czwartek, 11 lipca 2019
Od Arthura cd. Juniper
środa, 3 lipca 2019
od Beauregarda cd. Ricka
Rozejrzałem się po pokoju w poszukiwaniu czegoś, czym mógłbym się zająć, i mój wzrok natrafił na fortepian. Westchnąłem cicho i pokręciłem lekko głową. Podniosłem się z łóżka i podszedłem do instrumentu, po czym otworzyłem go i przejechałem palcami po klawiszach tak, żeby nie wydały dźwięku. Odsunąłem sobie taboret i przysiadłem na nim. Moje palce od razu odnalazły swoje miejsce na klawiaturze, a ja zacząłem grać, prawie nie przyciskając pedałów. Dźwięki "Dla Elizy", które wydobywały się z wnętrza mojego starego przyjaciela, były ciche i subtelne. Delikatna tęsknota i uczucie opowiadane przez utwór wypełniały mój pokój, dając mi chwilę wytchnienia, a jednocześnie przypominając o tym, jak bardzo tęskniłem za domem. Za fińskimi górami, lasami i ścieżkami, które znałem tylko ja, za leśnymi kryjówkami i miejscami, do których uciekałem. Zamknąłem oczy i odchyliłem głowę do tyłu. Co ja tu w ogóle robiłem? Uderzyła we mnie świadomość, że Akademia to zupełnie nie moje miejsce. Z drugiej strony wiedziałem, że nie mogłem wrócić. Mama byłaby tak zawiedziona... oczywiście powiedziałaby mi, że to nic, że cieszy się na mój widok i pewnie naprawdę by tak było, ale ten wzrok. Na samą myśl o jej wyrazie twarzy coś ściskało mnie w środku. Nie, nie mogłem jej tego zrobić. Wyglądała na tak szczęśliwą, kiedy powiedziałem jej, że decyduję się na wyjazd do Akademii. Jej mały synek wreszcie samodzielny, prawda? Pomyślałem o tym, że nawet tutaj nie potrafiłem się odnaleźć, w miejscu właściwie idealnym, które sam sobie wybrałem, i ze złością mocniej wcisnąłem klawisze. Niedługo potem dotarłem do ostatnich nut utworu i wraz z ostatecznym dźwiękiem w pokoju rozległo się pukanie do drzwi. Podskoczyłem na taborecie i zamknąłem pospiesznie fortepian, mimowolnie zaczynając panikować. Skąd oni wiedzieli, gdzie mieszkam? Boże, przecież to oczywiste, Rick, ale czy on naprawdę mógłby zrobić coś takiego?
Siedziałem na taborecie jak sparaliżowany, w nadziei, że ktokolwiek pukał do moich drzwi, odpuści. Przez kilka sekund moja nadzieja była nawet podtrzymywana, ale po chwili pukanie rozległo się ponownie, tym razem nieco szybsze. Nie miałem wyboru - musiałem wstać. Poza tym w głowie pojawiła się wątpliwość, czy aby na pewno zamknąłem drzwi. Szybko wstałem i podszedłem do wejścia, po czym zerknąłem przez judasza.
Rick?
O cholera, racja, wiadomość.
Chłopak był już wyraźnie zniecierpliwiony, podniósł rękę, żeby zapukać jeszcze raz. Rzuciłem się do klamki i otworzyłem, żałując wysyłania SMSa jak niczego innego.
Stanąłem naprzeciwko chłopaka, nie podniosłem jednak wzroku.
- Rick, co ty... - wziąłem gwałtowny wdech, chcąc spłonąć za te słowa - cześć - dodałem szybko.
- No cześć - wyszczerzył się. - Jak się czujesz? - Jak gdyby nigdy nic minął mnie i wszedł do pokoju.
Nie pozostało mi nic innego niż wejście za nim. Zamknąłem drzwi i powoli przeszedłem do kuchni, gdzie Rick zdążył się już zaprzyjaźnić z szafkami. Przeszukiwał je beztrosko i spojrzał na mnie, kiedy stanąłem w przejściu.
- Zadałem ci pytanie - zauważył trafnie. - Gdzie trzymasz kawę?
- J-ja nie piję kawy... - odpowiedziałem i wbiłem wzrok w podłogę.
Otworzył szeroko oczy i uniósł brwi chyba najwyżej, jak tylko się da.
- Słucham?! Człowieku, nie przyznaję się do ciebie. - Nie doczekał się odpowiedzi, więc po prostu westchnął głośno z dezaprobatą i pokręcił głową. - Zawiodłem się na tobie. Dobra, zapomnij. Zawsze tyle zajmuje ci odpowiedź na pytanie złożone z trzech słów? Bo wydaje mi się, że w takim tempie konwersacje mogą faktycznie sprawiać ci dużo problemów - uśmiechnął się rozbawiony.
- A, przepraszam, jest... okej - powiedziałem zgodnie z prawdą, bo tak, jak na słabeusza, który został poprzedniego dnia pobitym, trzymałem się chyba w porządku, po czym po chwili namysłu dodałem - czemu właściwie... czemu tu jesteś?
- A czemu ty przeprosiłeś? - odparował bez chwili wahania i przysiadł na stole.
- No bo ty... - zacząłem się jąkać - ty nie powinieneś... ja powinienem był po prostu... matko, przepraszam - schowałem twarz w dłoniach.
- I znowu to robisz. - Prawdopodobnie przewrócił oczami.
- Zmarnowałeś mnóstwo czasu - wyjaśniłem cicho i schowałem ręce do kieszeni swetra.
- Matko, Bear, skończ pieprzyć - zniecierpliwił się nieco, na co trochę skuliłem się w sobie. Ja naprawdę nie chciałem... - Pobili cię, to nie jest twoja wina, rozumiesz? - westchnął. - Po prostu musisz mi powiedzieć, kto to był, bo inaczej sytuacja może się powtórzyć, a tego chyba byśmy nie chcieli.
Nie miałem pojęcia, która część zdania przeraziła mnie bardziej. Cofnąłem się o kilka kroków, wpadając na jakąś szafkę.
- Nie, nie, ja nie- ty nie rozumiesz, ja nie mogę.. - próbowałem mu tłumaczyć.
- Bear, zrozum, może być jeszcze gorzej - mówił dość spokojnie, ale ja nie chciałem go słuchać. Jak niby miałem mu powiedzieć? Przecież oni by mnie zabili. A Rick... czy on by mi w ogóle uwierzył? To byli jego przyjaciele, a ja... - Musisz tylko powiedzieć mi imiona, a ja zajmę się resztą, okej? - Nie, błagam, przestań. - Muszę wiedzieć, kto to był, to nie może się powtórzyć.
- N-nie, Rick, ja nie...
- Tylko imiona, rozumiesz? I będzie po wszystkim. Nigdy więcej cię nie tkną.
- J-ja nie mogę...
- Tu nie chodzi tylko o ciebie, pomyśl, co jeśli zaatakują innych? - Przestań. - Można to po prostu zatrzymać.
- Rick, proszę, ja nie...
- Chcesz tej pomocy czy nie?
