem się obok chłopaka, dałem mu buziaka w policzek i tym samym zrobiłem zdjęcie. Po skończonej "sesji” wróciłem do poprzedniej pozycji jak gdyby nigdy nic, ignorując zdziwione spojrzenie Seana.
- Co to miało być? - starał się brzmieć poważnie, widać było jednak, że tak drobna rzecz go ucieszyła. Nie odpowiedziałem jednak wymieniłem zdjęcie z jego blokady.
- Drobna poprawka. - uśmiechnąłem się chytrze, pokazując mu swoje dzieło. - Lepsze, nie uważasz?- Szatyn zaśmiał się głośno i pokiwał głową.
- Tak, cudowne. -
Włączyłem internet w jego telefonie i wpisałem jedną z moich ulubionych piosenek w YouTubie. Puściłem piosenkę, po czym położyłem się obok chłopaka. Powoli zaczęła wygrywać melodia, a Sean zmierzył mnie zdziwionym spojrzeniem.
- Co to? - spytał.
- Psujesz piękno tej piosenki. - uciszyłem go szybko.
- Oj przes- przyłożyłem mu palec do ust, zwinnie go uciszając.
- I don't wanna be your friend, I wanna kiss your lips. - zaśpiewałem razem z refrenem. - I wanna kiss you until I lose my breath... - podniosłem się do pozycji siedzącej.
- Oj nie kuś... - zaśmiał się Sean.
- Oh hannah, Tell me something nice, Like flowers and blue skies. - śpiewałem, dalej ignorując chłopaka.
- Nie ignoruj mnie Winters. - powiedział chyba trochę zirytowany już Sean. Boże, jak ja kocham grać mu na nerwach.
- Oj nie kuś... - powtórzyłem jego wcześniejsze słowa z ogromną satysfakcją. Chłopak podniósł się i przyciągnął mnie do siebie.
- Oh panie Montgomery, jaki pan wulgarny. - westchnąłem, niczym zła uczennica. Uwielbiam się z nim tak bawić. Sean wywrócił oczami, po czym złożył pocałunek na moich ustach, chociaż pocałunek to może mało powiedziane. On wręcz gryzł moje wargi, a nasze języki walczyły ze sobą. Nie ukrywam jednak, że było to cholernie przyjemne.
Nagle przerwałem nasz pocałunek, odrobinę odsuwając się od chłopaka. Spojrzał na mnie zdziwiony i lekko wystraszony.
- Coś się stało? - zapytał.
- Mój ulubiony moment... - odparłem ze spokojem, wysłuchując jednocześnie dokładnej sekundy, by móc zaśpiewać z głosem tej cudownej dziewczyny.
- I don't wanna be your friend, I wanna be your bitch. - zaśpiewałem z uśmiechem, a Sean zaczął się ze mnie śmiać.
- Jesteś niemożliwy. - uśmiechnął się do mnie i przybliżył swoją twarz do mojej, zapewne z zamiarem powrotu do tego cudownego tańca języków.
- A, a. Nie. - zasłoniłem jego twarz swoją dłonią na moment.
- Jak to "Nie"? - oburzył się.
- Tak to — uciąłem krótko, po czym wstałem. Otrzepałem się cały z niewidzialnego kurzu, po czym poszedłem do "swojego" tymczasowego rumaka. Pogłaskałem ogiera po pysku, po czym odwiązałem od słupa i wsiadłem na niego. Odwróciłem się w stronę chłopaka, który ciągle siedział na kocu, patrząc na mnie ze zdziwioną miną.
- Ruszysz się czy mam cię ruszyć? - westchnąłem. Wywrócił oczami, po czym wstał, otrzepał koc i położył go na Entertainera. Bez słowa dosiadł swojego ogiera i zmierzył mnie zmieszanym spojrzeniem.
- W końcu. - wywróciłem oczami, lekko się uśmiechając.
- Czy ja coś...? - zaczął.
- W sumie to nie. - uśmiechnąłem się. Chłopak zaśmiał się cicho.
- Jednak ciągle cię nie rozumiem. - westchnął z lekkim uśmiechem. - Jesteś totalnie niemożliwy.
Zawtórowałem mu śmiechem, poprawiłem włosy i ruszyłem Alladyna do kłusa.
***
Po powrocie do stajni i odstawieniu koni do ich boksów okazało się, że jest grubo po dwudziestej drugiej. Sam zaczynałem robić się śpiący, zgadywałem, że to samo mógł czuć Sean. Szatyn szybko odprowadził mnie do mojego pokoju, rzuciłem mu krótkie dobranoc i buziaka w policzek, po czym zniknąłem w swoim mieszkaniu. Dość szybko ogarnąłem się w łazience, przygotowałem rzeczy na następny dzień, po czym przebrałem się w piżamę. Udało mi się zasnąć jeszcze przed północą.
