środa, 10 stycznia 2018

od Sama cd. Nicole

Nicole zaczęła się śmiać. Dopiero potem sprawdziła czy żyję, no super mam dziewczynę, ale i tak kocham tego mojego Diabełka. 
- Przepraszam, nic Ci nie jest? - zapytała, jak tylko udało jej się opanować śmiech
- Chyba żyję - odparłem, i poprawiłem ręką włosy. Miejsce gdzie się uderzyłem, dalej pulsowało tępym bólem. Ktoś z "towarzystwa" zakaszlał. Colli szybko wstała ze mnie, usiadłem na materacu, i rozmasowałem głowę.
- Uznam że tego nie widziałem - westchnął jej tata. Colli przemilczała, jakby tego nie powiedział.
- Och daj spokój, młodzi są. Muszą się wyszaleć - stanęła w naszej obronie jej mama. Nie wytrzymałem, i zacząłem się śmiać, Nicole zresztą też.  Rozmawialiśmy jeszcze jakiś czas, rodzice dopytywali się jej, czy nie chce na pewno jeszcze zostać w szpitalu, albo wrócić do domu. Potem temat zszedł na jakieś głupoty. Pomogłem Colli się spakować, nie zapominając o pluszakach. Wyszliśmy ze szpitala. Zwolniłem przed schodami, bo nie widziało mi się wyrżnąć po raz drugi w przeciągu dwóch dni, w dodatku przed szpitalem.
- Nieźle wpadliśmy - zaśmiała się Colli. Czułem ulgę, że wreszcie jest "tamtą Nicole", po prostu czuła się lepiej.  Wpatrywałem się z lubością w jej czekoladowe oczy, w których błyskały figlarne iskierki. Nim zdążyłem ogarnąć, że cokolwiek takiego się stało, po raz kolejny leżałem na ziemi. Stęknąłem z bólem, równocześnie klnąc. Obróciłem się na plecy, i postanowiłem zdechnąć. 
- Sam? Nic ci nie jest? - podbiegła do mnie dziewczyna, ze zmartwionym wyrazem twarzy. Klęknęła koło mnie, i zdjęła czapkę. Nawet nie wiem po co.
- Żyje, to chyba dobrze, prawda? - uśmiechnąłem się z bólem. Zajebiście, wyrżnąć się przed szpitalem.
- Oczywiście że tak! Ale czy coś Ci się stało, ciołku! - powiedziała, równocześnie rozglądając się wokoło. Postanowiłem wstać, ale wyszło z tego tyle co nic. Rzuciłem soczyste "kurwa!" gdy moją dłoń przeszył niemiłosierny ból. Ponownie wróciłem do zdychania na śniegu, obejrzałem bolące miejsce, gdzie okazało się że tkwi kawałek szkła. Ja rozumiem, mieć pecha, czy coś, ale być mną to już przesada. Po raz kolejny zakląłem, gdy Colli delikatnie ścisnęła mój nadgarstek. Puściła go delikatnie, patrząc na mnie ze współczuciem. Z rezygnacją wróciłem do leżenia na śniegu. Uparła się, żebym chociaż usiadł na schodach. Pomogła mi doleźć do schodów, gdzie usiadłem i czekałem potulnie na dziewczynę. Wróciła po chwili, w drzwiach stała jakaś kobitka. Wstałem z pomocą dziewczyny. Usiadła koło mnie, i ze zmartwieniem przyjrzała się krwawiącej dłoni.
- Bardzo boli? - zapytała, kierując wzrok na ranę.
- Nie, bywało gorzej. - odparłem szczerze, przypominając sobie, jak nieraz zleciałem z Noctisa na twarz, czy w krzaki. Tego konia czasami nie szło ogarnąć. Po stosunkowo niedługim czasie oczekiwania na moją kolej, udało nam się wejść do gabinetu. Przywitała nas pogodna blondyna, z nieco zbyt wyzywającym strojem. Nicole od razu spaliła mnie wzrokiem, równocześnie dając mi do zrozumienia "że nawet nie powinienem o tym myśleć". Nieznacznie pokiwałem głową, i zdałem relację z tego wszystkiego, co wydarzyło się na polu. Kobieta spojrzała na  moją wargę podejrzliwie, ale nic nie powiedziała. Zdezynfekowała ranę, i wyjęła sporych rozmiarów szkło z mojej dłoni. Zagryzłem zęby, pilnując się, żeby nie rzucić "kurwa" przy mojej dziewczynie, i... tym czymś. Nicole paliła mnie wzrokiem, za każdym razem, gdy kobieta się nachylała i ukazywała dość... pokaźny dekolt. Odwracałem się jak tylko mogłem, ale to coś serio chyba się uparło, żeby zafundować mi "zajebiste" widoczki.
- Złamana nie jest, ale i tak będziemy robić okłady. I nie przesilaj ręki. - poinformowała mnie, gdy z uśmiechem na twarzy bandażowała mi rękę. Przeciągała to jak tylko mogła, co chwila zagajając rozmowę. Zbywałem ją, pod ostrzałem morderczych spojrzeń Cynamonka. Wróciliśmy do auta, tym razem bez dodatkowych ekscesów.
- Kto prowadzi? - zapytałem niepewnie, Nicole oparła się o maskę auta z całkiem poważną miną.


