czwartek, 20 kwietnia 2017

od Rush'a cd. Viktorii

Zabranie ze sobą młodego, niedoświadczonego konia na parkur o takim poziomie trudności było bezwzględnie okrutne i chore. Byłem ciekawy, kto ją tutaj w ogóle wpuścił...
- Chyba nie chcę na to patrzeć...- Tori nerwowo przygryzała wargę. Oboje byliśmy pewni, że Aleu będzie chciała się popisać i mocno pociśnie młodego arabka, który był Bogu ducha winny.
Przecież te przeszkody były od niego sporo wyższe. Ogier zarżał przestraszony, na co jego właścicielka wbiła mu piętę w bok, zacisnąłem zęby i zmrużyłem oczy. Mimo wewnętrznej odrazy i niechęci postanowiłem, że będę śledził ich przejazd.
Okropny, różowy kask dziewczyny, zalśnił w słońcu, gdy ta odwróciła głowę w naszym kierunku i chamsko się uśmiechnęła. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, poczułem że ktoś łapie moją dłoń. Podniosłem wzrok i napotkałem te same hipnotyzujące tęczówki, które sprawiały, że za każdym razem na mojej twarzy pojawiał się zupełnie szczery uśmiech.
No i się zaczęło...
***
Aleu, wypięła się niczym królowa, tak jakby jutra miało nie być po czym pogoniła Francuza do kłusa. Ogierek wypełnił polecenie, co chwila zarzucając łbem. Wyglądało na to, że już sama publiczność doprowadzała go do białej gorączki. Z pierwszą przeszkoda poszło im w miarę łatwo, siwek bez problemu wybił się i wylądował nienagannie po drugiej stronie. Dziewczyna postanowiła nadać całości nieco większego tępa, wyglądało na to że zamierza wyprzedzić swoją rywalkę w klasyfikacji za wszelką cenę. Los konia był co najmniej zagrożony.
Z mojej perspektywy cały przejazd wyglądał jak desperacka próba utrzymania się w siodle i bezduszne popędzanie wyczerpanego zwierzęcia. Nie było w tym ani odrobiny elegancji, czy dobrego smaku. Cały katastroficzny wizerunek został dopełniony jeszcze jej tapetą i tym okropnym różowym oczojebnym kolorem ust. Tuż przed ostatnią stacjonatą, która niemalże górowała nad zdezorientowanym Francuzem, Aleu spotkała się z odmową. I ten jeden gest przerażonego konia zapoczątkował całą serię zdarzeń, mających miejsce tuż po drugiej próbie pokonania przeszkody...
Wszystko działo się błyskawicznie, Francuz pogoniony na stacjonatę, wpadł w nią z impetem i zrzucił Aleu, która niemal zesztywniała z przerażenia. Dziewczyna uderzyła plecami w obszerny metalowy stojak, po czym krzyknęła i natychmiast zamilkła. Przerażony koń, chcąc wydostać się z porozrzucanych drągów, wyskoczył jak oparzony, taranując swojego jeźdźca i doszczętnie raniąc nogi. Arab rzucił się w kierunku wyjścia i wybiegł gdzieś przed siebie, pozostawiając wszystkich widzów w osłupieniu... Zerwałem się z miejsca jako pierwszy i ruszyłem w stronę leżącej dziewczyny.
Nienawidziłem jej z całego serca za to, co robiła innym koniom oraz mojej Vi... Ale nie mogłem pozwolić, żeby ktokolwiek zginął na moich oczach. Tuż za mną podążyła jeszcze ekipa medyczna, mimo wszystko miałem nadzieję, że unikniemy najgorszego. W głębi serca chciałem ruszyć w pogoń za rannym Francuzem... Spojrzałem w kierunku wyjścia z ogromnym żalem, podczas gdy ratownicy rzucili się na pomoc nieprzytomnej Aleu...


