Musiałam zacząć się przygotowywania do zakładu, bo na razie marnie mi to szło. Jedyne jakie miałam pojęcie o koniach to te z gier. Ciekawe jak jak można nabić sobie poziom z takim koniem. Dziwne one są. Mają duże pyski i ogólnie są przerażająco wielkie. Czułam kosmicznie mała przy nich. Stanęłam przed jednym z koni. Wpatrywałam się w niego, równo z tym pisząc na telefonie. Pisałam każde swoje spostrzeżenie na temat konia i jego różnicach z komputerowym odpowiednikiem. Moje palce przesuwały się z niebywałą szybkością i zwinnością po klawiaturze.
“Wygląda lepiej niż jego komputerowy odpowiednik jednak postęp graficzny idzie tak do przodu, że niedługo prześcignie realistycznego. Myślę, że konia w grach zdecydowanie łatwiej się oswaja i ujeżdża. Nie wymaga to dużo wysiłku, a koń zawsze jest posłuszny. I największa wada takiego konia jest okropny smród. W grach nie czuć tego, ale w tutaj jest to nie do zniesienia. Mdli mnie i mam ochotę uciec”.
Napisałam to i schowałam telefon do kieszeni, jest on moją duszą. Brązowa maść bardzo typowa dla konia chociaż w grach przeważa czarny jest on wręcz kultowym kolorem. Jeszcze ma białe coś na czole. Nie wydaje się agresywny, ani innych skłonności. Robię krok w jego stronę, wyciągam dłoń chcąc go dotknąć.
- Pierwszy raz mam do czynienia z koniem - mówię do siebie, a raczej do konia. Chrypa w moim głosie brzmi jakby przez tydzień nie odzywała się. Koń nagle się płoszy, a ja prawie dostaję zawału. Odskakuje przerażona od dzikiego zwierza. Potykam się o własne nogi z krzykiem ląduje na ziemi. Uderzam głową o jeden z boksów. Wydaje z siebie jęk bólu. Łzy pojawiają się w moich oczach.
-Co za głupi koń. -
Scarlett?
poniedziałek, 16 lipca 2018
sobota, 14 lipca 2018
Od Scarlett do Rosalie
Westchnęłam i zamknęłam książkę. Kolejny tom skończony. Został mi jeszcze tylko jeden... Pod koniec sierpnia jadę do domu na parę dni i wezmę sobie cały zapas.
Spojrzałam na zegarek; dochodziła godzina trzecia. Niesamowite, że jak czytam, to czas tak szybko leci. Podeszłam do okna. Było mi trochę duszno, więc otworzyłam je na oścież. Uznałam, że pójdę do Hota, a jak wrócę to je zamknę. Ja to mam ciekawe postanowienia.
A może by tak pojeździć? Usiadłam na łóżku. Dzisiaj nie robiłam nic ciekawego, a na moim koniku nie jeździłam od... Tak, jeszcze z nim tu nie jeździłam. Biedak pewnie ma za dużo energii, a ja myślę o tym, kiedy zamknę okno! Założyłam granatowe bryczesy i czekoladowe sztyblety. Czekoladowe... A gdyby tak zjeść coś dobrego... Nie. Muszę pojeździć. Może potem.
Już sięgałam po czapsy w tym samym kolorze, ale cofnęłam rękę. Będzie mi gorąco. To samo z podkolanówkami. Wyszłam więc z pokoju. Na ręce miałam założoną gumkę, więc związałam sobie włosy.
- Hej - powiedziałam do Hota kiedy już byłam w stajni.
Hot wystawił łeb. Pogłaskałam go po chrapach.
Mogłam od razu pójść po szczotki. Cofnęłam się do siodlarni i wzięłam swoją zieloną skrzynkę.
Zwiesiłam kantar i uwiąz z haczyka. Weszłam do boksu i zaczęłam zakładać kantar wałachowi. Nagle uniósł głowę i parsknął krótko.
- Spokojnie - powiedziałam i pogłaskałam go po szyi.
(...)
Po osiodłaniu zaprowadziłam konia na odkrytą ujeżdżalnię, bo akurat była wolna. Dzisiaj chciałam pojeździć w stylu klasycznym, bo ciągnęło mnie do skoków. Jak zawsze zresztą. Dociągnęłam popręg. Rozejrzałam się po ujeżdżalni, ale nie znalazłam żadnego stołka. No trudno. Złapałam wodze razem z przednim łękiem. Już miałam wkładać nogę w strzemię, ale Hot nagle zaczął się kręcić. No tak. Mogłam się po nim spodziewać takich sztuczek.
Na szczęście ja też miałam na niego swoje sztuczki. Złapałam wodze mocniej, a bat trzymałam przed jego przednimi nogami. Gdy tylko próbował iść do przodu, pacałam go lekko. W końcu zrozumiał i udało mi się wsiąść.
Po kilku kółkach stępem skróciłam wodze i przycisnęłam łydki. Hot ruszył kłusem. Zaczęłam robić serpentyny i wolty, co jakiś czas zmieniając kierunek. Po jakimś czasie przeszłam do stępa.
- Dobra robota - powiedziałam, klepiąc konia po szyi. Parsknął z zadowoleniem.
Zauważyłam leżące niedaleko drążki, więc zsiadłam z Hota i powiedziałam "czekaj". To było polecenie, którego nauczyłam go kilka miesięcy temu. Przydawało mi się między innymi wtedy, kiedy chciałam ustawić przeszkody. Hot szybko nauczył się tego polecenia i kiedy mówiłam "czekaj", stał grzecznie dopóki do niego nie podchodziłam.
Ustawiłam cavaletti składające się z pięciu drążków i wsiadłam.
