-Amor, dzisiaj jedziemy zawody…- przywitałam się z ogierem.
Parsknął i położył uszy po sobie. Przewróciłam oczami i podeszłam do niego bliżej. Podałam mu marchewkę i założyłam kantar. Dostrzegłam mnóstwo sklejek na jego grzbiecie.
-Super. Będę cię czyścić z pół godziny, jak nie więcej.-mruknęłam i wyprowadziłam wielkopolaka z boksu.
Uwiązałam go, po czym chwyciłam plastikowe zgrzebło i mocno przejechałam nim po szyi konia.
-Wiesz, że przyjechało kilka nowych osób? Vicz pewnie ze wszystkimi się już zapoznała…-westchnęłam i pogłaskałam skarogniadego po łbie.
Gdy czyściłam go pod popręgiem, kłapnął zębami i uniósł tylną nogę.
-Ej, bez przesady.-ostrzegłam i wróciłam do czyszczenia.
Wzięłam się za kopyta. Grzecznie podał mi przednią nogę, jednak napierał na nią całym swoim ciężarem.
-No weeeeeź…-jęknęłam.
Przeżyłam męczarnię, ale wyczyściłam wszystkie kopyta. AŁA, MOJE PLECY.
Po około trzydziestu minutach czyszczenia zabrałam się za ogon. Zaplotłam go w dobierańca. Grzywę splotłam w ciasne koreczki. Zawiązałam też czerwone wstążki na grzywie i ogonie, aby inni wiedzieli, że kopie… no i gryzie. Bo jak już jechać, to po całości, co nie?
-Okej, możemy jechać.-stwierdziłam.- Osiodłam cię na miejscu.
Zawinęłam jeszcze owijki na nogach konia i podprowadziłam go pod przyczepę.
-Wiem, że się w niej nudzisz i nie lubisz tam wchodzić, ale i tak rzadko jeździmy.
Koń stanął dęba i próbował się wyrwać, jednak trzymałam mocno uwiąz i przyciągnęłam łeb konia do siebie.
-Spokój.-mruknęłam.
Podeszłam ze spokojem do rampy, na co Pan Król Wszystkiego zaczął się cofać z łbem uniesionym jak najwyżej i uszami położonymi po sobie. Westchnęłam, po czym zrobiłam małe kółko i spróbowałam jeszcze raz. Każdy mały kroczek w kierunku „potwora” nagradzałam głosem i smakołykiem.
W końcu udało się. Wylewnie pochwaliłam konia i uwiązałam go. Sprawdziłam stan przyczepy, upewniając się, że nie zrobi sobie krzywdy. Załadowałam wszystkie potrzebne rzeczy i wyjechałam z Dressage Academy.
Po krótkim czasie byliśmy na miejscu. Zmarszczyłam czoło, gdy zobaczyłam, jak dużo osób przyjechało na zawody. Zaparkowałam w troszkę spokojniejszym miejscu i weszłam do konia. Powitał mnie tylko położeniem uszu po sobie. Dałam mu kawałek marchewki i wyprowadziłam z pojazdu. Wzięłam sprzęt i uwiązałam Amora, aby go osiodłać. Zarzuciłam na jego grzbiet granatowy czaprak, nieco jaśniejszą gąbkę i czarne siodło skokowe. Założyłam mu ciemnoniebieskie ochraniacze na wszystkie nogi. Jego tylne kopyto minęło o centymetry moją głowę.
-EJ! Co to ma być?- skarciłam konia i zabrałam się za zakładanie ogłowia.
Pojedynczo łamane wędzidło oliwkowe było już w jego pysku, przekładałam pasek potyliczny przez uszy. Szybko zapięłam podgardle i nachrapnik, po czym zaczęłam dopinać popręg. Koń bryknął, a do mnie podeszła jakaś dziewczyna z kilogramem tapety na twarzy.
-Po co chodzisz na zawody, skoro nie radzisz sobie z koniem?- prychnęła pogardliwie blondynka.- A jak zrobię tak…-pstryknęła palcami przed oczami mojego konia, który przerażony odskoczył do tyłu i stanął dęba.-No właśnie.- spojrzała na mnie ze sztucznym uśmiechem na twarzy.
-Beatrice, pani koń!
Przymrużyła oczy i wyciągnęła rękę, do której jakiś chłopak podał jej wodze. Chwyciła swojego siwego araba ubranego w wściekle różowy czaprak, nauszniki oraz ochraniacze tego samego koloru. Sama założyła różowy frak i bryczesy. „Zaraz się zrzygam od tego różu” pomyślałam.
