Powitajmy Megan!
Pełny profil
sobota, 9 września 2017
piątek, 8 września 2017
od Triss cd. Dean'a
Ciszę, która zapadła po krótkiej wymianie zdań, przerwało znienacka pytanie Dean'a.
- Od dawna tu jesteś?
Spojrzałam na niego trochę zaskoczona.
- Już jakiś czas tu jestem. - odparłam dość cicho.
- To może chciałabyś mi coś opowiedzieć o tym miejscu? - Drugie pytanie chłopaka troszkę mnie przestraszyło, ale nie dałam po sobie tego poznać.
- A co właściwie chciałbyś wiedzieć? - zapytałam ostrożnie. Co ja właściwie wiem o tym miejscu? Znam ledwo parę osób... ale spróbuję.
- Możesz mnie zaskoczyć. - Uśmiechnął się do mnie.
Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam zastanawiać się, co powiedzieć.
- Czy ja wiem... jest tu szkoła, uczy się w sumie nie tak dużo osób... większość koni jest szkółkowa, reszta prywatna. - zupełnie nie wiedziałam, co powiedzieć, plątałam się trochę, więc chwilowo przerwałam sprawozdanie, czekając na pytania.
- Hmm... okej, a co z terenami? Można jeździć sobie wszędzie, czy jak?
- Tak, to znaczy... no jest parę miejsc, w które lepiej nie chodzić. - bawiłam się swoimi palcami, próbując nie dopuścić do powstania niezręcznej ciszy.
Pokiwał głową, najwyraźniej się nad czymś zastanawiając.
- Jak chcesz, to mogę ci je pokazać... - zaproponowałam niepewnie.
Dean uśmiechnął się.
- Jasne, kiedy masz czas? - spojrzał na mnie wesoło.
- Właściwie to... nawet teraz, Amor chyba już wysechł. - zerknęłam na wielkopolaka jedzącego ze spokojem siano.
- To co, ogarniamy się i jedziemy? - spytał Dean, ja w odpowiedzi pokiwałam głową.
Poszłam do siodlarni po cały potrzebny sprzęt. Bałam się trochę, że Amor nie zaakceptuje Ariocha, a z drugiej strony jeśli polubiliby się, może byłby pewniejszy...
Przyniosłam sprzęt pod boks Amora i wyprowadziłam go. Na szczęście po kąpieli był czysty, pozostało mi tylko wyczyszczenie mu kopyt, co nie zajęło mi dużo czasu. Boks konia Dean'a był niedaleko mojego, widziałam, że chłopak kończy już czyścić, zaczęłam więc siodłać Amora. Narzuciłam na jego grzbiet granatowy czaprak, następnie gąbkę i czarne siodło. Popręg zapięłam na razie na pierwsze dziurki. Założyłam wodze na szyję konia, zdjęłam mu kantar i nałożyłam na głowę ogłowie, po czym pozapinałam wszelkie paski. Wzięłam kask i wyprowadziłam konia przed stajnię, gdzie dopięłam popręg i poczekałam chwilę na Dean'a. Kiedy chłopak dołączył do mnie na dziedzińcu, wsiadłam i poprawiłam się w siodle.
- To prowadź. - powiedział z uśmiechem blondyn, a ja kiwnęłam niepewnie głową i ruszyłam stępem w kierunku wyjścia Akademii.
Po drodze do bramy od strony terenów Dean zadał kilka pytań dotyczących budynków, na które odpowiadałam, miałam jednak wrażenie, że mówię za cicho. Zastanawiałam się, czy nie sprawiam wrażenia chcącej jak najszybciej pozbyć się go dla świętego pokoju, a tego bardzo nie chciałam.
Nie miałam jednak za wiele czasu na przemyślenia, gdyż właśnie opuszczaliśmy teren Akademii, wyjeżdżając na łąki i pola. Daleko przed nami widać było las; to tam chciałam zabrać chłopaka.
- Więc gdzie nie powinienem jeździć? - odezwał się Dean, całkowicie już wyrywając mnie z objęć myśli.
- Całkiem na lewo. Tam jest gospodarstwo pana Henry'ego... - zaczęłam zaplatać małe warkoczyki na grzywie Amora - Nie jest zbyt miły.
- Hah, zapamiętam. Kłusujemy? - zaproponował, kiwnęłam głową. Mój koń był dość spokojny, a co najważniejsze zaakceptował się z Ariochem.
Docisnęłam lekko łydki do jego boków, na co ten zakłusował nieco zbyt gwałtownie, wstrzymałam go trochę wodzami. Zerknęłam za siebie, Dean też już kłusował. Amor rozglądał się trochę, przypominając sobie teren. W sumie dawno tu nie był...
Pogłaskałam go po szyi i usiadłam w siodle. Widoki były piękne. Trawa porastająca łąki mieszała się z wrzosami i innego rodzaju kwiatami. Westchnęłam cicho, miałam ochotę wtulić się w szyję konia. Tęskniłam za terenami na nim; dopiero teraz poczułam, jak bardzo.
- Pięknie tu. - zauważył Dean, w jego głosie słychać było podziw.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Powoli wjeżdżaliśmy do lasu, z miejsca, w którym byliśmy, niedaleko było do mojego celu. Dźwięk kopyt zderzających się z leśną ściółką uspokajał mnie i mało brakowało, a zapomniałabym, że jest ze mną Dean. Na szczęście jednak w porę sobie o nim przypomniałam.
- Do stępa? - zapytałam, po dłuższej chwili zastanawiania się, czy to zaproponować.