Postępowaliśmy chwilę, po czym dałam Hotowi znak do kłusa.
Hot był dzisiaj bardzo grzeczny. Czasami musiałam go przytrzymywać, bo chciał jechać szybciej, ale wtedy od razu zwalniał. Nie potykał się o drążki, jechał z gracją.
Po około dziesięciu minutach drążków przeszłam do stępa. Niedaleko wypatrzyłam parkur. Postanowiłam wybrać się tam i parę razy go przejechać.
Ale nie był pusty. Jeździła tam jakaś dziewczyna na karej klaczy arabskiej. Może właśnie zyskam szansę na zdobycie koleżanki. Podjechałam bliżej i zaczekałam aż skończy skakać. Wreszcie przeszła do stępa i podjechała do mnie.
- Mogę z tobą poćwiczyć? - spytałam.
<Rosalie?>
Spojrzałam na zegarek; dochodziła godzina trzecia. Niesamowite, że jak czytam, to czas tak szybko leci. Podeszłam do okna. Było mi trochę duszno, więc otworzyłam je na oścież. Uznałam, że pójdę do Hota, a jak wrócę to je zamknę. Ja to mam ciekawe postanowienia.
A może by tak pojeździć? Usiadłam na łóżku. Dzisiaj nie robiłam nic ciekawego, a na moim koniku nie jeździłam od... Tak, jeszcze z nim tu nie jeździłam. Biedak pewnie ma za dużo energii, a ja myślę o tym, kiedy zamknę okno! Założyłam granatowe bryczesy i czekoladowe sztyblety. Czekoladowe... A gdyby tak zjeść coś dobrego... Nie. Muszę pojeździć. Może potem.
Już sięgałam po czapsy w tym samym kolorze, ale cofnęłam rękę. Będzie mi gorąco. To samo z podkolanówkami. Wyszłam więc z pokoju. Na ręce miałam założoną gumkę, więc związałam sobie włosy.
- Hej - powiedziałam do Hota kiedy już byłam w stajni.
Hot wystawił łeb. Pogłaskałam go po chrapach.
Mogłam od razu pójść po szczotki. Cofnęłam się do siodlarni i wzięłam swoją zieloną skrzynkę.
Zwiesiłam kantar i uwiąz z haczyka. Weszłam do boksu i zaczęłam zakładać kantar wałachowi. Nagle uniósł głowę i parsknął krótko.
- Spokojnie - powiedziałam i pogłaskałam go po szyi.
(...)
Po osiodłaniu zaprowadziłam konia na odkrytą ujeżdżalnię, bo akurat była wolna. Dzisiaj chciałam pojeździć w stylu klasycznym, bo ciągnęło mnie do skoków. Jak zawsze zresztą. Dociągnęłam popręg. Rozejrzałam się po ujeżdżalni, ale nie znalazłam żadnego stołka. No trudno. Złapałam wodze razem z przednim łękiem. Już miałam wkładać nogę w strzemię, ale Hot nagle zaczął się kręcić. No tak. Mogłam się po nim spodziewać takich sztuczek.
Na szczęście ja też miałam na niego swoje sztuczki. Złapałam wodze mocniej, a bat trzymałam przed jego przednimi nogami. Gdy tylko próbował iść do przodu, pacałam go lekko. W końcu zrozumiał i udało mi się wsiąść.
Po kilku kółkach stępem skróciłam wodze i przycisnęłam łydki. Hot ruszył kłusem. Zaczęłam robić serpentyny i wolty, co jakiś czas zmieniając kierunek. Po jakimś czasie przeszłam do stępa.
- Dobra robota - powiedziałam, klepiąc konia po szyi. Parsknął z zadowoleniem.
Zauważyłam leżące niedaleko drążki, więc zsiadłam z Hota i powiedziałam "czekaj". To było polecenie, którego nauczyłam go kilka miesięcy temu. Przydawało mi się między innymi wtedy, kiedy chciałam ustawić przeszkody. Hot szybko nauczył się tego polecenia i kiedy mówiłam "czekaj", stał grzecznie dopóki do niego nie podchodziłam.
Ustawiłam cavaletti składające się z pięciu drążków i wsiadłam.
Postępowaliśmy chwilę, po czym dałam Hotowi znak do kłusa.
Hot był dzisiaj bardzo grzeczny. Czasami musiałam go przytrzymywać, bo chciał jechać szybciej, ale wtedy od razu zwalniał. Nie potykał się o drążki, jechał z gracją.
Po około dziesięciu minutach drążków przeszłam do stępa. Niedaleko wypatrzyłam parkur. Postanowiłam wybrać się tam i parę razy go przejechać.
Ale nie był pusty. Jeździła tam jakaś dziewczyna na karej klaczy arabskiej. Może właśnie zyskam szansę na zdobycie koleżanki. Podjechałam bliżej i zaczekałam aż skończy skakać. Wreszcie przeszła do stępa i podjechała do mnie.
- Mogę z tobą poćwiczyć? - spytałam.
<Rosalie?>
czwartek, 12 lipca 2018
niedziela, 8 lipca 2018
Od Anastaci cd. Demi
Zamknęłam drzwi, odwróciłam się na pięcie i nieśpiesznie podeszłam do paczki z karmą. Nasypałam trochę karmy do miski Silver, która aktualnie leżała do góry brzuchem na swojej poduszce, nie zwracając nawet uwagi na to, co robię. Podrapałam ją delikatnie po brzuchu, na co sunia odpowiedziała desperackim kręceniem się na boki i machaniem łapami w powietrzu. Uśmiechnęłam się do niej, po czym skierowałam się do łazienki. Odświeżyłam się trochę po dniu pełnym przebywania w ciągłym ruchu i ogarniania rzeczywistości.
