Kończyłam lekcje wychowaniem fizycznym, nie było obowiązkowe ale nie chciało mi się jeszcze wyjeżdżać z Akademii na lotnisko... Podobno ktoś miał dołączyć do naszej szkoły, ale po cholerę prawie pod koniec roku?! Ja rozumiem- w drugim semestrze ale że podczas ważnych przejazdów i testów?! No... dobra, nie moja decyzja - nie mój interes... Po skończonym w-f', przebrałam się w jeansy, białą koszulkę i czerwono-niebieską koszule. Szybko przejrzałam się w lustrze, upięłam włosy w niedbałego koka i zabrałam kluczyki leżące na komodzie.
-Wyjeżdżam-powiedziałam do Tenebris która pomerdała radośnie ogonem słysząc mój głos i wstała z miejsca w nadziei że wezmę ją ze sobą, jej wyraz, orzechowych oczu, był tak błagalny, że nie mogłam jej odmówić.
-No chodź.-uśmiechnęłam się i poklepałam w kolana, podskoczyła radośnie i podbiegła do mnie, dopięłam smycz i zaprowadziłam na tylne siedzenie mojego nowego auta, psinka usiadła grzecznie (pozory mylą...) zamknęłam drzwi a sama wsiadłam na miejsce kierowcy, włożyłam kluczyki z breloczkiem w kształcie podkowy i zapaliłam silnik, Tene zaskomliła cicho kiedy auto wyjechało z terenu Akademii i zmierzało w stronę autostrady, włączyłam radio ale po chwili uznałam że zaraz trafi mnie szlag... Jednak cisza jest ciekawsza od disco polo.
-To co? Jak myślisz, mordko? Będzie miała konia?-zapytałam mojego psa, owczarek tylko podniósł głowę i dalej oddawał się błogiej czynności zwanej spaniem. Nim zdążyłam się zorientować, byłam już przy lotnisku i prawie je ominęłam. -cholera no!-mruknęłam i szybko skręciłam w stronę wjazdu, zaparkowałam auto i wyjęłam Tenebris z auta która dosłownie wylewała się z niego, tak to jest kiedy pies zasypia.. znów zapięłam smycz o jej szarą obroże i zaczęłam prowadzić ją do najbliższego samolotu który przylatywał z Austrii. Zauważyłam trochę zagubioną dziewczynę, mającą przy sobie kota i konia, miała dosyć dziwny kolor włosów; zielony, cóż nie byłam fanką tego koloru ale dobra. Spojrzała w moją stronę i uśmiechnęła się niepewnie.
-Viktoria jestem. To ciebie miałam odebrać?-zapytałam a ona obejrzała się na mnie i na moje kolorowe włosy, pewnie nóż przy pasie i czarny pies nie wyglądał za dobrze, przez jej twarz przebiegł cień zdziwienia, nie wiem czy myślała że nie widzę czy co... Zakodowałam to sobie w pamięci, na przyszłość. Może się przydać.
-Tak.-odparła chłodno i zmierzyła mnie znów wzrokiem.-to jedziemy?-dodała trochę cieplej.
-Cia...-mruknęłam i wzruszyłam ramionami, równocześnie odchodząc w stronę auta, Scarlett; bo tak miała na imię, wprowadziła swojego karego kuca do przyczepy gdzie zwykle podróżowała North i Amidia, coś mi się wydaje że tym dwóm szatanom nie spodoba się inny koń... Wpakowałam Tenebris na tylne siedzenie i odpięłam smycz, zielonowłosa usiadła na siedzeniu pasażera z przodu. Kot dziewczyny usiadł jej na kolanach a czarna błyskawica (aka Tenebris zwana leniuchem) zaczęła warczeć na zwierzaka.
-Cisza!-krzyknęłam na nią, uciszyła się ale dalej cicho warczała.
-Ciekawy pies. Masz konia?-zapytała mnie a ja spojrzałam na nią.
-Mam dwa.-krótka odpowiedź i znów skupiłam się na drodze... Czekałam na kolejne pytania Scarlett, sięgnęłam po kawę i wypiłam z niej spory łyk.
>Lett? :3 <
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
od Silvestra cd. Rosalie
-Wiesz, dopiero teraz zauważyłem, jakie masz piękne
oczy.-uśmiechnąłem się, a Rosalie spłonęła rumieńcem.
-Ty też.-powiedziała cicho, po czym szybko dodała-Już
opatrzyłam, jeszcze tylko plaster i gotowe.
Pokiwałem głową, a Rosalie nakleiła mi plaster na łuk
brwiowy i uśmiechnęła się lekko.
-Dzięki.-powiedziałem.-Chcesz może poćwiczyć ze mną na hali?