Colli?  ( ͡° ͜ʖ ͡°) Gównoburza będzie? :>

od Viktorii cd. Ricka

- Z czego w ogóle się tak śmiałeś? - zapytałam zdziwiona. Wzruszył tylko ramionami, kończąc się śmiać. Dochodziła już pierwsza. Czyli już wigilia!
- Ej jest już wigilia? - upewnił się Rick, potwierdziłam informację. Rzucił szybkim "zaraz wracam"  i zniknął w głębi kuchni. Wrócił po kilku minutach, ściskając pluszaka w rękach. Spojrzałam na niego zdziwiona.
- A to nie przypadkiem dla Rosalie? - mruknęłam, patrząc na przytulankę niepewnie.
- Dla ciebie. Wesołych świąt. - wyszczerzył się, podając mi pluszaka. Wzięłam go niepewnie, i odłożyłam koło siebie. Czułam się dziwnie, bo sama nic przy sobie nie miałam.
- Wybacz, nic nie mam teraz... - burknęłam, zastanawiając się, czemu nie skitrałam tego koca gdzieś tutaj. Rick wzruszył tylko ramionami, Rosalie dała mu jakąś książkę i czekoladę, z której chłopak się ucieszył. Oznajmiłam, że zapomniałam telefonu i wybiegłam z pokoju. Dobiegłam do swojego pomieszczonka, gdzie przywitała mnie Tenebris. Pogłaskałam ją, złożyłam życzenia i dałam szynkę do zjedzenia. Spałaszowała ją radośnie, tymczasem ja szukałam milutkiego koca, który leżał zwinięty na krześle. Zabrałam go pod pachę, i wygrzebałam z szafki czekoladę. Wróciłam prędko do Ricka i Rosalie. Zapukałam do drzwi, otworzył chłopak.
- Wesołych Świąt! - powiedziałam, wręczając mu prezent. Chwycił go, i podziękował. Przesunął się, chcąc mnie wpuścić. Pokręciłam głową, złożyłam im jeszcze raz życzenia  i poszłam do siebie. Czarna kluska futra położyła się na łóżku obok mnie, położyłam rękę na jej łbie i zaczęłam głaskać. Czas mijał w milczeniu. Wreszcie udało mi się zasnąć.