Spojrzałam na zegarek elektryczny, który leżał na moim nowym biurku. Wyświetlacz czerwonymi cyframi oznajmiał, że jest godzina szesnasta trzydzieści dwie.
- Zostało jeszcze sporo czasu do wykorzystania. Może by tak pojechać w teren z Jelly? Ja bym poznała trochę okolice, a ona może by się trochę rozluźniła po podróży przez ocean i ruchliwe ulice Ameryki - zaczęłam mówić do siebie, co dla mnie stanowiło rzecz normalną, chociaż inni twierdzili, że jestem dziwna.
Narzuciłam na siebie jeździeckie ciuchy, wzięłam bacik i kask pod pachę i ruszyłam dziarskim krokiem do stajni. Po drodze jednak sobie coś uzmysłowiłam. Sama przecież nie mogłam wyjechać, zapewne zgubiłabym się. Nie sądziłam, żeby trasę terenów stanowiła jedna ścieżka prowadząca na wprost.
- W jakim to pokoju mieszkała Demi? Czternastce chyba. Ale jeżeli nie, a ja wpadnę na kogoś nieznajomego... - kontynuowałam monolog do ściany korytarzu, kiedy szłam pod pokój, w którym miałam nadzieję znaleźć moją nową znajomą.
Miałam szczęście, gdyż kiedy przemogłam się do zapukania, usłyszałam głos dziewczyny, która stała za mną.
- Ana, coś chciałaś? - wydawała się trochę zdziwiona moją obecnością pod jej drzwiami.
- Um, no tak. Mi się nudzi, moja klacz dopiero co przyjechała, czy tam przypłynęła, więc stwierdziłam, że mały spacerek z nią może uspokoić jej nerwy, ale sama się przecież zgubię, dlatego... Nie chciałabyś się ze mną wybrać w teren? - po długim wstępie w końcu zadałam pytanie.
- Przed chwilą byłam u Izela, więc wystarczy, że go osiodłam. Wypadałoby też, żebym ja się ogarnęła...
- Czyli tak? - nie byłam pewna, czy wypowiedź oznacza, że nie ma na to wszystko ochoty, czy po prostu wyliczała rzeczy, które musi zrobić, żeby ze mną wyjechać.
- Tak. Szybko się przebiorę i już jestem w stajni.
- To tam się spotkamy, ja jeszcze muszę wyczyścić Jelly.
Pobiegłam do stajni, o czym chyba dowiedzieli się wszyscy w okolicy, gdyż moje sztyblety nie potrafiły nie stukać. Zwolniłam dopiero przed drzwiami do stajni, żeby przez przypadek nie przestraszyć kopytnych. Wzięłam szczotki, które zostawiłam w siodlarni i podeszłam do boksu swojej klaczy.
- Hej mała - pogłaskałam ją po mięciutkich chrapach - Masz ochotę na małą przejażdżkę z tym kolegą - wskazałam głową na sąsiedni boks.
Weszłam ostrożnie do boksu i zamknęłam drzwiczki. Czyszczenie poszło szybko jak nigdy, klacz nie stawiała żadnego oporu, co u niej stanowiło prawdziwy cud.
Idąc po sprzęt, spotkałam Demi, więc we dwie wróciłyśmy do swoich koni. Po mocowaniu się z klaczą, która nie miała najmniejszej ochoty otworzyć pysk, w końcu założyłam jej ogłowie. Wzięłam do rąk siodło, jednak nie miałam najmniejszych szans założyć go jej, gdyż naszła ją ochota na tańczenie po całym boksie.
- Pomóc ci jakoś? - moja dzisiejsza towarzyszka patrzyła na moje zapasy z Jelly przez czarne pręty między boksami.
- Nawet nie próbuj, jeśli nie chcesz oberwać zębami - zabrzmiało to szorstko, ale Demi wydawała się tym nie przejmować zbytnio.
Kiedy klaczy w końcu znudziła się zabawa w ganianego, zarzuciłam jej siodło na grzbiet i podpięłam popręg.
- Dobra, jesteśmy gotowe. To gdzie jedziemy, pani przewodnik?
Demi? Wybacz brak odpisu przez długi czas
Od Viktorii cd. Olivii
- Carpe żre ci buta – rzuciła dziewczyna, klepiąc klacz w pierś. Zaprzestała czynności i popatrzyła na nią z wyrzutem. Nie skupiałam się jakoś bardzo na tym, co robi klacz.
- Pojedziemy krótką trasę, nie ma tam jakiś dużych przeszkód – mruknęłam, dociskając łydki i ruszając Carpe do kłusa. Sto razy bardziej wolałam chód North, ale ten też szło przeżyć. Ten skarogniady skurwiel uznał, że zajebistym pomysłem będzie wjebanie mnie do rowu. Oh, oczywiście kochana. Na jakim wędzidle to dziadostwo chodzi!? Chwilę się z nią szarpałam, zanim w miarę odzyskałam nad nią panowanie. Na piaszczystej ścieżce zagalopowałyśmy, kierując się na okser. Carpe płynnie wybiła się i przeskoczyła go, bez większego wysiłku. Miała ciekawy, mocny galop. Na jakiejś łące prawdopodobnie trudno byłoby utrzymać nad nią kontrolę, zrobiłaby przysłowiową "dzidę". Kolejną przeszkodą była hydra, pochyliłam się w siodle i oddałam wodze klaczy. Ta mała cholera, uznała że skoro nie udało jej się z rowem, to wpierdoli mnie w krzaczki. Zatrzymała się zaraz przed przeszkodą, a ja przeleciałam przez jej szyję, prosto na gałązki z przeszkody. Zaklęłam głośno, nie szczędząc przy tym wyzwisk w kierunku klaczy, która udawała że to nie jej wina.