Idę z Comodo na trening samodzielny i pomyślałem, że może poszłabyś z nami.
-Jasne.-odpowiedziała dziewczyna.
-To co, idziemy do stajni?-zaproponowałem, na co Ros kiwnęła
głową.
Wyszliśmy z budynku i skierowaliśmy się w stronę stajni. Z
daleka doszło do mnie cienkie rżenie.
-To Angel.-powiedziała rozbawiona Rosalie.
Weszliśmy do budynku i podeszliśmy do boksów swoich koni. Wszedłem do
Comodo, który zarżał cicho. Zaśmiałem się i pogłaskałem wałacha, który trącił
mnie pyskiem. Dałem mu marchewkę, po czym cmoknąłem dając koniowi znak, aby
szedł za mną, i wyszedłem z boksu. Usłyszałem kroki konia za sobą i
uśmiechnąłem się lekko. Commy stał spokojnie na korytarzu, czekając zapewne, aż
zacznę go czyścić. Przypiąłem uwiąz do jego kantara i uwiązałem go luźno, a sam
poszedłem po szczotki i sprzęt.
-Idę po rzeczy.-rzuciłem do Rosalie, która czyściła Angel.
-Yhyym.-odparła.
Szedłem szybkim krokiem do siodlarni. W końcu przewiesiłem
przez jedną rękę siodło z czaprakiem i ogłowie, a do drugiej wziąłem skrzynkę
ze szczotkami i ochraniaczami. Ruszyłem z powrotem do konia, uważając, żeby nic
mi nie spadło.
-Pomóc ci może…?-usłyszałem głos Rosalie przypatrującej mi
się.
-Nie, dzięki.-uśmiechnąłem się i podrzuciłem lekko czarne
siodło.
Dziewczyna rzuciła szybkie spojrzenie na sprzęt.
-Skokówka?-zapytała
przekrzywiając lekko głowę w bok.
Kiwnąłem potwierdzająco głową i położyłem siodło na wieszaku
obok boksu Comodo. Ogłowie powiesiłem na haczyku i zacząłem czyścić
wierzchowca, który już po kilku minutach szybkiego, dokładnego czyszczenia,
lśnił. Zostały mi już tylko kopyta, które szybko ogarnąłem.
-Jak tam? Gotowi?-spytała Ros, trzymając wodze Angel.
-Jeszcze się siodłamy.-odparłem i zarzuciłem czaprak na
grzbiet mojego kompana, w następnej kolejności siodło wylądowało na nim.
Założyłem wałachowi ochraniacze i ogłowie bez problemów.
-Gotowi.-powiedziałem i z zadowoleniem poklepałem konia.
Rosalie bez słowa wyszła ze stajni i skierowała się na halę.
Poszedłem za nią puszczając wodze Comodo, który i tak szedł za mną, dotykając
chrapami mojego ramienia. Doszliśmy na halę, otworzyłem drzwi, po czym
czekając, aż Rosalie wejdzie, zamknąłem je. Dziewczyna dopięła popręg, po czym
podciągnęła się na grzbiet karej klaczy. Szybko zrobiłem to samo, już z
grzbietu Comodo spojrzałem na Ros.
Inni uczniowie akurat opuszczali halę, więc niedługo potem
mieliśmy ją tylko dla siebie. Rosalie stępowała w sporej odległości ode mnie.
Dałem wałachowi długą wodzę, aby rozgrzał się przed treningiem. Ten z
przyjemnością wyciągnął szyję, rozglądając się radośnie i strzygąc uszami. Uśmiechnąłem
się, i po kilkunastu minutach stępa skróciłem wodze.
-Kłusem?-zwróciłem się do Rosalie, ta pokiwała głową.
Przyłożyłem łydki do boków konia
trochę mocniej, Comodo zakłusował energicznie, był jednak opanowany. Z zadowoleniem
pogłaskałem go po kasztanowatej szyi i anglezowałem, zgrywając się z rytmicznym
kłusem oldenburga. Rosalie kłusowała na przeciwnej ścianie, ruch jej klaczy był
naprawdę piękny, musiałem to przyznać. Rozejrzałem się i zauważyłem drągi na
przekątnej, postanowiłem na nie najechać. Pochyliłem się w lekkim półsiadzie,
kiedy nogi Comodo unosiły się podczas pokonywania drążków. Zobaczyłem Rosalie,
która kręciła ósemki w kłusie. Uśmiechnąłem się na widok dziewczyny siedzącej w
pełnym siadzie, ze skupioną miną.
