niedziela, 10 grudnia 2017

Od Nicole cd. Sama

Zarumieniłam się i spuściłam wzrok zawstydzona. Brunet uśmiechnął się do mnie, zrobiłam to samo.
 - Swoją drogą, jestem Sam Winchester. - przedstawił się.
 - Nicole. - odparłam krótko i poprawiłam włosy szybkim gestem widząc że zauważył siniaka. Oblałam się rumieńcem. - Zaprowadzisz mnie do dyrektorki? - zapytałam rozkojarzona, pokiwał głową i poszedł przodem. Nagle jak na złość zaczęło padać. Po chwili byliśmy już przed budynkiem, Sam przepuścił mnie przodem. Podziękowałam grzecznie i rozejrzałam się dookoła. Wydałam z siebie ciche "wow". Sam zaprowadził mnie do gabinetu dyrektorki. Otworzyłam drzwi i weszłam sama. 
-Dzień dobry- przywitałam się zamykając za sobą drzwi.
-Dzień dobry, ty pewnie jesteś Nicole Frost?- uśmiechnęła się do mnie dyrektorka na oko z czterdzieści lat.
-Tak, miło mi- uśmiechnęłam się.
-Mów mi Pani Peek- wyciągnęła do mnie rękę którą uścisnęłam. 
-Ta pogoda dzisiaj to trochę nie najlepsza- zaśmiała się.
-Racja, ładnie mnie przywitało- także się zaśmiałam. Po chwili otrzymałam klucze, rozmawiałyśmy chwilę po czym dość wesoła wyszłam z pokoju. Na mojej twarzy szybko zagościła powaga gdy zobaczyłam chłopaka, ale nie minęła minuta i już szczerzyłam się do niego.
- Pójdę się rozpakować. - powiedziałam, kierując się do pokoju.
- Spoko. Zaczekam w stajni. Z ciekawości... - zaczął, spojrzałam na niego, wydając krótkie "hmm?" -  Miałem w planach popracować z tamtym dupkiem, przyłączysz się? - zapytał. Skinęłam głową i pożegnałam się ze Samem, kierując się do pokoju. 

***
-Wróciłem! Mamo, Tato? Colli gdzie rodzice?- usłyszałam głos brata w przedpokoju.

-Nie ma ich od około dwóch miesięcy- odpowiedziałam nawet nie wstając z fotela.
-I zostawili cię tak samą?
-Ta...
-Colli- stał na przeciw mnie. Nie dokończył zdania. Patrzył się na mnie z ciszą, w jego oczach było widać strach. A może nawet przerażenie? 
-Proszę nie... Znowu...- wydusił tylko to z siebie i podszedł do mnie. Przytulił mnie mocno. Potrzebowałam tego jak cholera.
-Pokaż mi plecy- powiedział.

 Wstałam i zdjęłam bluzkę.
Znalezione obrazy dla zapytania plecy anorektyczki

***
Zbliżał się wieczór, zdążyłam bardzo szybko rozpakować swoje rzeczy. Weszłam do stajni i przywitałam się z Samem.
- Teren? - zapytał, zmieniając zdanie o treningu.
- A mówią że to kobiety są zmienne. - burknęłam, siodłając konia Pokera. Nie chciałam by Demo spierdzielił mi pierwszy dzień w akademii.  Poradziłam sobie dość sprawnie. Sam dosiadł prędko hanowera i wyjechał dalej. Błyskawicznie wsiadałam na swojego rumaka. Ruszyliśmy stępem, Sam znacznie oddalił się od mojego konia. Zrozumiałam od razu o co chodzi. Po wjechaniu na ścieżkę ruszyliśmy kłusem.
- Więc... jak tu trafiłaś? - zagaiłem.

-To długa historia...- zaśmiałam się.
-Ja mam czas- wzruszył ramionami.
-Ech... No dobra- zgodziłam się z niechęcią. Może wyglądam na taką co lubi się chwalić ale tak serio to nie lubię mówić o sobie. Szczególnie znajomym czy komukolwiek. Rzadko ktoś trafia się "godny" mojego zaufania.
-A więc zacznijmy od tego że pochodzę z cholernie bogatej rodziny. Miałam wręcz perfekcyjne oceny. Dostałam szansę na stypendium w Oxfordzie. Jednak im odmówiłam. Mój brat także interesował się końmi i zaraził mnie tym. Wolałam jechać właśnie tutaj. Więc powiedziałam im że jadę do Oxfordu. Dzisiaj rano, mój tata jakoś dowiedział się że go okłamałam
-I cię uderzył?- przerwał mi Sam. Spojrzałam na niego zdziwiona.
Nikt nie był tak bezpośredni. Nikt, nigdy by tak po prostu mi nie przerwał i nie zapytał.
-Widziałeś?- dałam radę tylko to wydusić. Pokiwał twierdząco głową. Jechaliśmy dłuższą chwilę w ciszy. Szczerze mówiąc zadziwił mnie.
-A ty?- uśmiechnęłam się do niego, jak gdyby nigdy nic. W odpowiedzi uśmiechnął się lekko zdziwiony moją szybką zmianą humoru.