> Tori ;D<

od Silvestra cd. Rosalie

-Wszystko załatwione.-powiedziałem zadowolony, po czym wszedłem na padok.
Nagle usłyszałem krzyk Rosalie.
-Rick, błagam, nie!
Chwilę potem zostałem uderzony w twarz, padłem na ziemię oszołomiony nagłym ciosem. Z mojego nosa pociekła krew. Szybko wstałem i uderzyłem chłopaka w rękę, którą zaraz potem mu wygiąłem. Zdaje się, że Rick, warknął z bólu i kopnął mnie w kostkę. Syknąłem cicho, Ros próbowała nas rozdzielić, ale Rick odepchnął ją. W jego oczach widać było wściekłość, zaczął okładać mnie pięściami. Odwzajemniłem mu się tym samym, a Rosalie płakała cicho.
-Proszę, przestańcie…-szepnęła i ukryła twarz w dłoniach.
Rick uderzył mnie po raz kolejny, a ja przewróciłem go na ziemię, z którą szybko także się przywitałem. Vester, co ty robisz…~pomyślałem.
-Stop.-wstałem i ze złością świdrowałem wzrokiem Rick’a.-Ktoś musi być mądrzejszy od tego agresywnego. Uważasz, że sprawiłem, że Rosalie płakała? Spójrz na nią. Spójrz na nią i przypomnij sobie ostatnie kilka minut, kretynie.-warknąłem i odszedłem. Chłopak chciał iść za mną, pewnie żeby się bić, ale Rosalie przytrzymała go za rękaw.
Nie oglądałem się więcej, poszedłem prosto do stajni. Oparłem się o boks Comodo i zamknąłem oczy, odtwarzając w pamięci ostatnie minuty. To jest pieprzony pierwszy dzień~pomyślałem ze złością. Uderzyłem w drzwi boksu, wydały one głuchy odgłos. Niektóre konie skwitowały to podskoczeniem, aby zaraz spojrzeć na mnie jakby z wyrzutem.
-No już, przepraszam.-westchnąłem i wszedłem do boksu Comodo.
Wałach parsknął cicho i spojrzał na mnie z ciekawością. Podszedłem do niego i pogłaskałem po szyi. Kasztan zaczął mnie obwąchiwać, szukał smakołyków. Uśmiechnąłem się pod nosem i wyjąłem ostatni z kieszeni. Ten koń zawsze potrafił mnie pocieszyć, to trzeba mu przyznać. Skoro już u niego byłem, postanowiłem go wyczyścić. Założyłem mu kantar i przypiąłem uwiąz, który przełożyłem przez szyję konia tak, aby luźno zwisał, i wyszedłem z boksu otwierając szeroko drzwi. Wałach od razu poszedł za mną, zatrzymałem się na korytarzu, koń powtórzył czynność. Wziąłem do ręki zgrzebło i zacząłem czyścić Comodo, w pewnym momencie po prostu podszedłem do niego i wtuliłem się w jego szyję. Po chwili wróciłem do czyszczenia, tym razem wziąłem kopystkę i doprowadziłem kopyta do stany czystości. Nagle przyszedł mi do głowy pomysł. W sumie czemu nie~pomyślałem i zamknąłem Comodo w boksie, a sam poszedłem po jego sprzęt. Niedługo potem, wciąż trochę w złym humorze, wyprowadziłem go przed stajnię i ruszyłem stępem. Po odpowiedniej rozgrzewce w tym chodzie zakłusowałem. Jechaliśmy przez piękne pola, od czasu do czasu mijając pojedyncze krzewy. Po kilkunastu minutach kłusa zagalopowałem w spokojnym tempie. Rzuciłem wodze wcześniej związując je, i westchnąłem cicho. Comodo galopował spokojnie, miarowo, chociaż czułem, że chciałby uwolnić energię. Nagle w oddali usłyszałem krzyk.
-Silvester, poczekaj!-krzyknęła Rosalie, galopowała na Angel w moją stronę, cały czas popędzając klacz.
Zatrzymałem więc wałacha i czekałem, aż dziewczyna dotrze do mnie. Gdy to się stało, przez chwilę nic nie mówiąc patrzyliśmy na siebie. Rosalie odwróciła jednak wzrok, a szkoda.
-Możemy...pogadać?-zaczęła.-Naprawdę przepraszam cię za Rick'a... nie chciałam, żeby tak wyszło...
-Spokojnie, przecież to nie twoja wina.-uśmiechnąłem się lekko, a dziewczyna spojrzała na mnie.