***
Obudziłem się cholernie wcześnie. Jak na mnie? Za cholerę wcześnie. Piąta trzydzieści to zdecydowanie nie moja godzina. Nie potrafiłem jednak z powrotem odlecieć w objęcia morfeusza. Niechętnie wstałem z ciepłego łóżka, chociaż ku mojemu zdziwieniu na zewnątrz kołdry było dość ciepło. Sprawdziłem szybko pogodę, miało dziś być około dwudziestu stopni. Bardzo dużo. Odświeżyłem się w łazience, po czym zacząłem powoli ubierać. W końcu mam dużo czasu.
Postanowiłem, że założę ukochaną różową bluzę z kapturem, do tego czarne spodnie z dziurami, praktycznie po całości z przodu podziurawione a na dodatek bransoletkę z paroma przywieszkami na lewą rękę. A jak szaleć to szaleć, najwyżej banda Connora mnie zabije. Co do nich to mają szczęście, że dość szybko zaczął mi się goić siniak po ich ostatniej wizycie. Po chwili namyśleń zjadłem płatki na mleku, wypiłem kawę i byłem gotowy do szkoły. Niestety była dopiero szósta trzydzieści, miałem więc jeszcze bardzo dużo czasu. Postanowiłem, że odwiedzę Seana, najwyżej go obudzę. Wyszedłem ze swojego pokoju razem z plecakiem, w razie czego nie będę musiał się wracać. Szybko znalazłem się przed mieszkaniem szatyna, zapukałem krótko i czekałem na jakąkolwiek odpowiedź. Po dłuższej chwili usłyszałem kroki i chłopak w końcu otworzył mi drzwi. Nie słyszałem szczekania, więc Comanche musiała jeszcze spać. Uśmiechnął się lekko na mój widok, co ja szybko odwzajemniłem. Wpuścił mnie do środka, dając mi szybkiego buziaka w policzek, a ja dopiero teraz zauważyłem że jest w samym ręczniku.
- O kurwa... - powiedziałem lekko zdziwiony takim widokiem. Sean wywrócił oczami.
- Też miło cię widzieć. - zaśmiał się.
- Oj ciebie to bardzo miło. - zawtórowałem mu. Szatyn znowu wywrócił oczami, po czym skierował się w stronę łazienki.
- Nie potrzebujesz może towarzystwa? - zagadnąłem, mając nadzieję na twierdzącą odpowiedź. Mogłem sobie pozwolić, od kiedy jest moim chłopakiem.
- Nie Alan. Mamy szkołę za około godzinę. - zaprzeczył stanowczo. Wydałem z siebie dźwięk naburmuszonego dziecka, mając cichą nadzieję, że zmieni szybko zdanie.
- Alan, nie. - pokręcił głową, a w jego oczach widzialne były iskierki satysfakcji. Odłożyłem plecak na podłogę i podszedłem bliżej do chłopaka.
- Nie mów do mnie jak do psa. - udałem smutną minę. Wywrócił oczami. Znowu.
- Po prostu nie. - odparł. Wydałem z siebie kolejne dźwięki niezadowolenia, a Sean? Uśmiechnął się. Sprawiała mu satysfakcję zabawa ze mną. Zaczynał mnie irytować i to bardzo. Przyparłem szatyna do ściany i zacząłem całować.
- Alan zostaw... - szepnął cicho, kiedy tylko zdążył wyrwać usta.
- Nie baw się moimi potrzebami Montgomery. - szepnąłem, jednocześnie całując płatek jego ucha. Powoli przeszedłem niżej i zacząłem robić mu niewinną malinkę na szyi. Kiedy Sean zaczął się orientować, co wyrabiam na jego szyi, lekko odepchnął mnie od siebie. Ku mojej satysfakcji, zaczął powstawać czerwony ślad. Chłopak patrzył na mnie lekko zirytowany, ja jedynie zagryzłem wargę i wyczekiwałem jego reakcji.
- Nie musiałeś. - westchnął lekko wkurzony.
- Nie baw się moimi potrzebami Montgomery. - powtórzyłem jedynie. Wywrócił oczami i polecił mi poczekać w salonie, kiedy on będzie się kąpał.
Co za dupek. Mógł tak cudownie spędzić ten poranek, a on tak po prostu mi odmówił... Egoista.

Sean?

Od Seana cd. Alana

Byłem lekko, a nawet bardzo zdziwiony propozycją chłopaka. Lepienie bałwana bowiem nie wydaje się być zbyt.. interesującym zajęciem. A jednak zgodziłem się, widząc, że nie chce rozmawiać na temat swojej rodziny. Po części doskonale go rozumiałem i podzielałem chęć zmiany kierunku tej rozmowy. Z drugiej, po prostu mnie zaciekawił. Wrócę do tego tematu  później. Wtedy kiedy nadejdzie odpowiednia na to pora. Wracając myślami do propozycji chłopaka... nie miałem zbyt wielkiej wprawy w lepieniu stworka ze śniegu. Szczerze mówiąc, udało mi się go zrobić tylko raz, na dodatek musiałem poprosić brata o pomoc w uformowaniu kuli. Trochę żałosne, gdy tak bliżej się temu przyjrzy.