Chłopak zgodził się, zwolniłam więc Amora do stajni. Nagle jednak usłyszałam za sobą szuranie i poczułam, jak koń unosi głowę do przodu i wygina się, po czym zaczyna pędzić przed siebie. Straciłam na chwilę równowagę i przechyliłam się niebezpiecznie w siodle, ale na szczęście szybko odzyskałam kontrolę nad ciałem. Odchyliłam się do tyłu i ściągnęłam wodze.
- Eee, prrrrr... - próbowałam go uspokoić. Z oczywistych powodów nie mogłam wjechać na koło, ściągnęłam więc mocniej wodze. Po chwili Amor zaczął zwalniać, w końcu przeszedł do stępa. Pogłaskałam go po szyi i zatrzymałam, aby poczekać na galopującego do mnie spokojnie Dean'a. Wkrótce zatrzymał się obok mnie.
- Wszystko okej? - zapytał z lekkim niepokojem i zmierzył Amora wzrokiem.
- Em... tak, to u niego normalne. - odparłam dość cicho. - Co to właściwie było?
- Nie wiem, chyba jakaś sarna przebiegła daleko za nami. - wzruszył ramionami chłopak. - Daleko jeszcze?
- Nie, kilka minut kłusem.
Zakłusowaliśmy, na szczęście bez żadnych przeszkód, i jechaliśmy w milczeniu, podziwiając widoki, które rozpościerały się obok nas. Piękny, mieszany las o tej porze roku wyglądał cudnie. Jedne z ostatnich promieni słońca oświetlały ścieżkę, którą jechaliśmy, efekt był niesamowity.
Po paru minutach z zadowoleniem stwierdziłam, że jesteśmy na miejscu. Wjechaliśmy na niewielką polankę, pośrodku której znajdowały się "schodki" z wodospadów. Woda migotała w barwach zachodzącego słońca, kaskadami spadała w dół, aby zbić się w całość na dole i popłynąć dalej w postaci niewielkiej rzeki. Uwielbiałam to miejsce, za każdym razem zachwycało mnie tak samo, a nawet i bardziej. Tym razem nie było inaczej.
- I jak? - zerknęłam niepewnie na Dean'a.
Dean? ^^
od Viktorii cd. Triss
Triss przytuliła mnie z uśmiechem. Cieszyłam się, że jej się podoba.
-To urocze. - stwierdziła dziewczyna, po czym zwróciła się do nas. - Impreza imprezą, ale ma ktoś żelki? - wybuchła salwa śmiechu i na stole wylądowały wszelkie słodkości i cała reszta, jaką mieliśmy przy sobie. Triss poszła wraz z Jasonem zrobić kakao z proszku. Sophie i Jess podeszły do mnie i zaproponowały włączenie muzyki, Jess wyszła z pokoju po mojej zgodzie i wróciła z niewielkimi głośnikami. Po chwili zabrzmiała muzyka, zauważyłam że na jednej piosence Triss przymknęła oczy i uśmiechnęła się do siebie, czyli wiedziałam już, jaką piosenkę będę musiała powtórzyć. Podeszłam do Triss i przysiadłam się koło niej, otworzyła oczy i spojrzała na mnie.
- Zamawiamy pizzę? - bardziej stwierdziłam, niż spytałam.
- Jasne, nie zapomnijcie o hawajskiej! - odparła dziewczyna, uśmiechnęłam się zwycięsko i zebrałam resztę zamówień i wyciągnęłam kasę z portfela. Łącznie zostały zamówione 4 pizze, hawajska, serowa i salami. W połowie rozmowy domówiłam jeszcze wegetariańską, dla Sophie, przypomniała się rzucając we mnie popcornem. Stłumiłam śmiech i podałam potrzebne dane. Pizze miały przyjechać do godziny, więc teraz był czas na jakieś głupoty. Sięgnęłam po szampana i otworzyłam go, korek wystrzelił głośno, uderzył w sufit i spadł na podłogę. Zapadła cisza i wszyscy spojrzeli na mnie, po czym nastąpił wybuch śmiechu. Nalałam każdemu i wznieśliśmy toast, Triss niepewnie się uśmiechnęła. Wypiliśmy za dziewczynę i Amora, no i sukcesy każdego z nas. Zaraz po wypiciu toastu, zapukano do drzwi. Zgarnęłam pieniądze ze stołu i otworzyłam drzwi.
- Wow... ale impreza. - roześmiał się dostawca i podał mi cenę. Zapowietrzyłam się lekko, no, powiem że spodziewałam się czegoś niższego.
- Powtórzy... - zamilkłam. I zaczęłam wyliczać pieniądze. - pan cenę?
- 140. - odparł, podałam mu zwitek banknotów, podał mi resztę i dał 4 pizze na chama. Trzasnęłam za nim drzwiami i podniosłam jedzenie do góry. Rzucili się na mnie jak sępy i po chwili pizza była już na talerzach. Wszyscy jedliśmy ze smakiem, na stole znalazły się przeróżne napoje, po uzupełnieniu zapasów picia i jedzenia, zaczęło się milczenie stron. Triss wyłączyła telefon i położyła do na stole, usiadła koło mnie na łóżku. Uśmiechała się niepewnie, nie wiedziałam co powiedzieć, czekałam aż brunetka zacznie rozmowę, ale chyba się do tego nie kwapiła. Poklepałam się w udo, wskoczyła do mnie Tenebris i polizała Triss po twarzy. Zaśmiała się cicho i pogłaskała ją za uchem.
- To... jak Ci się podoba? - zapytałam dziewczyny z uśmiechem.