- Mała szmata... - fuknęłam, otrzepując się z syfu i kurzu na moich spodniach i bluzie. - Nienawidzę cię, Carpe. - marudziłam, wsiadając na konia i wracając stępem na dół. Zagalopowałam, ponownie nakierowując klacz na przeszkodę. Postawiła uszy do przodu i skoczyła to z łaską. Bryknęła jeszcze kilka razy, chcąc wyrazić swoją złość i irytację, ale tym razem nie rypnęłam. Blondynka opanowała śmiech i ruszyła galopem przed nami. Teraz to ona prowadziła "zastęp", mi to nie przeszkadzało. Za pagórkiem przeszłyśmy do stępa, więc wjechałam koło North i Olivii.
~*~
Odłożyłam sprzęt Carpe na jego miejsce, kątem oka sprawdzając, czy rzeczy mojego konia są tam gdzie powinny. Stajenni krążyli po stajni, roznosili jedzenie kopytnym, w międzyczasie gadając o jakiś "ciekawych" rzeczach. Harumi akurat męczył się z moim czarnym diabłem, który usilnie próbował go ugryźć.
- Dia! - skarciłam klacz, podchodząc do mężczyzny. - Nie wolno! - Amidia kłapnęła zębami w naszym kierunku, ale pozwoliła mu wrzucić porcję obiadową do żłobu.
- Dzięki. - uśmiechnął się. - Ostatnio uwaliła mnie w rękę, mała żmijka. - dodał, odwracając się na pięcie i idąc dalej z miarką. Lubiłam go, chociaż nie rozmawialiśmy za często. Często pomagał mi z tym dzieciakiem. Po tej jakże uroczej wymianie zdań, poszłam do akademika się przebrać w jakieś odpowiednie ciuchy. Nie padało, ale wszystko wskazywało na to, że zaraz lunie. Zabrałam z pokoju portfel i telefon, mając zamiar wybrać się z kimś na pizzę. Zadzwoniłam do kilku osób, które odmówiły, tłumacząc się natłokiem roboty. Zastanawiało mnie, czy Olivia przeszłaby się ze mną na miasto, może nawet udałoby mi się ściągnąć brata, który podobno plątał się gdzieś tu niedaleko.
Zbieganie po dwa schody nie było najmądrzejszą rzeczą, jaką dzisiaj zrobiłam, ale przynajmniej złapałam Olivię.
- Jedziesz ze mną i prawdopodobnie Mattem na miasto? - uśmiechnęłam się do niej, mając nadzieję że w miarę szczerze to wyglądało. - Może wstąpimy do kina, albo coś.
Oliviiaaa? Jeden z bardziej chujowych odpisów, jakie kiedykolwiek napisałam ;_;
- Pojedziemy krótką trasę, nie ma tam jakiś dużych przeszkód – mruknęłam, dociskając łydki i ruszając Carpe do kłusa. Sto razy bardziej wolałam chód North, ale ten też szło przeżyć. Ten skarogniady skurwiel uznał, że zajebistym pomysłem będzie wjebanie mnie do rowu. Oh, oczywiście kochana. Na jakim wędzidle to dziadostwo chodzi!? Chwilę się z nią szarpałam, zanim w miarę odzyskałam nad nią panowanie. Na piaszczystej ścieżce zagalopowałyśmy, kierując się na okser. Carpe płynnie wybiła się i przeskoczyła go, bez większego wysiłku. Miała ciekawy, mocny galop. Na jakiejś łące prawdopodobnie trudno byłoby utrzymać nad nią kontrolę, zrobiłaby przysłowiową "dzidę". Kolejną przeszkodą była hydra, pochyliłam się w siodle i oddałam wodze klaczy. Ta mała cholera, uznała że skoro nie udało jej się z rowem, to wpierdoli mnie w krzaczki. Zatrzymała się zaraz przed przeszkodą, a ja przeleciałam przez jej szyję, prosto na gałązki z przeszkody. Zaklęłam głośno, nie szczędząc przy tym wyzwisk w kierunku klaczy, która udawała że to nie jej wina.
- Mała szmata... - fuknęłam, otrzepując się z syfu i kurzu na moich spodniach i bluzie. - Nienawidzę cię, Carpe. - marudziłam, wsiadając na konia i wracając stępem na dół. Zagalopowałam, ponownie nakierowując klacz na przeszkodę. Postawiła uszy do przodu i skoczyła to z łaską. Bryknęła jeszcze kilka razy, chcąc wyrazić swoją złość i irytację, ale tym razem nie rypnęłam. Blondynka opanowała śmiech i ruszyła galopem przed nami. Teraz to ona prowadziła "zastęp", mi to nie przeszkadzało. Za pagórkiem przeszłyśmy do stępa, więc wjechałam koło North i Olivii.
~*~
Odłożyłam sprzęt Carpe na jego miejsce, kątem oka sprawdzając, czy rzeczy mojego konia są tam gdzie powinny. Stajenni krążyli po stajni, roznosili jedzenie kopytnym, w międzyczasie gadając o jakiś "ciekawych" rzeczach. Harumi akurat męczył się z moim czarnym diabłem, który usilnie próbował go ugryźć.
- Dia! - skarciłam klacz, podchodząc do mężczyzny. - Nie wolno! - Amidia kłapnęła zębami w naszym kierunku, ale pozwoliła mu wrzucić porcję obiadową do żłobu.