- Okej, ulepmy bałwana - pokiwałem głową i podniosłem się, podając rękę Alanowi. - Ostrzegam jedynie, że będzie to jeden z moich pierwszych tak samo jak u ciebie.
Posłałem mu szeroki uśmiech. Trzeba było wykorzystać ostatki tej zimy na coś pożytecznego. Niedługo bowiem miała się zacząć wiosna, a śniegu już i tak było bardzo mało. Nie za bardzo wiedziałem od czego zacząć, ale w sumie nie najgorszą opcją okazało się po prostu ulepienie jak największej kuli jako podstawy. Kątem oka zauważyłem, że szatyn robi średnią kulę. No, przynajmniej próbuje. Sceptycznym spojrzeniem oceniłem własną robotę, która wcale taka zła nie była w porównaniu z dawnymi, dziecięcymi wytworami. Zaśmiałem się cicho i podszedłem do mojego chłopaka. Może trochę za bardzo rozkoszowałem się brzmieniem tych dwóch słów. Tylko troszeczkę. Położyłem mu dłoń na ramieniu, by uzyskać lepszy wgląd do jego pracy.
- Jak będziesz się tak patrzył, to stopisz cały śnieg Montgomery - prychnął chłopak, odwracając się w moją stronę.
Popatrzyłem na niego z politowaniem i westchnąłem ciężko. Nic nie mówiąc, pomogłem mu stworzyć nieco bardziej owalny kształt, ponieważ poprzedni wytwór bardziej przypominał jajo. Nigdy nie widziałem jajowatego bałwana. Widocznie Alan owszem. Wynikła także mała kłótnia na temat tego w jaki sposób lepiej będzie "udekorować" naszego śnieżnego przyjaciela. Ja byłem raczej za kamykami i patykami, natomiast szatyn chciał jechać z powrotem do akademii, specjalnie po marchew. Bogu dzięki udało mi się odwieść go od tej absurdalnej myśli, aby już po chwili móc zachwycać się naprawdę udanym bałwanem. Rzuciłem się na ziemię obok niego i lekko przymknąłem oczy. Poczułem coś zimnego przy swojej twarzy, więc momentalnie podniosłem powieki, starając się nie piszczeć jak mała dziewczynka. Ten kretyn właśnie rzucił we mnie śnieżką, tym samym zaczynając wojnę. Ciężko było mi znaleźć odpowiednio klejący się biały puch, ale kiedy się udało, rzuciłem uformowaną kulką w Alana. Chłopak syknął, bowiem śnieg dostał mu się pod ubranie. Pewnie zacząłbym się martwić i nawet kazałbym mu wracać, ale chęć zemsty na tej szui była znacznie większa. Zmrużyłem oczy, uważnie obserwując każdy ruch przeciwnika. Nie zdążyłem ponownie zaatakować, a już musiałem uniknąć pocisku lecącego w moim kierunku. Rzuciłem się w bok, aby mieć lepszy dostęp do kopki śniegu. Wycelowałem w głowę chłopaka, który tym razem zdołał uciec przed sprawiedliwością. Zwycięski okrzyk wyrwał mi się nieco za wcześnie, bo zaraz dostałem śniegiem w plecy. Postanowiłem jednak zachować się dojrzale i przerwać niebezpieczną rozgrywkę. Uniosłem ręce w geście poddania się, nie chciałem zostać znowu zaatakowany znienacka. W kilku krokach już byłem przy chłopaku i trzymałem jego twarz w dłoniach, delikatnie całując. Po prostu warto było rozkoszować się krótkimi chwilami. Kiedy oderwałem się od niego, Alan przewrócił oczami i zaczął wytrzepywać resztki śniegu zza kaptura. Pomogłem mu w ich usunięciu, nie chcąc mieć go później na sumieniu.
- To co teraz canette? Masz jeszcze jakieś szczególne życzenia? - zapytałem przerywając milczenie.
Omal nie zaśmiałem się przy wypowiadaniu określenia jakim go nazwałem. Czasami czyjaś niewiedza ratowała mi tyłek. Od brata już dawno by mi się dostało za takie drobne przezwisko. Nie żebym go nigdy nie używał. Szatyn westchnął przeciągle.
- Zawsze musisz zadawać tyle pytań? - odparł. - Teraz możemy po prostu sobie posiedzieć, bez twojego debilizmu - uśmiechnął się i zatrzepotał rzęsami.
W odpowiedzi jedynie prychnąłem, a następnie posadziłem cztery litery na kocu. Może faktycznie trochę odpoczynku by się przydało, ale bynajmniej nie od mojego... zaraz. Przecież wcale głupi nie jestem. Przewróciłem oczami sam na siebie. Tylko czasami. Wyciągnąłem z kieszeni bluzy telefon i podałem go chłopakowi.