Po ćwiczeniach w kłusie nadszedł czas na
galop. Usiadłem głęboko w siodle i przyłożyłem łydki do boków konia, a ten
ruszył rytmicznym galopem. Angel także, na polecenie Ros, zagalopowała. Przesunąłem
ręce z wodzami nieznacznie do przodu i cmoknąłem cicho, co wałach odebrał
prawidłowo jak sygnał „Przyspiesz!”. Z zadowoleniem wykonał polecenie, a ja
pochyliłem się w półsiadzie. Po kilku kółkach zwolniłem do stępa.
-Ja zaczynam skakać.-oznajmiłem Rosalie.
-Dobrze sobie radzicie.-powiedziała dziewczyna.
-Dzięki, wy też.-uśmiechnąłem się i spojrzałem jej w oczy na
chwilę.
Zsiadłem z konia i
ustawiłem kilka przeszkód, po czym wsiadłem i zagalopowałem. Najechałem na
pierwszą przeszkodę, kopertę. Dodałem trochę, aby wyrobić się z odpowiednim
wybiciem, które udało się. Po udanym skoku Comodo szarpnął radośnie łbem. Zaśmiałem
się cicho i skierowałem nas na wyższą stacjonatę, tutaj też poszło dobze,
chociaż wałach trochę zbyt późno się wybił powodując chwilowe wybicie z rytmu.-Skaczecie z nami?-zapytałem Rosalie, która kiwnęła głową i zagalopowała, aby dołączyć.
Tym razem jechałem na 90-centymetowego wzwyż, i około 70-centymetrowego oksera. Skupiłem się i przytrzymałem lekko Comodo, aby nie pędził i nie wybił się za wcześnie. Udało się; wałach oddał harmonijny i płynny skok, zaraz potem skręciłem na metrową stacjonatę. Znów z powodzeniem, zachęcony takim obrotem spraw najechałem na kolejną metrówkę, tym razem skończyło się to
głuchym uderzeniem drąga w podłoże. Nie przejąłem się tym
zbytnio i najechałem na małą kopertę, po czym przeszedłem do kłusa. Rosalie i
Angel skakały jeszcze przez chwilę.
Pogłaskałem kasztana i zwolniłem do stępa, Rosalie poszła w
moje ślady. Spojrzała na mnie, jakby chciała coś powiedzieć.
-W sumie chciałabym zobaczyć konie szkółkowe, może po treningu pójdziemy?-zapytała z lekkim uśmiechem.
-Jasne.-zgodziłem się.-I dziękuję za opatrunek.
>Ros? ^^ <
niedziela, 23 kwietnia 2017
piątek, 21 kwietnia 2017
od Rick cd. Cass
Nie mogłem nad sobą zapanować. W ogóle nie wiedziałem co się w około mnie dzieje. Czułem się coraz gorzej. Nagle ktoś potrząsnął moim ramieniem i ‘powróciłem na ziemię’. Odwróciłem się gwałtownie i zobaczyłem brata Cass, stajennego i właścicielkę akademii.
-Karetka zaraz będzie. Rush, Jason pomóżcie mu wstać. Pewnie stracił dużo krwi.- powiedziała właścicielka akademii a Rush i Jason podeszli bliżej mnie.
-Nic mi nie jest.- powiedziałem i wstałem powoli. Jęknąłem.
-Dam radę...- zapewniłem ich gdy zechcieli mi pomóc. Jednak ból był nie do zniesienia. Przed oczami miałem kolorowe plamy. Upadłem na ziemię i straciłem przytomność.
***
Obudziłem się w jakimś ogromnym, białym pomieszczeniu. Nagle przede mną pojawiła się moja młodsza siostra – Sophie. Uśmiechała się. Podbiegłem do niej i przytuliłem ją. A ona jakby się rozpływała w mych ramionach. Puściłem ją a ta padła na ziemię. Była martwa. Wszędzie była krew. Na dodatek ja trzymałem w dłoni zakrwawiony nóż. Wypuściłem go natychmiast z rąk.
-Nie. To nie ja ją zabiłem. To tylko jakiś koszmar.- powiedziałem sam do siebie ciężko oddychając.
***
Tym razem obudziłem się naprawdę. Miałem maskę tlenową na twarzy. Rozejrzałem się dookoła. Szare, ponure ściany i szpitalne, puste łóżka. Super, trafiłem do szpitala. Gorzej być nie mogło. Chciałem się podnieść ale ktoś mnie powstrzymał.
-Powinieneś leżeć. Zawołam doktora i powiem mu że się obudziłeś. I nie zdejmuj maski.- powiedziała pielęgniarka wychodząc z sali. Po pięciu minutach przyszedł doktor.