- Dzięki. - uśmiechnął się. - Ostatnio uwaliła mnie w rękę, mała żmijka. - dodał, odwracając się na pięcie i idąc dalej z miarką. Lubiłam go, chociaż nie rozmawialiśmy za często. Często pomagał mi z tym dzieciakiem. Po tej jakże uroczej wymianie zdań, poszłam do akademika się przebrać w jakieś odpowiednie ciuchy. Nie padało, ale wszystko wskazywało na to, że zaraz lunie. Zabrałam z pokoju portfel i telefon, mając zamiar wybrać się z kimś na pizzę. Zadzwoniłam do kilku osób, które odmówiły, tłumacząc się natłokiem roboty. Zastanawiało mnie, czy Olivia przeszłaby się ze mną na miasto, może nawet udałoby mi się ściągnąć brata, który podobno plątał się gdzieś tu niedaleko.
Zbieganie po dwa schody nie było najmądrzejszą rzeczą, jaką dzisiaj zrobiłam, ale przynajmniej złapałam Olivię.
- Jedziesz ze mną i prawdopodobnie Mattem na miasto? - uśmiechnęłam się do niej, mając nadzieję że w miarę szczerze to wyglądało. - Może wstąpimy do kina, albo coś.
Oliviiaaa? Jeden z bardziej chujowych odpisów, jakie kiedykolwiek napisałam ;_;
poniedziałek, 2 lipca 2018
od Triss cd. Viktorii
~Jako że Masło dopiero teraz zebrała się, by odpisać, ogromny time skip.~
Zacisnęłam palce mocniej na lonży i cmoknęłam, sprawiając, że Amor wyrwał się do przodu galopem, strzelając z zadu.
- Hej, heeej, spokój. Prrrr. - Wywarłam na łbie konia nacisk, przyciągając lonżę do tyłu. Po chwili ogier przeszedł do kłusa. - Taaak, dobry koń! O to chodzi - pochwaliłam go i wypuściłam z rąk nieco liny, powiększając okrążenia, jakie robił wokół mnie. Amor powoli zwalniał, a jego ruchy stawały się bardziej harmonijne. Całe szczęście, że na hali byliśmy sami i mogłam popracować z nim bez stresu.
Po parunastu minutach prostych ćwiczeń składających się z przejść stęp - kłus, zatrzymywań i zmian kierunku, podczas których młody kilkukrotnie niemal wyrwał mi lonżę z rąk, kazałam mu przejść do stępa. Po chwili zmagań wykonał polecenie, szedł jednak wyraźnie pobudzony, z głową wysoko. Po paru kółkach tego niespokojnego stępa zatrzymałam go, zwinęłam byle jak lonżę i podeszłam do konia.
- I czym ty się tak ekscytujesz, co, młody? - westchnęłam, komentując jego rozszerzone chrapy, przez które wypuszczał głośno powietrze. - Lonża jak lonża, nawet jeszcze galopów nie było.
Pogłaskałam go po pysku, a następnie po szyi i podałam mu kawałek marchewki, uprzednio wyciągnąwszy go z kieszeni. Odwołałam konia z powrotem na koło i po paru minutach, kiedy był w miarę, jak na niego, uspokojony, dałam mu sygnał do galopu. Młody od razu spostrzegł, o co mi chodzi, i wystrzelił przed siebie.
- Heeej, powoli.
Ogier bryknął, napinając mocno lonżę. Zacisnęłam na niej palce i starałam się głosem uspokajać elektrycznego wręcz konia, którego w tym momencie (jak i w wielu innych) nie obchodziło nic poza możliwością zwyczajnego galopu. Amor wywierał nacisk na lonży, usiłując powiększać okrążenia. Nie był wygięty, co przyjęłam z niezadowoleniem. Zaczęłam "bawić się" lonżą zasadą "przytrzymaj - odpuść", powodując tym samym, że łeb konia zwrócił się nieco do środka, a jego ciało nieznacznie się wygięło. O to mi chodziło.
- Brawo, tak, dobry koń! - powiedziałam i odpuściłam nacisk na jego łbie, wydłużając mu lonżę. Od razu wykorzystał okazję i przyspieszył, wywalając z zadu. - Dzieciaku... - westchnęłam. Po krótkim czasie kazałam mu zwolnić i jakimś cudem zmieniłam kierunek; teraz starałam się doprowadzić do wygięcia konia w prawo. Gdy tylko wykonał jakiś krok w tym kierunku, odpuściłam mu i dałam chwilę luzu, podczas której rzecz jasna nie próżnował. Po jakimś czasie zatrzymałam go i zwinęłam lonżę, podchodząc do konia.
- Na tym kończymy na razie, co? - powiedziałam i pogłaskałam go po mocnej szyi, po czym stanęłam po jego lewej stronie i ruszyłam do przodu. Amor powtórzył moje ruchy i energicznie podążył za mną.
Zaprowadziłam Gamonia do stajni w celu zdjęcia mu pasa do lonżowania. Odłożyłam sprzęt, na jaki składał się właśnie pas i czaprak, przypięłam do kantara uwiąz zamiast lonży i wyprowadziłam go przed stajnię, kierując się w stronę padoków. Młody wiedział już, o co chodzi; gdzie idziemy, więc naprężył uwiąz, chcąc jak najszybciej dostać się na padok.
- Hej, młody, nie zapominasz się czasem? Nie wolno. - Pociągnęłam za uwiąz, zwracając łeb konia choć trochę w swoją stronę.
Uwaga Amora została przekierowana na mnie na chwilę, wtedy jednak rozległ się dźwięk piły mechanicznej.