- Nie lubię siedzieć w ciszy - wzruszyłem ramionami - Możesz coś puścić, tylko błagam, z rozsądkiem.
Potarłem kciukiem jego policzek. Byłem niemal pewny, że moje oczy błyszczały ze szczęścia. Czy to możliwe, żebym zasłużył na kogoś takiego jak Winters? Po części na pewno.

Alanku?
Bardzo długo wyczekiwane, ale specjalnie dla moich kaczuszek (canards)

sobota, 18 maja 2019

Od Ricka cd. Beauregarda

 - No śmiało, ja nie gryzę - wtrąciłem łagodnie.
 - Wiem, wiem - odparł pospiesznie. - Tylko... - zamilkł.
 - Tylko co? Matko, siedzimy tu może dziesięć minut i muszę ci przyznać, że przysługuje ci nagroda za najbardziej nieumiejętnego, jeśli chodzi o nawiązywanie jakichkolwiek kontaktów międzyludzkich, człowieka, jakiego poznałem - zażartowałem, w odpowiedzi Bear spuścił wzrok. Uniosłem lekko brwi w oczekiwaniu na jakąkolwiek inicjatywę. W końcu udało mu się z siebie wyrzucić szybkie:
 - J-jestem z Finlandii.
Pokiwałem głową z udawanym uznaniem.
 - No dobra, teraz już wszystko o tobie wiem. Chyba nawiązaliśmy połączenie na poziomie telepatycznym, bo niemal słyszę, jak wewnętrznie krzyczysz o pomoc - zażartowałem ponownie i uśmiechnąłem się lekko.
 - Przepraszam...? - odezwał się niepewnie i wykrzywił usta w coś jakby uśmiech, końcowo wyszedł jednak grymas. Pokręciłem głową i zaśmiałem się lekko.
 - Dobra, Misiek...
 - Nie mów tak na mnie - wymamrotał nagle. Spojrzałem na niego zmieszany, czy w końcu miał trochę odwagi by mi się postawić?
 - Co?
 - Mógłbyś... mógłbyś tak na mnie nie mówić...? - zapytał, wbijając wzrok w kubek. Zaśmiałem się w duchu. Już wiedziałem że nie raz będę go tak nazywać.
 - Dlaczego? - zapytałem.
 - Po prostu - wymamrotał.
 - Okej - wzruszyłem ramionami. I tak jeszcze nie raz go tak nazwę. - Tak więc, Bear, jak opowiadasz o sobie, musisz wziąć pod uwagę kilka bardzo ważnych punktów. Po pierwsze - gdzie się urodziłeś, czyli coś, co już uwzględniłeś, brawo. Po drugie - nie wiem, opowiedz o swoim domu, o tym, co lubisz w tym miejscu, skąd jesteś. Spróbuj to jakoś rozwinąć. Chyba tak to się robi. Powiedz, co lubisz robić, co cię denerwuje, jaki jest twój ulubiony kolor, o której wstajesz rano - generalnie rzeczy, które zazwyczaj nikogo za cholerę nie obchodzą, ale mówisz je, żeby inni wiedzieli o tobie więcej i żeby nie było niezręcznej ciszy. Ludzie też lubią przyczepiać się do randomowych słów z twojej ledwo wykaszlanej wypowiedzi i mówić "O, też to lubię" albo "O tak, to jest najgorsze" i w ten magiczny sposób rozwija się rozmowa.
 - Tak, tylko że... - zaczął, a ja wstałem żeby wyjąć lasagne z piekarnika i kiwnął głową, żeby mówił. - Po co to mówić, skoro i tak nikogo to nie obchodzi? To chyba nie... to nie o to powinno chodzić w rozmowie... to znaczy to polega na rozmowie, a nie na przerwaniu ciszy czymkolwiek... poza tym to nie takie proste - wyrzucił z siebie w dość szybkim czasie.
 - Matko jedyna, biegnijcie po kamery, to mówi! - udałem zaskoczenie. - No ale widzisz, chodzi o to, żeby tym samym systemem próbować przerwać każdą ciszę, bo po prostu nie z każdym się dogadasz. A w końcu po prostu będzie osoba, z którą po prostu... - pstryknąłem palcami - kliknie. Prędzej czy później.
 - Ale dość tych psychologicznych gadek, bo zaraz będziesz musiał mi zapłacić - zaśmiałem się. - Wykaż się. Ja nałożę to danie bogów zrobione przez jednego z nich - wyszczerzyłem się. Wspominałem że skromność to moja największa cecha?
 - No więc... - wziął głęboki oddech. - Jestem z Finlandii i... - zrobił przerwę. - mieszkałem w drewnianym domku i było zimno, w Finlandii jest zimno, ale mam swetry, więc... tak. -  Kolejna przerwa. - Lubię herbatę i las, ale nie lubię wyrzucać rzeczy i i jest ich dużo i przez to robi się bałagan, którego nie lubię i... - zaczerpnął powietrza. - I to jest prawdopodobnie najbardziej chaotyczna wypowiedź, jaką słyszałeś - dodał zmieszany.