>Ros? ^^ <

od Cass cd. Rick

Odwróciłam się za siebie i spojrzałam na niego niepewnie. Iratze przeszedł do miarowego stępa...
- Nie rozumiem twojego pytania- oznajmiłam, nakazując ogierowi skręcić w boczną dróżkę, holsztyn posłusznie wykonał moje polecenie
Rick wzruszył ramionami, a Soul zrównał się z moim gniadoszem
- Chciałbym wiedzieć na czym stoję i tyle- odparł rozglądając się dookoła. Tutejsze krajobrazy chyba robiły na nim niemałe wrażenie.
- Nadal ci nie ufam, jeśli to masz na myśli- odparłam szorstko i odchrząknęłam- Po prostu nie lubię sama jeździć po lasach, czasami bywa tutaj nieprzyjemnie- oznajmiłam zgodnie z prawdą i wzruszyłam ramionami
Nie raz zdarzało mi się natrafić na wilka, albo dzika. Iratze jest dość narowisty i płochliwy, dlatego w razie upadku wolałam mieć przy sobie kogoś, kto mógłby zawiadomić pomoc. Przezorny zawsze ubezpieczony- pomyślałam.
- Słyszałeś?- szepnęłam zaniepokojona, gdy udało mi się usłyszeć czyjąś rozmowę... Może to ktoś z Akademii również wybrał się w mały teren? W końcu pogoda dziś dopisywała
Rick uciszył mnie jednym gestem i zsiadł z konia, zmarszczyłam brwi. O co mu chodziło? Czułam się dość niepewnie będąc w lesie z kimś, kogo znałam zaledwie jeden dzień... żałowałam, że nie wzięłam ze sobą Tande, lub chociażby Sky. Iratze to prawdziwy tchórz... raczej nie nadawał się na konia obronnego.
- Rick, czy tobie już kompletnie...- nie dokończyłam, ponieważ poczułam, że ktoś łapie mnie za kostkę i z impetem ciągnie w dół
Wystarczyło zaledwie kilka sekund, abym zderzyła się z leśną ściółką, spadanie z Ir nie należało do najprzyjemniejszych doznań... mój koń był cholernie wysoki. Jęknęłam, gdy mój policzek zaczepił o jakąś suchą gałąź i wstrzymałam powietrze. Zrobiło mi się ciemno przed oczami w momencie, gdy zauważyłam pierwsze, szkarłatne krople krwi spływające po mojej dłoni. Modliłam się w duchu obym niczego sobie nie złamała... w końcu niedługo zbliżały się zawody
- Odwal się od niej- chłodny ton głosu Ricka sprawił, że "wróciłam na ziemię"
Dopiero, gdy spojrzałam w górę zauważyłam, że ktoś pochyla się tuż nade mną i chamsko się uśmiecha. Wciągnęłam gwałtownie powietrze i krzyknęłam, chcąc mu się wyrwać... niestety ciemnowłosy nieznajomy okazał się dużo silniejszy. To on musiał mnie zrzucić z konia... ogarnęło mnie przerażenie... zaczęłam się szarpać.. W końcu pod wpływem emocji wykorzystałam jeden z wielu chwytów, których uczono mnie na kursach i zaślepiona adrenaliną przerzuciłam przeciwnika przez swoje ramię, ignorując palący ból policzka. Zanim dobiegł do mnie Rick, zauważyłam, że napastników było troje- w tym jedna dziewczyna, która chyba właśnie próbowała ukraść mojego konia...
>Rick? Trzeba ich sprać xD  Nikt nie będzie tykał Ir :P <