-Wreszcie się pan obudził. Byłeś nieprzytomny przez trzy dni. Lepiej żebyś nic nie mówił. Masz rozcięty łuk brwiowy i brzuch. Ale pozszywaliśmy wszystko i jest ok. Niestety możliwe że będzie miał pan bliznę na brzuchu. Póki co proszę nie dotykać bandaży. Jest pan jeszcze osłabiony więc radzę samemu jeszcze nie wstawać. Miał pan sporo transfuzji.- odpowiedział lekarz sprawdzając coś w monitorze. Miałem przyczepioną kroplówkę i krew. Żeby durny kamień doprowadził mnie prawie do śmierci?! I do tego jeszcze będę miał bliznę?! Super! Miałem nadzieję że Cass jest cała i zdrowa.
Cass? A może Rush? sory musiałam
-Karetka zaraz będzie. Rush, Jason pomóżcie mu wstać. Pewnie stracił dużo krwi.- powiedziała właścicielka akademii a Rush i Jason podeszli bliżej mnie.
-Nic mi nie jest.- powiedziałem i wstałem powoli. Jęknąłem.
-Dam radę...- zapewniłem ich gdy zechcieli mi pomóc. Jednak ból był nie do zniesienia. Przed oczami miałem kolorowe plamy. Upadłem na ziemię i straciłem przytomność.
***
Obudziłem się w jakimś ogromnym, białym pomieszczeniu. Nagle przede mną pojawiła się moja młodsza siostra – Sophie. Uśmiechała się. Podbiegłem do niej i przytuliłem ją. A ona jakby się rozpływała w mych ramionach. Puściłem ją a ta padła na ziemię. Była martwa. Wszędzie była krew. Na dodatek ja trzymałem w dłoni zakrwawiony nóż. Wypuściłem go natychmiast z rąk.
-Nie. To nie ja ją zabiłem. To tylko jakiś koszmar.- powiedziałem sam do siebie ciężko oddychając.
***
Tym razem obudziłem się naprawdę. Miałem maskę tlenową na twarzy. Rozejrzałem się dookoła. Szare, ponure ściany i szpitalne, puste łóżka. Super, trafiłem do szpitala. Gorzej być nie mogło. Chciałem się podnieść ale ktoś mnie powstrzymał.
-Powinieneś leżeć. Zawołam doktora i powiem mu że się obudziłeś. I nie zdejmuj maski.- powiedziała pielęgniarka wychodząc z sali. Po pięciu minutach przyszedł doktor.
-Wreszcie się pan obudził. Byłeś nieprzytomny przez trzy dni. Lepiej żebyś nic nie mówił. Masz rozcięty łuk brwiowy i brzuch. Ale pozszywaliśmy wszystko i jest ok. Niestety możliwe że będzie miał pan bliznę na brzuchu. Póki co proszę nie dotykać bandaży. Jest pan jeszcze osłabiony więc radzę samemu jeszcze nie wstawać. Miał pan sporo transfuzji.- odpowiedział lekarz sprawdzając coś w monitorze. Miałem przyczepioną kroplówkę i krew. Żeby durny kamień doprowadził mnie prawie do śmierci?! I do tego jeszcze będę miał bliznę?! Super! Miałem nadzieję że Cass jest cała i zdrowa.
Cass? A może Rush? sory musiałam
od Rosalie cd. Silvester
Spojrzałam na chłopaka. Dopiero teraz zauważyłam że leci mu krew z nosa i ma porządnie rozciętą brew.
-Trzeba to opatrzyć.- powiedziałam. Ves jednak wzruszył ramionami.
-Nie, to nawet nie boli.- machnął lekceważąco ręką
-Ale może wejść zakażenie.- stwierdziłam. Silvester już nic nie powiedział. Martwiłam się o niego. Co z tego że to była jedna, mała rana. W sumie jednak nie taka mała. Z małej ranki nie spływałoby tak dużo krwi.
-Proszę, zrób to dla mnie. Jeśli nie zgodzisz będę mieć wyrzuty sumienia.- poprosiłam go patrząc mu w oczy. Jednak nie odwróciłam wzroku kiedy napotkałam jego spojrzenie. Chłopak uśmiechnął się delikatnie.
-Dobrze.- powiedział i zawrócił konia. Także to zrobiłam. Po chwili już galopowaliśmy w stronę akademii. Gdy po około piętnastu minutach dotarliśmy do budynku, zsiedliśmy z koni i przywiązaliśmy do płotu. Weszliśmy do akademii i skierowaliśmy się do pomieszczenia pielęgniarki.
-Dzień Dobry!- przywitałam ją na wejściu jednak jej jak zwykle nie było.