 - Nie mogę zaprzeczyć - stwierdziłem z uśmiechem. - Ale była to wypowiedź, więc mamy progres. - Zjadłem kawałek lasagne i podsunąłem mu talerzyk dla Beara. - A co cię tu przywiało? Bo nie wyglądasz na miłośnika podróży, nagłych przeprowadzek i całkowitych zmian.
 - Lubię podróże - zaprzeczył szybko. - W góry. Samemu. A tutaj... - Znowu przerwał. - No...  eee... konie. A ciebie? - urwał szybko i sięgnął niepewnie po lasagne.
 - Tak, możesz to zjeść, nie zatrujesz się. Raczej - zaśmiałem się, po czym skosztowałem kolejny kęs swojej porcji.
 - Właściwie też pochodzę z zimnych rejonów. - stwierdziłem. - Może nie tak zimnych jak twoich, Banff jednak do najcieplejszych nie należy. Mieszkałem przez trzy lata w Hiszpanii. Mam uroczą młodszą siostrę - przyszywaną ale jednak. - uśmiechnąłem się na wspomnienie Sophie. - Mam irytująco zawsze ciepłe ciało. - zaśmiałem się, chłopak jakby lekko się uśmiechnął.
 - Chociaż właściwie nie ma we mnie nic ciekawego. - wzruszyłem ramionami, właściwie kończąc już kolację. Wstałem od stołu, nie dając Bearowi ani chwili na odpowiedź. Wrzuciłem swój talerz do zmywarki. Odwróciłem się w stronę chłopaka by sprawdzić stan jego talerza, także skończył dlatego odebrałem jego naczynie i zrobiłem to samo co ze swoim.
 - Będę się zbierać... - oznajmił Bear, po paru minutach ciszy między nami. Pokiwałem lekko głową, po czym odprowadziłem go do wyjścia. Cierpliwie poczekałem aż założy kurtkę i buty, chłopak minął drzwi i stał parę minut przede mną, nie wiedząc zbytnio co zrobić. Sam zbytnio nie wiedziałem.
 - To... - zaczął powoli.
 - To do jutra - uśmiechnąłem się w jego stronę.
 - Do jutra - Bear chyba lekko się zarumienił, odwrócił się do mnie plecami i poszedł przed siebie. Zamknąłem drzwi od pokoju, oddychając głośno z ulgą. Nie taki najgorszy nasz Misiek.
***
Szkoła zaczynała się dopiero o 9.00, miałem jednak sporo czasu i postanowiłem że posiedzę i poczekam w budynku szkolnym. Przyszedłem do szatni o godzinie 8.16, gdzie czekała już na mnie moja paczka. Właściwie to banda idiotów która poszła by za mną w ogień. No może z wyjątkiem Chase'a, ten niestety jest strasznie zadziorny, chociaż nie tak bardzo jak ja.
 - Siemka - wymusiłem uśmiech na widok tego idioty. Podaliśmy sobie ręce w męskim uścisku, po czym tak samo przywitałem się z resztą. Zaczęliśmy bez sensownie gadać o szkole aż w końcu temat naszło na temat dziewczyn z klasy.
 - A ty co Rick za nic się nie bierzesz? - padło nagle pytanie do mnie. Zaśmiałem się głośno.
 - Te tępe dzidy? Weź nie zasługują na mnie... - wzruszyłem ramionami. Nagle do szatni weszła znajoma twarz. Uśmiechnąłem się na widok ciemnobrązowej kurtki Beara. Gdy zobaczył mnie, zdawało mi się że odwzajemni uśmiech, jednak gdy dojrzał resztę "ekipy" schował twarz w kapturze. Wywróciłem oczami powstrzymując się od kąśliwej uwagi. Powinienem może jakoś go ośmielić?
 - Cześć Bear! - machnąłem ręką w jego stronę, uśmiechając się.
 - Cześć... - odpowiedział niepewnie i zniknął przy swojej szafce. Usłyszałem donośny śmiech Chase'a.
 - Co to było? - zaśmiał się.
 - Przywitałem się z przyjacielem nic takiego. - skrzyżowałem ręce na piersi szykując się na uwagę z jego strony.
 - Nie mów mi że zadajesz się z takim słabeuszem? - prychnął śmiechem.
 - Słaby to ty jesteś. - wywróciłem oczami, kątem oka kontrolując jak Bear zamyka szafkę i powoli ucieka z szatni.
 - Nie poznaję cię Richard.
 - Zamknij się jeśli nie chcesz zbierać zębów z podłogi. - warknąłem, zarzucając plecak na ramię. Ostatnio doprowadza mnie do szału.
 - Ej gdzie idziesz? - zawołał gdy ruszyłem za Bearem.
 - Gdzieś gdzie nie ma takich żmij jak ty. - krzyknąłem, nie odwracając się w jego stronę, na odchodne pokazując mu środkowy palec. Szybko dogoniłem blondyna, zarzucając mu się na ramię. Nie wyglądał na wystraszonego ani zaskoczonego moim ruchem, co nawet mnie ucieszyło.