od Viktorii cd. Rick'a

Matko, chłopak zaczynał denerwować, ale jak obiecałam tak zrobiłam.
-Ogarniasz jak trzymać łuk?-mruknęłam zniecierpliwiona, powinnam trenować a w dodatku zraniona ręka utrudniała mi wszystko co mogła. Kiwnął głową. -naciągnij cięciwę-powiedziałam chłodnawym tonem, naciągnął ją do połowy. Strzeliłam tak zwanego "facepalma", dobra rozumiem że pewnie pierwszy raz trzyma łuk w rękach ale no! Widać że jeździ konno, radzi sobie nieźle, powinien dać sobie radę bez problemu.
-Mocniej nie dam rady.-wydyszał ale znów wysilił się i dociągnął "sznurek" do swojej twarzy, kciukiem dotykał kącika swoich ust. Uśmiechnęłam się lekko, może nie będzie tak źle, jak sądziłam?
-Celuj pod nóż-powiedziałam i zręcznym ruchem rzuciłam nożem który wbił się aż po rękojeść w drzewo. Rick aka Lucyfer wypuścił strzałę która pomknęła przed siebie, zauważyłam że opuścił łuk więc trajektoria lotu  się zmieniła. Trafił w drzewo ale nad nóż.
-Jak na pierwszy raz, dobrze-pochwaliłam i zebrałam moje rzeczy,-nawet nie mów że mam broń przy sobie. Jak wygadasz ten nożyk zasmakuje się  w twojej krwi-zagroziłam i przyłożyłam mu go do szyi. Chciałam docisnąć tak by jednak polało się trochę wspomnianej cieczy ale powstrzymałam się.
-ok...-sapnął, robiąc zeza by spojrzeć na trzymany przedmiot. Nasze konie niecierpliwiły się więc dosiadłam North i pojechałam stępem w stronę akademii, nóż zwisał mi u pasa a łuk wraz z kołczanem był przewieszony przez siodło. Chłopak podążył za mną, zauważyłam kogoś ćwiczącego na wybiegu... nie wyglądał na jakiegoś z uczniów. Był starszy... Może ktoś przyjechał? Nagle mnie olśniło, to Jason z Mesteno! Dawno nie widziałam jak ktoś z nią ćwiczy więc widok niecodzienny....
-To jest Jas a ten koń to klacz, Mesteno. Jest dzika-wyjaśniłam, kiedy chłopak popatrzył na blondyna jak na idiotę.
-Aha. -odparł krótko a ja jeszcze chwilę postałam i przyglądałam się jego pracy, była młoda i dzika. Pragnęła wolności... Z rozmyślania wyrwał mnie stukot kopyt na dziedzińcu i paniczne rżenie. Nie była to North tylko nasz "mustang"! Tamte gnojki znów bawiły się gwizdkami przy stajni... Mest się spłoszyła i pędziła wprost na rząd ustawionych przeze mnie przeszkód.
-Mestano!-krzyknęłam, po części zmieniając jej imię z Mesteno na Mestano, mało nas to obchodziło. Zeskoczyłam z mojego konia i zawołałam Rick'a który złapał klacz i podprowadził ją do Jason'a. Mała się trzęsła ze zdenerwowania a ja musiałam coś załatwić z nimi. Gwizdnęłam cichutko, z daleka od dzikiego zwierza, na mojego "wilka". Przybiegła do mnie a ja zakradłam się do dwójki chłopaków.
-Warcz.-wydałam polecenie Tene która je wykonała, ze zjeżoną sierścią i białymi kłami wyglądała jak wilk. Wyjęłam nóż kiedy żaden z uczniów czy stajennych nie patrzył, podstawiłam to jednemu z naszych "płoszycieli" pod gardło.
-Przyjemnie?-mój zachrypnięty głos musiał brzmieć trochę straszniej niż zamierzałam bo tamten drugi, pewnie młodszy wycofał się prędko.-nie zrobię Ci krzywdy. Ale jeszcze raz spłosz nam konia a ten nóż znajdzie sobie ofiarę-rzuciłam chłodno i wróciłam do Jason'a i Rick'a czekających na mnie.
-Jak ty ich...?-zapytał uczeń ze zdziwieniem.
-Szantaż. i.. postraszyłam ich trochę-odparłam i zabrałam moją klacz do boksu by ją rozsiodłać.







>Rick? ☻ <

środa, 19 kwietnia 2017

od Rosalie cd. Silvester

-Wchodził do stajni.- odpowiedziałam i spojrzałam na chłopaka. Kiedy nasze oczy spotkały się natychmiast odwróciłam wzrok. Chłopak poszedł w stronę stajni. Oczy nadal miałam mokre od płaczu. Nagle zobaczyłam Ricka idącego w moją stronę. Przeskoczył przez płot. Wydarłam szybko resztki łez na moim policzku.
-Hej Ros. Widziałaś gdzieś może...- przerwał bo chyba zauważył moje oczy.
-Co ci się stało? On ci to zrobił?- spytał i spojrzał mi w oczy.
-Rick to nie tak jak myślisz...- zaczęłam ale położył mi palec na ustach i uciszył.
-Załatwię to.
-Rick! Nie!- krzyknęłam i złapałam go za nadgarstek. W tym czasie Silvester wyszedł ze stajni.
-Wszystko załatwione.- powiedział i wszedł na padok.
-Rick błagam nie!- krzyknęłam trzymając ile sił ale był silniejszy i wyrwał się. Podbiegł do Silvestera i uderzył go pięścią w nos. Ves padł na ziemię oszałomiony ciosem. Krew poleciała mu z nosa. Potem wstał i uderzył Ricka w rękę.
-Przestańcie!- krzyknęłam i chciałam ich rozdzielić ale Rick mnie odepchnął.

