Chłopak miał siny policzek i nos, z którego ciekło trochę krwi. Wyglądał, jakby ktoś go porządnie walnął w twarz.
Kiedy tylko mnie zobaczył, przyspieszył kroku i wyminął mnie. Najpierw chciałem go zignorować, ale później uznałem, że w sumie to ciekawi mnie, co się stało.
Pobiegłem za nim i złapałem go za ramię.
- Hej, co ci jest?
Zatrzymał się i spojrzał na mnie, nie odpowiadając. Miał niesamowicie niebieskie oczy.
- Co ci się stało? - zapytałem znowu.
Chłopak przygryzł wargę i spuścił wzrok.
Zacząłem się zastanawiać, dlaczego nic nie mówi. Doszedłem jednak do wniosku, że pewnie po prostu jest nieśmiały.
Westchnąłem.
- Jeśli nie chcesz nic mówić, to nie musisz - odparłem i ruszyłem do siodlarni.
Odłożyłem sprzęt na wolne haki. Po drodze postanowiłem zajrzeć jeszcze do mojej klaczy.
Okazało się, że Lilka już tutaj mieszka, także psychicznie.
Stała spokojnie w boksie, przeżuwając kilka źdźbeł siana, ale kiedy tylko usłyszała moje kroki, zarżała radośnie i wystawiła głowę. Jej uszy były postawione do góry, jak zwykle zresztą.
- Hej, młoda - powiedziałem, drapiąc ją po czole, tak jak lubi. Zamknęła oczy i parsknęła cicho.
Upewniłem się, że nic nie zdemolowała i z nią także wszystko w porządku.
- Widzimy się jutro - powiedziałem, dając jej na pożegnanie kawałek jabłka, który znalazłem w kieszeni dżinsów.
Wróciłem do pokoju. Usiadłem na fotelu i zacząłem się zastanawiać, co by tu można porobić. Po chwili postanowiłem przygotować się na jutrzejszy pierwszy dzień w nowej szkole. Spakowałem wszystkie potrzebne rzeczy do nowego, białego plecaka, który zamówiłem ostatnio przez internet.
Nagle usłyszałem stukanie pazurów o podłogę. Myślałem, że to jakiś pies chodzi po korytarzu, ale kiedy spojrzałem drzwi, zrozumiałem, że to nieco inne zwierzę. Z początku myślałem, że to duży rudy pies, ale kiedy się przyjrzałem...
Stał tam lis. Nie wiem, skąd się wziął, ale stał i patrzył na mnie. Kompletnie mnie zamurowało. Nie wiedziałem, co robić, jeszcze nigdy nie widziałem lisa z bliska. I co on tu w ogóle robi? Skąd się tu wziął? Po chwili zauważyłem jednak, że ma obrożę. Nawet nie wiedziałem, że niektórzy mają tu takie zwierzęta. Owszem, psy, koty, gryzonie i te sprawy, ale lis?
Trochę się uspokoiłem, kiedy okazało się, że nie jest to dzikie zwierzę. Nawet jak coś mi zrobi, to nie zarazi mnie jakąś chorobą.
Lis tymczasem wykorzystał to, że tylko stoję, bo wszedł powoli do mojego pokoju, nadal jednak mi się przyglądając. Na początku nie miałem nic przeciwko temu... No, do chwili, kiedy znalazł na stoliku mój batonik proteinowy, który właśnie chciałem zjeść. Powąchał go i wziął do pyska.
- Hej! - krzyknąłem. Zwierzę przestraszyło się i uciekło, a ja za nim.
- Oddaj to! - krzyknąłem znowu. Rudzielec oczywiście nie miał najmniejszego zamiaru mnie słuchać. Zatrzymał się dopiero pod jakimiś drzwiami. Tam skulił się, a moja przekąska była do odebrania wyłącznie siłą. Cóż.
Złapałem za wystający z jego pyska baton i pociągnąłem. Zwierzę wydało z siebie dziwny dźwięk przypominający warczenie.
Osoba z pokoju pod którym się "mocowaliśmy" musiała chyba nas usłyszeć, bo drzwi powoli się otworzyły.
Momentalnie puściłem batonik i spojrzałem w górę.
Zza drzwi wyjrzał jakiś chłopak.
Nietrudno było go rozpoznać. Był to ten sam, którego spotkałem dzisiaj na schodach.
<Quil? XD>
sobota, 15 grudnia 2018
od Scarlett do Billa
Dzisiaj stwierdziłam, że najwyższa pora zrobić zakupy jeździeckie. Nie mogłam już patrzeć na wymemłany (wiadomo przez kogo) uwiąz Hota i stare, zniszczone siodło Briganda, które zdecydowanie miało już conajmniej pięć lat. Pewnie nawet więcej. W każdym razie moje konie potrzebowały nowych rzeczy. Spakowałam więc "trochę" kasy i poszłam do pobliskiego sklepu jeździeckiego.
Wcześniej w stajni obejrzałam dokładnie grzbiet Briganda, więc nie miałam zbyt dużego problemu z wybraniem odpowiedniego siodła - wzięłam takie jedno wszechstronne, koloru ciemno brunatnego, z dosyć wystającym przednim łękiem panującym do kłębu Karego i miękkim siedziskiem dla mojej wygody.
Jeśli chodzi o uwiąz, wybrałam gruby i mocny, aby długo wytrzymywał z zębami Hota. Był czerwono-beżowy i dosyć długi.
Przy kasie sprzedawczyni zaproponowała mi jeszcze wiaderko bananowych przysmaków na przecenie, więc skorzystałam z oferty. Zapłaciłam za wszystko i wyszłam.
Wracając wyżarłam jeden z przysmaków, niemalże łamiąc sobie zęby. Ale był smaczny. Muszę zresztą wiedzieć czym karmię moje wierzchowce.
Weszłam na teren Akademii. Zauważyłam jakiegoś chłopaka, który właśnie szukał czegoś w walizce. Pewnie nowy, nigdy go tu nie widziałam. Następnie próbował ją zamknąć, ale coś mu nie wychodziło, więc po przybraniu kolejnej dziwnej pozy wysiłku wywalił się na kostkę brukową, wysypując z walizki część zawartości.
- Chole*a - powiedział głośno, pocierając obrartą dłoń. Wstał i zaczął wpychać rzeczy z powrotem do walizki.
Podeszłam do niego.
- Nic ci nie jest?
Chłopak przyjrzał mi się i pokazał mi swoją obdartą dłoń.
- Nic takiego - odparł. - A ciebie co to obchodzi?
- Może mogłabym pomóc.
- Niby w czym? - spytał.
- Na przykład w zamykaniu walizki - odparłam, wskazując na nią głową. - Dzięki temu nie będę musiała pomagać ci iść do pielęgniarki.
- Jeśli jesteś taka mądra, to próbuj - powiedział chłopak i podał mi swoją walizkę.
Odłożyłam na bok swoje zakupy i zaczęłam okiełznywać dziwaczną kłódkę, w której kluczyk za nic nie chciał się przekręcić.
Po dwóch minutach wreszcie mi się udało.
- I co? - spytałam, uśmiechając się szyderczo. Byłam z siebie dumna.
<Bill? XD>
Wcześniej w stajni obejrzałam dokładnie grzbiet Briganda, więc nie miałam zbyt dużego problemu z wybraniem odpowiedniego siodła - wzięłam takie jedno wszechstronne, koloru ciemno brunatnego, z dosyć wystającym przednim łękiem panującym do kłębu Karego i miękkim siedziskiem dla mojej wygody.
Jeśli chodzi o uwiąz, wybrałam gruby i mocny, aby długo wytrzymywał z zębami Hota. Był czerwono-beżowy i dosyć długi.
Przy kasie sprzedawczyni zaproponowała mi jeszcze wiaderko bananowych przysmaków na przecenie, więc skorzystałam z oferty. Zapłaciłam za wszystko i wyszłam.
Wracając wyżarłam jeden z przysmaków, niemalże łamiąc sobie zęby. Ale był smaczny. Muszę zresztą wiedzieć czym karmię moje wierzchowce.
Weszłam na teren Akademii. Zauważyłam jakiegoś chłopaka, który właśnie szukał czegoś w walizce. Pewnie nowy, nigdy go tu nie widziałam. Następnie próbował ją zamknąć, ale coś mu nie wychodziło, więc po przybraniu kolejnej dziwnej pozy wysiłku wywalił się na kostkę brukową, wysypując z walizki część zawartości.
- Chole*a - powiedział głośno, pocierając obrartą dłoń. Wstał i zaczął wpychać rzeczy z powrotem do walizki.
Podeszłam do niego.
- Nic ci nie jest?
Chłopak przyjrzał mi się i pokazał mi swoją obdartą dłoń.
- Nic takiego - odparł. - A ciebie co to obchodzi?
- Może mogłabym pomóc.
- Niby w czym? - spytał.
- Na przykład w zamykaniu walizki - odparłam, wskazując na nią głową. - Dzięki temu nie będę musiała pomagać ci iść do pielęgniarki.
- Jeśli jesteś taka mądra, to próbuj - powiedział chłopak i podał mi swoją walizkę.
Odłożyłam na bok swoje zakupy i zaczęłam okiełznywać dziwaczną kłódkę, w której kluczyk za nic nie chciał się przekręcić.
Po dwóch minutach wreszcie mi się udało.
- I co? - spytałam, uśmiechając się szyderczo. Byłam z siebie dumna.
<Bill? XD>
niedziela, 9 grudnia 2018
Od Alana cd. Sean'a
- Wiesz mou amour, akurat jestem wyjątkowo głodny, a przeszkodą jesteś jedynie ty - Sean okropnie sztucznie się uśmiechnął. - Więc muszę chyba sobie z tobą poradzić.
Chłopak wstał od stolika i podszedł do mnie, patrzyłem na niego lekko zdziwiony. Po chwili dostałem mocnego kopniaka w piszczel, a on korzystając z okazji zabrał swoje jedzenie. Ból przez parę najbliższych sekund był niemiłosierny, miałem ochotę go zabić. Zmierzyłem go wściekłym spojrzeniem, ma szczęście że jest tu tyle ludzi inaczej dawno leżałby na ziemi z obitą mordą.
Gdy ból w końcu przeszedł, zaczynałem powoli rozmyślać plan zemsty. Co gdyby schlać go jak świnia, było by zabawnie przynajmniej dla mnie. Zresztą prawdziwą twarz kogoś, poznajesz dopiero po pijaku.
- Tak sobie pomyślałem... - zacząłem, jednak przerwał mi głośny śmiech bruneta. Zmarszczyłem brwi w lekkim zdezorientowaniu.