-Ja przynajmniej umiem jeździć i na konia zapracowałam sama, a tobie pewnie tatuś kupił, co?- odgryzłam się, na co oburzona dziewczyna odwróciła się i poszła w stronę stajni klnąc pod nosem.
Zirytowana pogłaskałam Amora po szyi.
-Nie przejmuj się tą szmatą.-mruknęłam i poprowadziłam go na rozprężalnię.
Po kilku minutach stępa przeszłam do kłusa. Koń zagalopował i szarpnął łbem, ale usiadłam głębiej w siodle i zwolniłam do niższego chodu. Zauważyłam, że kilka osób przygląda się nam, postanowiłam to zignorować. Wsiadłam w siodło i dopasowałam ruchy ciała do konia. Bryknął lekko, co skwitowałam ściągnięciem wodzy. Pozostali jeźdźcy oddalili się na „bezpieczną odległość”. Na środku placu stał szereg- okser, potem stacjonata i tripplebar. Przeszłam do galopu i po zrobieniu kilku kółek skierowałam się na przeszkody.
Okser poszedł bez problemu, a nad stacjonatą przelecieliśmy ze sporym zapasem.
Skupiłam się i docisnęłam łydki w momencie wybicia się konia. Podczas skoku strzelił z zadu, a podczas lądowania szarpnął łbem. Wjechałam na koło i poklepałam go po szyi. Stępowałam czekając, aż spiker wypowie moje nazwisko.
-Triss Brown na koniu Amor przygotowuje się do startu!- zabrzmiało w głośnikach.
Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w stronę toru. Spiker krótko przedstawił mnie i mojego konia.
-Triss Brown z klubu Dressage Academy, na pięcioletnim ogierze wielkopolskim Amorze.
Stępowałam czekając na dzwonek. Czułam, jak w moim koniu zbiera się energia…
Dźwięk dzwonka przerwał moje myśli. Przycisnęłam łydki do boków konia, a ten wystrzelił na przód.
Pierwsza przeszkoda. Skoczył bezbłędnie, troszkę szarpał się po lądowaniu. Rozpędzał się coraz bardziej, a ja nie chciałam cwałować. Skróciłam wodze i najechałam na kolejną terenówkę. Kopyta mojego wierzchowca odbiły się od ziemi, aby po ułamku sekundy znów jej dotknąć. Wiatr szumiał mi w uszach, ale było to cudowne uczucie. Skupiłam się na sporej kłodzie. Metry znikały za nami w bardzo szybkim tempie, jednak zachowywałam kontrolę. Po pniu bryknął lekko, ale nic poza tym. Kilka następnych przeszkód przejechaliśmy bez problemu. Przyszła kolej na ostatnią. Rów z wodą. Ta była najtrudniejsza, ale wierzyłam, że damy radę.
Nagle usłyszałam głośny huk, jakoś zbyt blisko...
Amor poniósł… po opanowaniu pierwszego zdezorientowania odchyliłam się do tyłu i ściągnęłam wodze, ale to nic nie dało. Pędził najszybciej, jak potrafił, nie reagował na nikogo i na nic. Jakiś facet wyszedł na tor i rozłożył ręce, aby zwolnił, jednak to jeszcze bardziej go przeraziło. Zaczął brykać i pędzić jeszcze bardziej…
Byłam tak zajęta tym wszystkim, że nie zauważyłam strużki krwi płynącej po jego szyi..
Nagle sobie coś uświadomiłam.
RÓW Z WODĄ.
-PRRRR!- zawołałam w panice. Miałam nadzieję, że posłucha. W takim szale nigdy go jeszcze nie widziałam… nie było szans, że zwolni. Jego strach rósł z sekundy na sekundę.
Od rowu dzieliło nas może dwadzieścia metrów. Dziesięć. Pięć.
Nagle poczułam, że koń traci równowagę. Wjechał na śliski obszar, nie wiedział, co się dzieje. Bryknął i rozjechały mu się nogi. Stopa utknęła mi w strzemieniu, więc gdy się przewrócił przygniótł mi nogę od kolana w dół. Na szczęście szybko przewrócił się na drugą stronę… mimo tego ból był ogromny.
Ostatnim co pamiętam, było rżenie Amora i ludzie biegnący w naszą stronę. Była wśród nich chyba Viktoria…
Obudziłam się na w łóżku szpitalnym, obok mnie stała Vi. Moją głowę rozdzierał ból, z nogą nie było aż tak źle. Pierwsza myśl, która mnie przeszyła…
-Gdzie Amor?! Co się z nim stało?!- gwałtownie usiadłam i krzyknęłam.- Proszę, powiedz, że nic mu nie jest…-łzy napłynęły mi do oczu.