>Ves? <

od Silvestra cd. Rosalie

-Kiedyś mieszkaliśmy blisko lasu. Biegałam tam często z bratem. Kiedyś pobiegłam sama i zgubiłam się. Po jakiejś godzinie zatrzymałam się i popłakałam się. Nagle usłyszałam przeraźliwe rżenie i pobiegłam w stronę dźwięku. To była Angel. Przerażona. Ktoś przywiązał ją do drzewa. Obok leżał nóż. Miała pokaleczone nogi i krew na szyi od sznura. Próbowała się wyrwać ale nie miała siły. Sięgnęłam po nóż i uwolniłam ją. Ledwo mogła chodzić. Prowadziłam ją powoli za kantar i krzyczałam o pomoc. Dopiero po jakiś dwóch godzinach znalazł nas Rick.- oopowiedziała mi Rosalie. Historia jej konia naprawdę mną wstrząsnęła, nie wiedziałem co powiedzieć.
W końcu, po kilku minutach ciszy, odpowiedziałem.
-Przykro mi.-powiedziałem cicho.
-Nie musisz udawać że cię to obchodzi… Nadal mam o tym koszmary… Jej zakrwawiona szyja, nogi… Przepraszam.- odrzekła i uciekła płacząc.
No brawo, Vester. Pierwszy dzień znajomości a ona już przez ciebie płacze~pomyślałem i pobiegłem za nią. Znalazłem ją opartą o wierzbę i łkającą cicho, jej pies stał obok i przytulał do niej swój łeb. Wziąłem głęboki oddech i postanowiłem mówić.
-Słuchaj…-zacząłem, a dziewczyna spojrzała na mnie niepewnie.-Naprawdę nie chciałem, żebyś była smutna i przepraszam, jeśli przez to pytanie jesteś. Wiem też, że każdy czasem potrzebuje czasem chwili samotności, więc może po prostu pójdę.-powiedziałem cicho i odwróciłem się.
Już miałem iść, kiedy usłyszałem nieśmiały głos dziewczyny.
-Nie idź… nie masz za co przepraszać.-powiedziała.-To ja powinnam za to, że się rozpłakałam i uciekłam.-dodała zawstydzona.
Uśmiechnąłem się pocieszająco.
-Wracajmy już.-rzekłem miękko, Rosalie kiwnęła głową i ruszyła za mną.
Szliśmy obok siebie w milczeniu. Na szczęście ciszę szybko przerwał Jason, który podszedł do nas.
-Nie przeszkadzam?-zaśmiał się, po czym spoważniał.-Silvester, twój koń to ten kasztan, tak?
Zmarszczyłem brwi.
-Tak, a co się stało?-zapytałem.
-Nic nic, chciałem się tylko upewnić.-odetchnąłem z ulgą-Ale czy moglibyście pójść do pani Peek i powiedzieć jej, że siano się kończy? Idziecie prosto, a potem w prawo i jesteście w biurze.-poprosił nas Jason.
Pokiwałem głową i spojrzałem na Rosalie.
-Dobra, naprawdę dzięki wielkie, zrobiłbym to, ale trzeba dać koniom kolację.-tłumaczył się stajenny.
-Spoko, zrobimy to. Idź do koni.-zaśmiałem się, Jason rzeczywiście poszedł.
Zerknąłem na dziewczynę, wciąż patrzyła smutno w dal. Chyba będzie lepiej, jak sam pójdę~pomyślałem.
-Wiesz, może ja pójdę do pani Peek, a ty posiedź sobie gdzieś.-powiedziałem i czekałem na odpowiedź.
-Okej.-zgodziła się Rosalie, a ja uśmiechnąłem się i poszedłem we wskazany przez Jason’a kierunek.
Już po chwili byłem przed budynkiem, do którego pewnie wszedłem i pokierowałem się w stronę, którą wskazywał znacznik z napisem „Do Dyrektorki”. Stanąłem przed ciemnymi drzwiami i zapukałem. Po usłyszeniu trochę zagłuszonego „proszę” wszedłem do środka. Spod okularów patrzyła na mnie siwowłosa starsza kobieta.
-Dzień dobry.-odezwałem się.
-Dzień dobry.-posłała mi dość chłodny uśmiech.
-Jason kazał przekazać, że siano się kończy.-powiedziałem uprzejmie.
Kobieta westchnęła.
-Dobrze, dziękuję. Powiedz mu, że się tym zajmę.-odparła i zatopiła wzrok w ekranie komputera.
Spojrzałem na stos kartek leżący na jej biurku.
-Do widzenia.-powiedziałem i wyszedłem z pokoju.
Szedłem pospiesznie w stronę pastwisk. Po kilku minutach byłem na miejscu, Rosalie stała na padoku i wtulała się w Angel.
-E…sory, że przeszkadzam, ale widziałaś Jason’a?-zapytałem patrząc na dziewczynę.
>Rosalie? c: <