- Ho hooo, spokój! - powiedziałam, gdy Amor stanął dęba. Skróciłam szybko uwiąz, cały czas mówiąc do konia. Dźwięki ucichły, a Amor uspokoił się trochę; stał teraz w miejscu naprężony, nasłuchując.
- Już dob... - Moje słowa przerwała piła, a zaraz za nią odgłos łamiącego się i spadającego drzewa. Tego było już za dużo dla konia - wyrwał się i poszedł przed siebie galopem.
- Wyłączcie piły! - wrzasnęłam, choć oczywistym było, że nie usłyszą. Ruszyłam za galopującym z uwiązem ciągnącym się po ziemi koniem, błagając w duchu, by nic mu się nie stało.
Amor zniknął mi z oczu. Pozostało mi tylko biec powoli w jego stronę, uważając, by nie spłoszyć koni. Po paru minutach na drodze kilkadziesiąt metrów przede mną zobaczyłam jakąś dziewczynę, która starała się ogarnąć wyrywającego się Amora. Po niebieskich włosach (i przekleństwach, które wykrzykiwała) wywnioskowałam, że to Viktoria. Przyspieszyłam i już po chwili byłam przy nich.
- Weź tego dziada ode mnie! - krzyknęła, na co pospiesznie odebrałam od niej uwiąz i zaczęłam uspokajać konia. Po jakimś czasie stał już spokojniej. Pogłaskałam go i odprowadziłam na najbliższy padok, po czym podbiegłam do Viktorii.
- Dziękuję - wydyszałam, zmęczona uganianiem się za tym gałganem.
- Nie pierwszy, nie ostatni raz ratuję ci dupę - skwitowała Viktoria. - Nie ma za co.
- W ogóle... - Do głowy przyszedł mi pomysł, który postanowiłam zrealizować. - Masz jakieś plany po południu? Wybieram się w teren i może pojechałabyś ze mną?
- Że na tej pokrace? - Wskazała na szalejącego na padoku Amora.
- No... na to wygląda - potwierdziłam i uśmiechnęłam się.
Viktoria? Tak bardzo na czas, wiem XD
Zacisnęłam palce mocniej na lonży i cmoknęłam, sprawiając, że Amor wyrwał się do przodu galopem, strzelając z zadu.
- Hej, heeej, spokój. Prrrr. - Wywarłam na łbie konia nacisk, przyciągając lonżę do tyłu. Po chwili ogier przeszedł do kłusa. - Taaak, dobry koń! O to chodzi - pochwaliłam go i wypuściłam z rąk nieco liny, powiększając okrążenia, jakie robił wokół mnie. Amor powoli zwalniał, a jego ruchy stawały się bardziej harmonijne. Całe szczęście, że na hali byliśmy sami i mogłam popracować z nim bez stresu.
Po parunastu minutach prostych ćwiczeń składających się z przejść stęp - kłus, zatrzymywań i zmian kierunku, podczas których młody kilkukrotnie niemal wyrwał mi lonżę z rąk, kazałam mu przejść do stępa. Po chwili zmagań wykonał polecenie, szedł jednak wyraźnie pobudzony, z głową wysoko. Po paru kółkach tego niespokojnego stępa zatrzymałam go, zwinęłam byle jak lonżę i podeszłam do konia.
- I czym ty się tak ekscytujesz, co, młody? - westchnęłam, komentując jego rozszerzone chrapy, przez które wypuszczał głośno powietrze. - Lonża jak lonża, nawet jeszcze galopów nie było.
Pogłaskałam go po pysku, a następnie po szyi i podałam mu kawałek marchewki, uprzednio wyciągnąwszy go z kieszeni. Odwołałam konia z powrotem na koło i po paru minutach, kiedy był w miarę, jak na niego, uspokojony, dałam mu sygnał do galopu. Młody od razu spostrzegł, o co mi chodzi, i wystrzelił przed siebie.
- Heeej, powoli.
Ogier bryknął, napinając mocno lonżę. Zacisnęłam na niej palce i starałam się głosem uspokajać elektrycznego wręcz konia, którego w tym momencie (jak i w wielu innych) nie obchodziło nic poza możliwością zwyczajnego galopu. Amor wywierał nacisk na lonży, usiłując powiększać okrążenia. Nie był wygięty, co przyjęłam z niezadowoleniem. Zaczęłam "bawić się" lonżą zasadą "przytrzymaj - odpuść", powodując tym samym, że łeb konia zwrócił się nieco do środka, a jego ciało nieznacznie się wygięło. O to mi chodziło.
- Brawo, tak, dobry koń! - powiedziałam i odpuściłam nacisk na jego łbie, wydłużając mu lonżę. Od razu wykorzystał okazję i przyspieszył, wywalając z zadu. - Dzieciaku... - westchnęłam. Po krótkim czasie kazałam mu zwolnić i jakimś cudem zmieniłam kierunek; teraz starałam się doprowadzić do wygięcia konia w prawo. Gdy tylko wykonał jakiś krok w tym kierunku, odpuściłam mu i dałam chwilę luzu, podczas której rzecz jasna nie próżnował. Po jakimś czasie zatrzymałam go i zwinęłam lonżę, podchodząc do konia.
- Na tym kończymy na razie, co? - powiedziałam i pogłaskałam go po mocnej szyi, po czym stanęłam po jego lewej stronie i ruszyłam do przodu. Amor powtórzył moje ruchy i energicznie podążył za mną.
Zaprowadziłam Gamonia do stajni w celu zdjęcia mu pasa do lonżowania. Odłożyłam sprzęt, na jaki składał się właśnie pas i czaprak, przypięłam do kantara uwiąz zamiast lonży i wyprowadziłam go przed stajnię, kierując się w stronę padoków. Młody wiedział już, o co chodzi; gdzie idziemy, więc naprężył uwiąz, chcąc jak najszybciej dostać się na padok.