***

Wyłączyłam budzik, i odkopałam się spod kołdry. Trzydzieści kilo żywego futra, fałd i mięśni łaskawie ze mnie zeszło. Zrobiłam sobie śniadanie, wraz z kawą. Zasiadłam przed laptopem, i sprawdziłam bardzo potrzebne mi do życia informacje, takie jak Facebook czy inne takie pierdoły. Wlazłam na krzesło, i znalazłam mój nieco zakurzony łuk, kołczan i strzały. Z uśmiechem przekręciłam bronią w rękach, i wyszłam z pokoju. Tenebris biegała z zadowoleniem po placu. Osiodłałam szybko North, i wyjechałam stępem do lasu. Klacz była czujna, ale ładnie się prowadziła. Dotarłyśmy do niewielkiej łąki, gdzie rozłożona była tarcza. North ruszyła łagodnym kłusem, tymczasem ja założyłam strzałę o cięciwę. Zaskrzypiała, gdy naciągnęłam ją do granic możliwości. Lotki strzały musnęły mój policzek, zaraz potem rozległ się świst, i strzała pomknęła do celu. Nie trafiłam idealnie w środek, ale było wystarczająco dobrze. Dokończyłam serię, pozbierałam strzały i wróciłam okrężną drogą do stajni. Rozsiodłałam klacz, przetarłam ją i pocałowałam w chrapy. Niepotrzebny już łuk, odłożyłam do siodlarni, wraz ze sprzętem klaczy. Napisałam do Ricka, czy mógłby tu podejść. Ogarnęłam Dię, i  z gulą w gardle, wyprowadziłam ją z boksu. Młoda szarpnęła się w stronę pastwisk, powstrzymałam ją i pogłaskałam po szyi, uspokajając.
- Tylko mi nie mów, że chcesz jeździć na tym szatanie. - powiedział Rick, podchodząc do nas, i mierząc mnie wzrokiem. Uśmiechnęłam się do niego niewinnie.
- Oczywiście  że chcę! - odparłam z radością, chociaż bałam się w cholerę. - Ale nie tak od razu, trzeba ją jeszcze przegalopować. - oznajmiłam, już nieco poważniej.


Riszu? B)

Od Nicole cd. Sama

- Sama do niego zadzwoniłam, nie obwiniaj go! - uprzedziła go moja mama. Uspokoiłam się nieco, aczkolwiek i tak byłam zła faktem że moi rodzice tu są. Stwierdzili że przenocują gdzieś w hotelu i jutro z samego rana pojadą. Jak tylko wyszli, położyłam się na łóżku i skuliłam, podciągając kolana pod brodę. Zastanawiałam się czy dobrze robię nie odzywając się do Sama. Kocham go i nie chcę go stracić ale boję się tego wszystkiego. Do tego jeszcze wróciła mi ta pieprzona anoreksja. Postanowiłam że jutro jakoś naprawię nasze relacje. Zamknęłam oczy i oddałam się objęcia morfeusza.