- Wow, Winters nie sądziłem, że jesteś zdolny do tak skomplikowanych czynności życiowych - uśmiechnął się wrednie.
- Zamknij się Montgomery - przewróciłem oczami. - Kończąc moją wypowiedź... Pojedziemy do miasta.
~skip tajm bo nie wiem co dalej~
Kiedy pojechaliśmy do miasta i udało znaleźć nam się sporą ilość alkoholu, szybko znaleźliśmy się u mnie. Sean cholernie szybko się upił i muszę przyznać po pijaku był całkiem milszy i fajniejszy. Mimo wszystko trochę żałowałem tego, że tak go zmanipulowałem.
Chłopak zdjął bluzę i rzucił ją na moje łóżko, a ja pod głosiłem radio w którym leciała nowa piosenka Ariany Grande. Przyznam trochę znałem tekst, słuchałem jej już parę razy mimo iż jest świeża. Nagle pan Montgomery zaczął dziwnie się poruszać, próbując dostosować się do rytmu muzyki i śpiewał.
- Though I 'd end up with Sean, but he wasn't a match - zanucił, po czym zaśmiał się. Damn, muszę przyznać nawet uroczo się śmieje. Sean ponownie zaczął tańcować, przy okazji pociągając łyk wódki.
- Wrote some songs about Ricky, now I listen and laugh - wtrąciłem się chłopakowi w piosenkę, nie mogłem się powstrzymać od zaśpiewania tego mimo iż mój głos do najlepszych nie należy.
- One taught me love, one taught me patience - chłopak ogromnie mocno wczuwał się w robienie z siebie debila, a ja byłem wręcz bliski uduszenia się ze śmiechu. - And one taught me pain, now I'm so amazing!
- Thank you, next next, thank you, next next - śpiew, przerodził się w bardziej przeraźliwy krzyk a ja już nie mogłem wstrzymywać śmiechu. - Thank you, next. I'm so fuckin' grateful for my ex.
Damn nigdy się tak nie bawiłem. Chyba częściej będę go upijać. Nagle rozległ się dźwięk dzwonka, jak okazało się był to telefon chłopaka który dość szybko odebrał. Zaczął coś mówić, właściwie bełkotać w jakimś innym języku. Brzmiało to trochę jak francuski, jednak wolałem udawać że mnie to nie interesuje. Zacząłem dopijać kolejną już butelkę alkoholu, cichaczem obserwując Sean'a.
- Tak jest! Kocham cię - chłopak zaśmiał się, po czym odłożył telefon. Były to jedyne słowa jakie zrozumiałem. Czyżby miał dziewczynę?
Chłopak po pewnym czasie zasnął na podłodze, z butelką wódki w ręku. Przez chwilę próbowałem go obudzić jednak ten spał jak zabity. Zaśmiałem się głośno na ten widok. Gdy jest spity jest o wiele milszy i fajniejszy. Chyba rozmyśle nad tym by częściej go upijać. W sumie odrobinę miałem takie poczucie winy, nie powinienem go tak upijać. Może powinienem też być choć trochę milszy? Choć ma to jakiś sens?
Mimo iż miałem dość dużo alkoholu we krwi, byłem bardziej trzeźwy od chłopaka i udało mi się jakoś ustać na nogach. Podszedłem do Sean'a, zabrałem mu z ręki butelkę po czym odłożyłem ją na pobliską szafkę. Udało mi się podnieść chłopaka, zresztą był tak pijany że pewnie tego nie wyczuł. Położyłem go na swoim łóżku i delikatnie przykryłem kołdrą. Kiedy niechcący dotknąłem jego ramienia, zaczął coś mamrotać przez sen. Uśmiechnąłem się pod nosem, w sumie nie taki okropny. Boże co ja pierdole. Przestałem już myśleć o czymkolwiek, dopiłem swoją butelkę wódki po czym przebrałem się w piżamę i nie zważając na jakiekolwiek zasady etyki, położyłem się spać na łóżku.
***
Chłopak wstał od stolika i podszedł do mnie, patrzyłem na niego lekko zdziwiony. Po chwili dostałem mocnego kopniaka w piszczel, a on korzystając z okazji zabrał swoje jedzenie. Ból przez parę najbliższych sekund był niemiłosierny, miałem ochotę go zabić. Zmierzyłem go wściekłym spojrzeniem, ma szczęście że jest tu tyle ludzi inaczej dawno leżałby na ziemi z obitą mordą.
Gdy ból w końcu przeszedł, zaczynałem powoli rozmyślać plan zemsty. Co gdyby schlać go jak świnia, było by zabawnie przynajmniej dla mnie. Zresztą prawdziwą twarz kogoś, poznajesz dopiero po pijaku.
- Tak sobie pomyślałem... - zacząłem, jednak przerwał mi głośny śmiech bruneta. Zmarszczyłem brwi w lekkim zdezorientowaniu.
- Wow, Winters nie sądziłem, że jesteś zdolny do tak skomplikowanych czynności życiowych - uśmiechnął się wrednie.
- Zamknij się Montgomery - przewróciłem oczami. - Kończąc moją wypowiedź... Pojedziemy do miasta.
~skip tajm bo nie wiem co dalej~
Kiedy pojechaliśmy do miasta i udało znaleźć nam się sporą ilość alkoholu, szybko znaleźliśmy się u mnie. Sean cholernie szybko się upił i muszę przyznać po pijaku był całkiem milszy i fajniejszy. Mimo wszystko trochę żałowałem tego, że tak go zmanipulowałem.
Chłopak zdjął bluzę i rzucił ją na moje łóżko, a ja pod głosiłem radio w którym leciała nowa piosenka Ariany Grande. Przyznam trochę znałem tekst, słuchałem jej już parę razy mimo iż jest świeża. Nagle pan Montgomery zaczął dziwnie się poruszać, próbując dostosować się do rytmu muzyki i śpiewał.
- Though I 'd end up with Sean, but he wasn't a match - zanucił, po czym zaśmiał się. Damn, muszę przyznać nawet uroczo się śmieje. Sean ponownie zaczął tańcować, przy okazji pociągając łyk wódki.
- Wrote some songs about Ricky, now I listen and laugh - wtrąciłem się chłopakowi w piosenkę, nie mogłem się powstrzymać od zaśpiewania tego mimo iż mój głos do najlepszych nie należy.
- One taught me love, one taught me patience - chłopak ogromnie mocno wczuwał się w robienie z siebie debila, a ja byłem wręcz bliski uduszenia się ze śmiechu. - And one taught me pain, now I'm so amazing!
- Thank you, next next, thank you, next next - śpiew, przerodził się w bardziej przeraźliwy krzyk a ja już nie mogłem wstrzymywać śmiechu. - Thank you, next. I'm so fuckin' grateful for my ex.
Damn nigdy się tak nie bawiłem. Chyba częściej będę go upijać. Nagle rozległ się dźwięk dzwonka, jak okazało się był to telefon chłopaka który dość szybko odebrał. Zaczął coś mówić, właściwie bełkotać w jakimś innym języku. Brzmiało to trochę jak francuski, jednak wolałem udawać że mnie to nie interesuje. Zacząłem dopijać kolejną już butelkę alkoholu, cichaczem obserwując Sean'a.
- Tak jest! Kocham cię - chłopak zaśmiał się, po czym odłożył telefon. Były to jedyne słowa jakie zrozumiałem. Czyżby miał dziewczynę?
Chłopak po pewnym czasie zasnął na podłodze, z butelką wódki w ręku. Przez chwilę próbowałem go obudzić jednak ten spał jak zabity. Zaśmiałem się głośno na ten widok. Gdy jest spity jest o wiele milszy i fajniejszy. Chyba rozmyśle nad tym by częściej go upijać. W sumie odrobinę miałem takie poczucie winy, nie powinienem go tak upijać. Może powinienem też być choć trochę milszy? Choć ma to jakiś sens?
Mimo iż miałem dość dużo alkoholu we krwi, byłem bardziej trzeźwy od chłopaka i udało mi się jakoś ustać na nogach. Podszedłem do Sean'a, zabrałem mu z ręki butelkę po czym odłożyłem ją na pobliską szafkę. Udało mi się podnieść chłopaka, zresztą był tak pijany że pewnie tego nie wyczuł. Położyłem go na swoim łóżku i delikatnie przykryłem kołdrą. Kiedy niechcący dotknąłem jego ramienia, zaczął coś mamrotać przez sen. Uśmiechnąłem się pod nosem, w sumie nie taki okropny. Boże co ja pierdole. Przestałem już myśleć o czymkolwiek, dopiłem swoją butelkę wódki po czym przebrałem się w piżamę i nie zważając na jakiekolwiek zasady etyki, położyłem się spać na łóżku.
***
.***
Obudziłem się dość wcześnie, jednak byłem zbyt leniwy by wstać więc leżałem z zamkniętymi oczami. Po chwili poczułem jak materac na moim łóżku odgina się, po czym usłyszałem ciche kroki. Udawałem że śpię, dla czystego bezpieczeństwa. Rozbudziłem się jednak do końca, kiedy tylko usłyszałem zamknięcie drzwi. Przeciągnąłem się głośno i rozłożyłem bardziej na łóżku, postanawiając że wszystko oleje i pójdę spać dalej. Jedną ręką przeciągnąłem do siebie poduszkę, na której spał Sean.
Poczułem słodki, mocny zapach i przez chwilę myślałem że po prostu taki proszek do prania jednak moja tak nie pachniała. Boże jaki ten zapach był cudowny i przyjemny, coś jakby lawenda. Zanurzyłem głowę w poduszkę, by łatwiej poczuć ten zapach jednak po chwili zrozumiałem że to nie proszek do prania tylko Sean. Boże, co ja wyprawiam, narkotyzuje się poduszką na której spał ten brunet. Pospiesznie wstałem, zostawiając łóżko samemu sobie. Chyba pójdę do Seana.
Wszedłem do łazienki, zrzucając z siebie piżamę i wchodząc pod prysznic. Gorąca, wręcz parząca woda powoli spływała mi po zimnym ciele, czułem delikatne dreszcze. Uwielbiałem tak przesiadywać w wannie czy pod prysznicem, mogłem wtedy spokojnie pomyśleć, tym razem jednak przebywałem dość krótko. Wytarłem się ręcznikiem, narzuciłem na siebie jeansy z dziurami, jakąś jak zwykle przy ścisłą w ramionach białą koszulkę i wyszedłem za łazienki nawet nie poprawiając włosów. W sumie i tak nie wyglądały najgorzej.