- Jest... super. - odparła, odwzajemniając uśmiech. Skinęłam głową i pociągnęłam łyka coli, Triss popatrzyła na mnie i wstała z łóżka, podchodząc po kolejny kawałek pizzy. Chwyciłam swój kawałek i ugryzłam go, jak ja dawno jadłam pizzę. Sprawdziłam godzinę na telefonie, zbliżała się cisza nocna, ale od czego są zasady? Raczej po to, aby je łamać. Olałam system i wróciłam do reszty, zapodałam jakąś muzykę i znowu atmosfera wróciła do normy. Przerwało ją pukanie do drzwi, spojrzeliśmy po sobie, nikt nie zapraszał żadnych innych gości. Rzuciłam im przerażone spojrzenie, zostałam wypchnięta w stronę drzwi z przerażonymi uśmiechami. Otworzyłam drzwi z bijącym sercem, stała tam pani Peek.
- Viktoria Embress oraz Triss Brown? - zapytała lodowatym tonem, obrzucając nas morderczym spojrzeniem.
- Tak. - powiedziałam, poczułam że za mną staje Triss.
- Co macie na swoją obronę? - spojrzała na nas morderczo. Czułam się jakbym zapomniała języka.
-------
Trisz? Dostaniemy opieprz? :>
-To urocze. - stwierdziła dziewczyna, po czym zwróciła się do nas. - Impreza imprezą, ale ma ktoś żelki? - wybuchła salwa śmiechu i na stole wylądowały wszelkie słodkości i cała reszta, jaką mieliśmy przy sobie. Triss poszła wraz z Jasonem zrobić kakao z proszku. Sophie i Jess podeszły do mnie i zaproponowały włączenie muzyki, Jess wyszła z pokoju po mojej zgodzie i wróciła z niewielkimi głośnikami. Po chwili zabrzmiała muzyka, zauważyłam że na jednej piosence Triss przymknęła oczy i uśmiechnęła się do siebie, czyli wiedziałam już, jaką piosenkę będę musiała powtórzyć. Podeszłam do Triss i przysiadłam się koło niej, otworzyła oczy i spojrzała na mnie.
- Zamawiamy pizzę? - bardziej stwierdziłam, niż spytałam.
- Jasne, nie zapomnijcie o hawajskiej! - odparła dziewczyna, uśmiechnęłam się zwycięsko i zebrałam resztę zamówień i wyciągnęłam kasę z portfela. Łącznie zostały zamówione 4 pizze, hawajska, serowa i salami. W połowie rozmowy domówiłam jeszcze wegetariańską, dla Sophie, przypomniała się rzucając we mnie popcornem. Stłumiłam śmiech i podałam potrzebne dane. Pizze miały przyjechać do godziny, więc teraz był czas na jakieś głupoty. Sięgnęłam po szampana i otworzyłam go, korek wystrzelił głośno, uderzył w sufit i spadł na podłogę. Zapadła cisza i wszyscy spojrzeli na mnie, po czym nastąpił wybuch śmiechu. Nalałam każdemu i wznieśliśmy toast, Triss niepewnie się uśmiechnęła. Wypiliśmy za dziewczynę i Amora, no i sukcesy każdego z nas. Zaraz po wypiciu toastu, zapukano do drzwi. Zgarnęłam pieniądze ze stołu i otworzyłam drzwi.
- Wow... ale impreza. - roześmiał się dostawca i podał mi cenę. Zapowietrzyłam się lekko, no, powiem że spodziewałam się czegoś niższego.
- Powtórzy... - zamilkłam. I zaczęłam wyliczać pieniądze. - pan cenę?
- 140. - odparł, podałam mu zwitek banknotów, podał mi resztę i dał 4 pizze na chama. Trzasnęłam za nim drzwiami i podniosłam jedzenie do góry. Rzucili się na mnie jak sępy i po chwili pizza była już na talerzach. Wszyscy jedliśmy ze smakiem, na stole znalazły się przeróżne napoje, po uzupełnieniu zapasów picia i jedzenia, zaczęło się milczenie stron. Triss wyłączyła telefon i położyła do na stole, usiadła koło mnie na łóżku. Uśmiechała się niepewnie, nie wiedziałam co powiedzieć, czekałam aż brunetka zacznie rozmowę, ale chyba się do tego nie kwapiła. Poklepałam się w udo, wskoczyła do mnie Tenebris i polizała Triss po twarzy. Zaśmiała się cicho i pogłaskała ją za uchem.
- To... jak Ci się podoba? - zapytałam dziewczyny z uśmiechem.
- Jest... super. - odparła, odwzajemniając uśmiech. Skinęłam głową i pociągnęłam łyka coli, Triss popatrzyła na mnie i wstała z łóżka, podchodząc po kolejny kawałek pizzy. Chwyciłam swój kawałek i ugryzłam go, jak ja dawno jadłam pizzę. Sprawdziłam godzinę na telefonie, zbliżała się cisza nocna, ale od czego są zasady? Raczej po to, aby je łamać. Olałam system i wróciłam do reszty, zapodałam jakąś muzykę i znowu atmosfera wróciła do normy. Przerwało ją pukanie do drzwi, spojrzeliśmy po sobie, nikt nie zapraszał żadnych innych gości. Rzuciłam im przerażone spojrzenie, zostałam wypchnięta w stronę drzwi z przerażonymi uśmiechami. Otworzyłam drzwi z bijącym sercem, stała tam pani Peek.
- Viktoria Embress oraz Triss Brown? - zapytała lodowatym tonem, obrzucając nas morderczym spojrzeniem.
- Tak. - powiedziałam, poczułam że za mną staje Triss.
- Co macie na swoją obronę? - spojrzała na nas morderczo. Czułam się jakbym zapomniała języka.
-------
Trisz? Dostaniemy opieprz? :>
Uwaga!
Hejka. Ja tu z poważniejszym tematem, bo nie ukrywam, że jestem zdenerwowana.