- Przestań! - krzyknąłem i spojrzałem mu w twarz, po czym spuściłem wzrok, przerażony tym, co zrobiłem. - Przepraszam - wyszeptałem po chwili. - Boże, Rick, przepraszam, ja nie chciałem, nie chciałem...
- Hej, dobra - urwał krótko Rick. - Już, musimy się oboje uspokoić. Usiądź. - Nie ruszyłem się z miejsca, czując się zbyt okropnie, żeby zrobić ruch. - Usiądź - westchnął.
Przestawiłem beznamiętnie nogę, potem drugą i powtórzywszy ten cykl kilka razy, znalazłem się na łóżku. Rick wziął sobie krzesło i postawił je w dobrej odległości od łóżka.
- Słuchaj, rozumiem twój strach, naprawdę - przerwał na chwilę - ale po prostu nie ma innego sposobu. Możesz jeszcze nie chodzić do szkoły, nic ci nie zrobią. Ja po prostu muszę się dowiedzieć, kto to był, dla dobra wszystkich, okej?
- A co jeśli... tobie się coś stanie? - zapytałem cicho. - Nie chcę, żeby ktokolwiek przeze mnie...
- Mi nic nie będzie - przerwał Rick. - Zaufaj mi, mam w tej szkole kontakty jak nikt. Więc jak będzie, powiesz?
Zamknąłem na chwilę oczy. Chyba średnio miałem wyjście. Rick wyglądał na upartego i raczej nie opuściłby mojego pokoju bez dowiedzenia się prawdy.
Powoli i niemiłosiernie się przy tym plącząc, opowiedziałem mu, jak wyglądali moi napastnicy. Po skończeniu mojej chaotycznej wypowiedzi spojrzałem niepewnie w stronę chłopaka w oczekiwaniu na reakcję. Rick jakby trochę zbladł, ale zaraz potem spojrzał się na mnie z wyrazem 'Serio?" niemal wypisanym na twarzy i westchnął jakby z politowaniem.
- Ja wiem, że oni kazali ci tak powiedzieć, ale mów prawdę, serio.
Coś ścisnęło mnie w żołądku.
- Rick, ja mówię prawdę - wyszeptałem i poczułem piekące łzy pod powiekami. Szybko zamrugałem, żeby się ich pozbyć, i odwróciłem głowę.
Rick? ;---; Mi nie uwierzysz?
Od Ricka cd. Beauregarda
Siedziałem w kuchni popijając poranną kawę. Szkoła zaczynała się za jakieś dwadzieścia minut. Czułem się cholernie dziwnie po wczorajszy wieczorze. Jakoś winny wszystkiemu. Cholerne poczucie winy... ale przecież nie zrobiłem nic złego, prawda? Przecież to nie ja go pobiłem. Tylko kto i po co? (będzie magiczne przeskakiwanie bo jestem leniem^^)
***
Ostatnia lekcja mijała dość szybko. Cały dzień, sam w sobie szybko przeminął. Było też bardziej jakby pusto... Bear pewnie został w domu. W sumie czemu się dziwić, wczoraj ledwo potrafił wydusić jakiekolwiek słowo. A może to po prostu wina mojej obecności?
- Oh, Rick! - usłyszałem za plecami głos. Nie musiałem się odwracać by wiedzieć że to był Chease i reszta ekipy. Mruknąłem jedynie coś na miarę przywitania i zamknąłem swoją szafkę, uprzednie wyjmując jednak kurtkę.
- Hej, coś taki nie mrawy. Stało się coś? - zapytał Eric. Usiadłem na pobliskiej ławce, poprawiając sznurówkę prawego buta. Nie odpowiedziałem nic. Nie musiałem się tłumaczyć tym idiotom. Odstawiłem nogę na ziemię, założyłem kurtkę, po czym oparłem się o ścianę mierząc całą czwórkę wzrokiem.
- Nie wasz cholerny interes. - mruknąłem. Cała grupka zmierzyła mnie zmieszanym spojrzeniem, no może oprócz blondyna, który wybuchnął głośnym śmiechem. Uniosłem lekko brew, naprawdę nie miałem ochoty na jakieś jego wygłupy.
- Oj nasz, nasz interes. Jesteśmy rodziną, nie pamiętasz? - zaśmiał się.
- Jasne... - mruknąłem. Co racja to racja. Był moim przyjacielem. Jako jedyny znał mnie do dna. Razem dołączyliśmy do akademii, razem się wychowywaliśmy i jakoś tak zawsze trzymaliśmy się razem.
- No mów, widzę że coś cię trapi... Ri... - uśmiechnął się lekko i położył mi rękę na ramieniu. W odpowiedzi westchnąłem głośno i wywróciłem oczami.
- Ktoś... pobił Beara. - mruknąłem cicho. Chease wyprostował się na tą wiadomość i przybrał poważny wyraz twarzy. Cała reszta też jakby zaczęła uważniej się przysłuchiwać.
- Jak to? - zapytał cicho. - Po co ktoś miałby tego malucha pobić?! - oburzył się.
- Eh... Skąd mam wiedzieć... Nie zrobił do cholery nikomu nic złego. - odpowiedziałem.
- Ale... nie powiedział ci kto go pobił? - zapytał z kolei Eric.
- Nie... Nie chciał... Nie mam pojęcia co się stało i kompletnie źle się z tym czuje. - westchnąłem, chowając twarz w dłoni. Po chwili poczułem na swoich ramionach, drobny ciężar. Zdjąłem dłoń z twarzy, Chease położył mi rękę na plecy.
- Ej, nie masz co się obwiniać. - uśmiechnął się do mnie. Kąciki moich ust mimowolnie poszły w górę, na co blondyn uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Nie myśl że podziękuję ci za pocieszanie mnie idioto. - zmusiłem się do poważnego wyrazu twarzy.
- Nawet na to nie liczę. - zaśmiał się. Mimo wszystko, wiedział jednak że w "naszym" języku to znaczy dziękuję. Byłem naprawdę wdzięczny że jest ze mną.
***
Buster spał na moim łóżku kiedy przyszedłem do domu. Dałem mu spokój, plecak rzuciłem w kąt a sam poszedłem do kuchni. Rano zostawiłem telefon w kuchni, możliwe że ktoś zostawił mi jakąś wiadomość. Sięgnąłem ręką po telefon. Jedno powiadomienie. Nieznany numer. Bear... Odczytałem wiadomość, to faktycznie był on. Tylko że przepraszał. Wywróciłem oczami, tylko na to potrafił się wysilić nawet przez jebane SMS-y?!
wtorek, 2 lipca 2019
od Beara cd. Ricka
Wrócił. Podał mi lód, który przyłożyłem do ust. Moje myśli dalej... z jednej strony pędziły, a z drugiej były tak strasznie otępiałe. Jakby pojedyncze obijały mi się w głowie, a reszta znikła, pochowana po kątach. Wśród tych pojedynczych znalazły się te, które broniły Ricka i te, które były przerażone tym, co się właściwie działo. Jakaś część mnie była zła na to, że ciągle go obwiniałem. Przecież był zmartwiony... chyba. Cholera, sam już nie wiedziałem. Zwłaszcza teraz.