***

Wstałam dość wcześnie, Sam spał jeszcze na swoim materacu. W ogóle było dość wcześnie, postanowiłam zrealizować swój wczorajszy plan. Odpięłam kroplówkę która była już nie potrzebna, wzięłam rzeczy które przywiózł mi Sam i założyłam sweter i jakieś czarne jeansy. Miałam dziś wyjątkowo dobry humor, sama nie wiem dlaczego. Zrobiłam szybki makijaż, po czym odłożyłam rzeczy na miejsce. Zeszłam do szpitalnej stołówki, nie spodziewałam się przysmaków, wzięłam pierwsze lepsze jedzenie i nie wiem jak ale zaczęłam jeść. Chociaż ból gardła zszedł już całkowicie, czułam ucisk przełykając każdy kęs. Cudem zjadłam wszystko, za to stwierdzę, od razu poczułam się lepiej. Po drodze do pokoju spotkałam lekarza który wręczył mi wypis, wypytywał się mnie chyba z pięć minut czy na pewno dobrze się czuję. Wróciłam do pokoju, Sam wciąż spał więc siadłam na niego okrakiem
- Wstaniesz, czy będziesz spać do południa? - westchnęłam. Otworzył oczy i wyglądał na zdziwionego, może nawet lekko przestraszonego. No cóż, też bym się przestraszyła na jego miejscu. Położył głowę z powrotem na poduszkę, uśmiechając się. Pomachałam mu wypisem przed twarzą, zaraz potem odłożyłam go na szafkę, starając się nie uderzyć Sama. Pochyliłam się nad chłopakiem, wpiłam się w jego usta, równocześnie wplatając palce w jego włosy. Chłopak odwzajemnił się, pocieszyło mnie to i postanowiłam nie przerywać tej chwili. Z materaca stoczyliśmy się na podłogę i tym razem to Sammy był na górze.
- Ej! Ja chciałam! - udałam obrażoną i dość szybko wróciłam na swoje miejsce, znów siedząc na brunecie okrakiem i wpijając się w jego usta.
- Przyszliśmy się... - drzwi otworzyły się znienacka. Oboje szybko przestaliśmy, patrząc się głupio. Odwróciłam się, oparłam łokcie o kolana Sama i głupio się uśmiechnęłam. Poczułam że Sam podnosi się z "leżaka", po czym przywalił głową prosto w szafkę. Jęknął głośno, ponownie opadając na materac. Cóż, wiem że to nie było miłe ale nie mogłam się powstrzymać i parsknęłam śmiechem.
- Przepraszam, nic ci nie jest? - zapytałam go jak tylko opanowałam atak śmiechu.
- Chyba żyję - poprawił ręką włosy. Usłyszałam dość głośne kaszlnięcie za nami, kompletnie zapomniałam że moi rodzice tu są. Wstałam szybko z Sama i głupio się uśmiechnęłam.
- Uznam że tego nie widziałem - westchnął mój ojciec. Klasyka, w sumie to nie dziwię się że nie mam rodzeństwa.
- Och daj spokój, młodzi są. Muszą się wyszaleć - obroniła nas moja mama. Sam wybuchł śmiechem w sumie sama nie wiem dlaczego więc także się zaśmiałam.
Chwilę jeszcze rozmawialiśmy z nimi, po czym pożegnaliśmy się. Wzięłam wszystkie swoje rzeczy, nie zapominając o pluszakach i wyszliśmy z budynku. Poczułam ogromną ulgę że wychodzę z tego koszmaru.
- Nieźle wpadliśmy - zaśmiałam się. Sam przytaknął mi, poszliśmy do jego auta. Schodząc ze schodów u wyjścia, brunet poślizgnął się i wywrócił.
- Sam? Nic ci nie jest? - podbiegłam do niego, widząc że dość mocno się wywalił.



Sammy? xDD

wtorek, 9 stycznia 2018

Od Ricka cd. Viktorii

- Mam swoje sposoby. - powiedziała tajemniczym tonem, stając na palcach. Auta powoli ruszały. Pożegnaliśmy się z Natalią i wsiedliśmy do auta. Dochodziła 17, czyli staliśmy dobre dwie godziny.  Wróciliśmy do akademii, obładowani zakupami. Rosalie otworzyła nam drzwi i wręcz wyrwała mi pizze z rąk. Chciałem ją za to wręcz zamordować.
- Dłużej się nie dało? - roześmiała się. Odłożyliśmy resztę zakupów na podłogę i zasiedliśmy do jedzenia. Sam nie wiem ile zjadłem kawałków ale było ich w chuj dużo. Po skończonym posiłku, wróciliśmy do dekorowania pierników. Ros zrobiła lukier, a my z Viktorią bawiliśmy się pisakami do ozdabiania. Większość pierników była wręcz na odwal ozdobiona lukrem i posypką.
Czas mijał, a my dalej bawiliśmy się piernikami. Koło pierwszej, wszyscy padaliśmy na twarz, ale naszło nas na zrobienie uli. Mieliśmy potrzebne składniki, więc wzięliśmy się do roboty. Foremki znalazły się w moim pokoju, było ich nieco ponad dwadzieścia, pożyczyliśmy kilkanaście z kuchni. Kucharki niechętnie nam je dały, i kazały obiecać że oddamy je zaraz po zrobieniu uli. Zrobiliśmy masę i zaczęliśmy męczyć się z ciastkami. Kolejne dwie godziny lepiliśmy ule. Potem wypełniliśmy je nadzieniem i zamknęliśmy spody andrutami.
Ros zasnęła jako pierwsza w sumie się nie dziwiłem zawsze uwielbiała spać do późna, z Viktorią jeszcze siedzieliśmy i tłumiliśmy głupawkę. Położyłam się na prowizorycznym łóżku, szczerząc się radośnie.
- A nie za wesoło Ci? - roześmiałem się, wskazując na Rosalie, która wierciła się na łóżku. Momentalnie Viktoria ucichła. Nie wiem sam co mnie rozśmieszyło ale zacząłem się śmiać jak opętany.
-Zamknij się i daj mi spać- mruknęła Ros rzucając we mnie poduszką. Nie spodziewałem się ciosu, więc po chwili leżałem jak długi na ziemi powstrzymując śmiech. Viktoria także zaczęła lekko chichotać. Po chwili jednak nam przeszło, na szczęście.
-Z czego w ogóle się tak śmiałeś?- zapytała Torii. Wzruszyłem ramionami wypuszczając resztki śmiechu. Spojrzałem na zegarek, było już sporo po północy.
-Ej jest już wigilia?- zapytałem dla pewności. Dziewczyna kiwnęła głową. Zrzuciłem szybkie "zaraz wracam" w odmętach kuchni znalazłem pluszaka. Wziąłem go i wróciłem z nim do dziewczyny.
-A to nie przypadkiem dla Rosalie?- mruknęła widząc co trzymam.
-Dla ciebie. Wesołych świąt- wyszczerzyłem się podając jej pluszaka.