*Kazanie Alert*
Kuźwa mać. Czy tak trudno jest zrozumieć, że ja też mam szkołę? Nie siedzę jebane 24/7 na DA/komputerze. Nie zawsze mam czas aby wstawić opowiadanie/postać/odpisać na czacie czy gdziekolwiek. Mam przyjaciół, kumpli i rodzinę, jak każdy, spotykam się z nimi często. No i mam naukę. Ale to pewnie żadne wytłumaczenie, czyż nie? Nie jestem jedna. Są trzy adminiki, ale oczywiście opieprz dostaję ja, czyż nie? To zawsze mi się dostaje.
" Shaaaad! Bo opko masz wstawić!!" Które, do cholery? Nie zawsze orientuje się kto jest kim i kiedy mi je wysyłał, może zgubiło się gdzieś w czeluściach wiadomości? Może po prostu zostało usunięte podczas automatycznego czyszczenia? hmm?
"Shadow! Wstaw postać"
"Szafaaaa a kiedy konkurs?"
"Szadzioo a zrób coś tam" no ja się na wasz rozkaz wysrać ani roztroić nie umiem... Nie jestem jedyna, nie tylko do mnie musicie kierować swoje skargi. Tak samo Huncwotka jak i Masło wam pomogą, mnie może nie być o 25.77 dnia 32 lutego. No proszę ja was, każdy ma swoje życie prywatne... WYROZUMIAŁOŚĆ czy tak trudno o to w XXI wieku?!
*koniec Kazanie Alert*
Dziękuję za przeczytanie, i mam nadzieję że do was trafi...
~Shadow i reszta administracji.
*Kazanie Alert*
Kuźwa mać. Czy tak trudno jest zrozumieć, że ja też mam szkołę? Nie siedzę jebane 24/7 na DA/komputerze. Nie zawsze mam czas aby wstawić opowiadanie/postać/odpisać na czacie czy gdziekolwiek. Mam przyjaciół, kumpli i rodzinę, jak każdy, spotykam się z nimi często. No i mam naukę. Ale to pewnie żadne wytłumaczenie, czyż nie? Nie jestem jedna. Są trzy adminiki, ale oczywiście opieprz dostaję ja, czyż nie? To zawsze mi się dostaje.
" Shaaaad! Bo opko masz wstawić!!" Które, do cholery? Nie zawsze orientuje się kto jest kim i kiedy mi je wysyłał, może zgubiło się gdzieś w czeluściach wiadomości? Może po prostu zostało usunięte podczas automatycznego czyszczenia? hmm?
"Shadow! Wstaw postać"
"Szafaaaa a kiedy konkurs?"
"Szadzioo a zrób coś tam" no ja się na wasz rozkaz wysrać ani roztroić nie umiem... Nie jestem jedyna, nie tylko do mnie musicie kierować swoje skargi. Tak samo Huncwotka jak i Masło wam pomogą, mnie może nie być o 25.77 dnia 32 lutego. No proszę ja was, każdy ma swoje życie prywatne... WYROZUMIAŁOŚĆ czy tak trudno o to w XXI wieku?!
*koniec Kazanie Alert*
Dziękuję za przeczytanie, i mam nadzieję że do was trafi...
~Shadow i reszta administracji.
od Deana cd. Triss
- Ładne imię. - Uśmiechnąłem się do nieznajomej.
- Dziękuję. - Odpowiedziała lekko zszokowana.
Bez dłuższego przedłużania ruszyliśmy w stronę toru do crossu. Po drodze nie rozmawialiśmy tylko uważnie oglądaliśmy ogiera. Koń biegał sobie jakby nigdy nic. Na miejscu postanowiliśmy podejść do niego z dwóch stron. Nieznajomy mi zwierzak uciekał, kiedy tylko któreś z nas podeszło za blisko. Jednak nie na tak blisko, aby złapać uwiąz. Bardziej wyglądało to jakby robił nam na złość niż był teraz przestraszony. Minęło sporo czasu nim udało mi się go w końcu złapać. Zaczął wierzgać i rzucać łbem. Od razu przybiegła do nas Triss. Zaczęła go uciszać. Chwilę zajęło jej, aby jakoś go uspokoić. Oddałem w międzyczasie uwiąz mojej nowej znajomej i już we trójkę ruszyliśmy w stronę stajni.
- Dziękuję za pomoc. Bez Ciebie męczyłabym się z nim znacznie dłużej.
- Jak się nazywa?
- Amor, ma pięć lat. A Ty masz konia? - Zapytała z ciekawości.
- Tak ma na imię Arioch, też jest ogierem.
- Ciekawe imię.
- Dziękuję.
- Też masz z nim takie kłopoty? - Westchnęła po chwili. Zaczęła gładzić wolną dłonią szyję swojego wierzchowca.
- Oj tak. Miewa swoje humorki i wtedy najdrobniejsze czynności są istną męczarnią.
Weszliśmy do budynku, dziewczyna wprowadziła niezadowolonego ogiera do boksu i dobrze zamknęła drzwiczki.
Na korytarzu praktycznie jak spod ziemi ukazał nam się blondyn. Podszedł do nas i od razu się przywitał.
- Jestem Jason. - Podał mi rękę na przywitanie.
- Dean. - Uścisnąłem jego dłoń.
- Słuchajcie mam prośbę. Niestety muszę wcześniej skończyć dzisiaj. A do lonżowania zostały mi cztery konie. Pomożecie? - Uśmiechnął się.
- Jasne. - Odpowiedziałem.
- Pewnie. - Zgodziła się dziewczyna. - Jakie konie?
- Vivo, Lilo, Raw i... - Zawiesił się na chwilę, aby pomyśleć. - Antyk. - Dokończył z uśmiechem.
- Nie ma problemu.
- Triss pokaż nowemu co i jak. Ja muszę już uciekać. Pa. - Po tych słowach odwrócił się na pięcie i zniknął.