Sam? :3

piątek, 8 grudnia 2017

od Sama cd. Mayi

Odliczając to, że napierdalała mnie głowa i za cholerę nie miałem pojęcia gdzie tamten szatan wcielony poszedł, miałem świadomość ze jak mam umierać, to przynajmniej nie zdechnę sam na odludziu. Chłopak co chwilę się oddalał, jednak wracał z kwitkiem.
- Znajdziemy go. - powiedziała blondyna, siląc się na pokrzepiający ton. Skrzywiłem się z bólu, który towarzyszył mi przy każdym ruchu. Cholera. Martwiłem się jednak o tamtego diabła, przywiązałem się do niego. Gdyby nie Noctis, pewnie dawno zdychałbym pod kołdrą z depresją czy cos, nie chciałem stracić... przyjaciela? Przeklinałem własny idiotyzm i niepowagę, przecież zabieranie go w teren tak szybko to najgłupszy pomysł na samobójstwo.
- Nigdzie go nie widać. - oświadczył Rick, po którymś z kolei kursie parędziesiąt metrów we wszystkie możliwe strony. Maya rozejrzała się wokoło, liczyła że go zobaczy?
- Super. - burknąłem załamany. W przeciągu tygodnia zapewne zdążyłem złamać rękę, zgubić konia i prawie się zabić. No, ktoś pobije? Nie mogłem wyrzucić z głowy obrazu przerażonego Noctisa, który pewnie nawet nie co robić. Blondynka zaproponowała nam powrót do Akademii, odchyliłem głowę do tyłu, zastanawiając się ile razy po drodze się wyrżnę. Rick podszedł do swojego karusa, ale powstrzymał się przed wsiadaniem.
- Ty...? - zaczął chłopak. Pokręciłem głową. Podparłem się zdrową ręką i wstałem, podchodząc do tamtej dwójki.
- Pójdę na piechotę. - oznajmiłem i powoli szedłem w stronę Akademii, pomimo że zastanawiałem się nad odpuszczeniem sobie "spaceru". Walczyłem z zawrotami głowy, które dopadły mnie w połowie drogi. Rick starał się przytrzymywać karego konia, który wyrywał mu się do przodu. Gryzły mnie wyrzuty sumienia że powstrzymywałem ich przed szybszą jazdą. Chłopak skwitował to tylko szybkim "nie narzekaj i idź". Mimowolnie się uśmiechnąłem. Mój nadgarstek wciąż pulsował niemiłosiernym bólem, ale przynajmniej nie zdychałem z bólu i nie kwiczałem, jakby ktoś próbował mnie zamordować. Tyle dobrze. Zastanawiało mnie, czy Mayi udało się znaleźć bułanka i czy wszystko z nią ok.
- Fuck. - zatrzymałem się i oparłem zdrową ręką o najbliższe drzewo. Kija widziałem, przed oczami miałem dosłownie ciemność. Zawroty głowy wróciły, myślałem że zaraz stracę przytomność. Po kilku minutach jednak mi przeszło.
- Mam dzwonić po karetkę? - zapytał Rick. Pokręciłem głową, słabo się uśmiechając. - To nie wygląda za dobrze. - zaprzeczyłem i dotaszczyłem się do mojego pokoju. Przejście dosyć dużej ilości schodów nie było moim marzeniem, ale łóżko i zimne okłady to rekompensowały. Odetchnąłem z ulgą, gdy mogłem położyć się i zamknąć oczy. Rękę owinąłem bandażem i posmarowałem jakimś altacetem, na głowę położyłem okład. Sen wydawał się tak bliski, a zarazem odległy. Zadzwonił mój telefon, wyciszyłem go.
- Daj mi umrzeć. - jęknąłem i przewróciłem się na drugi bok, zasypiając.