-Sama to zrobię, siadaj Silvester.- wskazałam na łóżko. Chłopak usiadł i obserwował co robię. Włączyłam radio, bo czułam się trochę krępująco. Zaraz mieli puścić piosenkę o miłości Ellie Goulding - Love Me Like You Do. Uwielbiam tą piosenkę. Jednak w tym momencie musiałam się powstrzymać od tańczenia i śpiewania. Wzięłam wodę utlenioną, chusteczki i gaziki. Podeszłam do chłopaka, położyłam obok niego wodę utlenioną i gaziki. Chusteczkami zaczęłam delikatnie wycierać krew.
-Naprawdę przepraszam cię za brata. On taki nie jest.- powiedziałam próbując wyrzucić z siebie ostatnie wyrzuty sumienia. Chłopak nie odpowiedział nic tylko patrzył mi w oczy. Przyznam że to bardzo krępujące. Czekałam w duchu że chłopak coś powie, a on nic.
-Wiesz dopiero teraz zauważyłem jakie masz piękne oczy.- powiedział uśmiechając się. Spaliłam się cała rumieńcem.
Ves? default smiley :d zboczony uśmieszek C:<
-Trzeba to opatrzyć.- powiedziałam. Ves jednak wzruszył ramionami.
-Nie, to nawet nie boli.- machnął lekceważąco ręką
-Ale może wejść zakażenie.- stwierdziłam. Silvester już nic nie powiedział. Martwiłam się o niego. Co z tego że to była jedna, mała rana. W sumie jednak nie taka mała. Z małej ranki nie spływałoby tak dużo krwi.
-Proszę, zrób to dla mnie. Jeśli nie zgodzisz będę mieć wyrzuty sumienia.- poprosiłam go patrząc mu w oczy. Jednak nie odwróciłam wzroku kiedy napotkałam jego spojrzenie. Chłopak uśmiechnął się delikatnie.
-Dobrze.- powiedział i zawrócił konia. Także to zrobiłam. Po chwili już galopowaliśmy w stronę akademii. Gdy po około piętnastu minutach dotarliśmy do budynku, zsiedliśmy z koni i przywiązaliśmy do płotu. Weszliśmy do akademii i skierowaliśmy się do pomieszczenia pielęgniarki.
-Dzień Dobry!- przywitałam ją na wejściu jednak jej jak zwykle nie było.
-Sama to zrobię, siadaj Silvester.- wskazałam na łóżko. Chłopak usiadł i obserwował co robię. Włączyłam radio, bo czułam się trochę krępująco. Zaraz mieli puścić piosenkę o miłości Ellie Goulding - Love Me Like You Do. Uwielbiam tą piosenkę. Jednak w tym momencie musiałam się powstrzymać od tańczenia i śpiewania. Wzięłam wodę utlenioną, chusteczki i gaziki. Podeszłam do chłopaka, położyłam obok niego wodę utlenioną i gaziki. Chusteczkami zaczęłam delikatnie wycierać krew.
-Naprawdę przepraszam cię za brata. On taki nie jest.- powiedziałam próbując wyrzucić z siebie ostatnie wyrzuty sumienia. Chłopak nie odpowiedział nic tylko patrzył mi w oczy. Przyznam że to bardzo krępujące. Czekałam w duchu że chłopak coś powie, a on nic.
-Wiesz dopiero teraz zauważyłem jakie masz piękne oczy.- powiedział uśmiechając się. Spaliłam się cała rumieńcem.
Ves? default smiley :d zboczony uśmieszek C:<
czwartek, 20 kwietnia 2017
od Cass cd. Rick
Soul gnał niczym wiatr, szybkością zdecydowanie dorównywał gniadoszowi, którego próbowałam dogonić. Ogier całkowicie mi zaufał, co było niewątpliwie dziwne. Myślałam, że karosz zrzuci mnie na najbliższym zakręcie, lub po prostu stanie dęba tak, jak potrafił robić to z chłopakiem na swoim grzbiecie. Wyglądało jednak na to, że koń zrozumiał powagę sytuacji, dzięki czemu nienagannie poddawał się moim poleceniom i nakazom. Nie ukrywam, że brak siodła był sporym utrudnieniem, ale czego nie zrobi dziewczyna będąca vice- mistrzynią woltyżerki w kraju...
Policzek pulsował tępym bólem, ale dzięki Bogu rana przestała już krwawić tak intensywnie...
- Złaź z mojego konia!- krzyknęłam najgłośniej jak potrafiłam, ale dopiero potem zrozumiałam jak głupie to było i jęknęłam w duchu
Z przodu dało się jedynie słyszeć szyderczy śmiech, posunęłam się do ostateczności...