- Jak coś biorę Vivo i Lilo.
- Nie ma problemu.
Dziewczyna pokazała mi szybko co gdzie jest i mogliśmy przystąpić do zajmowania się wierzchowcami. Zacząłem od Antyka. Biały hanower wyszedł posłusznie z boksu. Nie sprawiał najmniejszych problemów podczas czyszczenia sierści i kopyt. Tak więc pielęgnacja poszła szybko i łatwo. Odwiązałem wałacha, zmieniłem uwiąz na lonżę i ruszyłem na lonżownik. Na drugim z nich była już Triss. Po kilkunastu minutach skończyłem ćwiczenia z koniem i odstawiłem do boksu. Nie chciało mi się już biegać i zmieniać uwiąz na lonżę więc przyczepiłem ją do kantaru drugiego ogiera. Z nim było trochę ciężej. Ponieważ cały czas wierzchowiec interesował się mną. Wiercił się i starał jak najlepiej mi przyjrzeć oraz obwąchać. Bardziej wyglądało to, jak przepychanka niż pielęgnacja. W końcu jednak udało się i ruszyliśmy na lonżownik. Tam już jego zachowanie się zmieniło. Skupił się na moich poleceniach. Bez najmniejszego problemu się dogadaliśmy i szło nam jak po maśle.
Po zakończeniu ćwiczeń poszedłem do siodlarni, aby odłożyć rzeczy. Tam spotkałem Triss. Dziewczyna kończyła porządkować porozrzucane przedmioty.
- Jak można być tak niechlujnym. - Mruknęła.
- Niektórzy tacy są. - Westchnąłem.
Nastała chwila ciszy.
- Od dawna tutaj jesteś? - Zapytałem znienacka. Spojrzała na mnie zaskoczona.
- Już jakiś czas tutaj jestem.
- To może chciałabyś mi coś opowiedzieć o tym miejscu?
- A co chciałbyś wiedzieć?
- Możesz mnie zaskoczyć. - Uśmiechnąłem się do dziewczyny.
Triss? (Mam nadzieję, że Ci się spodoba ^^ )
- Dziękuję. - Odpowiedziała lekko zszokowana.
Bez dłuższego przedłużania ruszyliśmy w stronę toru do crossu. Po drodze nie rozmawialiśmy tylko uważnie oglądaliśmy ogiera. Koń biegał sobie jakby nigdy nic. Na miejscu postanowiliśmy podejść do niego z dwóch stron. Nieznajomy mi zwierzak uciekał, kiedy tylko któreś z nas podeszło za blisko. Jednak nie na tak blisko, aby złapać uwiąz. Bardziej wyglądało to jakby robił nam na złość niż był teraz przestraszony. Minęło sporo czasu nim udało mi się go w końcu złapać. Zaczął wierzgać i rzucać łbem. Od razu przybiegła do nas Triss. Zaczęła go uciszać. Chwilę zajęło jej, aby jakoś go uspokoić. Oddałem w międzyczasie uwiąz mojej nowej znajomej i już we trójkę ruszyliśmy w stronę stajni.
- Dziękuję za pomoc. Bez Ciebie męczyłabym się z nim znacznie dłużej.
- Jak się nazywa?
- Amor, ma pięć lat. A Ty masz konia? - Zapytała z ciekawości.
- Tak ma na imię Arioch, też jest ogierem.
- Ciekawe imię.
- Dziękuję.
- Też masz z nim takie kłopoty? - Westchnęła po chwili. Zaczęła gładzić wolną dłonią szyję swojego wierzchowca.
- Oj tak. Miewa swoje humorki i wtedy najdrobniejsze czynności są istną męczarnią.
Weszliśmy do budynku, dziewczyna wprowadziła niezadowolonego ogiera do boksu i dobrze zamknęła drzwiczki.
Na korytarzu praktycznie jak spod ziemi ukazał nam się blondyn. Podszedł do nas i od razu się przywitał.
- Jestem Jason. - Podał mi rękę na przywitanie.
- Dean. - Uścisnąłem jego dłoń.
- Słuchajcie mam prośbę. Niestety muszę wcześniej skończyć dzisiaj. A do lonżowania zostały mi cztery konie. Pomożecie? - Uśmiechnął się.
- Jasne. - Odpowiedziałem.
- Pewnie. - Zgodziła się dziewczyna. - Jakie konie?
- Vivo, Lilo, Raw i... - Zawiesił się na chwilę, aby pomyśleć. - Antyk. - Dokończył z uśmiechem.
- Nie ma problemu.
- Triss pokaż nowemu co i jak. Ja muszę już uciekać. Pa. - Po tych słowach odwrócił się na pięcie i zniknął.
- Jak coś biorę Vivo i Lilo.
- Nie ma problemu.
Dziewczyna pokazała mi szybko co gdzie jest i mogliśmy przystąpić do zajmowania się wierzchowcami. Zacząłem od Antyka. Biały hanower wyszedł posłusznie z boksu. Nie sprawiał najmniejszych problemów podczas czyszczenia sierści i kopyt. Tak więc pielęgnacja poszła szybko i łatwo. Odwiązałem wałacha, zmieniłem uwiąz na lonżę i ruszyłem na lonżownik. Na drugim z nich była już Triss. Po kilkunastu minutach skończyłem ćwiczenia z koniem i odstawiłem do boksu. Nie chciało mi się już biegać i zmieniać uwiąz na lonżę więc przyczepiłem ją do kantaru drugiego ogiera. Z nim było trochę ciężej. Ponieważ cały czas wierzchowiec interesował się mną. Wiercił się i starał jak najlepiej mi przyjrzeć oraz obwąchać. Bardziej wyglądało to, jak przepychanka niż pielęgnacja. W końcu jednak udało się i ruszyliśmy na lonżownik. Tam już jego zachowanie się zmieniło. Skupił się na moich poleceniach. Bez najmniejszego problemu się dogadaliśmy i szło nam jak po maśle.