***

Obudziłem się po jakiś trzydziestu minutach. Zakląłem pod nosem i wstałem z łóżka, kierując się do kuchni z zamiarem zrobienia kawy. Wypiłem napój bogów  i ogarnąłem że coś mi nie pasuje. No nie licząc napierdalającej ręki i głowy, coś jeszcze nie dawało mi spokoju. Noctis! Podniosłem się gwałtownie, może zbyt gwałtownie z kanapy, co skutkowało kolejnymi zawrotami głowy. Założyłem trampki i wyszedłem z pokoju. Gdzie do cholery może być Maya?  Po drodze spotkałem Ricka. Wyglądał jakby miał wyjebane na wszystko i wszystkich. Przywitałem się z nim ponownie. Zaprowadził mnie do pokoju blondynki i oparł się o ścianę. Zapukałem, trochę zbyt głośno.
- Co z Noctis'em? - zapytałem zestresowany, przecież nie ma szans, żeby dziewczyna go znalazła. - Mówiłem że go nie znajdziesz. - Blondynka stała tak przez dobrą chwilę i zastanawiała się nad czymś. Zza jej nóg wybiegł pies o nietypowych oczach. Rick cofnął się i obrzucił zwierzaka nienawistnym wzrokiem.
- Co z Noctis'em? - ponowiłem pytanie, już nieco zirytowany. Dziewczyna uderzyła się otwartą dłonią w czoło. Popatrzyłem na nią, zastanawiając się o co jej chodzi. Maya chwyciła psa za obrożę, gdy ten wrócił po obszczekaniu chłopaka z góry na dół. Dalej spoglądał na zwierzaka wzrokiem typu "spłoń". Maya kazała nam chwilę zaczekać i zamknęła drzwi. Rick pokręcił głową.
- Stary, dalej twierdzę że nieźle przyłożyłeś głową w ziemię.
- Nic poważnego. - zbyłem go, spoglądając na zawiniętą rękę. Będę musiał jechać na prześwietlenie. Po paru minutach z pokoju wyszła blondyna, ubrana w beżowe bryczesy i czerwoną polówkę. Grzecznie szliśmy za Mayą, która zaprowadziła nas do stajni.  W boksie przeznaczonym dla hanowera nie było go. Ogier stał kilka boksów dalej. Wystawił głowę i zarżał przeciągle, uśmiechnąłem się i pogłaskałem go po gorących chrapach. Jego czarny kantar był nieco przekrzywiony, poprawiłem go i przytuliłem dupka.
- Martwiłem się, gnojku. - szepnąłem, głaszcząc jego splątaną sierść. Ulżyło mi w cholerę. Naprawdę bałem się że go stracę. Szybko przestawiłem go do jego boksu i osunąłem się na siano, siadając. Bułanek położył się i ziewnął. Pogłaskałem Noctis'a. Powstrzymałem śmiech, wyglądał tak niewinnie, nie to co dzisiaj w terenie. Maya niepewnie weszła do boksu, Rick zrobił to samo. Dziewczyna klęknęła i pogłaskała go po brzuchu. Sapnął głośno, nie przypominał siebie. Oparłem się głową o ściankę boksu. Noctis szarpnął się gwałtownie, gdy poruszyłem nogą. Szybko jednak się ogarnął i wrócił do odpoczywania, uśmiechnąłem się słabo. Jego sierść zlepiona była od potu, błota i syfu. Będę musiał go wykąpać, chociaż pewnie będzie to duże wyzwanie.  Delikatnie wysunąłem się spod niego, starając się nie spłoszyć bułanka. Dałem mu jeszcze marchewkę, którą udało mi się znaleźć w kieszeni bluzy. Noctis zarżał jeszcze kilka razy, tym razem nie za mną, tylko za jedzeniem. Westchnąłem cicho i dotaszczyłem się zmęczony do swojego pokoju. Rick stwierdził że idzie z psem czy coś takiego. Maya weszła niepewnie do mojego pomieszczonka. Wyjąłem jakąś torbę, znalazłem moje dokumenty, ubezpieczenie i kilka innych rzeczy. W kuchni nalałem wody do szklanki i wziąłem tabletkę przeciwbólową. Blondynka wciąż mi się przyglądała, z zainteresowaniem. Rzuciłem wiązanką przekleństw, nie miałem nigdzie paszportu Noctis'a. Przebrałem trampki na glany i zamiast bluzy zarzuciłem na siebie koszulę. Maya usiadła na łóżku i zaczęła wertować Upiory od Nesbo. Zignorowałem to i poszedłem do łazienki, ogarnąć się i pozbierać jakieś ważniejsze rzeczy. Wyszedłem z pomieszczenia po niecałych pięciu minutach, z biurka wyciągnąłem portfel i sprawdziłem czy mam tam jeszcze jakieś dokumenty. Telefon włożyłem to kieszeni.
- Gdzie jedziesz? - z zamyślenia wyrwał mnie głos dziewczyny, która dalej siedziała na łóżku.
- Do szpitala. - burknąłem. - I nie...
- Jadę z tobą. - przerwała mi. Pokręciłem głową z uśmiechem, ale przystałem na "propozycję" Mayi. Zamknąłem pokój za sobą i poszedłem na parking. Miejmy nadzieję że nie będę musiał zostać na długo, wystarczy mi tylko prześwietlenie i powrót do Akademii. Blondynka usiadła na miejscu pasażera, ja kierowałem. Zastanawiało mnie, gdzie jest najbliższy szpital, Maya też się nie orientowała. Cały dojazd zajął nam niecałą godzinę. Zarejestrowałem się w przychodni i czekałem aż przyjdzie moja kolej. Umierałem z nudów, ludzie wychodzili z gipsem, o kulach albo z usztywnieniem czy szyciem. Przed nami była dziewczyna, w wieku może 15 albo 16 lat. Słaniała się na nogach, utykała i ściskała się za nadgarstek. Po niej była starsza kobieta, której palec był owinięty w bandaż. Czekaliśmy w ciszy. Nastolatka zagryzała zęby, ale po jej policzkach lały się łzy. Weszły one, po kolejnych dwudziestu minutach weszła starsza pani. Oparłem się o krzesło, w głowie wciąż mi się kręciło, a w ręce wciąż pulsował ból.
- Sam Winchester. - podniosłem głowę i wstałem z krzesła. Maya szła za mną, lekarz nie oponował by mi towarzyszyła. Opisałem po krótce sytuacje, co się dzieje i odpowiadałem potulnie na pytania. Mężczyzna o szarych, świdrujących oczach chwycił moją rękę i pytał gdzie boli, jakbym był małym dzieckiem. Przy jednym ze ściśnięć wyrwało mi się soczyste "kurwa!". Zagryzłem zęby i spuściłem wzrok na kolana, chyba nie powinienem był przeklinać. Facet zignorował to i dopisał coś do karty.
- Mówisz, że masz zawroty głowy? - zagaił, przytaknąłem.
- W sensie... miałem. - powiedziałem niepewnie. Lekarz tylko pokiwał głową i znowu dopisał coś do kartki leżącej na jego biurku.
- Pani... - blondynka szybko powiedziała "Maya" żeby nie musieć męczyć się z dodatkowymi formalnościami - Pani Mayu, jeżeli mogę prosić, niech pani wyjdzie na kilka minut. - dziewczyna wstała i wyszła na korytarz. Steve, bo tak miał na imię lekarz dopytywał się o szczegóły mojego upadku. Odpowiadałem spokojnie.
- Zdejmij koszulę i bluzkę. - pierwsza myśl, jaka mnie naszła to było szybkie "wtf, gość jest normalny?" ale wykonałem polecenie. Modliłem się żeby tu nie było żadnej pielęgniarki, albo Mayi. Steve obejrzał w większości moje plecy. Zatrzymał wzrok na ugryzieniach. Zacisnąłem zęby, nie miałem najmniejszej ochoty odpowiadać na te pytania. Na całe szczęście nic nie powiedział. Założyłem bluzkę i koszulę, siadając na krześle.
- Idź na prześwietlenie, potem wróć tutaj. - burknął i podał mi dokumenty. Wstałem i wyszedłem, nieco zdziwiony że poszło to tak długo. Blondynka wstała i szła tym razem za mną. Kolejki na prześwietlenie nie było, więc wszedłem po niecałych pięciu minutach. Tym razem zamiast mężczyzny, była młoda kobieta, której urody dużo dziewczyn mogłoby pozazdrościć. Uśmiechnęła się ciepło i podała mi wszelkie instrukcje. Zrobiłem co trzeba, chociaż gdy ustawiała rękę, zakląłem cicho, miałem nadzieję że tego nie usłyszała. Szybko zrobiła zdjęcia z wszelkich potrzebnych stron mojej ręki. Po paru minutach czekania dostałem wydruki. Wyszedłem z zaciemnionego miejsca i odszukałem wzrokiem Mayę, która sączyła sok z butelki, kupionej pewnie w automacie. Wypiła go do reszty, wyrzuciła pustą butelkę. Wróciliśmy do poczekalni, kolejka była nieco dłuższa, jednak jakże zajebisty lekarz zawołał nas jako trzecich. Maya weszła razem ze mną. Mężczyzna przyglądał się przez chwilę zdjęciom. Wziął jakiś wskaźnik i pokazał jedno miejsce.
- Nie jest to złamanie. - powiedział, widząc że jestem przerażony. Ciekawe jak bardzo idiotycznie musiałem wyglądać. - Wyrokujemy... - zrobił pauzę. Wyglądam jakbym był cofnięty w rozwoju i potrzebował "wyrokowania"? - Pęknięcie kości. - Spodziewałem się czegoś podobnego, ale i tak poczułem zawód. Liczyłem że będzie to tylko nadwyrężenie czy coś, ale pęknięcie będzie równe z założeniem gipsu i braku pracy z Noctis'em. Czyli wszystko co "udało" nam się zdziałać do tej pory pójdzie w niepamięć. Przeklinałem w duchu mój idiotyzm, mogłem nie jechać w tamten teren. Jęknąłem cicho. Założyli mi gips, stwierdzili że za trzy tygodnie mam przyjechać na zdjęcie. Pokiwałem głową i wyszedłem za Mayą. Wsiadłem do auta i chwyciłem kierownicę lewą ręką.
- Kurwa! - rzuciłem wściekle. Blondyna popatrzyła na mnie ze zrozumieniem. - Jakim ja jestem idiotą. - wyjechałem z parkingu i wjechałem na drogę. Dziewczyna włączyła radio, a ja burczałem wściekle pod nosem.

-------
Maya? c: Czo to się stanęło się?
 