Viktoria? .-. ta wena poszła w chuj daleki las





poniedziałek, 8 stycznia 2018

od Sama cd. Nicole

Ojciec wyszedł, trzaskając drzwiami. Colli wyrwała się, spojrzałem na nią zmieszany, nie wiedząc co powiedzieć. Teoretycznie, właśnie kazałem ojcu wynosić się ze szpitala,  a nie widzieliśmy się prawie pół roku. Cynamonek płakał, łzy spływały po jej policzkach, a usta drżały. Wyszarpnęła kroplówkę z ręki. Pobiegła do szpitalnej łazienki. Przez chwilę stałem na środku salki jak ostatni ciołek. Po kilku minutach dopiero ogarnąłem, że dziewczyny nie ma. Wybiegłem z pokoju, szukając jej po szpitalnej łazience. Nicole odsunęła się gwałtownie, objąłem ją ramieniem. Nic nie mówiąc, wróciliśmy do jej pokoiku. Położyła się, i zasnęła. Siedziałem jak idiota na krześle, błądząc w internecie. Telefon leżący na parapecie zawibrował. Sięgnąłem po niego po omacku, i odebrałem. Dzwoniła mama Colli. Wyszedłem z salki i kontynuowałem rozmowę z kobietą.
- Więc... Nicole jest w szpitalu? - zapytała, roztrzęsionym głosem. Potwierdziłem informację.
- Powinni ją wypisać do piątku. - dodałem, i usłyszałem jak jej mama wypuszcza powietrze z ulgą. Uśmiechnąłem się delikatnie, nie przerywając rozmowy. Kobieta oznajmiła, że przyjedzie do nas jutro. Zgodziłem się, wiedząc że właśnie podpisałem swoją egzekucję.