wtorek, 18 kwietnia 2017

od Triss cd. Aaron'a




Po zagonieniu konia, zapewne Orion'a, bo mówił o tym, że ma ogiera o takim właśnie imieniu, na padok, Aaron gwizdnął na swoje psy, które posłusznie przybiegły do niego, po czym podszedł do ogrodzenia i usiadł pod nim. Wyjął paczkę papierosów i zapalił jednego. Był cały zakurzony i widać było, że zmęczył się zaganianiem swojego konia na padok. Rozumiałam go; wiedziałam, jak to jest mieć narowistego konia. Tłum gapiów pomruczał coś jeszcze, po chwili jednak rozszedł się. Spojrzałam na Aaron'a i oparłam się o ogrodzenie. Wyjrzałam za nie i zobaczyłam Amora wąchającego innego konia stojącego po innej stronie płotu. Uśmiechnęłam się pod nosem.
-To twój koń?-zapytał nagle Aaron, spoglądając na ogiera.
-Tak.-odpowiedziałam już pewniej.
Przydałoby się wziąć go na lonżę...~pomyślałam i spojrzałam na pięciolatka, który właśnie skubał trawę.
-Wiesz, ja idę po lonżę i biorę Amora.-powiedziałam znów niepewnie, nie wiedziałam, czy jest zły po sytuacji z Orionem, więc wolałam nie ryzykować.
Kiwnął głową, a ja ruszyłam do stajni po lonżę. Szłam przez chwilę, minęłam Jason'a. Przywitałam się z nim, po czym poszłam dalej. Gdy dotarłam do drzwi siodlarni przez chwilę szukałam odpowiedniego klucza, na szczęście znalazłam i otworzyłam wejście. Podniosłam z podłogi błękitną lonżę i wyszłam. Zamknęłam drzwi, rozejrzałam się po stajni. To miejsce było cudowne, zawsze spokojne i ciche. Często przychodziłam tu, aby po prostu wdychać zapach koni, słuchać ciszy i wczuwać się w spokojną atmosferę.
Przypomniałam sobie o Amorze i szybko wyszłam mijając między innymi boks Batona. Gdy szłam z powrotem na pastwiska próbowałam odplątać wieki nie używaną lonżę. Operacja zakończyła się sukcesem i już po chwili miałam w rękach rozplątany przedmiot. Przyspieszyłam trochę kroku, aby mieć więcej czasu z Amorem, niedługo potem byłam już przy wejściu na jego pastwisko.
-Em... radziłabym ci się odsunąć.-powiedziałam do Aaron'a patrząc na niego.
Chłopak uniósł brwi, ale zrobił, co powiedziałam. Uchyliłam wejście i weszłam na pastwisko. Miałam trochę ułatwione zadanie, bo Amor nie mógł jeszcze galopować, ale i tak nie zapowiadało się na szybkie wyjście z padoku. Ogier gdy tylko mnie zobaczył postanowił podejść na kilkanaście metrów ode mnie, kiedy zaczęłam do niego podchodzić zarzucił radośnie łbem i odkłusował dalej. Westchnęłam i po prostu stałam w miejscu z wyciągniętą ręką, w której umieściłam marchewkę. Uznałam, że nie będę za nim chodzić, bo będzie to dla niego super zabawa, a ja przejdę maraton, zanim go złapię. Mój koń lubi być w centrum uwagi, więc oczywiście po kilkudziesięciu sekundach, wielce zadziwiony, że go nie gonię, zaczął podchodzić do mnie i szturchać mnie pyszczkiem. Powstrzymałam się od cichego śmiechu i dałam koniowi marchewkę, po czym przypięłam lonżę do kantara. Szłam w kierunku wyjścia i byłam od niego już tylko kilkanaście metrów, kiedy Amor spłoszył się i zaczął z całej siły napierać na lonżę, chcąc jak najszybciej wydostać się z pastwiska. Próbowałam przyciągnąć do siebie ogiera, ale moja siła w porównaniu do jego była tak śmiesznie mała, jakby porównywać ogrom drzewa do niewielkiego krzewu.
-Amor, prr.-uspokajałam konia.-Spokojnie.
Ten jednak szarpał się dalej, wyszedł za pastwisko ciągnąc opierającą się mnie za sobą. Lonża wydłużyła się, skutkiem czego była odległość między mną a koniem, miała ona około sześciu metrów. Aaron chwycił lonżę kilkadziesiąt centymetrów od pyska konia i przytrzymał go.
-Tylko nie szarp!-krzyknęłam i podeszłam bliżej Amora.
Chłopak chyba się zdziwił, ale trzymał mocno lonżę. Koń powoli się uspokoił, a ja pogłaskałam go po szyi.
-Dzięki.-powiedziałam do Aaron'a, który kiwnął tylko głową.
Ruszyłam w kierunku lonżownika i zauważyłam, że chłopak idzie za mną.
-I tak nie mam nic innego do roboty, a po tym, co odwalił na pastwisku...-uśmiechnął się lekko, odwzajemniłam nieśmiało gest.
Szliśmy dalej w milczeniu, o dziwo postanowiłam zacząć rozmowę. Mimo wszystko wolałam to od ciszy, przynajmniej teraz.
-Masz jakieś rodzeństwo?-zapytałam nieświadoma, jaka będzie jego reakcja.
Aaron zacisnął pięści.
-Mam brata.-warknął.-Tak, jest tutaj. Nazywa się Luke, chociaż jego imię powinno brzmieć jak coś bardziej w stylu „Ciota" albo „Debil".