Nie chciałam tego robić, ale nie miałam wyjścia. Popędziłam Soul'a do cwału i pochyliłam się do przodu, niemal "nurkując" w jego kruczej grzywie. Gdy praktycznie zrównałam się z Iratze, zaczęłam gwizdać tak dobrze mi znaną, a za razem przez niego znienawidzoną melodię. Ogier wydał z siebie dźwięk, którego nie potrafiłam nazwać, a następnie zadębował, miotając się we wszystkich możliwych kierunkach. W momencie gdy zarzucał łbem, udało mi się chwycić brązowe, skórzane wodze. Brunetka, która go dosiadała z impetem runęła w jeden z przydrożnych rowów, a mnie cudem udało się zawrócić Soul'a, który chyba zaczynał mieć swoje humorki. W obawie przed podzieleniem losu "złodziejki" przeskoczyłam na grzbiet swojego konia i galopem ruszyłam w kierunku Rick'a... Ta cała akcja wydawała mi się jak jakiś zupełnie nierealny sen..
***
- Rick!- krzyknęłam przerażona, puszczając wodze karego ogiera, który zaczynał się wyszarpywać
Chłopak siedział na powalonym przez wiatr drzewie i ocierał jedną z brwi rękawem bluzy. Wyglądało na to, że łuk brwiowy kwalifikuje się jedynie do szycia... i to nie takiego małego. Po napastnikach nie było nawet śladu. I wtedy spojrzałam w dół, gdy zobaczyłam ranę na brzuchu, omal nie spadłam z konia. Nienawidziłam krwi... a tym razem była zupełnie wszędzie...
Zeskoczyłam z gniadosza i miałam zamiar podbiec do chłopaka, ale Tajfun wyskoczył w moim kierunku warcząc i szczerząc zęby w geście nienawiści. Cofnęłam się gwałtownie i spojrzałam na jego właściciela, wyglądało na to, że chłopak był w zupełnym amoku i ledwo utrzymywał pozycję pionową... zdawało się, że nawet mnie nie zauważył... i co gorsza nie słyszał. Wyciągnęłam telefon, żeby zadzwonić po pomoc, ale w tej cholernej dziurze nie było nawet zasięgu!
- Jadę po pomoc- oznajmiłam i wskoczyłam na ogiera popędzając go do cwału, nie miałam innego wyjścia... po pierwsze bałam się Tajfuna, a po drugie obawiałam się że sama mogę zaliczyć glebę z powodu omdlenia... On to ma konkretnego pecha, najpierw ręka, później to... jasny gwint.
***
Wpadłam na dziedziniec rancza zaledwie po kilku minutach, co stanowiło mój nowy rekord czasowy. Zauważyłam Ru, wraz ze stajennym, którzy gawędzili w najlepsze.
- Rush- krzyknęłam, nawet na moment nie zeskakując z konia, który nerwowo przebierał nogami
Czarnowłosy spojrzał w moim kierunku i machnął ręką na znak przywitania, ale już po chwili ponownie wrócił do mnie wzrokiem. Wyraz jego twarzy nie należał do najmilszych, a ja wiedząc co ma na myśli, zasłoniłam policzek dłonią.
- Cassie, co to jest do cholery? Ktoś cię skrzywdził... spadłaś?- zasypał mnie toną pytań, ale na żadne z nich nie odpowiedziałam, ponieważ w głowie miałam jedną kwestię...
- Napadli nas... chcieli zabrać Iratze... musisz pomóc Rick'owi...- wysapałam i wskazałam dokładne miejsce, a następnie złapałam się za głowę, ponieważ ponownie zrobiło mi się ciemno przed oczami. W duchu zastanawiałam się na którą stronę postarać się upaść w razie omdlenia. Wybór miałam między lewą (widły tak bardzo), lub prawą (obornik byłby miększym lądowaniem).
Po mojej akcji- sensacji wywołanej na dziedzińcu w "akcję ratunkową" zaangażowała się nawet właścicielka akademii, która wraz z Rush'emi stajennym ruszyła na ratunek.
Ja natomiast z małą pomocą Triss dotarłam do swojego pokoju i wyczerpana rzuciłam się na łóżko... Miałam nadzieję, że Rick'a nie czeka "najgorsze"... Sama miałam zamiar pojechać z resztą ale Ru miał dar przekonywania, a przede wszystkim był moim starszym bratem, który poprosił mnie o pozostanie w pokoju... byłam tak zmęczona, że natychmiast zasnęłam...
> Rick? 3-maj się :P <
Policzek pulsował tępym bólem, ale dzięki Bogu rana przestała już krwawić tak intensywnie...
- Złaź z mojego konia!- krzyknęłam najgłośniej jak potrafiłam, ale dopiero potem zrozumiałam jak głupie to było i jęknęłam w duchu
Z przodu dało się jedynie słyszeć szyderczy śmiech, posunęłam się do ostateczności...