Postanowiłem nie jeść śniadania, po czym wyszedłem z pokoju i zakluczyłem drzwi uprzednie jednak zabierając ze sobą kurtkę. Narzuciłem ją na siebie i sprawdziłem godzinę w telefonie. Parę minut mi to zajęło, jednak nie miałem pojęcia gdzie może być Sean. Po chwili jednak zauważyłem bardzo podobnego chłopaka do niego, postanowiłem za nim pójść. Trochę odczekałem aż będzie w bezpiecznej odległości, po czym poszedłem za nim. Wyszliśmy z budynku, a po paru minutach można było zobaczyć jak znika w stajniach dla koni prywatnych. Z całej tej sytuacji, zapomniałem że przyjechałem w ogóle do akademii gdzie jeździ się na koniach, którego nie mam.
Po chwili znalazłem się w środku stajni, odnalazłem chłopaka wzrokiem i cicho powłóczyłem się do niego. Sean stał obok jakiegoś siwego konia i głaskał ją.
Obudziłem się dość wcześnie, jednak byłem zbyt leniwy by wstać więc leżałem z zamkniętymi oczami. Po chwili poczułem jak materac na moim łóżku odgina się, po czym usłyszałem ciche kroki. Udawałem że śpię, dla czystego bezpieczeństwa. Rozbudziłem się jednak do końca, kiedy tylko usłyszałem zamknięcie drzwi. Przeciągnąłem się głośno i rozłożyłem bardziej na łóżku, postanawiając że wszystko oleje i pójdę spać dalej. Jedną ręką przeciągnąłem do siebie poduszkę, na której spał Sean.
Poczułem słodki, mocny zapach i przez chwilę myślałem że po prostu taki proszek do prania jednak moja tak nie pachniała. Boże jaki ten zapach był cudowny i przyjemny, coś jakby lawenda. Zanurzyłem głowę w poduszkę, by łatwiej poczuć ten zapach jednak po chwili zrozumiałem że to nie proszek do prania tylko Sean. Boże, co ja wyprawiam, narkotyzuje się poduszką na której spał ten brunet. Pospiesznie wstałem, zostawiając łóżko samemu sobie. Chyba pójdę do Seana.
Wszedłem do łazienki, zrzucając z siebie piżamę i wchodząc pod prysznic. Gorąca, wręcz parząca woda powoli spływała mi po zimnym ciele, czułem delikatne dreszcze. Uwielbiałem tak przesiadywać w wannie czy pod prysznicem, mogłem wtedy spokojnie pomyśleć, tym razem jednak przebywałem dość krótko. Wytarłem się ręcznikiem, narzuciłem na siebie jeansy z dziurami, jakąś jak zwykle przy ścisłą w ramionach białą koszulkę i wyszedłem za łazienki nawet nie poprawiając włosów. W sumie i tak nie wyglądały najgorzej.
Postanowiłem nie jeść śniadania, po czym wyszedłem z pokoju i zakluczyłem drzwi uprzednie jednak zabierając ze sobą kurtkę. Narzuciłem ją na siebie i sprawdziłem godzinę w telefonie. Parę minut mi to zajęło, jednak nie miałem pojęcia gdzie może być Sean. Po chwili jednak zauważyłem bardzo podobnego chłopaka do niego, postanowiłem za nim pójść. Trochę odczekałem aż będzie w bezpiecznej odległości, po czym poszedłem za nim. Wyszliśmy z budynku, a po paru minutach można było zobaczyć jak znika w stajniach dla koni prywatnych. Z całej tej sytuacji, zapomniałem że przyjechałem w ogóle do akademii gdzie jeździ się na koniach, którego nie mam.
Po chwili znalazłem się w środku stajni, odnalazłem chłopaka wzrokiem i cicho powłóczyłem się do niego. Sean stał obok jakiegoś siwego konia i głaskał ją.
- Co tak szybko uciekłeś? - przywitałem się z nim na swój sposób. Chłopak chwilę patrzył na mnie, jednak bez słowa, wrócił do zapewne swojego zwierzaka.
- Nie podobało ci się w nocy? - Zrobiłem minę niewiniątka. Sean spojrzał na mnie zdziwiony.
- Chodzi o to jak mnie upiłeś? - chłopak uśmiechnął się ironicznie. Damn, ma rację. Pierwszy raz w życiu chyba tak poważnie się zawahałem.
- Nie, zresztą kotek... - ostatnio słowo wręcz wymruczałem. - Sam się na to zgodziłeś! - wywróciłem oczami.
- A nawet jeśli, to nie widzę byś miał jakiekolwiek zastrzeżenia co do wczorajszej nocy. - wyszczerzyłem się chamsko.
- Jakiej kurna nocy? - Sean zmierzył mnie wzrokiem.
- No wiesz, było nam razem tak cudownie! Tak jęczałeś! - westchnąłem, udając że coś wspominam.
- Przecież byłem w ubraniach... -
- Po wszystkim było ci zimno, ale byłeś tak pijany że musiałem cię ubrać. - udało mi się w miarę szybko skłamać. Co jak co, ale chociaż kłamstwa dobrze wychodzą mi w życiu. Sean patrzył na mnie zmieszany, po czym wbił wzrok w podłogę. Czyżby naprawdę mi uwierzył?
- Boże jaki ty jesteś żałosny! Chyba nie myślałeś że się z tobą prześpię?! - zaśmiałem się okropnie.
- Wcale tak nie myślałem. - warknął.
- Dobra, nie złość się już. Choć uroczo to robisz. - uśmiechnąłem się szczerze. - Twój? - wskazałem na konia.
- Nie podobało ci się w nocy? - Zrobiłem minę niewiniątka. Sean spojrzał na mnie zdziwiony.
- Chodzi o to jak mnie upiłeś? - chłopak uśmiechnął się ironicznie. Damn, ma rację. Pierwszy raz w życiu chyba tak poważnie się zawahałem.
- Nie, zresztą kotek... - ostatnio słowo wręcz wymruczałem. - Sam się na to zgodziłeś! - wywróciłem oczami.
- A nawet jeśli, to nie widzę byś miał jakiekolwiek zastrzeżenia co do wczorajszej nocy. - wyszczerzyłem się chamsko.
- Jakiej kurna nocy? - Sean zmierzył mnie wzrokiem.
- No wiesz, było nam razem tak cudownie! Tak jęczałeś! - westchnąłem, udając że coś wspominam.
- Przecież byłem w ubraniach... -
- Po wszystkim było ci zimno, ale byłeś tak pijany że musiałem cię ubrać. - udało mi się w miarę szybko skłamać. Co jak co, ale chociaż kłamstwa dobrze wychodzą mi w życiu. Sean patrzył na mnie zmieszany, po czym wbił wzrok w podłogę. Czyżby naprawdę mi uwierzył?
- Boże jaki ty jesteś żałosny! Chyba nie myślałeś że się z tobą prześpię?! - zaśmiałem się okropnie.
- Wcale tak nie myślałem. - warknął.
- Dobra, nie złość się już. Choć uroczo to robisz. - uśmiechnąłem się szczerze. - Twój? - wskazałem na konia.
Sean? Przepraszam zepsułam...
środa, 5 grudnia 2018
Od Seana C.D Alana
Szedłem przez podwórze niczym burza. Cholerny dupek! Ma tupet. Kompletny brak wychowania i... poszanowania drugiego człowieka! Zupełnie jakbyś był lepszy Sean. Nerwowym ruchem przeczesałem włosy i szybkim krokiem udałem się w kierunku budynku stajni. Z tego całego zamieszania kompletnie zapomniałem o swoim wierzchowcu. Tak, kiepski ze mnie opiekun. Wzrokiem odszukałem odpowiedni boks w którym już czekał na mnie, niezbyt zadowolony z nowego miejsca, siwy koń. Uśmiechnąłem się lekko na widok znanego mi zwierzęcia i odryglowałem drzwi, oczywiście wykonane z jasnego drewna. Entertainer prychnął i oczywiście oddalił się na drugi koniec boksu. Typowe.
- I tak mnie kochasz przerośnięty zwierzaku - zaśmiałem się.
Chyba zwariowałem, ale uwielbiam gadać ze zwierzętami. Często są lepszymi towarzyszami rozmów od głupich, nieumiejących słuchać ludzi. Pomimo "protestów" Entera pogłaskałem go po chrapach, a ten w zrezygnowaniu oparł łeb o moje ramię. Nie moja wina, że za łatwo ulega takim drobnym gestom z mojej strony. Czas w boksie zleciał mi szybko, przeczyściłem sierść ogiera tak by usunąć pozostałości po transporcie, oraz podałem mu marchew. Powiedzmy, że na to zasłużył. Z powrotem zaryglowałem drewniane drzwi, otrzepałem ręce i wyszedłem ze stajni. Nie wiedząc za bardzo co teraz ze sobą począć zdecydowałem się odnaleźć kawiarnię. Dzięki jakiejś blondynce z łatwością dotarłem do budynku. Wchodząc uderzył we mnie zapach cynamonu i rzecz jasna kawy. Usiadłem przy pierwszym wolnym stoliku do którego od razu podeszła uśmiechnięta dziewczyna z włosami spiętymi w luźnego koka.
- Mogę już przyjąć zamówienie czy potrzebujesz czasu? - założyła niesforny kosmyk za ucho, a ja posłałem jej swój firmowy uśmiech.
- Jasne, proszę latte machiatto, a do tego kanapkę z szynką - w zasadzie nie byłem głodny, ale nie chciałem zamawiać tylko jednej rzeczy jeśli mam spędzić tu nieco więcej czasu.
Dziewczyna skinęła głową, wcześniej notując mój wybór, po czym odeszła od stolika. Wyjąłem telefon z kieszeni swoich ulubionych, czarnych, spodni. Szybko odblokowałem ekran niemal się nad tym nie zastanawiając. Okazało się, że mam dwa nieodebrane połączenia od Griffin'a i aż czternaście od Charlie. Powinno się jej kiedyś zabrać telefon na cały tydzień, jestem pewny, że nie przeżyłaby bez swojego dziecka nawet godziny. Pokręciłem głową z rozbawieniem i napisałem jej na jednym z portali społecznościowych, żeby się nie martwiła i, że zadzwonię koło dwudziestej. Właśnie miałem napisać równie krótką wiadomość do mojego starszego brata, jednak coś, a raczej ktoś pokrzyżował moje plany. Do kawiarenki wszedł Alan, kompletnie chujowaty, idiotowaty, egoistyczny i najbardziej dupkowaty dupek jakiego tak właściwie znam. Strasznie się powtarzam, ale to nie jedyne słowa jakimi można go opisać. Gdybym tylko chciał na pewno znalazłbym dużo malowniczych epitetów którymi mógłbym się popisać próbując oddać osobowość tego osobnika. Przewróciłem oczami i uśmiechnąłem się lekko gdy podszedł akurat do mojego stolika. Przestań Sean.