***

Rodzice Colli przyjechali wcześniej, niż się spodziewałem. Wyszedłem po nich, i od razu spotkałem się z "oh! co Ci się stało?" "na pewno wszystko dobrze?" i innymi takimi. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, ojciec Colli nie wyglądał na zadowolonego. Wróciłem do pokoiku Nicole, i wpuściłem małżeństwo przodem. Na twarzy dziewczyny pojawiło się zdziwienie, wymieszane z przerażeniem.
- Mamo... - powiedziała cicho.
- Wyglądasz jak duch. - przytuliła ją kobieta. Przyglądałem się im z powagą, zaraz potem złapałem wściekłe spojrzenie Nicole. No tak, mogłem się tego spodziewać.
- Czemu to zrobiłeś? - warknęła, zamieniając mnie w popiół. Otworzyłem usta, ale jej mama mnie wyprzedziła.
- Sama do niego zadzwoniłam, nie obwiniaj go! - uspokoiła dziewczynę. Z ulgą wypuściłem wstrzymywane powietrze. Rodzice Nicole stwierdzili że przenocują gdzieś w hotelu, i jutro z samego rana pojadą. Jak tylko wyszli, dziewczyna położyła się na łóżku i skuliła, podciągając kolana pod brodę.  Nie odważyłem się odezwać, bo widać było, że ma zły humor. Przeszedłem się na miasto, szlajając się jak totalny idiota i nie wiedząc co robić ze swoim życiem. Wróciłem pod wieczór, gdy Nicole już spała. Usiadłem na łóżku, i głaskałem ją chwilę. Położyłem się na swoim prowizorycznym łóżku, i odpaliłem laptopa. Nie miałem nic do roboty, więc założyłem słuchawki i zacząłem błądzić po internecie. Szukałem nowego czapraka dla Noctisa, zgrywałem muzykę i inne takie pierdoły. Koło pierwszej w nocy zamknąłem laptop, i poszedłem spać.

***

- Wstaniesz, czy będziesz spać do południa? - otworzyłem oczy, i prawie zszedłem na zawał, gdy ujrzałem nad sobą Colli. Ubrała się w normalne ciuchy, i nie miała już kroplówki. Położyłem głowę z powrotem na poduszkę, uśmiechając  się. Dziewczyna siedziała na mojej... gdzie do kurwy nędzy jest kołdra? Cynamonek siedział okrakiem na mnie. Dosłownie na mnie. W jej oczach znowu błyskały figlarne świetliki, a skóra odzyskała dawny kolor. Nawet delikatnie się pomalowała, co wcale mi nie przeszkadzało. Pomachała mi wypisem przed twarzą, zaraz potem odłożyła go na szafkę, starając się mnie nie uderzyć. Gdy wróciła do mnie, i przestała odwalać dzikie pląsy by dosięgnąć szafki, usiadła nieco inaczej. Pochyliła się, zbliżając się "niebezpiecznie". Wpiła się w moje usta, równocześnie wplatając palce do moich włosów. Uśmiechnąłem się do siebie, i odwzajemniłem się tym samym. Ktoś tu chyba nie miał na co wydawać kasy, tylko na nowe pomadki. Nie pogardziłem, wręcz przeciwnie, naszła mnie nagła ochota na mango. Zmieniłem szybko zdanie, i stwierdziłem że wystarczą mi usta dziewczyny. Współlokatorów nie mieliśmy, i w sumie dobrze. Z mojego materaca stoczyliśmy się na podłogę, i tym razem to ja byłem na górze.
- Ej! Ja chciałam! - udała obrażoną, i wróciła na swoje miejsce, znów siedząc na mnie okrakiem i wpijając się w moje usta.
- Przyszliśmy się... - drzwi otworzyły się nieco za szybko. Oboje szybko przestaliśmy, zagryzłem zęby, starając się nie zacząć się śmiać. Nicole odwróciła się, wciąż na mnie siedząc. Oparła łokcie o moje kolana. Mógłbym przysiąc, że się uśmiecha. Podnosząc się, przyjebałem głową w szafkę. Jęknąłem głośno, ponownie opadając na materac.


Colli?  ( ͡° ͜ʖ ͡°)