Po zakończeniu ćwiczeń poszedłem do siodlarni, aby odłożyć rzeczy. Tam spotkałem Triss. Dziewczyna kończyła porządkować porozrzucane przedmioty.
- Jak można być tak niechlujnym. - Mruknęła.
- Niektórzy tacy są. - Westchnąłem.
Nastała chwila ciszy.
- Od dawna tutaj jesteś? - Zapytałem znienacka. Spojrzała na mnie zaskoczona.
- Już jakiś czas tutaj jestem.
- To może chciałabyś mi coś opowiedzieć o tym miejscu?
- A co chciałbyś wiedzieć?
- Możesz mnie zaskoczyć. - Uśmiechnąłem się do dziewczyny.
Triss? (Mam nadzieję, że Ci się spodoba ^^ )
od Irmy cd. Rekera
No i super! Od jutra jesteśmy wolontariuszami więc teraz będziemy mogli pomagać tym biednym zwierzętom! Schronisko w sumie miało łącznie osiemset zwierząt. Czterysta psów, dwieście kotów, sto pięćdziesiąt dwa konie oraz czterdzieści osiem ptaków. Inaczej mówiąc schronisko duże i aż się dziwiłam że ludzie nie wspierają ich! Miałam tylko nadzieję że reszta tych wolontariuszy będzie miła i że nikt nie będzie zwracał uwagi na nasze nazwiska… Podczas całej drogi powrotnej głaskałam pieski, które cały czas na mnie patrzyły i trzymały swoje łebki na moich kolanach, a kiedy przyjechaliśmy z powrotem do willi, psiaki radośnie wyskoczyły z auta rozglądając się po wielkim terenie. Po krótkiej rozmowie z „przerażającym” Maksem, poszliśmy do naszych pokoi, gdzie psiaki były bardzo zainteresowane nowym otoczeniem, lecz od razu się skierowaliśmy do łazienki, gdzie zaczęliśmy myć psiaki pod prysznicem. O dziwo psiaki dobrze się bawiły i chyba polubiły kąpanie! Z początku bałam się że będzie walka i uciekanie, ale one „atakowały” wodę i merdały cały czas ogonami. Po udanym kąpaniu, psiaki otrzepały się z wody, wprost na nas więc cali mokrzy byliśmy ale zadowoleni. Wysuszyliśmy psiaki ręcznikami i wypuściliśmy je po pokoju, gdzie każdy znalazł sobie jakieś wygodne posłanie, bo jak się okazało ich cudownie przybyło podczas naszej nieobecności w pokoju, więc Maks zapewne musiał to załatwić! Później każdy psiak dostał do miseczek drogą karmę oraz puszki z mięsem które miały po 94 procent mięsa, oraz świeżą wodę. Psiaki spałaszowały wszystko ze smakiem, więc musieliśmy im znowu dosypać suchej karmy, a one po posiłku zasnęły w swoich posłaniach zadowolone.
- Reker? - zaczełam.
- O co chodzi kochanie? - spytał.
- Może… Kupimy jakieś specjalistyczne karmy i wszystko dla schroniska? Na pewno te pieniądze pójdą na leki i wszystko, a zwierzaków jest bardzo dużo w dodatku cześć w złym stanie jeszcze, bo przecież zostały odebrane właścicielom… - powiedziałam w końcu.
- Masz rację… Może zapytamy się stajennych ile dziennie jedzą konie, czego dokładnie potrzebują, bo szczerze mówiąc to się na tym za bardzo nie znam… - westchnął.
- Ja niestety też – westchnęłam – Wstyd przyznać, ale musimy się wiele nauczyć! - dodałam na co skinął głową i wyszliśmy po cichu z pokój, zostawiając smacznie śpiące psiaki same. No… zapomniałam wspomnieć że Blue i inne psiaki już się z nimi zapoznały! Poszliśmy szybkim krokiem w stronę stajni, gdzie „złapaliśmy” jakiegoś stajennego, który się nieco zdziwił że wypytujemy się go o takie rzeczy i chyba się nieco wystraszył, bo był spięty, więc pewnie obawiał się że możemy go zwolnić za niewystarczającą wiedzę czy coś, czego nie zamierzaliśmy! Wyjaśniliśmy mu więc do czego jest nam ta wiedza i poprosiliśmy żeby o tym nikomu nie mówił jak na razie, na co się zgodził zdziwiony, ale zaczął nam wszystko wyjaśniać ile koń je, na co zwracać uwagę i w ogóle wszystko! Później wróciliśmy do pokoju, gdzie zjedliśmy kolację i zaczęliśmy szukać specjalnych karm dla zwierząt które wcale tanie nie były, ale czego się dla dobra zwierząt nie robi? W sumie zamówiliśmy po 600kg dla psów, 600kg dla kotów, 800kg dla koni i 300kg dla ptaków, czyli w sumie 2300kg jedzenia, plus 500 belek siana oraz słomę, a to wszystko miało być dostarczone rano dla schroniska albo popołudniu! No i oczywiście lizawki też zostały zakupione dla koni! Wszystko zostało zapłacone przez nas, więc schronisku zostało tylko odebrać to od kurierów… Następnie jeszcze przelałam na konto schroniska kolejny milion, bo jak podliczyłam ile leki mogą kosztować i wszystko, to stwierdziłam że potrzeba jest więcej, zważywszy że niektóre zwierzęta potrzebowały długiego leczenia!
- Ciekawe czy zmieści się to im w magazynie – spytałam tuląc się do Rekera.