- Siemka! - zawołał dupek siadając na krześle naprzeciwko mnie.
Cóż, gdyby nie to, że było odsunięte zapewne teraz leżałby na ziemi. W duchu zaśmiałem się na widok jaki mógłbym zastać. Upiłem nieco swojej gorącej latte i wziąłem do ręki jeszcze nienapoczętą kanapkę o którą całkiem niedawno prosiłem kelnerkę. Brunet jednak wyrwał mi z dłoni jedzenie i nieco je nadgryzł. Zacisnąłem szczękę by nieco się opanować jednak w moich oczach na pewno widoczny był gniew.
- Co ty wyprawiasz? - niemalże wysyczałem, jednakże Winters kompletnie mnie zignorował i wydawał się rozkoszować moim jedzeniem.
- Dzięki skarbie - wydawało mi się czy naprawdę do mnie mrugnął? - Mimo to jednak mi nie smakuje, ale zgaduje, że nie będziesz już tego jeść - na jego idiotycznych ustach uformował się zwycięski uśmiech.
W mojej głowie jednak już pojawił się perfekcyjny plan. Uśmiechnąłem się najszerzej jak tylko umiałem i udałem, że wcale mnie to nie obeszło.
- Wiesz mou amour, akurat jestem wyjątkowo głodny, a przeszkodą jesteś jedynie ty - starałem się brzmieć jak najmilej co wcale nie było proste - Więc muszę chyba sobie z tobą poradzić.
Wstałem od stolika i podszedłem do nieświadomego Alana. Popatrzył na moją twarz oczekując, że coś na niej wypatrzy i to był jego błąd. Patrząc mu prosto w oczy kopnąłem go w piszczel, a korzystając z tego, że zwijał się z bólu zabrałem swoją kanapkę. Poczułem może tylko lekkie poczucie winy, ale zniknęło ono gdy usiadłem na swoim miejscu i już bez przeszkód mogłem rozkoszować się bułką. Alan zmierzył mnie groźnym spojrzeniem jednak nic więcej nie zrobił. W milczeniu dokończyłem jeść i pić, natomiast mój niechciany towarzysz wydawał się odpłynąć myślami gdzieś daleko.
- Tak sobie pomyślałem... - zaśmiałem się na słowa chłopaka, a ten zmarszczył brwi.
- Wow, Winters nie sądziłem, że jesteś zdolny do tak skomplikowanych czynności życiowych - wredny uśmieszek już zagościł na mojej twarzy.
- Zamknij się Montgomery - przewrócił oczami zapewne ubolewając nad moją głupotą - Kończąc moją wypowiedź... Pojedziemy do miasta.
Do miasta? Po co mielibyśmy jechać właśnie tam i czemu my? Ale zgodziłem się i tym sposobem wylądowaliśmy w prawie pustym autobusie jadąc na gapę. Cudownie.Westchnąłem i przeczesałem palcami swoje brązowe, świeżo myte włosy. Jakaś starsza pani przyglądała się nam jakbyśmy byli seryjnymi mordercami. Od kiedy zacząłem myśleć za nas oboje? Zdecydowanie powinienem to szybko skończyć. Tylko jeden, szybki wypad do sklepu i koniec. Ugh. Alan stwierdził, że już czas wysiadać, a ja nie chcąc znowu się sprzeczać po prostu wysiadłem i podążyłem za nim w kierunku małego spożywczaka. Co do diabła ten chłopak chce kupować o osiemnastej piętnaście? Włożyłem ręce do kieszeni i wszedłem do środka zaraz za brunetem. Szybko pojąłem cel tych wieczornych zakupów i stwierdziłem, że jestem koszmarnie nierozgarnięty jeśli się tego nie domyślałem. Zaraz zaraz...? Przecież Winters nie jest pełnoletni. Stanąłem przy dziale ze słodyczami i po prostu czekałem na niego. Poradzi sobie, cokolwiek chce zrobić.
Mrugnąłem do mojej nieistniejącej publiczności czy też fanów. Pod koniec mojego występu zrobiłem się strasznie zmęczony, ale zarejestrowałem fakt, że właśnie zaczął dzwonić telefon. Merde, kompletnie zapomniałem o Charline! Nagle kompletnie przerażony złapałem za urządzenie i nie zważając na to, że jestem pijany odebrałem połączenie od swojej byłej i jednocześnie najlepszej przyjaciółki.
- Siemka! - zawołał dupek siadając na krześle naprzeciwko mnie.
Cóż, gdyby nie to, że było odsunięte zapewne teraz leżałby na ziemi. W duchu zaśmiałem się na widok jaki mógłbym zastać. Upiłem nieco swojej gorącej latte i wziąłem do ręki jeszcze nienapoczętą kanapkę o którą całkiem niedawno prosiłem kelnerkę. Brunet jednak wyrwał mi z dłoni jedzenie i nieco je nadgryzł. Zacisnąłem szczękę by nieco się opanować jednak w moich oczach na pewno widoczny był gniew.
- Co ty wyprawiasz? - niemalże wysyczałem, jednakże Winters kompletnie mnie zignorował i wydawał się rozkoszować moim jedzeniem.
- Dzięki skarbie - wydawało mi się czy naprawdę do mnie mrugnął? - Mimo to jednak mi nie smakuje, ale zgaduje, że nie będziesz już tego jeść - na jego idiotycznych ustach uformował się zwycięski uśmiech.
W mojej głowie jednak już pojawił się perfekcyjny plan. Uśmiechnąłem się najszerzej jak tylko umiałem i udałem, że wcale mnie to nie obeszło.
- Wiesz mou amour, akurat jestem wyjątkowo głodny, a przeszkodą jesteś jedynie ty - starałem się brzmieć jak najmilej co wcale nie było proste - Więc muszę chyba sobie z tobą poradzić.
Wstałem od stolika i podszedłem do nieświadomego Alana. Popatrzył na moją twarz oczekując, że coś na niej wypatrzy i to był jego błąd. Patrząc mu prosto w oczy kopnąłem go w piszczel, a korzystając z tego, że zwijał się z bólu zabrałem swoją kanapkę. Poczułem może tylko lekkie poczucie winy, ale zniknęło ono gdy usiadłem na swoim miejscu i już bez przeszkód mogłem rozkoszować się bułką. Alan zmierzył mnie groźnym spojrzeniem jednak nic więcej nie zrobił. W milczeniu dokończyłem jeść i pić, natomiast mój niechciany towarzysz wydawał się odpłynąć myślami gdzieś daleko.
- Tak sobie pomyślałem... - zaśmiałem się na słowa chłopaka, a ten zmarszczył brwi.
- Wow, Winters nie sądziłem, że jesteś zdolny do tak skomplikowanych czynności życiowych - wredny uśmieszek już zagościł na mojej twarzy.
- Zamknij się Montgomery - przewrócił oczami zapewne ubolewając nad moją głupotą - Kończąc moją wypowiedź... Pojedziemy do miasta.
Do miasta? Po co mielibyśmy jechać właśnie tam i czemu my? Ale zgodziłem się i tym sposobem wylądowaliśmy w prawie pustym autobusie jadąc na gapę. Cudownie.Westchnąłem i przeczesałem palcami swoje brązowe, świeżo myte włosy. Jakaś starsza pani przyglądała się nam jakbyśmy byli seryjnymi mordercami. Od kiedy zacząłem myśleć za nas oboje? Zdecydowanie powinienem to szybko skończyć. Tylko jeden, szybki wypad do sklepu i koniec. Ugh. Alan stwierdził, że już czas wysiadać, a ja nie chcąc znowu się sprzeczać po prostu wysiadłem i podążyłem za nim w kierunku małego spożywczaka. Co do diabła ten chłopak chce kupować o osiemnastej piętnaście? Włożyłem ręce do kieszeni i wszedłem do środka zaraz za brunetem. Szybko pojąłem cel tych wieczornych zakupów i stwierdziłem, że jestem koszmarnie nierozgarnięty jeśli się tego nie domyślałem. Zaraz zaraz...? Przecież Winters nie jest pełnoletni. Stanąłem przy dziale ze słodyczami i po prostu czekałem na niego. Poradzi sobie, cokolwiek chce zrobić.
***
Nie wiem jakim sposobem znalazłem się w pokoju Alana z butelką wódki w ręku, ale wiem, że tak właśnie było. Tylko przecież ja nie pije. Może po prostu nie jestem w stanie wytrzymać z chłopakiem na trzeźwo, ale po pijaku wszystko jest inaczej. Nieco zakręciło mi się w głowie i popatrzyłem na chłopaka. Spoglądał w moim kierunku z... poczuciem winy? Nieee, to na pewno nie było to. Nagle zrobiło mi się nieco za gorąco. Zdjąłem swoją czarną bluzę z kapturem i rzuciłem gdzieś na łóżko bruneta. W zasadzie kompletnie zapomniałem o tym gdzie się znajduje, a tym bardziej z kim. Wydawało mi się, że Winters nieco wyżej ustawił głośność radio w którym właśnie leciała nowa piosenka Ariany Grande, o której jest w sumie bardzo głośno. Niezbyt się kontrolując zacząłem poruszać się w rytm muzyki oraz śpiewać. Cóż, zapewne odwaliłem tam niezłe przedstawienie.
- Though I 'd end up with Sean, but he wasn't a match - zanuciłem śmiejąc się głupkowato na swoje imię.
Widocznie po alkoholu jestem jeszcze głupszy niż bez. Ponownie zakręciłem biodrami i już kompletnie o wszystkim zapomniałem, pociągając kolejny łyk palącego płynu prosto z butelki.
- Wrote some songs about Ricky, now I listen and laugh - czyżbym usłyszał Alana?
Ponownie się zaśmiałem (och, Boże ratuj). Myślałem wtedy tylko o melodii znanej mi piosenki i o czymś o czym zdecydowanie nie powinienem.
- One taught me love, one taught me patience - odchyliłem głowę do tyłu nie zważając na chłopaka pokładającego się ze śmiechu - And one taught me pain, now I'm so amazing!
Na ostatnie słowa zrobiłem gest jaki dziewczyny robią gdy przechadzają się po korytarzach. Odczekałem nieco do refrenu, by kompletnie pozbawić się samokontroli i odwalić dość chaotyczny, zapewne w mojej głowie seksowny taniec.