niedziela, 7 stycznia 2018

Od Nicole cd. Sama

- Emm... mam z tatą dosyć napiętą sytuacje. - odparł wymijająco. Założyłam ręce na piersi, uważając na dren i przekrzywiłam głowę oczekując dalszych wyjaśnień. Ciszę przerwał dzwonek telefonu. Sam przeprosił mnie, odebrał telefon i wyszedł z pokoju. Westchnęłam opadając na łózko. Po chwili wrócił z mocniej zbudowanym ale niższym mężczyzną. Zrozumiałam że to jego ojciec, z kulturą chciałam wstać jednak mężczyzna powstrzymał mnie gestem dłoni. Rozmawialiśmy chwilę, wszystko było dobrze ale w którymś momencie dopadł mnie atak kaszlu. Sam nalał mi herbaty i podał, wypiłam dość szybko po czym oddałam mu pusty kubek. Przeraziłam się widząc zaschniętą krew na twarzy bruneta i napuchniętą wargę. Czyżby ojciec go uderzył?
- Colli, to nie tak jak myślisz - burknął, ocierając krew z warg. Obrzuciłam jego ojca nienawistnym spojrzeniem.
- Mhm, na pewno - warknęłam, podchodząc do chłopaka i wciąż paląc mężczyznę wzrokiem. Mogłam się spodziewać że będzie tylko udawał miłego. Sammy przytulił mnie do siebie. Znowu złapał mnie atak nagłego kaszlu, czułam na sobie wzrok bruneta.
- To jest... twoja dziewczyna? - usłyszałam zniesmaczony głos mężczyzny. Nie powiem zabolało, ale nie tak bardzo jak to co powiedział po chwili - Z takim... czymś? -
Oczy momentalnie mi się zaszkliły. Nie tego się spodziewałam na pierwszym spotkaniu.
- Nie waż się tak o Niej mówić - wycedził Sam, obejmując mnie ramieniem. - Tam są drzwi, jak coś ci nie pasuje- powiedział. Mimo iż brunet mnie bronił, nie czułam się z tym lepiej.
- Tak traktujesz swojego ojca? - spojrzał na mnie, zabijając mnie wzrokiem. Odwróciłam głowę, poczułam jak Sam mocniej mnie ściska.
- Wynocha - warknął. Mężczyzna wyszedł, mamrocąc coś pod nosem.
Po wyjściu ojca Sama, wyrwałam się z objęć chłopaka. Spojrzał na mnie zmieszany. Łzy bez opamiętania spływały z moich oczu. Usta mi drżały, nie mogłam wydusić słowa. Odpięłam kroplówkę i wybiegłam z pokoju nie zważając na nic. Wbiegłam do szpitalnej łazienki, spojrzałam w lustro. Wyglądałam jak żywy trup. Na twarzy był jak na razie delikatny zarys kości policzkowych. Po chwili wpadł Sam zdyszany. Nasze spojrzenia spotkały się, szybko odwróciłam wzrok. Podszedł bliżej mnie i dotknął mojej twarzy, odsunęłam się gwałtownie. Nie chciałam by widział mnie w takim stanie. Bez słowa wróciliśmy do pokoju, położyłam się na łóżku i udałam że zasnęłam by Sam mnie o nic nie wypytywał. W końcu jednak naprawdę zasnęłam.

***

Zostałam obudzona następnego dnia przez pielęgniarkę. Podpięła mi kroplówkę, którą wczoraj zdołałam odłączyć i dała leki. Gardło nadal mnie bolało, jedna mogłam już w miarę normalnie mówić a gorączka zeszła całkowicie. Sama nie było obok mnie, nie byłam pewna czy to dobrze, czy źle. Po chwili zobaczyłam jak brunet wchodzi do pokoju z dwoma znajomymi osobami.
- Mamo... - powiedziałam cicho, dość mocno zdziwiona.
- Wyglądasz jak duch - przytuliła mnie ze łzami w oczach. Kiedy w końcu zluzowała uścisk i wstała z łózka, spojrzałam na Sama. Patrzył na mnie poważnym wzrokiem. Czy on naprawdę powiadomił moich rodziców że jestem w szpitalu?
- Czemu to zrobiłeś? - warknęłam paląc wzrokiem bruneta.