Widziałam, że dziewczyna się waha. Co mogło się stać?!
-Em… Amor był u weterynarza…-bawiła się końcówką kołdry.
-Mów wszystko, co wiesz!- ryknęłam. Łzy ciekły po moich policzkach strumieniami.
Na salę wszedł Rush, ale nie zwracałam na to uwagi.
-Triss, Amor nie żyje...-powiedziała cicho Vi.
W tym momencie cały mój świat się zawalił.
~~~~ >Vika?Możesz odpisać, jak już wrócicie z Ru do Dressage Academy :3 w końcu jesteście w szpitalu XD < ~~~~~
>>Napisze jak powrócę ze szpitala o ile przeżyje B-) <<
środa, 25 stycznia 2017
poniedziałek, 23 stycznia 2017
Kochani!
Kochani! Nastał TEN czas kiedy.. wybiło nam 100 POSTÓW! WoW! Nie wierzę w to! Jesteście niesamowici ♥ były chwilę gdy wątpiłam czy nie zamknąć bloga.. Ale z pomocą cudnych osób blog działa :) Teraz tylko naprzód♥ Jeżeli ktoś dzisiaj ma urodziny/imieniny wszystkiego dobrego!!!!
~Shadow ♥
~Shadow ♥
od Cass cd. Mike
Gdy tylko odwróciłam wzrok i zauważyłam nowo poznanego chłopaka, lekko drgnęłam z niepokoju. Na ogół nikomu nie było dane podglądać naszych małych treningów, odetchnęłam głęboko, dziękując w duchu Iratze za jego posłuszeństwo. Tym razem na szczęście nie zrobił niczego głupiego- pokręciłam głową w zamyśleniu
- Mam nadzieję, że nie zdołałem cię przestraszyć- mruknął pogodnie i zeskoczył z ogrodzenia
Pokręciłam przecząco głową, podczas gdy ogier ochoczo trącał pyskiem moje ramię. Wyciągnęłam z kieszeni bluzy niedużą marchew, którą gniadosz natychmiast zjadł ze smakiem, uśmiechnęłam się
- To... tym razem może ja cię trochę powypytuję?- zaproponował, na co skinęłam głową
- W takim razie... Może przejdziemy do stajni? Tam jest cieplej, a jestem pewna że nie masz w planach całego tygodnia spędzić w łóżku z powodu gorączki- odparłam rezolutnie i pokierowałam się w stronę łąki przeznaczonej dla Iratze.
Ciemnowłosy podążył za mną, a gdy tylko hanower znalazł się na padoku- pokierowaliśmy się w stronę stajni. Miałam jeszcze w planach uporządkowanie sprzętu... czekał mnie długi dzień.
***
- Hmm... czy nie będzie Ci przeszkadzało jeśli podczas rozmowy będę zbierać rzeczy mojego konia?- zachichotałam, a mój towarzysz wzruszył ramionami
- Mogę ci pomóc, oczywiście jeśli chcesz- zaproponował, ale stanowczo pokręciłam głową
- Ty pytaj, ja sprzątam...- ledwo zdążyłam wypowiedzieć te kilka słów i zaczepiłam nogą o tak bardzo mi znajomą błękitną lonżę.
Brakowało dosłownie sekundy, aby moja zdziwiona w tamtym momencie twarz zderzyła się z betonem. Powstrzymał mnie silny uścisk dłoni, która spoczęła na moim ramieniu, chroniąc mnie tym samym od upadku,odetchnęłam z ulgą.
- Chyba faktycznie przydałoby się tutaj nieco posprzątać- zaśmiał się, chcąc zapewne, aby moje zażenowanie poszło w niepamięć... miło z jego strony.
Schyliłam się i podniosłam przeklęty kawałek błękitnego "sznura", zmrużyłam oczy i warknęłam pod nosem
- Rush...
- Kto?- Mike uniósł brwi w pytającym geście i usiadł na beli siana
- Mój brat, ja go kiedyś zamorduję- mruknęłam i oparłam się o boks jednego ze szkółkowych koni...
- Wszystko dobrze?