- Thank you, next next, thank you, next next - zdawałem się nie zauważyć jak diametralnie zmieniło się zachowanie mojego towarzysza - Thank you, next. I'm so fuckin' grateful for my ex.
Mrugnąłem do mojej nieistniejącej publiczności czy też fanów. Pod koniec mojego występu zrobiłem się strasznie zmęczony, ale zarejestrowałem fakt, że właśnie zaczął dzwonić telefon. Merde, kompletnie zapomniałem o Charline! Nagle kompletnie przerażony złapałem za urządzenie i nie zważając na to, że jestem pijany odebrałem połączenie od swojej byłej i jednocześnie najlepszej przyjaciółki.
- Charline! - zaśmiałem się, bo jej imię w tamtym momencie wydało mi się takie zabawne - Kopltnie o toie zaomniaem.
Zdanie zakończył mój ponowny wybuch rozbawienia. Jakim cudem śpiewać po angielsku udało mi się normalnie a teraz nie potrafię normalnie gadać z ludźmi w "ojczystym", francuskim? Brunet siedzący obecnie na swoim łóżku udawał, że rozmowa wcale go nie zainteresowała. I tak nie zrozumie ani słowa. Wątpię by nawet Charlie cokolwiek rozumiała.
- Seanie Williamie Montgomery, kto do jasnej cholery cię tak spił?! - syknąłem na jej nieco zbyt głośny ton, a dziewczyna po drugiej stronie słuchawki ciężko westchnęła - Zadzwonię jutro, suko. Tylko masz odebrać.
- Tak jest! Kocham cię - ponownie się zaśmiałem (muszę z tym zdecydowanie skończyć, jak z tą dziwną znajomością z Alanem), ale blondynka już się rozłączyła.
Rzuciłem telefon na łóżko wkurzającego chłopaka a sam usiadłem na podłodze. Nawet nie wiem kiedy osunąłem się na nią i zasnąłem pijackim snem, nie do obudzenia.
***
Rankiem uderzyły we mnie wspomnienia ostatniego wieczoru. To co zrobiłem zdecydowanie było niemile widziane w Dressage Academy, i jeśli dyrektorka by o tym wiedziała miałbym przekichane. Czułem jakby ktoś próbował zdetonować mój mózg za pomocą bomby atomowej, a gdy otworzyłem oczy światło wydawało się zbyt jaskrawe, więc z jękiem na powrót je zamknąłem. Zmusiłem się do ponownego otwarcia ślepi, co spowodowało u mnie przerażenie. Leżałem w zdecydowanie nie swoim łóżku, dzięki Bogu w ubraniach, jednak obok mnie smacznie spał sobie nikt inny jak Alan. Czy ja czasem nie zasypiałem na podłodze? Przełknąłem ślinę próbując sobie wszystko wytłumaczyć w jakiś racjonalny sposób, ale moje gardło domagało się wody. Cicho opuściłem pokój Wintersa i przemieściłem się do swojego gdzie powitała mnie radosna Comanche. Nasypałem jej karmy, zmieniłem ubrania na kolejne czarne spodnie, czarną koszulkę i tym razem jedyną w mojej szafie białą bluzę po czym zdecydowałem przejść się do stajni by nieco oczyścić umysł zanim zabiorę się do przygotowywania książek na poniedziałkowe lekcje. Dobra, nie oszukujmy się. Nie zrobię tego, a pakować będę się rano w pośpiechu i na pewno czegoś zapomnę. Podążyłem znaną mi ścieżką z wczorajszego spaceru i bez problemu odnalazłem boks mojego wierzchowca. Otworzyłem drzwiczki i zacząłem poranną rozmowę z wierzchowcem. Enter w pewnym momencie położył uszy po sobie i niespokojnie parsknął w kierunku wejścia do boksu. Spojrzałem w tamtym kierunku i zobaczyłem kogoś kogo nie chciałem. Mnie i Entertainerowi przyglądał się z boku Alan Winters.
Alanek?
Trochę kicz ale jest
wtorek, 4 grudnia 2018
Od Alana cd. Sean'a
Cholernie nienawidziłem podróży taksówkami czy jakimikolwiek innymi środkami transportu. Okropny, często mdły zapach innych ludzi doprowadzał mnie do szału. Gdyby nie to że Dressage Academy jest najtańszą i najszybszą dla mnie opcją, siedziałbym teraz beztrosko pod mostem. Teraz właściwie nawet na most mnie nie stać.
Rozłożyłem się jeszcze bardziej na tylnych siedzeniach taksówki, wciskając do uszu mocniej słuchawki tylko by nie musieć słuchać ambitnej rozmowy sam do siebie starego pana, mojego miłego kurna kierowcy. Gdyby nie to że nie ma ochoty siedzieć w więzieniu, ten uroczy pan dawno leżałby w rowie. Bo bierne palenie szkodzi, a samo otwarte okno nic tu nie zdziała. Jedynym moim marzeniem było znalezienie się na miejscu i przysięgam tylko jak uda mi się wysiąść to wypale chyba całą paczkę naraz. Przymknąłem oczy, rozkoszując się głośną muzyką w uszach. Nie zauważyłem nawet kiedy się zatrzymaliśmy i kiedy staruszek otworzył moje drzwi.
Poczułem lekkie szturchnięcie w ramię, otworzyłem oczy i szybkim ruchem wyjąłem słuchawki.
- Jesteśmy. - starszy mężczyzna powiadomił mnie, po czym zatrzasnął drzwi. Wow, w sumie nie było najgorzej w tej taksówce...
Błyskawicznie się podniosłem, otworzyłem drzwi i wręcz wyleciałem z auta. Budynek był niczego sobie, wyglądał zabytkowo i nawet staro. Nie, w sumie wygląda jak zajebany z Hogwartu. Schowałem telefon do kieszeni, po chwili wyciągając paczkę papierosów i zapalniczkę. Taksówkarz w tym czasie wyjął moje rzeczy z bagażnika. Praktycznie już drżącymi rękami wyjmowałem papieros z paczki, ledwo co nawet odpaliłem zapalniczkę jednak gdy już mi się to udało, wsadziłem słodkie uzależnienie do ust mocno się zaciągnąłem. Odrobinę za mocno bo gdy wypuszczałem dym, musiałem odkaszlnąć.
- Umrzesz pan na raka płuc. - usłyszałem głos staruszka za plecami. Boże jebany Gandalf się znalazł, a powinien się cieszyć że go nie zajebałem po drodze.
- Spokojnie, zdążę na pana pogrzeb. - odgryzłem się chamsko, ignorując wściekłe spojrzenie mężczyzny.
- Należy się 120$ - teraz to on się uśmiechnął. Spojrzałem na niego zdziwiony.
- Kurwa za co? - warknąłem w jego stronę, ponownie zaciągając się papierosem.
- Mam doliczyć jeszcze trochę za obrazę dobrego pracownika?! Kiedyś to... -
- Dobra już daję! - przerwałem nim zaczął użalać się jaki to świat nie jest zły. Wyciągnąłem z kieszeni kurtki portfel, odliczyłem pieniądze i wręczyłem mu. Można by uznać że staruszek wręcz wrócił do taksówki, skacząc ze szczęścia.
Stałem chwilę przed akademią dokańczając papierosa, po czym rzuciłem go na ziemię i przygniotłem butem. Podniosłem swoje rzeczy i ruszyłem w stronę budynku, mając zamiar znaleźć biuro dyrektorki. Parę nastolatków, nawinęło mi się po drodze mimo to nie miałem zagadać choćby do jeden osoby.
Po chwili byłem już w środku, cudem odnalazłem gabinecik tej dyrektorki, która pewnie okaże się starą babą zadowoloną z życia. Nie zwracałem uwagi na dekoracje wnętrz, może i jestem gejem ale kurde co mam się zachwycać każdą najmniejszą rzeczą?!
Mimo to rzuciły mi się w oczy plastikowe krzesła, na szczęście puste więc nie miałem problemu z kolejką. Położyłem torby na krzesłach i postanowiłem wejść bez nich, w końcu kto ukradłby cokolwiek sprzed nosa dyrki?
Podszedłem bliżej drzwi i zapukałem, po usłyszeniu przygłuszonego "proszę", wszedłem do pokoju. Przywitałem się, po czym przedstawiłem i rozmawiałem z dyrektorką, co było katorgą bo kobieta strasznie się rozgadała. Po paru minutach byłem wolny, pożegnałem się więc i otworzyłem drzwi które ktoś także w tym momencie próbował otworzyć i mocno zderzyłem się z jakimś chłopakiem. Przeklął coś pod nosem, uroczo. Zmierzyłem go wzrokiem, jednocześnie przyglądając się mu. Ciemno, zmierzwione włosy pozostawione wręcz w artystycznym nie ładzie, a ciemne oczy także dodawały mu parę punktów do wyglądu.
- Uważaj co robisz - syknąłem w jego stronę. Za plecami usłyszałem cichy śmiech pani Peek. Jakby nie miała innego zajęcia.
- Panie Winters, skoro już przyjechał nasz drugi nowy uczeń to może zaczeka pan na niego i razem odnajdziecie się w akademii? - zasugerowała radośnie. Ależ oczywiście! A potem upieczemy domek z piernika i w nim zamieszkamy a potem niczym osioł ze "Shreka", spłodzimy pół smoki, pół osły i będziemy wieść szczęśliwe i długie życie!
Prychnąłem zrezygnowany, nim zdążyłem cokolwiek jeszcze dopowiedzieć chłopak zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Przyznam, może lekko mnie zirytował? Postanowiłem mimo wszystko poczekać na tą ciotę, co mi szkodzi w końcu. Zebrałem swoje rzeczy z jakże uroczych czarnych krzesełeczek i wyszedłem na zewnątrz. Wyczekując na chłopaka, upatrzyłem sobie kamienny murek na którym posadziłem swoje cztery litery, oparłem nogi o jedną z toreb i wyjąłem z kieszeni paczkę papierosów. Wyciągnąłem jednego z papierosów, schowałem opakowanie i wziąłem do ręki zapalniczkę. Dłuższą chwilę zajęło mi zapalenie jej, cholerstwo kończyło się już, a ja bez petów to tu zdechnę normalnie. Zaciągnąłem się, po prostu uwielbiam ten słodki zapach dymu. Z nudów zacząłem nawet robić kółka.
- Merde sądziłem, że jesteś typem buntownika Winters - usłyszałem szydzący głos chłopaka. Prychnąłem w odpowiedzi i zeskoczyłem z murku na ziemię, by otrzepać spodnie z niewidzialnego kurzu.