czwartek, 7 grudnia 2017

od Mayi cd. Sama

-Nie mógł spierdolić daleko -powiedział słabo Sam, lekko się uśmiechając. Był trochę blady i cały w piachu oraz ziemi. Rick co chwilę oddalał się od nas, próbując dostrzec Noctis'a.
-Znajdziemy go -powiedziałam siląc się na przekonujący ton. Oparty o drzewo chłopak skrzywił się z bólu i najpewniej strachu. Wiedziałam jakie uczucia towarzyszą osobie, która nie ma pojęcia gdzie jest jej pupil.
-Nigdzie go nie widać -powiedział Rick, podjeżdżając do nas. Instynktownie rozejrzałam się wokół, logiczne jednak było, że go nie zobaczę.
-Super -powiedział Sam, słysząc słowa Ricka. Noctis raczej nie mógł być daleko... po prostu się spłoszył.
-Idźcie już do akademii- zwróciłam się chłopaków -Ja poszukam Noctisa.
Obydwoje chcieli zaprzeczyć, jednak ja dosiadałam już Irama. Rick pomógł wstać Sam'owi, po czym chwycił wodze swojego konia -A może zaczekamy tu na ciebie? Nie wiem czy dasz radę doprowadzić go do akademii...-spytał poszkodowany chłopak, jednak ja pokiwałam przecząco głową. Czekałam aż odjadą.
-Ty...? -zaczął Rick, wahając się czy wejść na konia.
-Pójdę na pieszo -oznajmił Sam i powoli ruszył w kierunku Dressage. Rick dosiadł swojego konia i podjechał do Sama. Obydwoje w równym tempie zmierzali do akademii. Nie miałam bladego pojęcia, gdzie mogę szukać tego uciekiniera, ale pomyślałam, że wpierw pojadę do lasu lub chociaż obok niego. Ruszyliśmy szybkim kłusem. Miałam nadzieję, że Iram i Noctis się dogadają. Rozglądałam się wokoło, jednak nic nie przykuło mojej uwagi. W myślach zaznaczyłam sobie pewien obszar, który najpierw przejadę. Już miałam ruszać, gdy po chwili usłyszałam głośne rżenie -Noctis -pomyślałam i pogoniłam Irama. Biegliśmy w kierunku rżenia, a gdy byliśmy dość blisko, do naszych uszu dotarł dźwięk przypominający uderzanie w ziemię. Udało mi się zauważyć ogiera, który uderzał kopytem w ziemię. Zbliżyłam się do konia i dopiero wtedy zobaczyłam, że Noctis zaczepił się o drzewo, a dokładnie gałąź. Zsiadłam z konia na bezpiecznej odległości, po czym podeszłam do uciekiniera. Nerwowo zareagował, więc szybko się cofnęłam. Musiałam się zastanowić, jak do niego podejść, odczepić wodzę i co najgorsze... zaprowadzić do akademii. Sięgnęłam do kieszeni, by wyjąć telefon i sprawdzić, która godzina, jednak zamiast telefonu w poczułam woreczek, który zaraz wyjęłam. Okazało się, że w tej (dość głębokiej) kieszeni mam woreczek z marchewkami i pokrojonym jabłkiem. Zostały z ostatniego spaceru . Wyciągnęłam jedną marchewkę (były trzy) i podeszłam z nią do Noctisa, który bacznie mnie obserwował. Wyciągnął szyję i mocno chwycił marchew, szybko ją zjadając. Powoli do niego podeszłam i poklepałam po szyi.
-Dobry Noctis -powiedziałam, jednak koń lekko skulił uszy. Mimo to nic mi nie zrobił. Odczepiłam ostrożnie wodze i odprowadziłam konia od drzewa, zatrzymując trochę dalej.
-I jak cię zaprowadzić do stajni...-powiedziałam cicho patrząc to na Irama, to na Noctis'a. Miałam chyba jedno wyjście, które nie groziło tym, że Noctis ucieknie. Musiała na nim pojechać, a Irama wołać. Z westchnieniem obróciłam się do siodła, na co ogier zareagował nerwowo. Wyjęłam z siateczki kawałek jabłka i podałam mu, po czym włożyłam nogę w strzemię i "wskoczyłam" w siodło. Noctis, gdy tylko poczuł mnie w siodle, wręcz "podskoczył" i próbował stanąć dęba, jednak szybko zareagowałam skracając wodze. Udało mi się go na chwilę opanować, jednak nie dał za wygraną. Zaczął wierzgać, strzelać z zadu i głośno rżeć. Po chwili wystrzelił galopem, wciąż strzelając barany. Przez ułamek sekundy zachwiałam się i mało nie przechyliłam w lewo, jednak w ostatniej chwili zaparłam się, głębiej siadając w siodle.
Skierowałam go w kierunku akademii. Biegliśmy już kłusem, jednak Noctis wciąż był niespokojny.
-Iram chodź! -powiedziałam i zacmokałam trzy razy, przywołując do siebie konia, który posłusznie pokłusował za nami. Co jakiś czas musiałam go przywoływać i sprawdzać czy biegnie. Ogier, na którym jechałam, kilka razy próbował wyrwać galopem, z czego raz mu się udało, a resztę wstrzymałam cudem. Odwróciłam głowę, zauważając że Iram trochę stracił mną zainteresowanie. Co chwila zwalniał... potrzebował motywacji. Spuściłam wodze, pozwalając ogierowi na galop. Ir widząc, że jestem coraz dalej, również przyspieszył. Byliśmy już niedaleko akademii, więc zwolniłam Noctis'a do kłusa, a zaraz potem stępa. Za to mój koń zaczął stępować będąc bardzo blisko wierzchowca Sama. Ten niestety zareagował nerwowo, chcąc kopnąć. Momentalnie wyciągnęłam lewą rękę, cmokając na Irama, który widząc ten znak natychmiast podjechał do mojej ręki, dotykając jej chrapami. Już to kiedyś ćwiczyliśmy... zdziwiłam się jednak, gdyż było to dawno. Obydwa konie szły równomiernie, jednak zbyt blisko siebie. Chyba nie tylko we mnie rosło napięcie. Skierowałam Noctis'a lekko w prawo, dzięki czemu między nimi zrobiła się większa przestrzeń. W końcu przejechaliśmy przez bramę. Zatrzymałam oba konie, po czym zeskoczyłam z ujeżdżanego. Wokół spacerowali uczniowie, wraz ze swoimi pupilami. Chwyciłam wodze obu, zmierzając do stajni. Za nic nie spodziewałam się tego, zaraz się wydarzy. Iram nieco mnie wyprzedził, zwracając uwagę Noctis'a. Koń w jednym momencie stanął dęba, stresując spacerujące z właścicielami psy, te zaś zaczęły szczekać. Powstał jeden, wielki chaos. Postanowiłam, że najpierw zaprowadzę do boksu Noctis'a, a potem Irama.
-Cześć -powiedziałam do pierwszej dziewczyny jaką zobaczyłam. Szła akurat z czarnym... owczarkiem niemieckim. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem i pogłaskała psa.
-Cześć...-odparła patrząc na obydwa konie, które trzymałam -Co chcesz? -spytała, nim zdążyłam się odezwać. Spojrzała na mnie z lekkim obrzydzeniem i wyższością. Speszył mnie trochę jej wzrok.