- Hej, młody, nie zapominasz się czasem? Nie wolno. - Pociągnęłam za uwiąz, zwracając łeb konia choć trochę w swoją stronę.
Uwaga Amora została przekierowana na mnie na chwilę, wtedy jednak rozległ się dźwięk piły mechanicznej.
- Ho hooo, spokój! - powiedziałam, gdy Amor stanął dęba. Skróciłam szybko uwiąz, cały czas mówiąc do konia. Dźwięki ucichły, a Amor uspokoił się trochę; stał teraz w miejscu naprężony, nasłuchując.
- Już dob... - Moje słowa przerwała piła, a zaraz za nią odgłos łamiącego się i spadającego drzewa. Tego było już za dużo dla konia - wyrwał się i poszedł przed siebie galopem.
- Wyłączcie piły! - wrzasnęłam, choć oczywistym było, że nie usłyszą. Ruszyłam za galopującym z uwiązem ciągnącym się po ziemi koniem, błagając w duchu, by nic mu się nie stało.
Amor zniknął mi z oczu. Pozostało mi tylko biec powoli w jego stronę, uważając, by nie spłoszyć koni. Po paru minutach na drodze kilkadziesiąt metrów przede mną zobaczyłam jakąś dziewczynę, która starała się ogarnąć wyrywającego się Amora. Po niebieskich włosach (i przekleństwach, które wykrzykiwała) wywnioskowałam, że to Viktoria. Przyspieszyłam i już po chwili byłam przy nich.
- Weź tego dziada ode mnie! - krzyknęła, na co pospiesznie odebrałam od niej uwiąz i zaczęłam uspokajać konia. Po jakimś czasie stał już spokojniej. Pogłaskałam go i odprowadziłam na najbliższy padok, po czym podbiegłam do Viktorii.
- Dziękuję - wydyszałam, zmęczona uganianiem się za tym gałganem.
- Nie pierwszy, nie ostatni raz ratuję ci dupę - skwitowała Viktoria. - Nie ma za co.
- W ogóle... - Do głowy przyszedł mi pomysł, który postanowiłam zrealizować. - Masz jakieś plany po południu? Wybieram się w teren i może pojechałabyś ze mną?
- Że na tej pokrace? - Wskazała na szalejącego na padoku Amora.
- No... na to wygląda - potwierdziłam i uśmiechnęłam się.
Viktoria? Tak bardzo na czas, wiem XD
niedziela, 1 lipca 2018
od Scarlett
Mój tata zatrzymał auto na szkolnym parkingu. Cóż, prawa jazdy jeszcze nie zdałam. Od razu wysiadłam, żeby zobaczyć co tam porabia Hot. No dobra, wiem, stoi. W każdym razie otworzyłam drzwi od przyczepy.
- No witaj - powiedziałam.
Hot otarł się o mnie. Często tak robi, jak się ze mną wita. Tylko nie jest to do końca fajne, bo... nie zawsze jest przy tym czysty. Na szczęście przed podróżą porządnie go wyczyściłam i moja koszulka przeżyła.
- Dobra, chodź już.
Odwiązałam uwiąz i wyszłam z przyczepy. Hot podążył za mną rozglądając się. Oczywiście ja robiłam to samo, w końcu byłam tu pierwszy raz.
- No to cześć! - powiedziała moja mama.
- Baj - uśmiechnęłam się.
Zobaczyłam znak z napisem "STAJNIE" i ruszyłam w tamtym kierunku. Przywiązałam wałacha przed stajnią. Musiałam odłożyć rzeczy do siodlarni, bo nie będę na razie z nimi łazić. Przy okazji zostawiłam osprzęt na wolnych hakach. Wróciłam po konia.
- Idziemy - powiedziałam.
Zaprowadziłam Hota do stajni. W boksie, koło którego przechodziłam zarżała głośno jakaś siwa klacz. Hot spojrzał na nią i odpowiedział tym samym. Wyciągnęła do niego głowę. Parsknął zadowolony.
- Hot, jesteś wałachem - mruknęłam i pociągnęłam go dalej.
Stajnia liczyła bardzo dużo koni. W sumie nic w tym dziwnego. Nagle zobaczyłam jakiś pusty boks. Zatrzymałam się przed nim. Na tabliczce było napisane "Hot Bay". Hot też patrzył na tabliczkę z postawionymi uszami. Zawsze patrzył tam, gdzie ja.
- Tak, to twój... pokój - odparłam, otwierając drzwi boksu.
Wprowadziłam wałacha do środka. Boks był dosyć duży. Spokojnie zmieściłby się tam drugi koń.
Hot znów się o mnie otarł.
- Przestań! Muszę już iść, ale niedługo wrócę.
Parsknął. Zdjęłam mu kantar i powiesiłam na haczyku.
Ruszyłam teraz do internatu. Podeszłam do biura.
- Dzień dobry... - powiedziałam niepewnie. Nikogo tam nie było. Po chwili jednak wyszła jakaś kobieta.
- Scarlett Blue?
- Tak - powiedziałam.
- Dobrze... - zajrzała do jakiś dokumentów. - Twój pokój ma numer 9. Możesz iść się rozpakować.
Kobieta podała mi klucz do pokoju.
- Dzięki - rzuciłam i wzięłam klucz.
Poszłam do siodlarni po dwie torby. Trzecia została, bo były w niej rzeczy mojego konika.
Wróciłam do internatu, tym razem weszłam po schodach na górę. Zobaczyłam wreszcie pewne drzwi z numerem 9. Otworzyłam je i weszłam do środka.