- Powiesz mi, co się stało? - zapytał.
Nie podniosłem wzroku z podłogi.
- Rozumiem, że jest ci ciężko. Muszę jednak wiedzieć, kto zrobił ci krzywdę. - O nie. O nie, nie, nie.
Natychmiast schowałem twarz w swetrze, przerażony taką perspektywą. Nie mógł wiedzieć, cholera, choćby nie wiem co, nie mógł się dowiedzieć, tylko nie to.
- N-nie... Ja nie... - próbowałem mu to powiedzieć, oczywiście bez powodzenia. Co za cholerna porażka z ciebie, Bear.
- Bear... Wiem że się boisz... Słuchaj, mnie kiedyś też pobili. Tak, mnie, Ricka Morgana... Też kiedyś byłem słaby, musiałem nauczyć się jednak stawiać temu czoła. Musiałem poradzić sobie sam ale ty masz mnie, jasne?
Nadstawiłem uszu, nie do końca wierząc w to, co słyszałem. Po kolei, co on właściwie... co powiedział? Że go pobili? Że mam go?
- Chcę ci pomóc, nic więcej. Naprawdę...
Naprawdę chciał mi pomóc? Ja już nie... Poczułem się jeszcze bardziej winny za wymyślanie teorii spiskowych na jego temat. Miałem kompletny mętlik w głowie, która swoją drogą sprawiała wrażenie, że zaraz wybuchnie. Tego wszystkiego było zdecydowanie za dużo,
- Zrobię ci jakieś herbaty. - Odszedł od łóżka, co przyjąłem z ulgą, chcąc, nie chcąc.
Ból głowy stawał się coraz większy, postanowiłem więc się położyć i po prostu spróbować zasnąć. Tak, tylko o tym teraz marzyłem. Po prostu zasnąć i zapomnieć o tym wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło. Zamknąłem oczy, czekając niecierpliwie na bezpieczny sen.
- Może gdybym był trochę wcześniej... - powiedział niespodziewanie Rick. - Przepraszam... - szepnął, po czym... położył mi rękę... na plecach? Byłem zbyt zmęczony, żeby jakkolwiek zareagować.
- Śpij dobrze... - Poczułem, jak wstaje, po czym usłyszałem kroki i zamykane drzwi.
Chciałem o tym wszystkim pomyśleć, naprawdę, ale zasnąłem prawie od razu po tym, jak chłopak wyszedł.
Spałem na szczęście jak zabity, nie męczyły mnie żadne koszmary, nie budziłem się ani nic z tych rzeczy.
Obudziła mnie ta sama melodyjka co zawsze. Gdy tylko uchyliłem powieki, dotarło do mnie, co właściwie się dzieje. Było ode mnie wymagane, żebym wstał.W drugiej chwili przypomniałem sobie wydarzenia wczorajszego dnia. Bo to było wczoraj, prawda...? To się wydarzyło? Wszystko wydawało się być tak bardzo odległe i nierealne, że miałem wątpliwości, czy sobie tego nie zmyśliłem. Wyciągnąłem rękę po telefon i syknąłem z bólu. A jednak się wydarzyło.
Wyłączyłem budziki i wrzuciłem telefon z powrotem na szafkę. Nie było w ogóle mowy, żebym szedł dzisiaj do szkoły. Na samą myśl o opuszczeniu pokoju czułem narastający niepokój. Potrzebowałem czasu, żeby o tym wszystkim pomyśleć. Poukładać sobie to wszystko... na tyle, na ile było to możliwe. Poza tym po prostu nie mogłem pojawić się w szkole. Nie. Absolutnie nie. Dalej czułem się tym wszystkim przytłoczony. Wyciągnąłem rękę i dotknąłem nią ust - napotkałem opuchliznę. Cudownie. Wziąłem głębszy oddech i natychmiast tego pożałowałem. Moje żebra też nie były w najlepszej kondycji. Strasznie bolała mnie głowa, więc wyciągnąłem rękę po szklankę i... zakrztusiłem się nią. Zacząłem kaszleć i pochyliłem się do przodu, przez co moje poobijane żebra wszczęły bardzo gwałtowny protest. Większym problemem było jednak dla mnie złapanie oddechu. Kiedy woda skończyła próbę zamachu na moje życie, westchnąłem i napiłem się jeszcze raz, tym razem poprawnie. Byłem tak blisko śmierci we własnym łóżku. To byłoby w sumie zabawne. Komiczne. Niemal ironiczne. Właściwie całkiem dobrze oddałoby to istotę mojego życia. Bardzo trafne podsumowanie. Nastolatek po życiu pełnym porażek i zawodu, nieosiągnąwszy zupełnie nic, umiera we własnym łóżku, zakrztusiwszy się wodą, po tym jak dzień wcześniej został pobity. Brzmiało to niemal książkowo. Ale wyglądało na to, że moja szansa na tak komiczne odejście właśnie minęła. Westchnąłem, zażenowany własnymi myślami. Jakbym nie miał ważniejszych tematów do rozmyśleń. Na przykład to, co właściwie do cholery wydarzyło wczoraj. Zmarszczyłem brwi i wytężyłem pamięć, usiłując przypomnieć sobie słowa Ricka. Mgła spowijająca wczorajszy dzień powoli się przerzedzała.
"Proszę cię, wstań." Czyli był tam ze mną. Przez cały czas. Może on jednak nie był taki zły...?
"Ej, spokojnie. Nic się nie dzieje. Pomogę ci.'' Pomógł mi podnieść klucze. Musiał zmarnować mnóstwo czasu i energii, żeby zostać ze mną. Znowu poczułem się tak strasznie winny, ale nie miałem pojęcia, jak to wszystko zmienić. Jak się zmienić?
"Rozumiem, że jest ci ciężko. Muszę jednak wiedzieć, kto zrobił ci krzywdę." Na wspomnienie tych słów wzdrygnąłem się i schowałem głębiej pod kołdrą. O cholera. Przecież on nie odpuści. Będzie naciskał, póki mu nie powiem. A ja nie mogłem mu powiedzieć. W żadnym wypadku. Przecież oni by mnie zabili.
"Może gdybym był trochę wcześniej... Przepraszam..." I to był ten moment, kiedy położył mi rękę na plecach. On przeprosił. Za co? Przecież to nie była jego wina. Nie jego, tylko moja. Może oni mieli rację, może w ogóle nie powinienem był go dopuszczać do siebie. Przecież on miał swój świat. Ale z drugiej strony wszystko to, co mówił... co jeśli jemu naprawdę zależało, a ja tylko go odpychałem i sprawiałem mu zawód cały czas? A może to ja po prostu przesadzałem i każde zainteresowanie w moim kierunku wyolbrzymiałem i koloryzowałem? W każdym razie powinienem był go przeprosić. Tak.