-Czy mogłabyś potrzymać jednego z tych koni? -ciepłe pytanie zostało skierowane do stojącej naprzeciw dziewczyny. Przez chwilę zapanowała cisza. Dziewczyna pokręciła lekko głową, po czym przystała.
-Dobra. -powiedziała ze słyszalnym chłodem w głosie, a zaraz po tym chwyciła wodze Irama.
-Dzięki -powiedziałam wciąż ciepłym głosem. Pociągnęłam lekko wodzę Noctis'a, kierując go do stajni. Wystarczył jeden ruch... - szarpnięcie. Mimo zaciśniętej na wodzy ręki, automatycznie ją puściłam, odskakując na bok. Nigdy nic podobnego mi się nie przytrafiło. Noctis zaczął galopować po terenie, strzelać z zadu i głośno rżeć. Okazało się, że przeszkadzały mu dwa inne konie, za którymi ruszył galopem, wraz z kłapiącymi zębami. Ruszyłam za nim w pogoń, jednak czego można było się spodziewać -był zbyt szybki. Dziewczyna z czarnym psem obserwowała mnie z zaskoczeniem i lekkim zaniepokojeniem... w końcu trochę agresywny koń biegał luzem po podwórku. Brykający ogier skręcił w stronę pastwiska, zwalniając. Podejrzewałam, że był głodny. Nie myliłam się. To co jednak zrobił ten koń, zadziwiło mnie bardzo; przestał brykać, przyspieszył do galopu i... skoczył. Przeskoczył płot, lądując na pastwisku Wystraszyłam się bardzo... mógł sobie coś zrobić. Na szczęście na dobre zajął się jedzeniem i bez problemu mogłam wejść na pastwisko. Przysiadłam pod płotem i zaczęłam obserwować konia... był duży i co było widać - silny. Dopiero po chwili przypomniała mi się ta dziewczyna trzymająca Irama... natychmiast poderwałam się do góry i wybiegłam, zamykając za sobą bramkę. Rozejrzałam się wokół, jednak nigdzie nie zauważyłam blondynki z psem. Moja "krótkowzroczność" zapewne była przez rozkojarzenie, gdyż w pewnym momencie dostrzegłam dziewczynę. Stała w trochę innym miejscu, ale wciąż trzymała wodze Irama.
-Dzięki, że go przytrzymałaś -powiedziałam odgarniając włosy i biorąc wodze od dziewczyny. Ona uśmiechnęła się krzywo i szybko zabrała rękę -Śliczny pies -dodałam z uśmiechem, a ona spojrzała na owczarka i znów na mnie, tym razem z westchnieniem.
-Trochę długo to trwało. -odezwała się dziewczyna.
-Wiem i przepraszam, ale widziałaś co się działo -powiedziałam lustrując pasącego się Noctis'a. -A tak w ogóle jestem Maya.
-Viktoria.
-A... okey. Wiesz... ja już chyba pójdę -oznajmiłam i pogłaskałam Irama po chrapach. Viktoria odwróciła się, zmierzając do akademii.
Ja chwilę później znalazłam się w stajni. Otworzyłam boks i wprowadziłam tam konia, po czym odpięłam karabińczyk i wyszłam, zasuwając bramę. Wybiegłam ze stajni, licząc na to, że Noctis nie zwiał z pastwiska. Przeszłam obok kilku osób ze spokojem... przynajmniej dopóki nie usłyszałam znanego mi rżenia.
-No nie no znowu? -powiedziałam do siebie, bojąc się tego, co zastanę. Będąc już przy samym pastwisku, odetchnęłam z ulgą. Noctis biegał w te i wewte, podskakując i stając dęba przy ogrodzeniu.
-Hmm? Konik wskoczył, a wyskoczyć nie może, co? -powiedziałam z uśmiechem, opierając się o ogrodzenie. Ogier ewidentnie nie umiał wydostać się z pastwiska. Otworzyłam ostrożnie bramkę, wślizgując się do środka. Postanowiłam jeszcze poczekać, aż koń się zmęczy. Usiadłam bezszelestnie na trawie, obserwując otoczenie. Miałam ochotę coś zaśpiewać, był to dobry moment. Oparłam się delikatnie o płot i zaczęłam cicho śpiewać dobrze znaną mi piosenkę; Mad world.... dlaczego? Mimo iż była piękna pogoda i wszystko wydawało się wesołe, miałam ochotę na coś smutnego, jednak nie psującego atmosfery i humoru.
 "All around me are familiar faces
Worn out places, worn out faces
Bright and early for the daily races
Going nowhere, going nowhere
"
Nucąc piosenkę zamknęłam oczy, jednak po chwili je otworzyłam i sięgnęłam do kieszeni po telefon, który nagle zaczął wibrować. Dzwoniła mama, jednak ja zamiast odebrać, najpierw spojrzałam na godzinę. Była prawie osiemnasta. Szybkim ruchem anulowałam połączenie i szybko napisałam sms'a do mamy; "Cześć, przepraszam, że nie odebrałam, ale mam ważną sprawę do załatwienia. Oddzwonię za około godzinę."
Skoro było tak późno, oznaczało to że śpię około godziny. Szybko wstałam, po czym zwróciłam uwagę na Noctisa... był spokojny, bardzo spokojny. Podeszłam do niego powoli, jednak nie okazując żadnego strachu. Pozwolił mi nie tylko na podejście, ale też dotknięcie. Pogłaskałam czterokopytnego, po czym chwyciłam wodze i wyprowadziłam konia z pastwiska, kierując nas do stajni. Byłam tak zaspana, że niezbyt ogarniałam rzeczywistość. Uśmiechnęłam się do siebie, słysząc stukot kopyt konia. Wchodząc do stajni, dało się usłyszeć rżenie innych wierzchowców. Gdy byliśmy przed boksem Noctis'a, zarżał on głośno, tym samym unosząc łeb do góry i ciągnąc mnie. Otworzyłam boks, jednak coś podczas tej czynności ukuło mnie w dłoń. Syknęłam cicho, jednak z powodu najprawdopodobniej zaspania, zapomniałam się i puściłam wodzę ogiera. Stał grzecznie, spoglądając na każdy mój ruch z uwagą. Oprzytomniałam trochę, więc dotarło do mnie o co może chodzić Noctis'owi. Z lekkim uśmiechem kątem oka zerknęłam na konia, po czym odwróciłam się udając poważną. Otworzyłam do końca boks i wprowadziłam tam konia, obserwując potajemnie jego reakcję. Gdy tylko położyłam rękę na szczebelku, by "udawać, że zamykam boks" ogier uderzył kopytem w ziemię i zarżał, niemal stając dęba. Zaśmiałam się i weszłam do środka, wyciągając ostatnie jabłko i podając je zwierzakowi. Zjadł przekąskę ze smakiem, a ja w nagrodę za grzeczność poklepałam go po szyi, po czym wyszłam. Wprawdzie nie było jakoś szczególnie późno, ale ja miałam zamiar pójścia spać. Podbiegłam do schodów i weszłam do akademika. Po chwili byłam już w pokoju. Rzuciłam się na łóżko "układając" do snu. Niestety przez moją mistrzowską pamięć byłam zmuszona wstać i nakarmić zwierzęta. Ogarnęłam to bardzo szybko, aż w końcu mogłam spokojnie pójść spać.