- Ja jestem buntownikiem - oznajmiłem - Nie podważaj tego kochanie.
Ostatnie słowo wycedziłem praktycznie przez zaciśnięte zęby, chłopak jedynie wywrócił oczami po czym ruszył znanym tylko sobie kierunku. Szybko zgarnąłem torby, wyrzuciłem niedopałek i dogoniłem chłopaka. Złapałem chłopaka za ramię, ten odwrócił się i uśmiechnął się ironicznie.
- Akademik jest w drugą stronę, masz słabą orientację w terenie - uśmiechnąłem się triumfalnie. Przez chwilę szliśmy w milczeniu od czasu do czasu posyłając sobie złośliwe spojrzenia. Dopiero teraz zauważyłem obok niego dreptającego, małego psa.
- Więc... jak tak naprawdę się nazywasz Winters? - nieznajomy przerwał jakże uroczą ciszę między nami.
- Alan. Chciałbym tylko przypomnieć, że ja także nie znam twojego imienia - odparłem, mimo iż opcja nazywania go ciotą była bardzo kusząca.
- Jestem Sean. Sean Montgomery. - powiedział, gdy przechodziliśmy przez drzwi ogromnego, starego budynku z kamienia. Jakże urocze imię, dla takiego idioty jak on.
- A więc niemiło cię poznać, Sean. – uśmiechnąłem się ironicznie.
Po drodze zaszliśmy do recepcji, gdyż nie miałem zielonego pojęcia jaki mam numer pokoju i szybko dowiedziałem się że to cudna trzydziestka ósemka i znajduje się na drugim piętrze. Sean za to nie spytał o swój pokój, w sumie nawet średnio mnie to obchodziło. Zaczęliśmy wchodzić po schodach, ciągając swoje bagaże. W końcu dotarliśmy na drugie piętro, byłem jakby lekko zdziwiony że chłopak za mną szedł. Próbuje się dowiedzieć gdzie mam pokój, czy co?
Rozłożyłem się jeszcze bardziej na tylnych siedzeniach taksówki, wciskając do uszu mocniej słuchawki tylko by nie musieć słuchać ambitnej rozmowy sam do siebie starego pana, mojego miłego kurna kierowcy. Gdyby nie to że nie ma ochoty siedzieć w więzieniu, ten uroczy pan dawno leżałby w rowie. Bo bierne palenie szkodzi, a samo otwarte okno nic tu nie zdziała. Jedynym moim marzeniem było znalezienie się na miejscu i przysięgam tylko jak uda mi się wysiąść to wypale chyba całą paczkę naraz. Przymknąłem oczy, rozkoszując się głośną muzyką w uszach. Nie zauważyłem nawet kiedy się zatrzymaliśmy i kiedy staruszek otworzył moje drzwi.
Poczułem lekkie szturchnięcie w ramię, otworzyłem oczy i szybkim ruchem wyjąłem słuchawki.
- Jesteśmy. - starszy mężczyzna powiadomił mnie, po czym zatrzasnął drzwi. Wow, w sumie nie było najgorzej w tej taksówce...
Błyskawicznie się podniosłem, otworzyłem drzwi i wręcz wyleciałem z auta. Budynek był niczego sobie, wyglądał zabytkowo i nawet staro. Nie, w sumie wygląda jak zajebany z Hogwartu. Schowałem telefon do kieszeni, po chwili wyciągając paczkę papierosów i zapalniczkę. Taksówkarz w tym czasie wyjął moje rzeczy z bagażnika. Praktycznie już drżącymi rękami wyjmowałem papieros z paczki, ledwo co nawet odpaliłem zapalniczkę jednak gdy już mi się to udało, wsadziłem słodkie uzależnienie do ust mocno się zaciągnąłem. Odrobinę za mocno bo gdy wypuszczałem dym, musiałem odkaszlnąć.
- Umrzesz pan na raka płuc. - usłyszałem głos staruszka za plecami. Boże jebany Gandalf się znalazł, a powinien się cieszyć że go nie zajebałem po drodze.
- Spokojnie, zdążę na pana pogrzeb. - odgryzłem się chamsko, ignorując wściekłe spojrzenie mężczyzny.
- Należy się 120$ - teraz to on się uśmiechnął. Spojrzałem na niego zdziwiony.
- Kurwa za co? - warknąłem w jego stronę, ponownie zaciągając się papierosem.
- Mam doliczyć jeszcze trochę za obrazę dobrego pracownika?! Kiedyś to... -
- Dobra już daję! - przerwałem nim zaczął użalać się jaki to świat nie jest zły. Wyciągnąłem z kieszeni kurtki portfel, odliczyłem pieniądze i wręczyłem mu. Można by uznać że staruszek wręcz wrócił do taksówki, skacząc ze szczęścia.
Stałem chwilę przed akademią dokańczając papierosa, po czym rzuciłem go na ziemię i przygniotłem butem. Podniosłem swoje rzeczy i ruszyłem w stronę budynku, mając zamiar znaleźć biuro dyrektorki. Parę nastolatków, nawinęło mi się po drodze mimo to nie miałem zagadać choćby do jeden osoby.
Po chwili byłem już w środku, cudem odnalazłem gabinecik tej dyrektorki, która pewnie okaże się starą babą zadowoloną z życia. Nie zwracałem uwagi na dekoracje wnętrz, może i jestem gejem ale kurde co mam się zachwycać każdą najmniejszą rzeczą?!
Mimo to rzuciły mi się w oczy plastikowe krzesła, na szczęście puste więc nie miałem problemu z kolejką. Położyłem torby na krzesłach i postanowiłem wejść bez nich, w końcu kto ukradłby cokolwiek sprzed nosa dyrki?
Podszedłem bliżej drzwi i zapukałem, po usłyszeniu przygłuszonego "proszę", wszedłem do pokoju. Przywitałem się, po czym przedstawiłem i rozmawiałem z dyrektorką, co było katorgą bo kobieta strasznie się rozgadała. Po paru minutach byłem wolny, pożegnałem się więc i otworzyłem drzwi które ktoś także w tym momencie próbował otworzyć i mocno zderzyłem się z jakimś chłopakiem. Przeklął coś pod nosem, uroczo. Zmierzyłem go wzrokiem, jednocześnie przyglądając się mu. Ciemno, zmierzwione włosy pozostawione wręcz w artystycznym nie ładzie, a ciemne oczy także dodawały mu parę punktów do wyglądu.
- Uważaj co robisz - syknąłem w jego stronę. Za plecami usłyszałem cichy śmiech pani Peek. Jakby nie miała innego zajęcia.
- Panie Winters, skoro już przyjechał nasz drugi nowy uczeń to może zaczeka pan na niego i razem odnajdziecie się w akademii? - zasugerowała radośnie. Ależ oczywiście! A potem upieczemy domek z piernika i w nim zamieszkamy a potem niczym osioł ze "Shreka", spłodzimy pół smoki, pół osły i będziemy wieść szczęśliwe i długie życie!
Prychnąłem zrezygnowany, nim zdążyłem cokolwiek jeszcze dopowiedzieć chłopak zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Przyznam, może lekko mnie zirytował? Postanowiłem mimo wszystko poczekać na tą ciotę, co mi szkodzi w końcu. Zebrałem swoje rzeczy z jakże uroczych czarnych krzesełeczek i wyszedłem na zewnątrz. Wyczekując na chłopaka, upatrzyłem sobie kamienny murek na którym posadziłem swoje cztery litery, oparłem nogi o jedną z toreb i wyjąłem z kieszeni paczkę papierosów. Wyciągnąłem jednego z papierosów, schowałem opakowanie i wziąłem do ręki zapalniczkę. Dłuższą chwilę zajęło mi zapalenie jej, cholerstwo kończyło się już, a ja bez petów to tu zdechnę normalnie. Zaciągnąłem się, po prostu uwielbiam ten słodki zapach dymu. Z nudów zacząłem nawet robić kółka.
- Merde sądziłem, że jesteś typem buntownika Winters - usłyszałem szydzący głos chłopaka. Prychnąłem w odpowiedzi i zeskoczyłem z murku na ziemię, by otrzepać spodnie z niewidzialnego kurzu.
- Ja jestem buntownikiem - oznajmiłem - Nie podważaj tego kochanie.
Ostatnie słowo wycedziłem praktycznie przez zaciśnięte zęby, chłopak jedynie wywrócił oczami po czym ruszył znanym tylko sobie kierunku. Szybko zgarnąłem torby, wyrzuciłem niedopałek i dogoniłem chłopaka. Złapałem chłopaka za ramię, ten odwrócił się i uśmiechnął się ironicznie.
- Akademik jest w drugą stronę, masz słabą orientację w terenie - uśmiechnąłem się triumfalnie. Przez chwilę szliśmy w milczeniu od czasu do czasu posyłając sobie złośliwe spojrzenia. Dopiero teraz zauważyłem obok niego dreptającego, małego psa.
- Więc... jak tak naprawdę się nazywasz Winters? - nieznajomy przerwał jakże uroczą ciszę między nami.
- Alan. Chciałbym tylko przypomnieć, że ja także nie znam twojego imienia - odparłem, mimo iż opcja nazywania go ciotą była bardzo kusząca.
- Jestem Sean. Sean Montgomery. - powiedział, gdy przechodziliśmy przez drzwi ogromnego, starego budynku z kamienia. Jakże urocze imię, dla takiego idioty jak on.
- A więc niemiło cię poznać, Sean. – uśmiechnąłem się ironicznie.
Po drodze zaszliśmy do recepcji, gdyż nie miałem zielonego pojęcia jaki mam numer pokoju i szybko dowiedziałem się że to cudna trzydziestka ósemka i znajduje się na drugim piętrze. Sean za to nie spytał o swój pokój, w sumie nawet średnio mnie to obchodziło. Zaczęliśmy wchodzić po schodach, ciągając swoje bagaże. W końcu dotarliśmy na drugie piętro, byłem jakby lekko zdziwiony że chłopak za mną szedł. Próbuje się dowiedzieć gdzie mam pokój, czy co?
- Czekaj... czemu ty też tutaj jesteś? – zmarszczyłem brwi w niezrozumieniu. Chłopak przewrócił oczami i westchnął.
- Bardzo mi przykro piękny chłopcze – podszedł do drzwi, pokoju o dwa numery mniejsze od mojego - ale chyba będziemy skazani na swoje towarzystwo jako sąsiedzi. -
Piękny chłopcze? Zresztą cholera serio musimy być sąsiadami? Sean przekręcił klucz w zamku, otworzył drzwi, wrzucając swoje bagaże do pokoju. Obserwowałem go z zażenowaniem, może w lekkiej nadziei na jakąś jeszcze rozmowę. Chłopak jednak spojrzał na mnie ostatni raz i zamknął się w pokoju. Debil.