Na razie jednak wzywały mnie pilniejsze sprawy. Wstałem i poczłapałem do łazienki, odczuwając każdy ruch. Ogarnąłem się nieco i wróciłem do łóżka. Mój wzrok zatrzymał się na szafce nocnej, gdzie stał kubek po wczorajszej herbacie, a przy nim jakaś kartka. Zmarszczyłem brwi i podniosłem ją, jedną ręką zakładając okulary. Na kartce nabazgrany był numer telefonu, a przy nim słowa "W razie czego dzwoń." O, idealnie. Teraz mogłem go przeprosić bez opuszczania pokoju. Od razu wziąłem telefon i zapisałem sobie numer Ricka. Wszedłem w wiadomości i wpisałem "Przepraszam. Bear". Poczułem dziwny ścisk w żołądku, ale otrząsnąłem się i wcisnąłem to przeklęte "Wyślij", po czym położyłem telefon na szafce, a sam położyłem się do łóżka z książką, chcąc zaprzątnąć czymś myśli.
Richardzie?
wtorek, 25 czerwca 2019
Od Ricka cd. Beara
***
Całe to siedem lekcji minęły dość szybko. Nie zdążyłem złapać Miśka po lekcjach, uznałem jednak że może dam mu już spokój na dzisiaj. Oboje musimy trochę od siebie odetchnąć po ostatnich wydarzeniach. Swoją drogą sam nie wiem co wyprawiam. Najpierw jestem dla niego chamski, potem zapraszam go do siebie do mieszkania, łażę z nim po korytarzu zamiast ze swoimi znajomymi. Jakoś lepiej się z nim czuję niż z tymi innymi bezmyślnymi idiotami. Gdy tak wracałem, myśląc o tym wszystkim nagle zadzwonił telefon. Bez namysłu ściągnąłem do kieszeni i odebrałem.
- Halo? - mruknąłem tę znaną każdemu formułkę telefoniczną.
- Długo się nie odzywałeś debilu. - usłyszałem mocny głos, znajomy i to bardzo. Z dzieciństwa zapamiętałem go jednak milej.
- Zhan, po co dzwonisz? - mruknąłem, poprawiając dłonią fryzurę mimo że nie była jakkolwiek naruszona. Po prostu musiałem czymś zająć wolną rękę.
- Pogodzić się. Nie możesz się wiecznie dąsać. - mógłbym przysiąc że się uśmiecha.
- Ja się nie dąsam. - warknąłem. - w przeciwieństwie do ciebie idioto.
W odpowiedzi usłyszałem donośny śmiech szatyna
- Daj spokój. Nie możesz wiecznie wypierać się rodziny. - odparł. Wywróciłem oczami. Oczywiście że mogę. Skoro matka mnie nienawidzi, brat jest albo przynajmniej był zły a ojciec chce jedynie mnie wykorzystać do robienia nielegalnych rzeczy, muszę. Nie potrafię się mimo wszystko wkurzać na Zhandera, jest jedynym który akuratnie mógłby mi pomóc "w razie w".
- Po prostu powiedz czego chcesz. - zaśmiałem się.
- Chciałem cię odwiedzić. Mojego małego braciszka. Można byłoby mamę odwiedzić. - odpowiedział.
- Ta... Wyśmienity pomysł. - westchnąłem, mimo wszystko uśmiechnąłem się jednak. Znowu po drugiej stronie rozległ się głośny śmiech. Naprawdę nie wierzę że mamy te same geny...
Szedłem jakaś drogą, chwilę rozmawiając jeszcze z bratem. Opowiedziałem mu trochę o Bearze, o szkole i takie tam.
- Ale obiecaj że pomyślisz! Przyjadę do ciebie w przyszłym tygodniu pewno. - mogłem przysiąc że się uśmiecha. Westchnąłem cicho, wtem mój wzrok przyciągnęło coś, a raczej ktoś leżący na trawie. Kulił się i zapewne płakał.
- Ta, obiecuję. Zadzwonię kiedy indziej. - odezwałem się do telefonu, a po krótkim pożegnaniu rozłączyłem się.
Na ziemi leżał jakiś chłopak, znajomo wyglądający. Drobny, ściskał trawę w dłoniach i głośno płakał. Podszedłem bliżej. Czy to Bear?
Momentalnie moje serce zaczęło bić szybciej. Ktoś mu coś zrobił?
- Bear, Boże, co ci jest? - zapytałem przerażony stanem chłopaka.
- Nie dotykaj mnie, nie chcę, nie dotykaj mnie, nie dot... - urwał i zacisnął ręce na trawie, chowając twarz i kuląc się jeszcze bardziej.
- Nie dotykaj, nie będę...
Cofnąłem rękę. Bał się mnie? Zrobiłem mu coś?
Blondyn cały się trząsł, płakał i porównał złapać oddech.
- Niebo spadło, ja nie chcę, ja nie chcę, ja się boję - wykrztusił i objął kolana jedną ręką.
Nie odpowiadałem. Nie chciałem palnąć niczego głupiego. Kucnąłem przy chłopaku czekając aż choć trochę się uspokoi. Nie mogłem... Nie chciałem go zostawić samego. Nie miałem pojęcia co się stało, wolałem jednak nie pogarszać tego pytaniami.
Bear wyglądał na zmęczonego, cały był jakby poszarpany. Pobił go ktoś? Pewnie tak... Nie wyglądało to na to że upadł na chodniku, a możliwość małego tornada odpadała z miejsca.
Patrzyłem na niego pełen żalu. Napewno ktoś go pobił. Pytanie po co?
- Wstaniesz? - zapytałem gdy zauważyłem że jego oddech się wyrównał a on sam odrobinę się opanował. Pokręcił powoli głową.
- Odejdź, proszę, nie chcę znowu... - odpowiedział. - Nie chcę już, zostawcie mnie w spokoju...
Wyciągnąłem rękę, a Bear wzdrygnął się i skulił mocniej. Cofnąłem ją znowu. Nie chciałem powodować u niego więcej płaczu.
- Prze- przepraszam... - wydusił z siebie.
Patrzyłem na niego bez słowa. Nie musiał przepraszać. To ja powinienem. Może nie powinno mnie tu być... albo gdybym był wcześniej może można było by tego uniknąć... Może zdążył bym go uratować, ukarać oprawców albo... cholera, cokolwiek! Poczułem cholerne poczucie winy, na dodatek gdy patrzyłem na kulącego się przede mną Beara czułem się jeszcze gorzej. Mimo iż prosił żebym go zostawił, nie mogłem. Moje sumienie potem by nie wytrzymało. Krajało mi się serce na widok płaczącego Beara. Chciałem go jakoś przytulić, uspokoić, nie było to jednak dobrym pomysłem po tym jak widziałem jak reaguje chłopak. Nie rozumiałem tego ale też nie chciałem tego pogarszać.
- Słuchaj... Nie możesz leżeć tu wieczność... - zagadnąłem znowu.
- Nie, zostaw mnie... Nie chcę... - powiedział znowu.