- Najwyżej kogoś wynajmiemy żeby zrobił szybko większy magazyn albo nowy – rzekł Rekuś, chwilę jeszcze porozmawialiśmy i poszliśmy spać.
**
Następnego dnia obudziliśmy się o godzinie szóstej rano. Szybko wyprowadziliśmy psiaki z pokoju na dwór, jedliśmy coś i wyjechaliśmy z willi Maksa zanim się obudził bo spał zazwyczaj do 9 albo 10 rano… Tym razem pojechaliśmy audi s8 czy co to tam jest i pojechaliśmy do schroniska. Pani Bella powitała nas na miejscu z szerokim uśmiechem i akurat wpadliśmy na dostawę do schroniska, czym pan Bell była zdziwiona, lecz po chwili zrozumiała że to my… Podziękowała nam bardzo i ku naszej uldze mieli bardzo duży magazyn, więc było dobrze! Dała nam przepustki oraz niebieskie koszulki z napisem „Wolontariusz schroniska”, które założyliśmy tak samo jak i przepustki, które mieliśmy na smyczkach, a na koszulkach mieliśmy jeszcze narysowane postacie psa, kota i konia. Zapoznała nas z innymi wolontariuszami, którymi byli: Adam, Grace, Mia oraz Izabel. Zaczęliśmy karmić wszystkie zwierzęta, które chętnie jadły drogą karmę i w ogóle, ale pracy było naprawdę bardzo dużo i aż się dziwiłam że tak szybko wszystko ogarniamy! Niektóre zwierzęta oczywiście były strachliwe, ale robiliśmy przy nich bardzo powolne ruchy by się tak nie czuły zagrożone, rzucaliśmy im jakieś smakołyki, które pałaszowały nieco ze strachem ale merdały na końcu ogonkami leciutko, co było dobrym znakiem! Od Adama trzymałam się nieco z daleka, bo się nieco bałam ale skupiłam się na pracy więc tak źle nie było! W sumie to polubiliśmy tych ludzi, bo byli mili i chętnie dawali nam wskazówki, bo byli tu dłużej niż my… Do schroniska przywieziono później ciężko wychudzonego konia który ledwie stał na nogach i po prostu krew siew nas gotowała! Jak można było zrobić zwierzęciu taką krzywdę?! Nie chcesz zwierzęcia to go oddaj a nie się nad nim pastwisz bydlaku! Pomagaliśmy weterynarzom uspokoić zwierze, lecz najlepiej o dziwo radził sobie Reker i Adam! Nie chcieliśmy aby koń stresował się tyloma nowymi ludźmi więc ja wraz z innymi dziewczynami poszłyśmy zmieniać opatrunki innym zwierzętom. Część koni wypuściliśmy na padoki co dobrze się czuły, a inne doglądaliśmy. W sumie to robota była cały czas, bo co chwilę monitorowaliśmy stan chorych zwierząt. Dosłownie pot leciał nam po tyłkach i ciągle biegaliśmy ale nie narzekaliśmy! Wiedzieliśmy ze to ciężka praca… A pomaganie zwierzętom podobało nam się, bo mogliśmy polepszyć ich stan i daliśmy szansę na lepsze życie! Później było wyprowadzanie psów co było ciężkie ale w sumie wszyscy się uśmialiśmy z różnych sytuacji. Kiedy skończyliśmy i na zegarach była godzina 16, wraz z Rekerem i resztą wolontariuszy byliśmy w stajni, bo koń załapał kolkę i musieliśmy go co jakiś czas prowadzać na zmianę. Wiedziałam co to kolka… Mój Alkatras prawie przez nią umarł! Na szczęście z tego wyszedł! Koń który dostał kolkę miał na imię Pegaz i był to siwy wałach. W sumie mu się polepszyło dzięki lekom i stałej obserwacji, bo w razie czego byliśmy gotowi biec po weterynarzy, którzy obecnie zajmowali się innymi złymi przypadkami. Kiedy Pegazowi się w końcu polepszyło, była godzina 18, więc odczuliśmy wielką ulgę! W międzyczasie oczywiście znowu nakarmiliśmy zwierzęta, a kiedy kończyliśmy, nagle przyszła do nas pani Bell.
- Irma, Reker ktoś do was przyszedł – poinformowała nas, a my się zdziwiliśmy.
-----------------------------------------------------------------------
< Reker? ;3 no to Maks i Eric wejście smoka? xdd >
- Reker? - zaczełam.
- O co chodzi kochanie? - spytał.
- Może… Kupimy jakieś specjalistyczne karmy i wszystko dla schroniska? Na pewno te pieniądze pójdą na leki i wszystko, a zwierzaków jest bardzo dużo w dodatku cześć w złym stanie jeszcze, bo przecież zostały odebrane właścicielom… - powiedziałam w końcu.
- Masz rację… Może zapytamy się stajennych ile dziennie jedzą konie, czego dokładnie potrzebują, bo szczerze mówiąc to się na tym za bardzo nie znam… - westchnął.