Sammy?   I kto tu najbardziej zjebał? XDDD

od Sama cd. Nicole

Za cholerę bałem się tego, co odpowie Nicole.
- To dobrze, poznam w końcu choć trochę twoją rodzinę - stwierdziła z uśmiechem. Najwidoczniej nie bolało ją tak bardzo gardło, skoro wydusiła z siebie normalne zdanie.
- No nie wiem - westchnąłem z rezygnacją. Za dużo gadania. Popatrzyła na mnie zmieszana, zbyłem ją szybko.  Ulotniłem się z pokoju, idąc na dół po kawę. Wypiłem ją przy stoliku, ignorując to że jest w chuj ciepła. Wyrzuciłem plastikowy kubek i przełknąłem ślinę. Gorąca kawa wprost paliła moje gardło. Jak ludzie piją tak ciepłe rzeczy?  Wróciłem do sali, gdzie siedziała Nicole, z założonymi rękami  i fochem na twarzy.
- No to wytłumaczysz mi? - odkaszlnęła. Usiadłem na krześle, i popatrzyłem na nią zmieszany. Milczałem, bawiąc się skrawkiem koszuli.
- Emm... mam z tatą dosyć napiętą sytuację. - odparłem wymijająco. Nicole założyła ręce na piersi, uważając na dren i przekrzywiła głowę, czekając na dalsze wyjaśnienia. Ciszę przerwał dzwonek mojego telefonu. Przeprosiłem Colli,  i ze ściśniętym gardłem odebrałem telefon. Zamknąłem za sobą drzwi.
- Sam, wyjdziesz po mnie, proszę? - zapytał, aż zbyt miłym tonem. Wydałem z siebie zduszone "mhm" i zabrałem kurtkę z krzesła, nie mówiąc nic Nicole.

***

Schodząc po schodach, cudownie się wyjebałem na oczach taty. Pozbierałem się, i przetarłem twarz od śniegu. Na ręce znalazła się krew. Dopiero teraz poczułem piekący ból w dolnej wardze. Zakląłem, i przywitałem się z ojcem.
- Niezdarność Ci nie przeszła. - powiedział z uśmiechem, klepiąc mnie po plecach. Weszliśmy ponownie do szpitala. Zaprowadziłem go do pokoju, gdzie na łóżku siedziała Nicole. Powstrzymał ją gestem przed wstaniem. Rozmawiali chwilę, przyglądałem się im z zainteresowaniem. Colli wyglądała na zrelaksowaną, dopóki nie dopadł jej napad kaszlu. Nalałem jej herbaty, i podałem. Wypiła ją duszkiem, i oddała mi pusty kubek. W jej brązowych oczach pojawił się przestrach, gdy zauważyła zaschniętą strużkę na mojej twarzy i napuchniętą wargę.
- Colli, to nie tak jak myślisz. - burknąłem, ocierając krew z warg. Obrzuciła tatę nienawistnym spojrzeniem.
- Mhm, na pewno. - warknęła, podchodząc do mnie i wciąż paląc ojca wzrokiem. Podszedłem do niej, tuląc ją do siebie, i wdychając zapach cynamonu, którym jak zwykle nasiąknięte były jej włosy. Musze kiedyś podpierdzielić jej ten szampon i się naćpać.  Tata patrzył na mnie jak na popaprańca, który oznajmił że jest gejem i ma zamiar iść wyznawać Wszechmocny Kubek Kisielu. Zignorowałem to, wciąż tuląc do siebie Colli. Dziewczynę znowu złapał atak nagłego kaszlu, spojrzałem na nią ze zmartwieniem.
- To jest... twoja dziewczyna? - zapytał z niesmakiem, patrząc na chudego Cynamonka. Była przerażająco chuda, co teraz dopiero zauważyłem. - Z takim... czymś? - przesadził, i to mocno. Objąłem Nicole ramieniem, stając na przeciwko taty. Byłem od niego wyższy, wyglądało to wprost komicznie.
- Nie waż się tak o Niej mówić. - wycedziłem przez zęby, mierząc go wzrokiem. Uśmiechał się szyderczo. - Tam są drzwi, jak coś Ci nie pasuje. - powiedziałem, równocześnie walcząc z pokusą, by nie pocałować Cynamonka, robiąc na złość ojcu.


Colli? :D Co to się podziało? B)