Nie chciałam tego robić, ale nie miałam wyjścia. Popędziłam Soul'a do cwału i pochyliłam się do przodu, niemal "nurkując" w jego kruczej grzywie. Gdy praktycznie zrównałam się z Iratze, zaczęłam gwizdać tak dobrze mi znaną, a za razem przez niego znienawidzoną melodię. Ogier wydał z siebie dźwięk, którego nie potrafiłam nazwać, a następnie zadębował, miotając się we wszystkich możliwych kierunkach. W momencie gdy zarzucał łbem, udało mi się chwycić brązowe, skórzane wodze. Brunetka, która go dosiadała z impetem runęła w jeden z przydrożnych rowów, a mnie cudem udało się zawrócić Soul'a, który chyba zaczynał mieć swoje humorki. W obawie przed podzieleniem losu "złodziejki" przeskoczyłam na grzbiet swojego konia i galopem ruszyłam w kierunku Rick'a... Ta cała akcja wydawała mi się jak jakiś zupełnie nierealny sen..
***
- Rick!- krzyknęłam przerażona, puszczając wodze karego ogiera, który zaczynał się wyszarpywać
Chłopak siedział na powalonym przez wiatr drzewie i ocierał jedną z brwi rękawem bluzy. Wyglądało na to, że łuk brwiowy kwalifikuje się jedynie do szycia... i to nie takiego małego. Po napastnikach nie było nawet śladu. I wtedy spojrzałam w dół, gdy zobaczyłam ranę na brzuchu, omal nie spadłam z konia. Nienawidziłam krwi... a tym razem była zupełnie wszędzie...
Zeskoczyłam z gniadosza i miałam zamiar podbiec do chłopaka, ale Tajfun wyskoczył w moim kierunku warcząc i szczerząc zęby w geście nienawiści. Cofnęłam się gwałtownie i spojrzałam na jego właściciela, wyglądało na to, że chłopak był w zupełnym amoku i ledwo utrzymywał pozycję pionową... zdawało się, że nawet mnie nie zauważył... i co gorsza nie słyszał. Wyciągnęłam telefon, żeby zadzwonić po pomoc, ale w tej cholernej dziurze nie było nawet zasięgu!
- Jadę po pomoc- oznajmiłam i wskoczyłam na ogiera popędzając go do cwału, nie miałam innego wyjścia... po pierwsze bałam się Tajfuna, a po drugie obawiałam się że sama mogę zaliczyć glebę z powodu omdlenia... On to ma konkretnego pecha, najpierw ręka, później to... jasny gwint.
***
Wpadłam na dziedziniec rancza zaledwie po kilku minutach, co stanowiło mój nowy rekord czasowy. Zauważyłam Ru, wraz ze stajennym, którzy gawędzili w najlepsze.
- Rush- krzyknęłam, nawet na moment nie zeskakując z konia, który nerwowo przebierał nogami
Czarnowłosy spojrzał w moim kierunku i machnął ręką na znak przywitania, ale już po chwili ponownie wrócił do mnie wzrokiem. Wyraz jego twarzy nie należał do najmilszych, a ja wiedząc co ma na myśli, zasłoniłam policzek dłonią.
- Cassie, co to jest do cholery? Ktoś cię skrzywdził... spadłaś?- zasypał mnie toną pytań, ale na żadne z nich nie odpowiedziałam, ponieważ w głowie miałam jedną kwestię...
- Napadli nas... chcieli zabrać Iratze... musisz pomóc Rick'owi...- wysapałam i wskazałam dokładne miejsce, a następnie złapałam się za głowę, ponieważ ponownie zrobiło mi się ciemno przed oczami. W duchu zastanawiałam się na którą stronę postarać się upaść w razie omdlenia. Wybór miałam między lewą (widły tak bardzo), lub prawą (obornik byłby miększym lądowaniem).
Po mojej akcji- sensacji wywołanej na dziedzińcu w "akcję ratunkową" zaangażowała się nawet właścicielka akademii, która wraz z Rush'emi stajennym ruszyła na ratunek.
Ja natomiast z małą pomocą Triss dotarłam do swojego pokoju i wyczerpana rzuciłam się na łóżko... Miałam nadzieję, że Rick'a nie czeka "najgorsze"... Sama miałam zamiar pojechać z resztą ale Ru miał dar przekonywania, a przede wszystkim był moim starszym bratem, który poprosił mnie o pozostanie w pokoju... byłam tak zmęczona, że natychmiast zasnęłam...
> Rick? 3-maj się :P <
od Rick'a cd. Cass
Podbiegłem do Cass. Z jej policzka spływała powoli krew. Dziewczyna cała się trzęsła.