Już żałowałam, że zadałam to pytanie.
-Ja mam siostrę. Katy, nie ma jej tu. Nie lubi koni.-powiedziałam cicho i umilkłam.
Na szczęście dotarliśmy do lonżownika i na razie przerwaliśmy rozmowę, która zeszła na kiepskie tory. Naprowadziłam trochę szarpiącego się konia na koło i cmoknęłam. Zareagował na to wyrzuceniem łba do góry i zakłusowaniem.
-Prrr, prr-powtarzałam ze spokojem, który był w pracy z nim jednym z fundamentów.
Aaron usiadł na ogrodzeniu i przyglądał się nam. Mi za to udało się osiągnąć dość spokojny stęp, za który od razu radośnie pochwaliłam Amora. Koń był jeszcze spięty, po kilku minutach stępa powoli zaczął się rozluźniać. Postanowiłam zakłusować, więc cmoknęłam, na co koń bryknął, ale po chwili zakłusował. Pochwaliłam go i zostałam przy kłusie. Wciąż utykał, ale było już dużo lepiej, niż na początku. Zmieniłam kierunek, a ogier kłusował. Jego ruch był piękny, jak zawsze. Nagle doszedł do mnie pisk, Amor bryknął i gwałtownie się cofnął, a ja usłyszałam śmiech brzmiący jak gwiżdżący czajnik. Zatrzymałam konia i przytrzymałam go krócej i rozejrzałam się wściekła w poszukiwaniu jego źródła. Zobaczyłam dziewczynę z toną tapety na twarzy, stojącą przy wejściu na lonżownik. Plastik~pomyślałam od razu.
-Co, ktoś tu sobie nie radzi z koniem?-zachichotała irytująco.
Aaron chyba też ledwo wytrzymywał.
-Idź stąd.-warknął.
Viktoria kiedyś mi o niej mówiła~pomyślałam~nazywała się chyba Aleu...
Aleu w odpowiedzi wyszczerzyła się.
-Wygląda na to, że mogę tu być tak samo, jak wy.-wzruszyła ramionami.
Aaron spojrzał na mnie ze wściekłością spowodowaną zachowaniem Aleu.
-Francuz czeka!-zawołał któryś ze stajennych.
Plastik zamrugał kilka razy.
-Jeszcze się spotkamy.-pisnęła i odeszła.
Odetchnęłam z ulgą, o ile zazwyczaj jestem spokojna, to ta szmata wyprowadza mnie z równowagi samym faktem, że oddycha.
-Już jej nienawidzę.-mruknął chłopak.
-Ja też.-przyznałam i wróciłam do lonżowania Amora.
Po kilkunastu minutach kłusa, które nie obyły się bez brykania, zwolniłam konia do stępa.
-Nie galopujesz z nim?-zdziwił się Aaron.
-On... nie może galopować.-powiedziałam niepewnie.
-Aha.-odrzekł chłopak, a w jego głosie wyczułam trochę chłodu.
Po stępie odprowadziłam Amora do boksu. W środku odpięłam lonżę i pogładziłam ręką szyję ogiera. W jednym miejscu miał kilkucentymetrową bliznę. Pamiętałam dobrze tan dzień, nie chciałam jednak do niego wracać. Delikatnie pogłaskałam go po pyszczku, koń parsknął cichutko. Uśmiechnęłam się pod nosem. Jak ja kocham tego konia...
Zdjęłam mu kantar i wyszłam. Przed wejściem czekał Aaron. Przypomniało mi się, że już jutro szkoła. O nie, matma... Matma od zawsze była i będzie wymysłem demonów. Po prostu czarna magia.
Powoli zaczynało się ściemniać, więc postanowiłam iść do pokoju.
-Wracasz już?-zapytał chłopak, wciąż troszkę chłodnym tonem.
Pokiwałam głową i udałam się do pokoju, za mną szedł Aaron. Robiło się chłodno, potarłam ramiona dłońmi aby się ogrzać. Na szczęście pokoje były blisko, więc bardzo nie zmarzłam. Spojrzałam na Aaron'a.
-To... do jutra.-pożegnałam się z nim.
-Do jutra.-odpowiedział i odszedł.
Weszłam do pokoju i rzuciłam się na łóżku. Leżałam na nim przez chwilę, po czym poszłam do łazienki ogarnąć się. Od razu przebrałam się w puszystą piżamę i zrobiłam sobie kakao. Po ogarnięciu się zakopałam się w ciepłej kołdrze popijając kakao. Wzięłam do ręki album ze zdjęciami, który leżał na szafce koło łóżka. Na pierwszym zdjęciu widać było stojącego Amora, całego w rankach i przerażonego. Było to zdjęcie z dnia, w którym go kupiłam. Łzy napłynęły mi do oczu, oglądałam dalej. Kolejne zdjęcie przedstawiało mnie i Amora podczas czyszczenia. Koń unosił tylną nogę w celu kopnięcia, a ja stałam przy jego łopatce i głaskałam po szyi. Przerzuciłam kilka stron i zatrzymałam się na jednej. Ja i ogier na łące w galopie, nasz pierwszy wspólny teren. Uszy konia na tym zdjęcia skierowane były do przodu, a jego sylwetka rozciągała się w pełnym galopie. Kolejne zdjęcie-nasz pierwszy wspólny skok. Następne fotografie, razem na lonży, w galopie, podczas ćwiczeń na hali czy nawet ganiający się po padokach. I ostatnie. Zdjęcie przedstawiające nasz... upadek. Nasz ostatni upadek na zawodach...
Zamknęłam album i otarłam łzy. Zakopałam się pod kołdrą i dopiłam kakao. Byłam zmęczona, więc szybko zasnęłam.