- Bear, proszę cię wstań... - poprosiłem go znowu. Pociągnął głośno nosem i przetarł twarz rękawem. Po dłuższej chwili podniósł się do pozycji siedzącej, wciąż jednak z jego oczu leciały pojedyncze łzy. Czułem jak serce boli mnie coraz bardziej na ten widok. Po prostu nie czułem się dobrze.
Zauważyłem nagle krew na brodzie chłopaka, miał rozciętą dolną wargę. Wyciągnąłem rękę, jakby z zamiarem wytarcia czerwonej substancji, przypomniałem sobie wcześniej o reakcji chłopaka na mój dotyk więc szybko ją cofnąłem.
- Krwawisz... Masz rozciętą wargę... - powiedziałem cicho. Spojrzał na mnie, jakby nie dosłyszał... Albo po prostu to wszystko było zbyt przytłaczające i nie potrafił usłyszeć...
Sięgnąłem do plecaka by po chwili wyjąć z niego chusteczki. Wyciągnąłem rękę z paczką do Beara, niepewnie wyciągnął trzęsącą dłoń i wziął ode mnie opakowanie. Powoli wyciągnął jedną z chusteczek i przyłożył do rany aby wytrzeć krew. Wstałem z ziemi i przełożyłem plecak przez ramię.
- Proszę cię, wstań. - poprosiłem go raz jeszcze. Nie odpowiedział nic, jednak wstał z ziemi odrobinę się chwiejąc.
Powoli zaczęliśmy iść w stronę budynku mieszkalnego, starałem się jednak trzymać bezpieczny dystans by nie stresować bardziej blondyna. Bez słowa dostaliśmy się do pokoju chłopaka, dalej trzęsącymi się rękami próbował włożyć klucz do zamka. Za nim trafił, klucze zdążyły wyślizgnąć mu się z dłoni i upadły na ziemię.
- Ja... Prze-przepraszam, ja nie... - zaczął, jakby bojąc się że zaraz skrzycze go za upuszczenie kluczy.
- Ej, spokojnie. - uśmiechnąłem się lekko, sięgnąłem po klucze z ziemi.
- Nic się nie dzieje. Pomogę ci. - dodałem, po czym włożyłem klucz do zamka i sprawnym ruchem otworzyłem mieszkanie Beara. Wpuściłem chłopaka pierwszego, wszedł niepewnie obserwując każdy mój ruch. Zamknąłem za nami drzwi, położyłem plecak na podłodze i rozejrzałem się po mieszkaniu. Raczej byłem tu pierwszy raz, chociaż właściwie nie pamiętam.
- Nie... Nie powinieneś tu-tutaj - powiedział, gdy ściągnął już buty. Trzymał się na bezpieczny dystans, palce zaciskał na swetrze i patrzył się w podłogę.
- Połóż się, przyniosę ci jakiś lód. - zignorowałem jego słowa, kierując się w stronę kuchni, a dokładniej zamrażarki.
- Ri-Rick, na-naprawdę nie... - zaczął, szybko mu jednak przerwałem:
- To nie była prośba. -
Otworzyłem drzwiczki zamrażalnika, dość szybko udało mi się znaleźć kostki lodu. Wziąłem dwie, zawinąłem w pierwszą lepszą szmatkę i wróciłem do chłopaka. Na całe szczęście siedział na łóżku, przykryty kocem i chował głowę między kolanami. Podałem mu lód, wziął powoli i przyłożył do ust. Krew nie leciała już tak jak wcześniej, a on sam na całe szczęście wyglądał choć trochę spokojniej.
- Powiesz mi co się stało? - odparłem po paru minutach ciszy. Chłopak tępo wpatrywał się w podłogę, nie powiedział jednak ani słowa.
- Rozumiem że jest ci ciężko. - zagadnąłem. - Muszę jednak wiedzieć kto zrobił ci krzywdę. -
Chłopak schował twarz w rękawach swetra.
- N-nie... Ja nie... - bąknął cicho.
- Bear... Wiem że się boisz... - zacząłem. - Słuchaj, mnie kiedyś też pobili. Tak, mnie, Ricka Morgana... Też kiedyś byłem słaby, musiałem nauczyć się jednak stawiać temu czoła. Musiałem poradzić sobie sam ale ty masz mnie, jasne? - uśmiechnąłem się lekko w jego stronę.
- Chcę ci pomóc, nic więcej. Naprawdę... - w ostatnim wyrazie niekontrolowanie załamał mi się głos. Natychmiastowo odchrząknąłem, nie chciałem żeby w moim głosie było aż tak wyczuwalne współczucie. Przecież takiego czegoś nie mam... Prawda?
- Zrobię ci jakieś herbaty. - przerwałem ciszę, będąc już pewnym że chłopak tego nie zrobi. Poszedłem do kuchni, szybko odnalazłem czajnik, tak samo jak resztę potrzebnych mi przedmiotów. Dolałem wody do urządzenia i postawilem na podstawce. Po jakiś pięciu minutach dało się słyszeć klasyczne kliknięcie. Zalałem przygotowaną wcześniej herbatę i wróciłem do chłopaka z napojem. Był odwrócony do mnie plecami. Może zasnął...
Położyłem kubek obok niego na stoliku nocnym. Leżał bez ruchu, koc jednak gdzieniegdzie unosił się nieznacznie. Była możliwa opcja że udawał, by się mnie już pozbyć. Może faktycznie dam już dziś mu spokój...
- Może gdybym był trochę wcześniej... - zacząłem, wiedziałem że takie myśli mimo wszystko są beznadziejne.
- Przepraszam... - szepnąłem cicho. Naprawdę czułem się winny temu wszystkiemu. Położyłem rękę na plecach chłopaka, wykonując drobny ruch. Jakbym chciał go jakkolwiek pocieszyć.
- Śpij dobrze... - dodałem cicho, po czym wstałem i wyszedłem z mieszkania chłopaka.
Boże, Misiek w coś ty się wpakował....
Miśku? :C
od Beara cd. Ricka
- Właściwie też pochodzę z zimnych rejonów - powiedział. No to witaj w klubie. - Może nie tak zimnych jak twoich, Banff jednak do najcieplejszych nie należy. Mieszkałem przez trzy lata w Hiszpanii. Mam uroczą młodszą siostrę, przyszywaną, ale jednak. Mam irytująco zawsze ciepłe ciało - zaśmiał się, na co ja odpowiedziałem wygiąłem usta w uśmiechu.
- Chociaż właściwie nie ma we mnie nic ciekawego. - Wzruszył ramionami. Cóż, wydaje mi się, że mógłbym polemizować. On chociaż potrafił o sobie mówić.
- To do jutra - dokończył za mnie chłopak i uśmiechnął się. Czyli jednak mnie nie nienawidził? Z drugiej strony mógł udawać. Zaszczepić zalążki zaufania, żeby potem...
- Cześć... - rzuciłem i jak najprędzej udałem się do swojej szafki. Mojej uwadze nie umknął głośny śmiech jednego z jego kolegów. Zacisnąłem na chwilę oczy i przyspieszyłem kroku. Błagam, nie. Mogłem nie wychodzić dzisiaj z pokoju. Czemu wyszedłem z pokoju?