-Iratze!- krzyknęła i wskazała na dziewczynę która próbowała ukraść jej konia. Przez chwilę nie wiedziałem co robić. Tajemnicza dziewczyna wsiadła w tym czasie na jej konia i zaczęła uciekać ale koń był przestraszony i stawał dęba. Po chwili jednak udało jej się opanować konia i ruszyła galopem dróżką.
-Wsiadaj na Soul’a i goń ją ja załatwię tych dwóch.- szepnąłem do dziewczyna a ta chwilę się wahała jednak po chwili błyskawicznie wskoczyła na Soul’a po czym ruszyła cwałem za dziewczyną. Obejrzałem tych dwóch typków którzy ze mną zostali. Jeden, blondyn był takiej samej postury jak ja lecz drugi ciemnowłosy był bardziej napakowany.
-Tajfun!- krzyknąłem z całych sił aż rozniosło się echo mając nadzieję że pies przybiegnie i mi pomoże. Jednak był pewnie zbyt daleko by dobiec w trzy sekundy.
-Nikt ci nie pomoże.- zaśmiał się. Podbiegłem do niego i zamachnąłem się by zadać cios. Brunet jednak zrobił unik i uderzył mnie w brzuch. Leżałem chwilę na ziemi. Wstałem i cicho jęknąłem z bólu na co blondyn zaśmiał się i uderzył mnie pięścią w nos który zaczął mi krwawić. Miałem także rozciętą brew. Rzuciłem się na niego. Uderzałem go tak mocno i szybko że nie miał szansy zareagować. Za to brunet wykorzystał okazję, złapał mnie za nogę i pociągnął po ziemi. Jeden z ostrych kamieni przejechał mi po brzuchu i zrobił sporą ranę. Puścił mnie i się zaśmiał. Próbowałem wstać ale rana na brzuchu okropnie bolała i blokowała ruchy. Po chwili jednak pojawił się Tajfun i skoczył na intruzów.
-Dobra spadamy!- krzyknął blondyn i uciekli. Kiedyś im dokopię. Zaczynałem przez chwilę żałować że ich nie zastrzeliłem. Tajfun podbiegł do mnie i piszczał próbując mi dodać otuchy. Leżałem na ziemi i nie wstawałem. Dookoła było sporo krwi. Miałem tylko nadzieję że Cass miała większe szczęście.
Cass? :3
-Iratze!- krzyknęła i wskazała na dziewczynę która próbowała ukraść jej konia. Przez chwilę nie wiedziałem co robić. Tajemnicza dziewczyna wsiadła w tym czasie na jej konia i zaczęła uciekać ale koń był przestraszony i stawał dęba. Po chwili jednak udało jej się opanować konia i ruszyła galopem dróżką.
-Wsiadaj na Soul’a i goń ją ja załatwię tych dwóch.- szepnąłem do dziewczyna a ta chwilę się wahała jednak po chwili błyskawicznie wskoczyła na Soul’a po czym ruszyła cwałem za dziewczyną. Obejrzałem tych dwóch typków którzy ze mną zostali. Jeden, blondyn był takiej samej postury jak ja lecz drugi ciemnowłosy był bardziej napakowany.
-Tajfun!- krzyknąłem z całych sił aż rozniosło się echo mając nadzieję że pies przybiegnie i mi pomoże. Jednak był pewnie zbyt daleko by dobiec w trzy sekundy.
-Nikt ci nie pomoże.- zaśmiał się. Podbiegłem do niego i zamachnąłem się by zadać cios. Brunet jednak zrobił unik i uderzył mnie w brzuch. Leżałem chwilę na ziemi. Wstałem i cicho jęknąłem z bólu na co blondyn zaśmiał się i uderzył mnie pięścią w nos który zaczął mi krwawić. Miałem także rozciętą brew. Rzuciłem się na niego. Uderzałem go tak mocno i szybko że nie miał szansy zareagować. Za to brunet wykorzystał okazję, złapał mnie za nogę i pociągnął po ziemi. Jeden z ostrych kamieni przejechał mi po brzuchu i zrobił sporą ranę. Puścił mnie i się zaśmiał. Próbowałem wstać ale rana na brzuchu okropnie bolała i blokowała ruchy. Po chwili jednak pojawił się Tajfun i skoczył na intruzów.
-Dobra spadamy!- krzyknął blondyn i uciekli. Kiedyś im dokopię. Zaczynałem przez chwilę żałować że ich nie zastrzeliłem. Tajfun podbiegł do mnie i piszczał próbując mi dodać otuchy. Leżałem na ziemi i nie wstawałem. Dookoła było sporo krwi. Miałem tylko nadzieję że Cass miała większe szczęście.
Cass? :3
Subskrybuj:
Posty (Atom)