 - Co porabiasz przyjacielu? - uśmiechnąłem się lekko do niego.
 - Mógłbyś...? - zapytał cicho, głową wskazując na moją rękę wiszącą na jego ramieniu. Westchnąłem głośno, stojąc już normalnie, na własnych nogach i bez żadnych oparć.
 - Też miło cię widzieć. - uśmiechnąłem się ponownie. - Jak się spało? -
 - Dobrze... - odpowiedział powoli jakby bojąc się czy odpowiedź mnie nie urazi.
 - Dlaczego nie jesteś z kolegami? - zapytał szybko, chyba po chwili już żałując słów bo zaczął bawić się rękawami swetra. Swoją drogą dość uroczego swetra.
 - To chyba nic złego że wolę twoje towarzystwo od nich. - odparłem szczerze.


Misiek? 

niedziela, 17 marca 2019

od Beauregarda cd. Ricka

 - No i fajnie. - Chłopak jak gdyby nigdy nic wzruszył ramionami. Czy on sobie w ogóle zdaje sprawę, że ja tu schodzę na zawał?
 - Wejdziesz? - Przepraszam bardzo, co? Czy on właśnie...? I co ja mam zrobić?
 Mimo wielu wątpliwości przekroczyłem próg i znalazłem się w siedzibie Ricka. Od razu zobaczyłem pędzącą w moją stronę kulę futra, która przykleiła się do mojej nogi, wpędzając mnie w jeszcze większe zdezorientowanie. Co się robi w takiej sytuacji? Nie wypada chyba pogłaskać. W sumie to nawet nie chcę go głaskać. Matko, Bear, gratulacje za bycie najbardziej niezręcznym człowiekiem na tej planecie. Ręce zająłem bluzą, za wszelką cenę usiłując nie zbliżać ich do futrzaka.
 - Na miejsce - rozkazał Rick. O tak, popieram. Idź na miejsce. Bardzo popieram. Reakcja ze strony psa jednak nie ustąpiła, a ja z każdą chwilą czułem się coraz gorzej.
 - Możesz go pogłaskać. Nic ci nie zrobi - dodał i poszedł gdzieś. Chyba do kuchni. Czyli... okej? Okej, tak, wszystko pod kontrolą. Normalni ludzie chodzą do  mieszkań innych ludzi. To całkiem naturalna sytuacja. Tak właśnie się robi. Postanowiłem posłuchać rady Ricka, bo tak chyba się robi, i pogłaskałem psa. Był... zadziwiająco miły w dotyku. Może nawet trochę mnie uspokoił. 
 - Co chcesz do picia? - zapytał chłopak, szykując dwa kubki. Podejrzanie miły... ale od tego wszystkiego zaschło mi w gardle, a herbata...
 - Może być herbata - wyrwało mi się, zanim zdążyłem pomyśleć. - Jeśli to nie będzie kłopot - dodałem pospiesznie, zmieszany swoją nieuprzejmością. Rick zaśmiał się cicho, co wpędziło mnie w kolejny etap zdezorientowania. Coś powiedziałem nie tak? 
 Nie, Bear, ludzie się śmieją. To też jest normalne i naturalne. Gratulacje. 
 Staliśmy w najbardziej niezręcznej ciszy, jaką do tej pory dane mi było przechodzić. Rick za to zachowywał się całkiem naturalnie i bez skrępowania poruszał się w kuchni. Nie wyglądał na zakłopotanego. Po chwili zastanawiania się, co powinienem zrobić, usiadłem na jakimś krzesełku, aby sprawić wrażenie zadomowionego. Chociaż nie, zadomowionego to za dużo powiedziane. Nie chciałem wyjść na zbyt drętwego (hahaha, słyszałeś? To moja pewność siebie śmieje się ze mnie samego. Chociaż czekaj, pewność siebie? Ja w ogóle mam coś takiego?), poza tym byłem po prostu trochę zmęczony. Doszedł do mnie zapach kawy wymieszany z herbacianym. Zielona. O tak. Kubek wypełniony niebańskim napojem wylądował tuż przede mną. 
 - To na zwłoki po herbacie - uśmiechnął się Rick, na co niezręcznie odpowiedziałem tym samym, i postawił obok jakiś talerzyk. Objąłem obiema dłońmi kubek, ciesząc się ciepłem herbaty.
 - Mamy trochę czasu, zanim lasagne się zrobi, mam nadzieję, że nie jesteś wybredny, bo tylko tym mogę cię poczęstować. Ewentualnie sokiem pomarańczowym. 
 Matko, jak on dużo mówi. Lasagne? Czy on mi chce dać jedzenie? Dalej nie miałem pojęcia, co się robi w takiej sytuacji. Mam go zapytać, ile ma lat, skąd jest? Czy iść na łatwiznę i męczyć temat pogody? Zdawałem sobie sprawę, że ciągnięcie jakiekolwiek rozmowy pójdzie mi co najmniej źle.