- Tak, tak. Po prostu nie jestem miłośniczką takich dzikich wrażeń- zaśmiałam się wesoło i poprawiłam włosy, które niesfornie wymykały się z warkocza
- A więc pytaj- powiedziałam zachęcająco i wzięłam się za polerowanie ogłowia, które lata świetności chyba już dawno miało za sobą
- A więc, skąd jesteś?- padło pierwsze pytanie, więc uśmiechnęłam się pod nosem
- Sydney, Australia. Naprawdę piękne miejsce, powinieneś kiedyś tam pojechać- westchnęłam rozmarzona- Urocze słońce, przyroda...
- I pająki giganty?- przerwał moją wypowiedź na co lekko się skrzywiłam
- Bez przesady... największe były te, wielkości dłoni- wywróciłam oczami, na co odpowiedział cichym śmiechem
- Tak naprawdę miałam w planach zwiedzić trochę świata, a skoro napatoczyła mi się tak malownicza akademia, to nie dane mi było odmówić. Od zawsze lubiłam konie- zapewniłam, siadając obok niego
- Ten twój gniadosz to hanower, prawda?- spytał, więc zgodnie z prawdą skinęłam głową
- Dokładnie, one mają dość specyficzny ruch. To takie irytujące stworzonko, naprawdę potrafi narobić wstydu- dodałam na głos
Odłożyłam wypolerowane ogłowie i zajęłam się składaniem czapraków, część z nich wymagała prania. Iratze wyznawał jedną zasadę: "brudny znaczy, szczęśliwy" Jęknęłam w duchu i skupiłam się na przekładaniu kolorowego materiału.
- Wiesz... chciałam zaproponować mały przejazd po okolicy... Może się gdzieś wybierzemy, oczywiście, gdy poczujesz się lepiej- zaproponowałam i powróciłam do wcześniejszego zajęcia
Dawno nie byłam z gniadoszem na leśnej przejażdżce, czemu by nie wykorzystać takiej okazji? W końcu mogłabym też pokazać chłopakowi okolice stadniny.
- Tylko ostrzegam, moje tereny nie są tak emocjonalne i dzikie jak te z Vicki- dodałam i pokręciłam głową w rozbawieniu, kątem oka zauważyłam, że zaczęło się ściemnieć
>Mike?<
- Mam nadzieję, że nie zdołałem cię przestraszyć- mruknął pogodnie i zeskoczył z ogrodzenia
Pokręciłam przecząco głową, podczas gdy ogier ochoczo trącał pyskiem moje ramię. Wyciągnęłam z kieszeni bluzy niedużą marchew, którą gniadosz natychmiast zjadł ze smakiem, uśmiechnęłam się
- To... tym razem może ja cię trochę powypytuję?- zaproponował, na co skinęłam głową
- W takim razie... Może przejdziemy do stajni? Tam jest cieplej, a jestem pewna że nie masz w planach całego tygodnia spędzić w łóżku z powodu gorączki- odparłam rezolutnie i pokierowałam się w stronę łąki przeznaczonej dla Iratze.
Ciemnowłosy podążył za mną, a gdy tylko hanower znalazł się na padoku- pokierowaliśmy się w stronę stajni. Miałam jeszcze w planach uporządkowanie sprzętu... czekał mnie długi dzień.
***
- Hmm... czy nie będzie Ci przeszkadzało jeśli podczas rozmowy będę zbierać rzeczy mojego konia?- zachichotałam, a mój towarzysz wzruszył ramionami
- Mogę ci pomóc, oczywiście jeśli chcesz- zaproponował, ale stanowczo pokręciłam głową
- Ty pytaj, ja sprzątam...- ledwo zdążyłam wypowiedzieć te kilka słów i zaczepiłam nogą o tak bardzo mi znajomą błękitną lonżę.
Brakowało dosłownie sekundy, aby moja zdziwiona w tamtym momencie twarz zderzyła się z betonem. Powstrzymał mnie silny uścisk dłoni, która spoczęła na moim ramieniu, chroniąc mnie tym samym od upadku,odetchnęłam z ulgą.
- Chyba faktycznie przydałoby się tutaj nieco posprzątać- zaśmiał się, chcąc zapewne, aby moje zażenowanie poszło w niepamięć... miło z jego strony.
Schyliłam się i podniosłam przeklęty kawałek błękitnego "sznura", zmrużyłam oczy i warknęłam pod nosem
- Rush...
- Kto?- Mike uniósł brwi w pytającym geście i usiadł na beli siana
- Mój brat, ja go kiedyś zamorduję- mruknęłam i oparłam się o boks jednego ze szkółkowych koni...
- Wszystko dobrze?