- Co porabiasz przyjacielu? - Przyjacielu? I "co porabiasz"? To musiały być żarty. Nie miałem jednak zbyt dużo czasu na rozmyślanie o tym, byłem zbyt zajęty oblewaniem się zimnym potem przez rękę chłopaka, która dalej wisiała na moim ramieniu. Ona. Dalej. Tam. Była. W tym momencie byłem pewny, że wygrałbym zawody w wewnętrznym krzyczeniu. I naprawdę współczułem wszystkim medium, które akurat były w pobliżu.
- Też miło cię widzieć - uśmiechnąłem się. - Jak się spało?
- To chyba nic złego, że wolę twoje towarzystwo od nich.
Odpowiedź całkowicie mnie zszokowała i wprawiła w jeszcze większe zdezorientowanie. Mnie? Od swoich kolegów? To... to musiał być żart. Pokiwałem tylko szybko głową.
- A tobie? - wyrzuciłem z siebie i spotkałem zdezorientowane spojrzenie Ricka. - Tobie... jak się spało? - dodałem pospiesznie, w duchu przeklinając swoje umiejętności społeczne. A raczej ich brak.
- Aaa - Rick pokiwał głową ze zrozumieniem. - Mi całkiem dobrze - stwierdził. - Wiesz, co teraz mamy?
- Um, matematykę... chyba. - Zawsze dodawałem na końcu "chyba". Tak żeby zaznaczyć, że nie jestem pewny i żebym w razie pomyłki mógł powiedzieć, że przecież nie byłem pewny.
Ponownie pokiwał głową.
- A wiesz w której sali?
- Na samej górze - odparłem, tym razem również wystrzegając się podawania szczegółów, których zgodności z prawdą nie byłem całkowicie pewny.
- Dzięki za szczegółowość - zażartował Rick.
- Ja wiem - odpowiedziałem ponownie zgodnie z prawdą.
Zapadła cisza. Nic nowego.
- No, miło się gadało, ale spadam. - Ręka chłopaka ciężko wylądowała na moich plecach. Poklepał mnie i udał się prawdopodobnie do swojej szafki. Albo do swoich kolegów.
Westchnąłem cicho i rozluźniłem spięte wcześniej mięśnie. Sam już nie wiedziałem, co powinienem o tym myśleć. A raczej o nim. Z jednej strony ostatnio naprawdę był... miły? Mogło się wydawać, że może faktycznie mu zależało, ale właśnie - wydawać się. Nie miałem pojęcia, komu powinienem wierzyć. Sobie czy jemu. Z drugiej strony coś we mnie chyba chciało po prostu zaufać, nie przejmować się myśleniem, czy jestem wystarczający. Przypomniałem sobie słowa Ricka - chciałem mieć kogoś, z kim po prostu by... kliknęło.
Pytanie brzmi jaką cenę przyszłoby mi za to zapłacić. To prawda, nie traktowałem chłopaka sprawiedliwie. Przecież możliwe było, że naprawdę chciał się zaprzyjaźnić, poznać, cokolwiek. Przecież mógł mieć dobre intencje. A ja z góry spisywałem to na straty, wyszukiwałem dziur w całym i zwyczajnie wątpiłem w czystą ciekawość Ricka, w jego uprzejmość. A to jest zła rzecz. Tak się nie powinno robić. Nie powinienem narzekać, skoro już napatoczył się ktoś, kto chciał spędzać ze mną czas. Rzecz w tym, że chyba nie potrafiłem inaczej. Jeszcze nie. Poza tym wciąż nie byłem pewny, czy Rick był szczery. Nie chciałem tak szybko podejmować decyzji o tym wszystkim, wolałem po prostu... trzymać bezpieczny dystans.
"Cholera jasna, Bear, zachowujesz się, jakby chodziło o małżeństwo, a nie kolegę," pomyślałem i westchnąłem, po czym wziąłem potrzebne mi książki z szafki. Może jednak samotność nie była taka zła. Na pewno była o wiele łatwiejsza. Chociaż siebie też nie rozumiałem. Swoich intencji.
- Te, myśliciel, na górę. Zaraz dzwonek. - Aż podskoczyłem. Przemówiła do mnie pani woźna, która wyglądała i brzmiała nieco jak woźna. Dziwne, nie widziałem jej nigdy wcześniej. Cudownie. Zmiany, które tak bardzo uwielbiałem.
Pokiwałem szybko głową, zatrzasnąłem szafkę (zrobiłem to za głośno, nie chciałem) i poszedłem na górę, przygotowując się na cały dzień spędzony wśród mnóstwa nieprzewidywalnych ludzi.
Po dzwonku jak zwykle poczekałem, aż wszyscy wejdą do sali. Nie miałem zamiaru przepychać się wśród tych wszystkich ludzi. Wszedłem jako ostatni i zamknąłem za sobą drzwi, natychmiast kierując swoje kroki do mojej ławki. Ostatnia w rzędzie od ściany, czyli jednocześnie poza zasięgiem uwagi i blisko do wyjścia. Tak w razie czego. Ku mojemu na krześle stojącym obok mojego, które zazwyczaj jest puste, siedział Rick. Zwolniłem kroku i poczułem wzbierający we mnie dyskomfort. Chłopak szukał czegoś w piórniku, a ja stałem niezdecydowany jakiś metr od ławki, mając ogromną ochotę schować się do szafek, o które się opierałem. Właściwie to mając ochotę schować się po prostu gdziekolwiek.
Rick podniósł wzrok i wyszczerzył się na mój widok.
- Hej, Misiek! Nie masz nic przeciwko temu, żebym z tobą posiedział, nie?
"Mam coś bardzo przeciwko czemuś innemu," pomyślałem i powstrzymałem się od skomentowania tego, jak mnie nazwał.
- Właściwie... właściwie to nie - wymamrotałem.
- No to na co czekasz, siadaj! - I odsunął mi krzesło.
Walczyłem chwilę z własnymi nogami, po czym zrobiłem trzy kroki i usiadłem. Przecież siedziałem z nim już wcześniej. To nic takiego. Tylko że nie siedziałem z nim w szkole. Automatycznie rozejrzałem się po klasie, ale nikt nie patrzył, chyba że zdążyli się odwrócić.
- Dość już pogaduszek, cisza! Dzisiaj... - przejrzała swój zeszyt i wybrała temat.
Siedem lekcji później z westchnieniem wyszedłem ze szkoły. To był... nie najgorszy dzień. Nie wydarzyło się nic specjalnego, no może oprócz faktu, że Rick siedział ze mną na matematyce, do czego byłem zupełnie nieprzyzwyczajony, więc całą lekcję spędziłem jak na szpilkach. Starałem się trzymać ręce przy sobie, ale trąciłem go łokciem. Dwa. Razy. Na szczęście chyba nie zauważył albo (i chwała mu za to) nie zwrócił uwagi. Ja za to przejąłem się tym aż za bardzo i wyszeptałem kilka razy przeprosiny, których chyba nie usłyszał albo (i znowu chwała mu za to) nie zwrócił na nie uwagi. Chyba że po prostu się na mnie obraził. Może należał do ludzi, którzy nienawidzą bycia trącanym łokciem? Może teraz naprawdę miałem przerąbane, a on tylko czekał na odpowiedni moment, żeby mi się odwdzięczyć?