* * *
Obudziło mnie pukanie, a raczej głośne uderzanie w drzwi. Otworzyłam drzwi przecierając oczy i odgarniając włosy. Stał tam Sam i Rick. Podejrzewałam, o co może im chodzić. 
-Co z Noctis'em? -zapytał Sam, a jego głosie było słychać zdenerwowanie i zestresowanie -Mówiłem że go nie znajdziesz.
Chwilę tak stałam i zastanawiałam się nad odpowiedzią... w tej chwili z pokoju wybiegł Roki i obiegł w stronę Ricka, który w tym momencie stał oparty o ścianę i ziewał. Na widok psa, który dzień wcześniej go ugryzł, odskoczył i zaczął się cofać. 
-Roki! -krzyknęłam i złapałam psa za obrożę wciągając go z powrotem do pokoju. Rick przeklął pod nosem, Sam zaczął się niecierpliwić. W tamtym momencie przypomniało mi się, że Noctis nie jest we właściwym boksie.
-Co z Noctis'em???


>Shadow? Wiem że zepsułam końcówkę xD <+  a 

od Triss

Wracałam właśnie z treningu z Amorem, zmęczona, ale zadowolona z naszej pracy; poskakaliśmy troszkę, co prawda jeden ze skoków skończył się moim bliskim kontaktem z podłożem, mimo to byłam usatysfakcjonowana tym treningiem. Na moje dobre samopoczucie składał się też fakt, iż było dopiero południe, a pogoda była naprawdę ładna. Uśmiechnęłam się pod nosem i włożyłam do uszu słuchawki, włączając piosenkę Just keep breathing zespołu We The Kings. Dobrze znany mi tekst utworu przenikał przez moje ciało, docierając bez problemu do duszy.
When heaven seems so far away
And dreams are just a memory
Without the dark the light won't show
Remember that you're not alone
Kochałam tą piosenkę, jej tekst, melodię, przekaz. To był jeden z tych utworów, których ile razy byś nie słuchał, za każdym razem tak samo zatapiasz się w ich całości.
When heaven seems so far away
And dreams are just a memory
When love is all too hard to hold
Just take a breath and let it go
Usiadłam na trawie, nie chcąc, aby ta piosenka kiedykolwiek się skończyła. Chwytałam garściami ostatnie słowa utworu, doskonale zdając sobie sprawę, że za kilkanaście sekund się skończy. Chwilę po zakończeniu piosenki, kiedy przebierałam w mojej playliście, szukając kolejnej, podeszła do mnie pani Peek. Szybko wyjęłam słuchawki z uszu i schowałam telefon do kieszeni.
- Dzień dobry - przywitałam się pierwsza i wstałam z trawy, przy okazji nieznacznie otrzepując się z piasku.
- Dzień dobry, Triss - odparła z uśmiechem kobieta. - Ładna dziś pogoda, prawda? - Jej wzrok utkwił na chwilę w pastwiskach, na których spokojnie pasły się konie.
- Ano ładna - odwzajemniłam uśmiech, w duszy błagając, aby nie zapadła niezręczna cisza. Jednocześnie zastanawiałam się, po co tak naprawdę kobieta do mnie podeszła; nie oszukujmy się, nie marnowałaby czasu na pogaduszki o pogodzie. Zwłaszcza ze mną.
- Mam sprawę - zaczęła.  Skinęłam głową, dając jej znać, aby kontynuowała. - Wiesz, moja znajoma prowadzi hodowlę koni holsztyńskich. Ma aktualnie ciężarną klacz, która ma się wyźrebić jakoś niedługo. Problem w tym, że ostatnio sporo jej stajennych się zwolniło, więc nie ma kto zajmować się klaczą, a potem nowo narodzonym źrebakiem. Pomyślałam, że może chciałabyś pomóc? Musiałabyś jeździć dwa razy dziennie do klaczy, ze źrebakiem jeszcze się zobaczy. Hodowla nie jest daleko - Spojrzała na mnie wyczekująco.
- Właściwie to czemu nie... - Odparłam, zastanawiając się nad propozycją. Zupełnie zresztą niepotrzebnie; wiedziałam, że i tak a) nie umiałabym odmówić; b) wizja kontaktu z maluchem była zbyt kusząca. - Od kiedy bym zaczęła?
- Od dzisiaj - przyznała pani Peek. Nie ukrywam, trochę mnie to zdziwiło, ale pokiwałam tylko głową.
- Dobrze... jak mam tam dojechać? Jak się nazywa hodowla? - zapytałam dość niepewnie.
Dyrektorka podała mi wszystkie potrzebne informacje. Dzisiaj miałam być tam  na osiemnastą. Kobieta podziękowała mi i odeszła pospiesznie w stronę biura. Uśmiechnęłam się pod nosem i poszłam do swojego pokoju w celu zrelaksowania się i przygotowania do podróży. Założyłam najcieplejszą bluzę, jaką znalazłam, po czym poszłam po kakao i w między czasie włączyłam jakąś piosenkę. Z cierpliwością obserwowałam podgrzewające się mleko, nie pozwalając sobie nawet na chwilę nieuwagi - miałam już na sumieniu wystarczająco dużo wylanych porcji mleka, a tym razem potrzebowałam kakałka w trybie natychmiastowym. Po niekrótkim dość czasie zdjęłam garnek z kuchenki i przelałam mleko do kubka, do którego uwcześniej nasypałam odpowiednią ilość proszku, za pomocą którego powstawał najlepszy napój na świecie. Z uczuciem satysfakcji i spokoju w duszy delikatnie zamieszałam w kubku, po czym ostrożnie podniosłam go do ust i wypiłam trochę. Usiadłam na kanapie, przełączyłam muzykę na spokojniejszą i przymknęłam oczy. W tamtej chwili nie chciało mi się kompletnie nic, nawet wstać i przejść dwóch metrów, co dopiero jechać do hodowli oddalonej pierdyliard kilometrów ode mnie. Westchnęłam i opatuliłam się kocykiem, uważając aby nie wylać kakałka.
Te parę godzin, jakie miałam do wyjścia, minęły szybciej, niż się spodziewałam. Czułam spore podekscytowanie na myśl o spotkaniu klaczy, która nosi w sobie życie podwójnie. Wzięłam podręczne rzeczy i wyszłam, kierując się od razu w stronę bramy wyjazdowej z Akademii. Wiał przenikliwy wiatr, który sprawił, że mimowolnie skuliłam się i objęłam się rękami. To tylko trochę do przystanku ~ pomyślałam pokrzepiająco i zebrałam się w sobie. Zaraz minie zimno. Właściwie to miałam rację - już po paru minutach dotarłam na przystanek. Zaczynało się robić ciemno, co bynajmniej mnie nie pocieszało. Podbiegłam trochę, widząc przystanek niedaleko mnie. Jak się okazało, przybyłam na niego idealnie, bo chwilę później podjechał autobus. Wsiadłam do niego, z lubością napawając się ciepełkiem. Jechałam niecałe piętnaście minut, jedną słuchawkę miałam wyjętą z ucha, aby słyszeć głos "lektora" informującego o zbliżającym się przystanku. Wysiadłam i szłam sobie, powtarzając sobie w głowie informacje otrzymane od pani Peek. Kiedy ukazała się przede mną tabliczka z nazwą ulicy Poneville, skręciłam w nią, wypatrując hodowli w tych mrokach. Było mi zimno, ale czułam  narastające podekscytowanie. Do zabudowań dotarłam po paru minutach drogi, co niezmiernie mnie ucieszyło,  gdyż chłód przenikał mnie coraz bardziej. Weszłam przez otwartą furtkę na teren hodowli. Tutaj mrok rozpraszany był przez łagodne, ciepłe światło latarni. Pani Peek mówiła, abym udała się do najbliższego budynku, jaki zobaczę. Spojrzałam przelotnie na telefon, była siedemnasta pięćdziesiąt trzy. Czyli byłam nawet przed czasem - to dobrze. W stajni miał ktoś na mnie czekać. Przyspieszyłam więc kroku, nie chciałam, aby ta osoba czekała. Zatrzymałam się przed stajnią, aby się jej przyjrzeć. Budynek był duży, ale nie za duży - zapewne nie była to jedyna stajnia na terenie. Zbudowana była z betonu, w niektórych miejscach były cegły i deski, co nadawało budowli uroczego, przytulnego wyglądu. Weszłam do środka i rozejrzałam się - z boksów, na których widniały metalowe tabliczki z informacjami o danym koniu, patrzyło na mnie sporo ciekawskich, pięknych pyszczków.
- Ykhm - Łagodne chrząknięcie wyrwało mnie z zamyśleń - ty jesteś Triss, tak?
Szybko odwróciłam się i zobaczyłam przed sobą dość wysoką, uśmiechającą się kobietę. Pokiwałam głową i uśmiechnęłam niepewnie.
- Dobrze. Chodź za mną, poznasz się z Dianą i wszystko ci powiem - Ruchem głowy zaprosiła mnie do podążeniu za nią, co szybko zrobiłam.
Doszłyśmy do boksu siwej klaczy, która patrzyła na nas łagodnie z zaciekawieniem.
- Jestem Emily, to jest Diana - zaczęła blondynka - powinna wyźrebić się w przeciągu tygodnia, dwóch. Nie powinnaś mieć problemu z obsługą, ma cudny charakter. Przyjeżdżaj do niej o osiemnastej i szóstej rano, gdyby coś się działo, dzwoń pod mój numer - podała mi numer. -  Ogólnie opieka obejmuje czyszczenie, karmienie i dobrze by było, gdybyście się przeszły codziennie na halę na jakieś dziesięć minut, coby kobita poruszała się trochę. - Pokiwałam głową, a Emily kontynuowała tłumaczenie mi wszystkiego, po czym podziękowała mi i zostawiła sama z przyszłą matką.
Przywitałam się z klaczą i pogładziłam jej duży brzuch z uśmiechem. Wyprowadziłam ją z boksu i wyczyściłam, zachowując delikatność przy brzuchu. Gdy skończyłam, zrobiłam coś, co zawsze chciałam zrobić - przyłożyłam ucho i rękę do jej brzucha i trzymała tak parę minut, czekając na ruch malucha. W końcu poczułam gwałtowny ruch wewnątrz klaczy. Uśmiechnęłam się szeroko i pogładziłam sierść  Diany.
- To twój maluch, Diiś - szepnęłam radośnie i pogłaskałam ją po mięciutkich, ciepłych chrapach.