- Ja niestety też – westchnęłam – Wstyd przyznać, ale musimy się wiele nauczyć! - dodałam na co skinął głową i wyszliśmy po cichu z pokój, zostawiając smacznie śpiące psiaki same. No… zapomniałam wspomnieć że Blue i inne psiaki już się z nimi zapoznały! Poszliśmy szybkim krokiem w stronę stajni, gdzie „złapaliśmy” jakiegoś stajennego, który się nieco zdziwił że wypytujemy się go o takie rzeczy i chyba się nieco wystraszył, bo był spięty, więc pewnie obawiał się że możemy go zwolnić za niewystarczającą wiedzę czy coś, czego nie zamierzaliśmy! Wyjaśniliśmy mu więc do czego jest nam ta wiedza i poprosiliśmy żeby o tym nikomu nie mówił jak na razie, na co się zgodził zdziwiony, ale zaczął nam wszystko wyjaśniać ile koń je, na co zwracać uwagę i w ogóle wszystko! Później wróciliśmy do pokoju, gdzie zjedliśmy kolację i zaczęliśmy szukać specjalnych karm dla zwierząt które wcale tanie nie były, ale czego się dla dobra zwierząt nie robi? W sumie zamówiliśmy po 600kg dla psów, 600kg dla kotów, 800kg dla koni i 300kg dla ptaków, czyli w sumie 2300kg jedzenia, plus 500 belek siana oraz słomę, a to wszystko miało być dostarczone rano dla schroniska albo popołudniu! No i oczywiście lizawki też zostały zakupione dla koni! Wszystko zostało zapłacone przez nas, więc schronisku zostało tylko odebrać to od kurierów… Następnie jeszcze przelałam na konto schroniska kolejny milion, bo jak podliczyłam ile leki mogą kosztować i wszystko, to stwierdziłam że potrzeba jest więcej, zważywszy że niektóre zwierzęta potrzebowały długiego leczenia!
- Ciekawe czy zmieści się to im w magazynie – spytałam tuląc się do Rekera.
- Najwyżej kogoś wynajmiemy żeby zrobił szybko większy magazyn albo nowy – rzekł Rekuś, chwilę jeszcze porozmawialiśmy i poszliśmy spać.
**
Następnego dnia obudziliśmy się o godzinie szóstej rano. Szybko wyprowadziliśmy psiaki z pokoju na dwór, jedliśmy coś i wyjechaliśmy z willi Maksa zanim się obudził bo spał zazwyczaj do 9 albo 10 rano… Tym razem pojechaliśmy audi s8 czy co to tam jest i pojechaliśmy do schroniska. Pani Bella powitała nas na miejscu z szerokim uśmiechem i akurat wpadliśmy na dostawę do schroniska, czym pan Bell była zdziwiona, lecz po chwili zrozumiała że to my… Podziękowała nam bardzo i ku naszej uldze mieli bardzo duży magazyn, więc było dobrze! Dała nam przepustki oraz niebieskie koszulki z napisem „Wolontariusz schroniska”, które założyliśmy tak samo jak i przepustki, które mieliśmy na smyczkach, a na koszulkach mieliśmy jeszcze narysowane postacie psa, kota i konia. Zapoznała nas z innymi wolontariuszami, którymi byli: Adam, Grace, Mia oraz Izabel. Zaczęliśmy karmić wszystkie zwierzęta, które chętnie jadły drogą karmę i w ogóle, ale pracy było naprawdę bardzo dużo i aż się dziwiłam że tak szybko wszystko ogarniamy! Niektóre zwierzęta oczywiście były strachliwe, ale robiliśmy przy nich bardzo powolne ruchy by się tak nie czuły zagrożone, rzucaliśmy im jakieś smakołyki, które pałaszowały nieco ze strachem ale merdały na końcu ogonkami leciutko, co było dobrym znakiem! Od Adama trzymałam się nieco z daleka, bo się nieco bałam ale skupiłam się na pracy więc tak źle nie było! W sumie to polubiliśmy tych ludzi, bo byli mili i chętnie dawali nam wskazówki, bo byli tu dłużej niż my… Do schroniska przywieziono później ciężko wychudzonego konia który ledwie stał na nogach i po prostu krew siew nas gotowała! Jak można było zrobić zwierzęciu taką krzywdę?! Nie chcesz zwierzęcia to go oddaj a nie się nad nim pastwisz bydlaku! Pomagaliśmy weterynarzom uspokoić zwierze, lecz najlepiej o dziwo radził sobie Reker i Adam! Nie chcieliśmy aby koń stresował się tyloma nowymi ludźmi więc ja wraz z innymi dziewczynami poszłyśmy zmieniać opatrunki innym zwierzętom. Część koni wypuściliśmy na padoki co dobrze się czuły, a inne doglądaliśmy. W sumie to robota była cały czas, bo co chwilę monitorowaliśmy stan chorych zwierząt. Dosłownie pot leciał nam po tyłkach i ciągle biegaliśmy ale nie narzekaliśmy! Wiedzieliśmy ze to ciężka praca… A pomaganie zwierzętom podobało nam się, bo mogliśmy polepszyć ich stan i daliśmy szansę na lepsze życie! Później było wyprowadzanie psów co było ciężkie ale w sumie wszyscy się uśmialiśmy z różnych sytuacji. Kiedy skończyliśmy i na zegarach była godzina 16, wraz z Rekerem i resztą wolontariuszy byliśmy w stajni, bo koń załapał kolkę i musieliśmy go co jakiś czas prowadzać na zmianę. Wiedziałam co to kolka… Mój Alkatras prawie przez nią umarł! Na szczęście z tego wyszedł! Koń który dostał kolkę miał na imię Pegaz i był to siwy wałach. W sumie mu się polepszyło dzięki lekom i stałej obserwacji, bo w razie czego byliśmy gotowi biec po weterynarzy, którzy obecnie zajmowali się innymi złymi przypadkami. Kiedy Pegazowi się w końcu polepszyło, była godzina 18, więc odczuliśmy wielką ulgę! W międzyczasie oczywiście znowu nakarmiliśmy zwierzęta, a kiedy kończyliśmy, nagle przyszła do nas pani Bell.
- Irma, Reker ktoś do was przyszedł – poinformowała nas, a my się zdziwiliśmy.
-----------------------------------------------------------------------
< Reker? ;3 no to Maks i Eric wejście smoka? xdd >
Subskrybuj:
Posty (Atom)