Saatana, znowu dramatyzowałem. Potrząsnąłem głową w nadziei, że opuszczą ją bezsensowne myśli. Skręciłem za róg i powtórzyłem czynność. Tak... na wszelki wypadek. Dla lepszego efektu.
- A czego ty tą śmieszną głową kręcisz?
- Muchy pewnie odgania!
I śmiech. A ja zostałem ściągnięty ze ścieżki, zanim zdałem sobie sprawę z sytuacji. O cholera. Doczekałem się.
Zaczerpnąłem powietrza i spojrzałem w górę. Koledzy Ricka. O cholera. O cholera. Chciałem coś powiedzieć, ale zabrakło mi słów. I powietrza. Spojrzałem zrozpaczony na rękę trzymającą mnie za sweter.
- No i co się tak patrzysz, kreciku? Zabrać ci te okulary? Czy wolisz może patrzeć na nasze przystojne twarze? - zaśmiał się wyższy z nich, a ja czułem, jak oblewa mnie zimny pot i serce bije trzy razy szybciej niż zawsze.
Potrząsnąłem głową i spuściłem wzrok, nie będąc w stanie wydobyć z siebie ani słowa. Moje nogi chyba zamieniły się w watę.
- Popatrz, Eric, trzęsie się - zauważył trzymający mnie blondyn. Wyższy z nich wyciągnął rękę i chwycił mnie za ramię, na co wzdrygnąłem się i zacząłem trząść się jeszcze bardziej. Pod powiekami poczułem piekące łzy, a o równomiernym oddechu mogłem tylko pomarzyć.
- Nie zapytasz, o co nam chodzi? - Trzeci zrobił krok do przodu i zdjął mi okulary, po czym przeszedł za mnie. Nie miałem pojęcia, co się dzieje, ale nagle byłem unieruchomiony przez ludzkie ciało. Wszyscy byli za blisko. Szum w mojej głowie stawał się nie do zniesienia.
- Nie zapytasz? - powtórzył blondyn z uśmiechem, który po chwili zszedł z jego twarzy. Serce waliło mi tak, jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi.
Wyciągnął rękę i trzasnął mnie w twarz. Skuliłem się tak, jak mogłem, czując piekący ból i łzy na policzkach. Ugięły się pode mną kolana, ale trzeci trzymał mnie za ramiona.
- Jak śmiesznie się trzęsie - zaśmiał się i potrząsnął mną. Powietrza.
- No zapytaj wreszcie - zniecierpliwił się blondyn i uniósł rękę.
- Po... co? - wykrztusiłem, a nowy strumień łez spłynął po mojej twarzy.
- Nie o to prosiłem. Miałeś powiedzieć cztery słowa, a powiedziałeś tylko dwa - stwierdził. Poczułem kłujący ból w brzuchu i całkowicie straciłem oddech.
- Stój na nogach! - rozkazał trzeci i potrząsnął mną.
Rozpaczliwie spróbowałem odzyskać kontrolę nad nogami. Czułem, że zaraz niebo spadnie i roztrzaska mi się na głowie, a potem przejedzie mnie tysiąc samochodów. Powietrza. Powietrza. Zaczerpnąłem rozpaczliwie oddech, usiłując go wyrównać.
- Powtórz, do cholery, jednej rzeczy nie możesz zrobić?
- O co- o co wam- o co wam- o co wam chodzi? - wyjąkałem i mrugałem, żeby powstrzymać łzy.
- No brawo, gratulacje - powiedział niższy i wymierzył mi cios w klatkę piersiową.
Zgiąłem się w pół, za co dostałem kopniaka w kostkę od tego, który mnie trzymał. Ponownie zupełnie straciłem oddech, a świat zaczął mi wirować przed oczami.
- Co ty się tak do tego Ricka przyczepiłeś? On taki nie był, co żeś z nim zrobił? - warknął niewyraźny głos. - On ma chodzić z nami, nie z tobą, rozumiesz? Zbliż się do niego jeszcze raz!
Uderzył mnie pięścią w twarz. Łzy płynęły mi strumieniami po twarzy. Nie mogłem oddychać. Nie mogłem stać. Nic nie mogłem. Błagałem w myślach niebo, żeby wreszcie spadło, żeby wreszcie przygniotło mnie i ich.
- Zbliż się do niego jeszcze raz!
Powtórzył uderzenie, tym razem w brzuch. Spazmatyczne oddechy, które brałem, tylko pogarszały ból w klatce piersiowej i poniżej.
Spadnij. Spadnij, spadnij, spadnij, spadnij, spadnij, spadnij, spadnij, powtarzałem wciąż w myślach. To była jedyna rzecz w mojej głowie. Spadnij.
- Będziesz z nim więcej rozmawiał?
- Nie...! - wykrztusiłem i zalałem się łzami, walcząc z całych sił chociaż o odrobinę powietrza.
- Chcesz dostać więcej?
- Nie chcę, nie chcę, nie chcę - zacząłem powtarzać bezwiednie, czując jak znowu tracę panowanie nad nogami, duszony płaczem.
- A widzisz, jednak dostaniesz. Strasznie śmiesznie się tym emocjonujesz, kurwa.
- Zupełnie jakby nigdy nie dostał wpierdolu, nie?
Kolejny cios. I kolejny. I kolejny. Nic już nie słyszałem ani nie widziałem. Niebo spadło. Przysięgam, że niebo spadło. I wszystko inne. Wszystko na raz. Wszystko, ze wszystkich stron. Nie było na nic miejsca, na oddech, na ucieczkę, na mnie. Wszystko spadło i przygniotło mnie, i nic nie mogło temu zapobiec.
Nie miałem pojęcia, po którym uderzeniu i kopnięciu odeszli. Rzucili mnie na ziemię, a ja natychmiast skuliłem się, wstrząsany płaczem. Chwyciłem trawę z całych sił i trząsłem się, walcząc o powietrze. Niebo. Niebo spadło.
Ktoś podszedł. Błagam nie. Błagam odejdź, już wystarczy, już wiem, już nie będę, już nigdy nie...
- Bear, Boże, co ci jest?
Ręka na ramieniu. Nie. Nie.
- Nie dotykaj mnie, nie chcę, nie dotykaj mnie, nie dot... - urwałem i zacisnąłem ręce na trawie, chowając twarz i kuląc się jeszcze bardziej. Niebo spadało znowu. - Nie dotykaj, nie będę...
Cofnęła się. Ręka. Były jakieś słowa, jakiś głos, to chyba Rick. Nie wiedziałem. Trząsłem się i płakałem i próbowałem oddychać. Jak najmniejszy. Musiałem być jak najmniejszy.
- Niebo spadło, ja nie chcę, ja nie chcę, ja się boję - wykrztusiłem i objąłem kolana jedną ręką. Nie usłyszałem odpowiedzi, nie słyszałem nic.