Wyjąłem z kieszeni nowo otrzymane klucze, otworzyłem drzwi i rzuciłem w próg bagaże. Mieszkanko wydawało się fajne, mimo iż było w nim trochę za jasno, jak dla mnie. Mała kuchnia, urocza łazienka i cudowna duża sypialnia. Ogromne łóżko, idealne wprost dla mnie. Moim aktualnie największym marzeniem było zanurzenie się w nim i pójście spać, jednak było zdecydowanie zbyt wcześnie więc bym nie zasnął. Nagle wszystkiego mi się odechciało, nawet z rozpakowywaniem bagaży dałem sobie spokój. Może rozejrzę się za jakimś śniadaniem?
Wróciłem do punktu wyjścia i otworzyłem drzwi, jednak w połowie napotkały opór który wręcz odbił je w moją stronę. Zakląłem pod nosem, widząc że owym oporem jest Sean i teraz leżał na ziemi, pocierając czoło.
- Oh jejku, jakie to urocze. Mamusia nie nauczyła cię chodzić? – uśmiechnąłem się ironicznie. Chłopak uśmiechnął się krzywo.
- A ciebie nie nauczyła przepraszać? – burknął.
- Za co? Za to że jesteś ciotą? – zaśmiałem się sztucznie. Chłopak tylko głośno westchnął, dalej pocierając czoło.
- Pomóc? – wyciągnąłem do chłopaka, rękę. Oczywiście Sean zaufał mi, co było błędem i nim zdążył dotknąć mojej dłoni, szybko ją cofnąłem.
- Żartowałem. – zaśmiałem się. – Do niezobaczenia. – pożegnałem się, zamykając drzwi od swojego pokoju i oddaliłem się hen daleko, nie zważając na chłopaka.
Podobno tutaj w na terenie akademii jest mała kawiarnia, jednak nie miałem zielonego pojęcia jak ją znaleźć. Dlatego jedyny wyjściem było błądzenie, aż w końcu znajdę to miejsce.
***
W końcu udało mi się znaleźć upragnione miejsce i było dość uroczo urządzone. Spokojne, ciche miejsce, uczniów praktycznie nie było nie licząc może paru dziewczyn i jakiegoś chłopaka. Rozejrzałem się jeszcze chwilę po kawiarni w poszukiwaniu jakiegoś miejsca i mój wzrok chcąc nie chcąc spoczął na owym chłopaku. Czyżby to Sean? Podszedłem bliżej niego i rzeczywiście trafiłem w dziesiątkę. Usiadłem naprzeciw chłopaka, właściwie rzucając się na krzesełko i całe szczęście że było odsunięte.
- Siemka! – przywitałem się z chłopakiem, przez chwilę mógłbym przysiąc że widziałem uśmiech na jego ustach. Sean mimo wszystko, nie odezwał się do mnie słowem jedynie przewrócił oczami i złapał za kubek. Widocznie był już od paru minut w kawiarni, bo miał już jakąś kanapkę i napój. Damn, aż zgłodniałem.
Chłopak starał się unikać mojego wzroku, upił łyk bliżej mi nieznanego napoju i wziął do ręki kanapkę. Wyrwałem mu jedzenie z ręki i szybko ugryzłem kęs.
- Co ty wyprawiasz? – chłopak spojrzał na mnie wściekły. Zignorowałem go i rozkoszowałem się słodkim, darmowym jedzeniem.
- Dzięki skarbie – mrugnąłem do niego. – Mimo to jednak mi nie smakuje ale zgaduje że nie będziesz już tego jeść. – uśmiechnąłem się zwycięsko.
Sean? Skarbie? xD
Od Quil'a cd Douglasa
Ziewnąłem przeciągle i spojrzałem na zegarek 3:59. Kurde, zaraz czwarta, skoro i tak już nie zasnę, to wypadałoby zrobić cokolwiek pożytecznego, pomyślałem. Wyskoczyłem z łóżka i ruszyłem do kuchni, aby zrobić sobie poranną kawę. Po przygotowaniu naparu, wlałem go do swojego ulubionego kubka i podszedłem do okna, które po chwili otworzyłem na oścież. Zimne powietrze wdarło się do pomieszczenia, drażniąc moją klatkę piersiową. Uwielbiałem spać bez koszulki, czułem się wtedy o wiele lepiej. Usiadłem na łóżku i powoli zacząłem wypijać kawę. Napój zaczął rozgrzewać mnie od środka, a no moich policzkach zagościły rumieńce, zawsze tak miałem. Gdy do końca opróżniłem kubek, odołożyłem go na szafkę nocną i sięgnąłem po nowe ubrania. Po kilku minutach byłem już gotowy do wyjścia. Rzuciłem okiem na zegarek. 4:42. Nasypałem Desmondowi jedzonko do miseczki i włożyłem buty. Niedziela to idealny dzień na błąkanie się po akademii i obserwowanie innych, trochę jak cichy morderca... never mind. Gdy lis zjadł, narzuciłem na siebie kurtkę i opuściłem mieszkanie, ówcześnie zabierając telefon, portfel i klucze. Zakluczyłem drzwi i ruszyłem korytarzem w stronę schodów. Wyszedłem z budynku i poszedłem do stajni, aby sprawdzić, co u Regema. Gdy tylko przekroczyłem próg stajni, do moich uszu dotarło wesołe rżenie koni. Podszedłem do mojego gniadusa i poklepałem go po szyi. Sprawdziłem, czy czegoś mi nie potrzeba, a gdy wrzuciłem mu przysmak do śniadanka, odwróciłem się i wyszedłem z budynku. Wlokłem się chodnikiem ze spuszczoną głową, lecz po chwili wpadłem na coś... raczej na kogoś. Chłopak popatrzył na mnie wściekły.
-Co Ty robisz?! Pobrudziłeś mi nowe buty! - Wrzasnął.
Bałem się, naprawdę. Patrzyłem smutnym wzrokiem na blondyna. Chyba nie był z akademii.
-A przepraszać Cię matka nie uczyła?! - Ponownie się wydarł, uderzając mnie w brzuch.
Skuliłem się, ale nadal stałem na nogach. Coraz więcej łez napływało mi do oczu.
-Języka w gębie zapomniałeś?! - Warknął, zadając mi ostatni cios w twarz. Następnie odszedł bez słowa.
Nie tylko łzy ciekły mi z oczu, na ustach poczułem krew, która ewidentnie wskazywała na to, że mam uszkodzony nos. Założyłem kaptur i szybkim krokiem ruszyłem w stronę akademii. Gdy byłem już w budynku i sprawdziłem, czy nikogo nie ma, zdjąłem kaptur i przetarłem ręką krew z twarzy. Podniosłem wzrok na schody i zauważyłem chłopaka, który na mnie patrzył. Super, kolejny będzie pytał, co się stało...
-Co Ty robisz?! Pobrudziłeś mi nowe buty! - Wrzasnął.
Bałem się, naprawdę. Patrzyłem smutnym wzrokiem na blondyna. Chyba nie był z akademii.
-A przepraszać Cię matka nie uczyła?! - Ponownie się wydarł, uderzając mnie w brzuch.
Skuliłem się, ale nadal stałem na nogach. Coraz więcej łez napływało mi do oczu.
-Języka w gębie zapomniałeś?! - Warknął, zadając mi ostatni cios w twarz. Następnie odszedł bez słowa.
Nie tylko łzy ciekły mi z oczu, na ustach poczułem krew, która ewidentnie wskazywała na to, że mam uszkodzony nos. Założyłem kaptur i szybkim krokiem ruszyłem w stronę akademii. Gdy byłem już w budynku i sprawdziłem, czy nikogo nie ma, zdjąłem kaptur i przetarłem ręką krew z twarzy. Podniosłem wzrok na schody i zauważyłem chłopaka, który na mnie patrzył. Super, kolejny będzie pytał, co się stało...
Doug? C:
poniedziałek, 3 grudnia 2018
Od Seana do Alana
Rozdrażniony otworzyłem swoje cudowne i wartościowe oczy, aby z niesmakiem stwierdzić, że autobus właśnie podjechał pod moje nowe miejsce zamieszkania. Odkąd ojciec dowiedział się o mojej orientacji zrobił się jeszcze gorszy niż zawsze, a jako iż uznał mnie i Griffina za wstyd postanowił pozbyć się tego którego akurat miał pod ręką. Mój brat jednak mieszka już od roku samotnie na obrzeżach Nowego Jorku, więc jedynie ja byłem dostępny. Tak oto wylądowałem razem z Comanche i całym moim dobytkiem w dość dużym autobusie, którego kierowca zgodził się mnie odwieźć pod Dressage Academy. Nie ukrywam, niechęć mężczyzny nadal jest dość piorunująca. Spojrzałem na zegarek by zaraz podnieść swoje cztery litery z niezbyt wygodnego siedzenia. Za około pół godziny powinni dowieźć mi mojego narwanego wierzchowca. Lekceważąco pożegnałem się z kierowcą i zbiegłem po trzech schodkach pozwalających dostać się do pojazdu. Wydostałem swoją torbę oraz walizkę z niewielkiej komory pod autobusem. Małe kółka zazgrzytały gdy tylko dotknęły żwiru, a ja nie oglądając się więcej zacząłem podążać w stronę ogromnej, czarnej bramy. Biała sunia zamerdała ogonkiem i potruchtała za mną, szybko przebierając swoimi krótkimi, psimi łapkami. Pchnąłem lekko bramkę, dzięki czemu dostałem się na teren obiektu moich katorg. Kilkoro nastolatków, zapewne w moim wieku, podążało różnymi ścieżkami w obranych przez siebie kierunkach. Postanowiłem poszukać biura dyrektorki i chociaż udać zainteresowanie nowym miejscem, szczególnie, że pojawiam się w trakcie roku szkolnego. Cóż, taki urok mojego ojca i jego szalonych pomysłów. Wypatrzyłem tabliczkę z napisem Do biura, co uznałem za dobry znak. Przynajmniej szybko będę miał to z głowy i obędzie się bez pytania przypadkowych ludzi. Nie lubię ludzi. Nareszcie ścieżka z kamieni i błota przerodziła się w chodnik. Po krótkim spacerze dotarłem pod jasno brązowe drzwi które z całą pewnością prowadziły do biura. Powinno łatwo pójść, pewnie po prostu dostanę klucze, plan lekcji, a następnie numer boksu czy coś równie błahego. Nacisnąłem metalową, lodowatą klamkę i skrzywiłem się. Nie lubię zimna. Chyba zacznę robić listę rzeczy których nie lubię, wtedy zapewne łatwiej będzie mi ustalić co w ogóle lubię. Zabiorę się za to po przyjściu do pokoju, o ile moje lenistwo nie wygra. W przedsionku powitały mnie białe ściany i wieszak pod kolor drzwi wejściowych. Pod ścianą ustawione w rządek były plastikowe, czarne krzesła jakie możemy spotkać w poczekalniach u lekarzy. Nikt nie siedział na żadnym z nich, tak więc postanowiłem zaryzykować i zapukać do gabinetu. W zasadzie... po co pukać? Moje palce ponownie spotkały się z zimną powierzchnią klamki własnie wtedy gdy drzwi do biura dyrektorki Peek się otworzyły. Oczywiście, ja i moje szczęście dogadujemy się wprost znakomicie, więc nieuniknione było moje zderzenie z przystojnym, ciemnowłosym chłopakiem. Przekląłem pod nosem gdy uderzyłem we framugę drzwi i musiałem przytrzymać się krzesełka aby nie upaść na, zapewne zimną, posadzkę. Osobnik zmierzył mnie zabójczym spojrzeniem, jednak niezbyt się tym przejąłem i jedynie potarłem swoje obite biodro.