***rano***
Obudziła mnie melodia budzika nastawionego w telefonie. Jęknęłam z rozpaczą i przewróciłam się na drugi bok, zakrywając głowę poduszką. Muzyczka stawała się nie do zniesienia, w końcu poczłapałam wyłączyć budzik i ogarnęłam się. Na szczęście wyrobiłam się na lekcje.
***kilka godzin później***
Boże, już tylko matma~pomyślałam z ulgą, która zaraz minęła, bo przecież to matma. Zadzwonił dzwonek na lekcję, z westchnieniem udałam się pod klasę.
Siedziałam w ławce próbując ogarnąć, o co chodzi w tym czymś, co pani próbowała bezsilnie wytłumaczyć. Położyłam głowę na ławce i zamknęłam na chwilę oczy. Wyobraziłam sobie stajnię, Amora... niestety rzeczywistość była nieco bardziej brutalna.
-To w takim razie... pani Brown!-ostry skrzek kobiety, która uczyła nas matematyki, przerwał moje marzenia.-Proszę nam wytłumaczyć, jak rozwiązać powyższe działanie krok po kroku.-uśmiechnęła się i przymrużyła oczy.
Patrzyłam na tablicę oniemiała, widniała na niej mieszanina cyfr i ułamków, jakichś symboli. Ja w życiu tego nie rozwiążę...~pomyślałam.
-Nie wiem.-powiedziałam wciąż zerkając na podręcznik i tablicę.
Nauczycielka pokręciła tylko głową.
-Twoją wypowiedź ustną oceniam... no cóż, przeciwieństwo szóstki.-wpisała „cudowną" cyfrę do dziennika.
Warknęłam cicho pod nosem, na szczęście zadzwonił dzwonek i byłam wolna. Wyszłam szybko z klasy.
-Nigdy nie zrozumiem matmy.-warknęłam do siebie, jednak chyba zbyt głośno.
Podszedł do mnie Aaron.
-Mówiłaś coś o matmie?-zapytał z uśmiechem.
Kiwnęłam głową wciąż mając zły humor po ostatniej lekcji.
-Może...chcesz, żebym ci pomógł? Ja ogarniam matmę i to dość dobrze.-uśmiechnął się lekko.
-Jasne! Jeśli mógłbyś...-odpowiedziałam i uśmiechnęłam się.

>Aaron? Pomożesz Triss z matmą? ^^ <