W końcu przeszło. Nie mam pojęcia, ile przeleżałem na trawniku, ale nie chciałem wstawać. Mój oddech stał się bardziej równomierny. Rick tu był, Rick dalej tu był.
- Wstaniesz? - I jego głos dotarł do mnie tak czysto i przejrzyście, że aż się skuliłem.
Pokręciłem powoli głową. Odejdź. Czy on też... czy on też chciał...
- Odejdź, proszę, nie chcę znowu... - zaszkliły mi się oczy i spiąłem mięśnie. Nie, błagam, nie znowu. - Nie chcę już, zostawcie mnie w spokoju...
Wyciągnął rękę, a ja wzdrygnąłem się i skuliłem mocniej. Cofnął ją znowu.
- Prze- przepraszam... - wydusiłem z siebie.
Rick? Co tu się podziało...
poniedziałek, 24 czerwca 2019
Od Seana CD. Alana
- Czego chcesz? - nie chciałem owijać niczego w bawełnę, dziewczyna musiała dzwonić w jakimś konkretnym celu.
Po drugiej stronie usłyszałem jakiś szmer.
- Przeprosić? Sama nie wiem - mógłbym przysiąc, że wzruszyła ramionami - Jest cokolwiek co pomogłoby ci o tym zapomnieć?
Prychnąłem. W głębi duszy pragnąłem jedynie zapomnieć o tym niefortunnym zdarzeniu, choć dziewczyna wcale nie była taka zła na jaką wyglądała. Ławka nie należała do najwygodniejszych, ale w pokoju nie byłbym "bezpieczny" rozmawiając z brązowowłosą. Szczególnie, że tylko tutaj rozmowę mogły zakłócać dźwięki innych osób.
- Wyjechać. Wiem, to nie takie łatwe, jednak dużo akademii z radością by cię przyjęło i doskonale o tym wiesz - odpowiedziałem po chwili.
Lynette milczała. Moja propozycja... czułem się jakbym ją szantażował. Ale czy to na pewno szantaż? Chciałem tylko mieć trochę spokoju po wielu burzliwych sytuacjach w swoim życiu. Może i nie zasłużyłem, z pewnością jednak tego właśnie potrzebowałem.
- Ja... - westchnęła i nabrała powietrza w płuca - Przemyślę to, dobrze? Wcale nie jest łatwo, z tym masz rację, Sean.
Zacisnąłem wargi w wąską kreskę. Czy tak postępował mój ojciec chcąc pozbyć się konkurencji? Tak naturalne było wypowiedzenie tak ważnych słów. Tak banalne było wymazanie kogoś ze swojego życia przez jedno niefortunne zdarzenie, o którym wolałoby się zapomnieć. Czasami sam przerażałem siebie, chociaż wmawiałem sobie, że robię to co słuszne. Zapewne ten sam kicz wciska sobie morderca własnej rodziny.
- Daj mi znać jak już postanowisz - powiedziałem, tym samym rozłączając się.
W samą porę, bo od tyłu już zaszedł mnie jak zwykle idealny Griffin, za którym podążał Alan. A to ciekawe. Nie miał czasem iść się kąpać. Wymusiłem lekki uśmiech i uważnym spojrzeniem ich zmierzyłem. Czy mój brat przypadkiem nie miał czegoś wczoraj szybko załatwić i wrócić również tego samego dnia?
- Grif, jakże miło cię widzieć dzień po terminie - uniosłem brew, wyraźnie oczekując jakiegoś wyjaśnienia ze strony krewnego.
Ten jedynie przewrócił oczami, tym samym upewniając mnie w przekonaniu, że faktycznie jest on moim rodzonym bratem. Alan przysiadł na ławce, podczas gdy czarnowłosy oparł się o jedną z lamp przy ścieżce.
- Nieco się przedłużyło, zatrzymałem się w pobliskim mieście - posłał mi jeden z firmowych uśmieszków, doprowadzających mnie jedynie do irytacji.
Jeżeli chciał zrobić coś bez mojego nadzoru to miał bardzo łatwo. Odkąd pamiętam zawsze był z naszej rodziny najlepszym kłamcom. Przynajmniej tak właśnie go zapamiętałem. Pokiwałem powoli głową, nie chcąc teraz się tym zajmować. Prędzej czy później w jakiś sposób się dowiem, a tych szczędzić nie będę.
- A ty, Winters? Postanowiłeś jednak zaczekać na deszcz? - prychnąłem, licząc, że w ten sposób jakoś przerwę ciszę.
Chłopak dźgnął mnie palcem wskazującym w brzuch, na co lekko syknąłem. Nikt normalny tak nie robi, przecież to jasne, że jest bardziej bolesne niż łokciem. Jak widać jemu to absolutnie nie przeszkadzało. Wyszczerzył się, ukazując swoje niezbyt białe zęby całemu światu. W szczególności mojej osobie.
- A może czekałem na ciebie, bo samemu mi się nie chciało? - uniósł kącik ust do góry, na całe szczęście chowając uzębienie.
Nie mogłem nie przewrócić oczami. Zawsze musiał coś palnąć, bez względu na towarzystwo jakie mieliśmy w danej chwili.
- Zawsze mogłeś poprosić tego tutaj wspaniałego Griffina - zmrużyłem oczy.
Wiedziałem, że brunet nawiązuje do porannej sytuacji, która nawiasem mówiąc wcale nie stała się niczym niesamowitym. Woah, znowu do tego wracałem. Brat parsknął śmiechem, idealnie wczuwając się w swojego wierzchowca. Alan uniósł brew, prawdopodobnie żebym poczuł się jak dziecko, którego matka już nie chce słuchać o nieistniejącej krainie. Cóż.
- Ja chciałem się tylko pożegnać. Za dwie godziny lecę do Hiszpanii - przerwał nam czarnowłosy i tym samym wywołał na mnie minę niezbyt... inteligentną.
Gdybym tylko miał takie zasoby, szczęka już upadłaby mi na ziemię, a może nawet przebiłaby się na drugą stronę naszej planety. Kolejna tego dnia niespodzianka.
- Ty... wyjeżdżasz? Masz gdzie mieszkać? - zapytałem, wciąż gotowy na jakiś haczyk ze strony jakże kochanego brata.
Wzruszył ramionami.
- Póki co zatrzymam się u znajomego, ale na miejscu zacznę szukać jakiegoś lokum - odbił się od słupa, aby podejść nieco bliżej. - Nie martw się, bezdomny nie zostanę - zaszczycił mnie lekkim uśmiechem.
Starał się chyba mnie pocieszyć, ale wcale nie byłem smutny. Perspektywa zniknięcia brata, choćby na jakiś czas była niezwykle kusząca.
- Nie za bardzo wiem co powiedzieć... baw się dobrze? - uściskałem go niepewnie, a Griffin odwzajemnił uścisk.
- Będę się już zbierał. Miło było cię poznać, Alanie - rzucił jeszcze i odszedł.
Spotkanie rodzinne chyba oficjalnie zostało zakończone. I to jeszcze w jakim stylu!