 - S-spoko - wyjąkałem, decydując się na poczekanie, aż Rick coś powie. Ten tylko wywrócił oczami i westchnął głośno. Uh. Przegrana. Znowu.
 - Nie gadaj tyle, bo jeszcze się zakrztusisz - powiedział, ociekając wręcz sarkazmem.
 - Co więc mam mówić? - spytałem cicho, starając się kryć rozczarowanie samym sobą. Przepraszam, przepraszam, że nie umiem.
 - Może spróbuj coś o sobie? Co lubisz robić? W końcu chyba tak zawiera się kontakty międzyludzkie - wzruszył ramionami. Co lubię robić? Czemu go to interesuje? I kontakty międzyludzkie ze mną?
 - Dlaczego nagle stałeś się taki miły? - wymamrotałem, bo tylko to przyszło mi do głowy.
 - Misiek, miły to ja nie jestem. Uwierz mi. Po prostu odrobinę ci odpuściłem. - Misiek. Mimo woli zostałem nieco... zmrożony w środku. Druga część wypowiedzi też mnie bynajmniej nie ucieszyła, a Rick się zaśmiał. Co to znaczy "odpuściłem"?
 - Chciałbym cię poznać, po prostu. To chyba nie jest przestępstwem? Zresztą skoro ja stałem się... - zawahał się - ... miły, mógłbyś to uszanować i chociaż udawać, że się mnie nie boisz, czy coś.
- Ja się nie boję! - zaprzeczyłem gwałtownie, usiłując jakkolwiek uratować tę sytuację. Chce mnie poznać...
- No i to rozumiem - uśmiechnął się. Skojarzył mi się z lekarzem, do którego chodziłem, jak byłem mały. Nigdy nie chciałem mówić, co mnie boli, a mama uważała, że muszę to zrobić sam, więc jak tylko udawało mi się wydobyć coś z siebie, te właśnie słowa wydobywały się z jego ust. Uśmiechnąłem się nerwowo na to przypadkowe wspomnienie. - A więc? - wyrwał mnie z zamyśleń. 
 Czyli teraz moja kolej, żeby coś powiedzieć. Tylko że tym razem nie byłem u lekarza, któremu płacą za to, że dowie się, co mi dolega i przyniesie mi leki. Byłem u jakiegoś chłopaka w domu i jemu nikt nie płaci (chyba że moja mama przedsięwzięła bardzo drastyczne środki, żebym tylko kogoś poznał... muszę do niej zadzwonić, bo to się robi podejrzane) za rozmowę ze mną. Wziąłem głęboki oddech i zacisnąłem dłonie mocniej na kubku. Rick patrzył na mnie wyczekująco, co bynajmniej nie pomagało. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie, ale starałem się to ignorować.
 - Uhm... - brawo, świetny początek, oby tak dalej. Odchrząknąłem delikatnie i poprawiłem się na krześle. - Więc...
 - No śmiało, ja nie gryzę - wtrącił całkiem łagodnie Rick.
 - Wiem wiem - odparłem pospiesznie. - Tylko... - zamilkłem. Tak, Bear, stresuj się bardziej.
 - Tylko co? Matko, siedzimy tu może dziesięć minut i muszę ci przyznać, że przysługuje ci nagroda za najbardziej nieumiejętnego, jeśli chodzi o nawiązywanie jakichkolwiek kontaktów międzyludzkich, człowieka, jakiego poznałem - zażartował chłopak i przysięgam, wiedziałem, że to był tylko żart, ale to nie przeszkodziło mi w poczuciu się jeszcze gorzej i jeszcze bardziej niekomfortowo. A moja chęć do ucieczki z każdą chwilą rosła w siłę.
 Spuściłem wzrok i poczułem falę zimnego potu oblewającą moje ciało. Zrobiło mi się strasznie gorąco i duszno, a zaraz potem znów było mi chłodno. Rick uniósł lekko brwi w oczekiwaniu na jakąkolwiek inicjatywę z mojej strony. Gorączkowo przeszukiwałem umysł w poszukiwaniu czegokolwiek, co mógłbym powiedzieć na swój temat, aż w końcu wyrzuciłem z siebie szybkie:
 - J-jestem z Finlandii.
 Rick pokiwał głową z przerysowanym uznaniem.
 - No dobra, teraz już wszystko o tobie wiem. Chyba nawiązaliśmy połączenie na poziomie telepatycznym, bo niemal słyszę, jak wewnętrznie krzyczysz o pomoc - zażartował ponownie i wygiął usta w uśmiechu.
 - Przepraszam...? - odezwałem się niepewnie i wymusiłem na sobie nerwowy uśmiech, czego pożałowałem w sekundę po wykonaniu tego czegoś, co przypominało pewnie prędzej przedśmiertny grymas skazańca, niż jakikolwiek uśmiech.