Po ogarnięciu Diany czas było wracać do Akademii. Doczłapałam na przystanek, miło wspominając chwile spędzone z klaczą. Czekałam trochę na autobus, a kiedy nadjechał, wsiadłam do niego i usiadłam na pojedynczym siedzeniu przy oknie. Nie było tu za dużo osób, zresztą się nie dziwiłam. Na szczęście nie jechałam długo, bo jedyne, o czym w tej chwili marzyłam, to było łóżko. Wysiadłam z autobusu i szybkim krokiem szłam w stronę Akademii. Szłam po chodniku jak najszybciej, aby jak najszybciej znaleźć się pod szybkim kocem. Moja radość była ogromna, kiedy zobaczyłam bramę Akademii. Szybko weszłam na teren i skierowałam się w stronę budynków mieszkalnych. Jak się zaraz okazało, za szybko.
Gwałtownie wpadłam na kogoś.
- Przepraszam - wykrztusiłam odruchowo i cofnęłam się pospiesznie, chcąc jak najszybciej sobie pójść.
- Okej, okej - Chłopak wzruszył ramionami i rozejrzał się. Światło dochodzące z najbliższej latarni (która i tak była daleko) pozwalało mi zobaczyć tylko jeden szczegół z jego wyglądu; miał dość długie, jak na chłopaka, włosy. - Wiesz, gdzie są pokoje? Ciemno tu jak w dupie - mruknął sporo wyższy ode mnie.
Pokiwałam głową, skrępowana nieco jego obecnością, po czym wskazałam mu kierunek, w jakim powinien się udać.



Tajemniczy panie nieznajomy? Tylko nie rób niezręcznej ciszy, Triszek prosi~








środa, 6 grudnia 2017

Mikołajki

Wszystkiego śnieżnego, czy coś! Z okazji Mikołajek, organizuję niewielki konkurs. Jest kilka kategorii.


I Pony Games I

Chyba każdemu znany rodzaj "zawodów" w jeździe konnej. Ta kategoria polega na napisaniu opowiadania o ilości minimum 900 słów, na temat przygotowań do świąt i weekendu w siodle z dziećmi do 13 lat. Ważne, by zawarte zostały tam przynajmniej trzy postacie niezależne i jedna postać z Akademii.
Wymagania:
- minimum 900 słów.
- zawarcie 3 postaci niezależnych i jednej z Akademii

Nagrody:
- Okrycie Hypnosa + 100$ do wybranej postaci < 1 msc.
- Woda Młodości + 50$ do wybranej postaci < 2 msc.
-  Promień Heliosa + 20$ do wybranej postaci < 3 msc.
- 15$ do wybranej postaci < pozostali

II Fotografia II
Tutaj jest większe wyzwanie. Tutaj trzeba wykazać się kreatywnością. Wykonaj dowolne zdjęcie związane z zimą.

Wymagania:
- Zdjęcie wykonane własnoręcznie
- bez dodatkowej obróbki !!!

Nagrody:
- Piorun zeusa + 100$ do wybranej postaci < 1 msc.
- Czarna Orchidea + 50$ do wybranej postaci < 2 msc.
- Promień Heliosa + 20$ do wybranej postaci < 3 msc.
- 15$ do wybranej postaci < pozostali

III Mikołaj z Akademii III


Napisz opowiadanie na minimum 1200 słów, gdzie znajdzie się opis twojej pomocy dla osoby ubogiej, samotnej czy coś podobnego. Tutaj wszystko może się stać.!

Nagrody:

- 90 $ do wybranej postaci < 1msc
- 40$ do wybranej postaci < 2msc
- 20$ do wybranej postaci < 3msc


Miłego :D
Administratorka.
Wyniki: 14 grudnia!