- Uważaj co robisz - syknął, co uznałem za piękny dźwięk.
Cóż, nie moja wina, że ma ładny głos. Siedząca za biurkiem kobieta przerwała moje jakże cudowne rozmyślania o nieznajomym swoim cichym śmiechem.
- Panie Winters, skoro już przyjechał nasz drugi nowy uczeń to może zaczeka pan na niego i razem odnajdziecie się w akademii? - zasugerowała radosnym tonem.
Umrzyj. Błagam umrzyj kobieto, ja nie zamierzałem nikogo poznawać przynajmniej przez następne dwadzieścia cztery godziny. Chłopak jedynie prychnął, a ja nie chcąc odbierać sobie kolejnych minut możliwego czasu wolnego, zamknąłem mu drzwi przed nosem i podszedłem do biurka dyrektorki.
***
Po krótkiej rozmowie, a raczej monologu pani Peek, dowiedziałem się dokładnie tego czego się spodziewałem. Zabrałem rzeczy spod gabinetu, a Comanche zerwała się z ziemi i już po chwili ponownie dreptała u mojego boku. Otwierając ponownie drzwi na to przeklęte zimno nie oczekiwałem jednak zobaczyć tam tej osoby, którą tam zobaczyłem. Ciemnowłosy chłopak przez którego prawie miałbym bliskie spotkanie z ziemią, siedział na kamiennym murku opierając nogi o jedną z dwóch toreb i palił papierosa wypuszczając do góry kółka uformowane z dymu. Zaśmiałem się cicho i pokręciłem głową w niedowierzaniu.
- Merde sądziłem, że jesteś typem buntownika Winters - zaszydziłem.
Nieznajomy prychnął i zeskoczył z murku na ziemię, aby otrzepać spodnie z niewidzialnego kurzu.
- Ja jestem buntownikiem - oznajmił - Nie podważaj tego kochanie.
Mimo, że wycedził to ostatnie słowo, coś spowodowało pewnego rodzaju niepokój budzący się we mnie. Przewróciłem oczami pragnąc zignorować ten wyraz. Jako iż jestem nad wyraz mądry, inteligentny i takie tam to po prostu zignorowałem chłopaka (to wcale nie tak że na mnie czekał) i ruszyłem w tylko sobie znanym kierunku. Uszedłem zaledwie kilka kroków, by poczuć czyjś dotyk na swoim ramieniu. Już chciałem warknąć do ktosia żeby się odczepił, jednak widząc bruneta jedynie uśmiechnąłem się ironicznie.
- Akademik jest w drugą stronę, masz słabą orientację w terenie - odwzajemnił mój uśmiech, jednak jego wyrażał triumf.
Wygrał ta partię. Momencik. Przecież my w nic nie gramy, prawda? Oby. Przez chwilę szliśmy w milczeniu od czasu do czasu posyłając sobie złośliwe spojrzenia. Savage nic sobie nie robiła z wyczuwalnego napięcia i po prostu truchtała obok mnie niczym się nie przejmując. Cholerna zdrajczyni.
- Więc... jak tak naprawdę się nazywasz Winters? - postanowiłem przerwać niezręczną ciszę.
- Alan. Chciałbym tylko przypomnieć, że ja także nie znam twojego imienia - odparł.
Ładne imię. Mógłbym wymyślać do niego dużo skrótów, łatwo się je wymawia.. ale nie. Nie zostaniemy nawet przyjaciółmi, ponieważ zamierzam to zniszczyć.
- Jestem Sean. Sean Montgomery - powiedziałem w momencie gdy przeszliśmy przez drzwi ogromnego, starego budynku z kamienia.
- A więc niemiło cię poznać, Sean.
Przez sposób w jaki wypowiedział moje imię przeszły mnie ciarki, jednak zwaliłem to wszystko na przeklętą zimę i równie przeklęty grudzień. Miła kobieta na recepcji powiedziała nam, a raczej Alanowi, bo to on pytał, że jego pokój znajduje się na drugim piętrze. Trzydzieści osiem. Trzydzieści sześć. Nikt nie ostrzegał, że będziemy mieszkali tak blisko siebie. Jak dobrze, że on jeszcze niczego nie podejrzewa. Wychodziliśmy stopień po stopniu, jednak żaden nie chciał pomóc drugiemu w wynoszeniu rzeczy. Biała kulka cały czas dotrzymywała mi kroku, ale i tak doskonale wiedziałem, że już dawno mogłaby tam być gdyby nie nasza więź. Robię się nieco zbyt ckliwy. Dotarliśmy na drugie piętro.
- Czekaj... czemu ty też tutaj jesteś? - brunet zmarszczył brwi w niezrozumieniu.
Przewróciłem oczami i westchnąłem teatralnie.
- Bardzo mi przykro piękny chłopcze - podszedłem do drzwi swojego pokoju - ale chyba będziemy skazani na swoje towarzystwo jako sąsiedzi.
Przekręciłem klucz w zamku, naparłem na klamkę i szybko wrzuciłem do pokoju wszystkie rzeczy. Coma w ostatniej chwili przebiegła przez szparę jaką jej zostawiłem. Rzuciłem ostatnie spojrzenie zażenowanemu chłopakowi i zamknąłem się w pokoju. Nienawidzę go. Jednak moja podświadomość ciągle powtarzała mi, że jest ładny. Cóż. Jest. Sean, nie.
- Merde sądziłem, że jesteś typem buntownika Winters - zaszydziłem.
Nieznajomy prychnął i zeskoczył z murku na ziemię, aby otrzepać spodnie z niewidzialnego kurzu.
- Ja jestem buntownikiem - oznajmił - Nie podważaj tego kochanie.
Mimo, że wycedził to ostatnie słowo, coś spowodowało pewnego rodzaju niepokój budzący się we mnie. Przewróciłem oczami pragnąc zignorować ten wyraz. Jako iż jestem nad wyraz mądry, inteligentny i takie tam to po prostu zignorowałem chłopaka (to wcale nie tak że na mnie czekał) i ruszyłem w tylko sobie znanym kierunku. Uszedłem zaledwie kilka kroków, by poczuć czyjś dotyk na swoim ramieniu. Już chciałem warknąć do ktosia żeby się odczepił, jednak widząc bruneta jedynie uśmiechnąłem się ironicznie.
- Akademik jest w drugą stronę, masz słabą orientację w terenie - odwzajemnił mój uśmiech, jednak jego wyrażał triumf.
Wygrał ta partię. Momencik. Przecież my w nic nie gramy, prawda? Oby. Przez chwilę szliśmy w milczeniu od czasu do czasu posyłając sobie złośliwe spojrzenia. Savage nic sobie nie robiła z wyczuwalnego napięcia i po prostu truchtała obok mnie niczym się nie przejmując. Cholerna zdrajczyni.
- Więc... jak tak naprawdę się nazywasz Winters? - postanowiłem przerwać niezręczną ciszę.
- Alan. Chciałbym tylko przypomnieć, że ja także nie znam twojego imienia - odparł.
Ładne imię. Mógłbym wymyślać do niego dużo skrótów, łatwo się je wymawia.. ale nie. Nie zostaniemy nawet przyjaciółmi, ponieważ zamierzam to zniszczyć.
- Jestem Sean. Sean Montgomery - powiedziałem w momencie gdy przeszliśmy przez drzwi ogromnego, starego budynku z kamienia.
- A więc niemiło cię poznać, Sean.
Przez sposób w jaki wypowiedział moje imię przeszły mnie ciarki, jednak zwaliłem to wszystko na przeklętą zimę i równie przeklęty grudzień. Miła kobieta na recepcji powiedziała nam, a raczej Alanowi, bo to on pytał, że jego pokój znajduje się na drugim piętrze. Trzydzieści osiem. Trzydzieści sześć. Nikt nie ostrzegał, że będziemy mieszkali tak blisko siebie. Jak dobrze, że on jeszcze niczego nie podejrzewa. Wychodziliśmy stopień po stopniu, jednak żaden nie chciał pomóc drugiemu w wynoszeniu rzeczy. Biała kulka cały czas dotrzymywała mi kroku, ale i tak doskonale wiedziałem, że już dawno mogłaby tam być gdyby nie nasza więź. Robię się nieco zbyt ckliwy. Dotarliśmy na drugie piętro.
- Czekaj... czemu ty też tutaj jesteś? - brunet zmarszczył brwi w niezrozumieniu.
Przewróciłem oczami i westchnąłem teatralnie.
- Bardzo mi przykro piękny chłopcze - podszedłem do drzwi swojego pokoju - ale chyba będziemy skazani na swoje towarzystwo jako sąsiedzi.
Przekręciłem klucz w zamku, naparłem na klamkę i szybko wrzuciłem do pokoju wszystkie rzeczy. Coma w ostatniej chwili przebiegła przez szparę jaką jej zostawiłem. Rzuciłem ostatnie spojrzenie zażenowanemu chłopakowi i zamknąłem się w pokoju. Nienawidzę go. Jednak moja podświadomość ciągle powtarzała mi, że jest ładny. Cóż. Jest. Sean, nie.
Alanek?
To jest cudo xx
Subskrybuj:
Posty (Atom)