Taaak. To był właśnie ten pokój, który rezerwowałam! Był po prostu piękny. Musiałam tylko rozpakować rzeczy. Włożyłam do szafy wszystkie ubrania. I tak zostało trochę miejsca. Może niedługo wybiorę się do sklepu po jakieś lepsze ciuchy. Ale to za parę dni.
Wyjęłam też te obrzydliwe rzeczy szkolne. No dobra, nie wszystkie obrzydliwe, bo większość zeszytów miałam z koniem. Może trochę dziecinne, ale przynajmniej mam pasję.
Po jakiejś pół godzinie udało mi się wszystko wyjąć. Puste torby wsadziłam do szafki. Udałam się teraz w kierunku łazienki, ale w innej sprawie. Chciałam ją tylko zobaczyć. Otworzyłam drzwi i rozejrzałam się. No i bosko. Miejsca na wszystko wystarczy. Powkładałam do szafki swoje kosmetyki i tego typu rzeczy.
Uznałam, że nie będę siedzieć godzinami w pokoju, musiałam zresztą odwiedzić Hota. Obiecałam mu. A z własnych doświadczeń wiem, że lepiej mu dotrzymywać obietnicy. To długa historia.
Wyszłam z internatu i skręciłam do stajni. Okazało się, że mój wałach wzbudził już czyjeś zainteresowanie. Jakaś dziewczyna stała i patrzyła się na niego.
<Kto chce?>
- No witaj - powiedziałam.
Hot otarł się o mnie. Często tak robi, jak się ze mną wita. Tylko nie jest to do końca fajne, bo... nie zawsze jest przy tym czysty. Na szczęście przed podróżą porządnie go wyczyściłam i moja koszulka przeżyła.
- Dobra, chodź już.
Odwiązałam uwiąz i wyszłam z przyczepy. Hot podążył za mną rozglądając się. Oczywiście ja robiłam to samo, w końcu byłam tu pierwszy raz.
- No to cześć! - powiedziała moja mama.
- Baj - uśmiechnęłam się.
Zobaczyłam znak z napisem "STAJNIE" i ruszyłam w tamtym kierunku. Przywiązałam wałacha przed stajnią. Musiałam odłożyć rzeczy do siodlarni, bo nie będę na razie z nimi łazić. Przy okazji zostawiłam osprzęt na wolnych hakach. Wróciłam po konia.
- Idziemy - powiedziałam.
Zaprowadziłam Hota do stajni. W boksie, koło którego przechodziłam zarżała głośno jakaś siwa klacz. Hot spojrzał na nią i odpowiedział tym samym. Wyciągnęła do niego głowę. Parsknął zadowolony.
- Hot, jesteś wałachem - mruknęłam i pociągnęłam go dalej.
Stajnia liczyła bardzo dużo koni. W sumie nic w tym dziwnego. Nagle zobaczyłam jakiś pusty boks. Zatrzymałam się przed nim. Na tabliczce było napisane "Hot Bay". Hot też patrzył na tabliczkę z postawionymi uszami. Zawsze patrzył tam, gdzie ja.
- Tak, to twój... pokój - odparłam, otwierając drzwi boksu.
Wprowadziłam wałacha do środka. Boks był dosyć duży. Spokojnie zmieściłby się tam drugi koń.
Hot znów się o mnie otarł.
- Przestań! Muszę już iść, ale niedługo wrócę.
Parsknął. Zdjęłam mu kantar i powiesiłam na haczyku.
Ruszyłam teraz do internatu. Podeszłam do biura.
- Dzień dobry... - powiedziałam niepewnie. Nikogo tam nie było. Po chwili jednak wyszła jakaś kobieta.
- Scarlett Blue?
- Tak - powiedziałam.
- Dobrze... - zajrzała do jakiś dokumentów. - Twój pokój ma numer 9. Możesz iść się rozpakować.
Kobieta podała mi klucz do pokoju.
- Dzięki - rzuciłam i wzięłam klucz.
Poszłam do siodlarni po dwie torby. Trzecia została, bo były w niej rzeczy mojego konika.
Wróciłam do internatu, tym razem weszłam po schodach na górę. Zobaczyłam wreszcie pewne drzwi z numerem 9. Otworzyłam je i weszłam do środka.
Taaak. To był właśnie ten pokój, który rezerwowałam! Był po prostu piękny. Musiałam tylko rozpakować rzeczy. Włożyłam do szafy wszystkie ubrania. I tak zostało trochę miejsca. Może niedługo wybiorę się do sklepu po jakieś lepsze ciuchy. Ale to za parę dni.
Wyjęłam też te obrzydliwe rzeczy szkolne. No dobra, nie wszystkie obrzydliwe, bo większość zeszytów miałam z koniem. Może trochę dziecinne, ale przynajmniej mam pasję.
Po jakiejś pół godzinie udało mi się wszystko wyjąć. Puste torby wsadziłam do szafki. Udałam się teraz w kierunku łazienki, ale w innej sprawie. Chciałam ją tylko zobaczyć. Otworzyłam drzwi i rozejrzałam się. No i bosko. Miejsca na wszystko wystarczy. Powkładałam do szafki swoje kosmetyki i tego typu rzeczy.
Uznałam, że nie będę siedzieć godzinami w pokoju, musiałam zresztą odwiedzić Hota. Obiecałam mu. A z własnych doświadczeń wiem, że lepiej mu dotrzymywać obietnicy. To długa historia.
Wyszłam z internatu i skręciłam do stajni. Okazało się, że mój wałach wzbudził już czyjeś zainteresowanie. Jakaś dziewczyna stała i patrzyła się na niego.
<Kto chce?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)