 Rick pokręcił tylko głową i wywrócił głową ze śmiechem. 
 - Dobra, Misiek...
 - Nie mów tak na mnie - wymamrotałem gwałtownie, zanim zdążyłem pomyśleć.
 - Co?
 Zmieszałem się. Mogłem tego nie mówić.
 - Mógłbyś... mógłbyś tak na mnie nie mówić...? - zapytałem, wbijając wzrok w kubek i niesamowicie żałując przekroczenia tego progu. Zdałem sobie sprawę, że właśnie pokazałem mu swoją słabość i teraz będzie mógł używać tego słowa przeciwko mnie tak często, jak tylko mu się spodoba. Poczułem się jeszcze gorzej.
 - Dlaczego? - Rick patrzył na mnie z niejakim niezrozumieniem.
 - Po prostu - wymamrotałem. I tak już nie było odwrotu.
 - Okej - wzruszył ramionami. - Tak więc, Bear, jak opowiadasz o sobie, musisz wziąć pod uwagę kilka bardzo ważnych punktów. Po pierwsze - gdzie się urodziłeś, czyli coś, co już uwzględniłeś, brawo. Po drugie - nie wiem, opowiedz o swoim domu, o tym, co lubisz w tym miejscu, skąd jesteś. Spróbuj to jakoś rozwinąć. Chyba tak to się robi. Powiedz, co lubisz robić, co cię denerwuje, jaki jest twój ulubiony kolor, o której wstajesz rano - generalnie rzeczy, które zazwyczaj nikogo za cholerę nie obchodzą, ale mówisz je, żeby inni wiedzieli o tobie więcej i żeby nie było niezręcznej ciszy. Ludzie też lubią przyczepiać się do randomowych słów z twojej ledwo wykaszlanej wypowiedzi i mówić "O, też to lubię" albo "O tak, to jest najgorsze" i w ten magiczny sposób rozwija się rozmowa.
 Słuchałem bardzo uważnie, jednak nie rozumiałem jednej rzeczy. Właściwie to kilku.
 - Tak, tylko że... - zacząłem ostrożnie, a  Rick wstał. żeby wyjąć lasagne z piekarnika i kiwnął głową, żebym mówił. - Po co to mówić, skoro i tak nikogo to nie obchodzi? To chyba nie... to nie o to powinno chodzić w rozmowie... to znaczy to polega na rozmowie, a nie na przerwaniu ciszy czymkolwiek... poza tym to nie takie proste - wyrzuciłem z siebie, plącząc się niemiłosiernie i biorąc zdecydowanie zbyt mało oddechów w stosunku do ilości słów, jakie powiedziałem.
 - Matko jedyna, biegnijcie po kamery, to mówi! - udał zaskoczenie Rick. - No ale widzisz, chodzi o to, żeby tym samym systemem próbować przerwać każdą ciszę, bo po prostu nie z każdym się dogadasz. A w końcu po prostu będzie osoba, z którą po prostu... - pstryknął palcami - kliknie. Prędzej czy później.
 Kliknie. Ciekawe, jakie to uczucie. Po prostu mówić i...
 - Ale dość tych psychologicznych gadek, bo zaraz będziesz musiał mi zapłacić - zaśmiał się. - Wykaż się. Ja nałożę to danie bogów zrobione przez jednego z nich - wyszczerzył się. Skromny.
 - No więc... - wziąłem głęboki oddech. - Jestem z Finlandii i... - zrobiłem przerwę, żeby przypomnieć sobie rady Ricka - mieszkałem w drewnianym domku i było zimno, w Finlandii jest zimno, ale mam swetry, więc... tak. -  Oddychajmy. - Lubię herbatę i las, ale nie lubię wyrzucać rzeczy i i jest ich dużo i przez to robi się bałagan, którego nie lubię i... - zaczerpnąłem powietrza. - I to jest prawdopodobnie najbardziej chaotyczna wypowiedź, jaką słyszałeś - dodałem zmieszany.
 - Nie mogę zaprzeczyć - stwierdził. - Ale była to wypowiedź, więc mamy progres. - Zjadł kawałek lasagne i podsunął mi talerzyk dla mnie. - A co cię tu przywiało? Bo nie wyglądasz na miłośnika podróży, nagłych przeprowadzek i całkowitych zmian.
 - Lubię podróże - zaprzeczyłem szybko. - W góry. Samemu. A tutaj... - Wymyśl coś i to szybko. - No...  eee... konie. A ciebie? - urwałem szybko i sięgnąłem niepewnie po lasagne.
- Tak, możesz to zjeść, nie zatrujesz się. Raczej - zaśmiał się.
 Wziąłem do ręki widelec (czy ja już wchodzę w jakieś pierwsze stadium zespołu Parkinsona?)  i korzystając z tego, że Rick nie patrzył na mnie, spróbowałem kawałek dania. Było... dobre. Wziąłem kolejny, a chłopak zaczął mówić.


Rick? Co powiesz?