Podsumowanie Listopada

Uczniowie
  Opuścił nas Ryan i Lalisa. Dołączyła za to Nicole
 Serie

Aktualne - Wszystkie serie pozostają aktualne!
Rekord słów - chwilowo zawieszony.
Zakończone - Seria Lalisy i Viktorii została zakończona, z powodu odejścia Lalisy. Przypominam, że na zakończenie jej potrzebna jest zgoda obu stron lub odejście jednej z osób.
Upomnienia - Upomnienia w tym miesiącu otrzymują:
• Jeff 1/3
• Scarlett 1/3
Prosiłabym o napisanie opowiadania bądź zgłoszenie nieobecności.
 Nieobecności -
• Emma melduje nieobecność na czas nieokreślony.
• Dean i Cassie również informują o nieobecności na czas nieokreślony.
• Rick i Nicole też zgłaszają nieobecność na czas nieokreślony.


 Technicznie
W tym miesiącu udało nam się napisać 25 opowiadań.
- Najbliższe eventy: Mikołajki i Świąteczna Atmosfera
- Niedawno wbiliśmy 300 postów!
- Jeszcze 4 dni do rocznicy Dressage Academy! Bardzo proszę o napisanie jakiś wspomnień, związanych z tym czasem, który udało nam się razem spędzić!
- Dodana została zakładka "Plan Lekcji".




Cytat na Listopad
Chcesz dać cytat na kolejny miesiąc? Zgłoś się w komentarzu, na czacie lub howrse :D
Jeśli się poddasz, stracisz to co masz, a jeśli będziesz walczyć zyskasz jeszcze więcej

 Cytat wybrany przez Mayę, czekam na wasze propozycje :D


Pozdrawiam,
Administratorka.

od Viktorii cd. Ricka


Po moim pytaniu zapadła cisza. Bałam się, że chłopak odmówi.
- Okey, spoko - odpowiedział szybko i uśmiechnął się do mnie.
- Serio? - uniosłam brew, nie dowierzając w to co słyszę.
- Tak. Miałem tak samo z Soulem. W sumie to nadal mam, ale jest tak uparty i cholernie wredny że dałem sobie spokój.
-Sugerujesz że Dia będzie taka sama? - westchnęła mdziewczyna, obracając źdźbło trawy w dłoniach.
- Może... Ale w większości zależy to od ciebie. Jeśli jesteś tak samo uparta jak ona to ci się uda - wyszczerzył się. Szybko zgasiłam ten jego uśmieszek idioty.
- No w tym wypadku to masz rację. Ale z tobą to nie wiem, jeszcze Cie kopnie i będzie trzeba opatrywać biedaczka.
- No bez przesady
-Przecież ty już syczałeś na zwykłą wodę utlenioną.- zaśmiałam się na co zmierzył mnie zabójczym wzrokiem.  Zagwizdałam cicho, klacz przybiegła do mnie, cała uwalona od błota, trzymająca w pysku liście. Wyciągnęłam jej rośliny i podpięłam uwiąz, Rick zrobił to samo  z Soulem. Było już ciemno. Pewnie właśnie odwaliłam samobójstwo, ale oparłam się rękami o grzbiet klaczy i podciągnęłam do góry. Poruszyła uszami ale zignorowała to. Zsunęłam się na dół i odetchnęłam z ulgą. Zrobiłam tak jeszcze dwa razy, kusiło mnie żeby na nią wsiąść i pogalopować w cholerę. Ale nie mogłam, jeszcze nie dzisiaj. W oczach klaczy skrzyło się szaleństwo i dzikość. A może wolność? Westchnęłam cicho, i wolnym krokiem skierowałam się do akademii. Rick szedł kilka kroków za mną, wstrzymywał karusa przed odwaleniem dziwnych rzeczy. Po dobrych dwudziestu minutach wróciliśmy do stajni, chłopak odstawił Soula do boksu a ja zabrałam lonżę i ogłowie. Zabrałam klacz na lonżownik, mając w planach wieczorną lonżę. Niewielki budynek był zajęty, więc przeszłam się z nią na ujeżdżalnię. Światła rzucały niewielkie światło, ale wystarczało na tę pół godziny czy tam godzinę. Puściłam klacz luzem, zniżyła głowę i ruszyła szybkim kłusem. Zwolniłam ją szybkim "prrr", karuska przeszła do stępa i zmieniła samowolnie kierunek. Roześmiałam się i pogoniłam ja do kłusa, a zaraz potem do galopu. Zmiany nogi przychodziły jej z łatwością. Nasze ćwiczenia trwały jeszcze dobre dwadzieścia minut. Potem wzięłam ją bliżej siebie i z pomocą schodków wsiadłam na Dię. Wzdrygnęła się i spięła mięśnie. Pogłaskałam ją delikatnie po szyi, klacz przeszła kilka kroków stępem. Poklepałam ją i zsiadłam, decydując się by więcej jej dzisiaj nie stresować. Odstawiłam ją do boksu i wyczyściłam, dodając witamin do kolacji konia. Poszłam do pokoju, Tenebris z radością mnie przywitała i przewróciła na łóżko i wylizała mi twarz swoim szorstkim językiem. Odepchnęłam ją delikatnie, dając jej do zrozumienia że to już koniec zabawy. Wstałam i poszłam do łazienki się umyć. Po piętnastu minutach, już w piżamie położyłam się do łóżka i zabrałam się za Pentagram. Po przeczytaniu kilku rozdziałów zamknęłam książkę i poszłam spać.

***

Obudził mnie mój jakże zajebisty budzik. Przynajmniej był piątek. Wytargałam się z łóżka i postanowiłam, że odpuszczę sobie dzisiejsze lekcje. Osiodłałam North i zaprowadziłam ją na ujeżdżalnię. Ustawiłam sobie parkur, kilka cavaletti i drągi. Dosiadłam klaczy i ruszyłam stępem, w każdym narożniku robiłam wolty, potem robiłam zmiany kierunku i dodania w tym chodzie. Powtórzyłam w kłusie, dodając drągi z wężykiem na długich ścianach. Po dwudziestu minutach zagalopowałam, pogłębiając dosiad w momencie gdy klacz strzeliła barana tylnymi nogami. Zwolniłam ją i jeszcze raz przeszłam do wyższego chodu bez większych problemów. Skoczyłyśmy dwa razy cavaletti a potem najechałam z klaczą na pierwszą przeszkodę, jaką był czerwono biały krzyżak. North postawiła  uszy do przodu i przyspieszyła, wstrzymałam ją i poluzowałam wodze przed skokiem. Wylądowałyśmy gładko po drugiej stronie, poklepałam ją po obu stronach szyi i skierowałam ją na kolejną przeszkodę. Po skoczeniu, tym razem nieco niezdarnym, przeszłam do kłusa i znowu zaczęłam jeździć drągi. Przy furtce stał Rick. Pomachałam mu uśmiechnięta.

< Riczuuu? >