- Tak, tak. Po prostu nie jestem miłośniczką takich dzikich wrażeń- zaśmiałam się wesoło i poprawiłam włosy, które niesfornie wymykały się z warkocza
- A więc pytaj- powiedziałam zachęcająco i wzięłam się za polerowanie ogłowia, które lata świetności chyba już dawno miało za sobą
- A więc, skąd jesteś?- padło pierwsze pytanie, więc uśmiechnęłam się pod nosem
- Sydney, Australia. Naprawdę piękne miejsce, powinieneś kiedyś tam pojechać- westchnęłam rozmarzona- Urocze słońce, przyroda...
- I pająki giganty?- przerwał moją wypowiedź na co lekko się skrzywiłam
- Bez przesady... największe były te, wielkości dłoni- wywróciłam oczami, na co odpowiedział cichym śmiechem
- Tak naprawdę miałam w planach zwiedzić trochę świata, a skoro napatoczyła mi się tak malownicza akademia, to nie dane mi było odmówić. Od zawsze lubiłam konie- zapewniłam, siadając obok niego
- Ten twój gniadosz to hanower, prawda?- spytał, więc zgodnie z prawdą skinęłam głową
- Dokładnie, one mają dość specyficzny ruch. To takie irytujące stworzonko, naprawdę potrafi narobić wstydu- dodałam na głos
Odłożyłam wypolerowane ogłowie i zajęłam się składaniem czapraków, część z nich wymagała prania. Iratze wyznawał jedną zasadę: "brudny znaczy, szczęśliwy" Jęknęłam w duchu i skupiłam się na przekładaniu kolorowego materiału.
- Wiesz... chciałam zaproponować mały przejazd po okolicy... Może się gdzieś wybierzemy, oczywiście, gdy poczujesz się lepiej- zaproponowałam i powróciłam do wcześniejszego zajęcia
Dawno nie byłam z gniadoszem na leśnej przejażdżce, czemu by nie wykorzystać takiej okazji? W końcu mogłabym też pokazać chłopakowi okolice stadniny.
- Tylko ostrzegam, moje tereny nie są tak emocjonalne i dzikie jak te z Vicki- dodałam i pokręciłam głową w rozbawieniu, kątem oka zauważyłam, że zaczęło się ściemnieć
>Mike?<
niedziela, 22 stycznia 2017
od Mike'a cd. Cass
- Ja... emm... Co to za rasa? - usłyszałem nieśmiały głos dziewczyny.
Oderwałem wzrok od Azeri i zerknąłem na nią.
- Ona? Szczerze sam nie jest pewny. Niby w papierach ma, że jest mieszanką Quatera i anglika, jednak wątpię by ta śliczna istotka miała taki rodowód. - mówiłem uśmiechając się.
- No, jest naprawdę niezwykła. Ym, skąd ją masz? - padło pytanie.
- Dostałem ją od siostry. Nigdy nic nie słyszałem o jej przeszłość, ale to nic. Trzeba się cieszyć teraźniejszością, czyż nie? - powiedziałem radośnie
- Tak... - dziewczyna wydawała się być chyba lekko speszona moim optymizmem. Zauważyłem, że trzyma lonżę w ręce.
- Ah, przyszłaś na trening? Właśnie kończę.
- O, dzięki. Nie musiałeś się śpieszyć.
- Jak mówiłem skończyłem już. Jestem przeziębiony, więc wole nie narażać mojej odporności.
Ruszyłem wolnym krokiem w stronę stajni. Stanąłem na chwilę i popatrzyłem na rudowłosą i jej konia. Śliczny hanorwew.
- Mógłbym zajrzeć potem jak ci idzie? - zapytałem.
- Ym, jak chcesz. - powiedziała odwracając się w moją stronę.
- Okej, to niedługo wpadnę.
Podszedłem pod boks klaczy i wprowadziłem ją do środka. Wyjąłem parę smakołyków i z kieszeni i dałem je Azeri. W boksie czuła się już pewniej. Stałem chwilę przy jej boksie myśląc. Wypuszczę ją dziś na padok. Oby nie odwinęła żadnego numeru. Nałożyłem jej brązową derkę i przypiąłem uwiąz. Prowadziłem ją na łąkę. Chwilkę zajęło mi znalezienie tej specjalnie dla klaczy, ale się udało. Azeri wolnym stępem ruszyła w głąb padoku rozglądając się na boki. Poza nią stały tam jeszcze dwie klacze. Wyglądały na spokojne i zbytnio nie przejęły się nowym koniem. Da sobie rade. Stwierdziłem i poszedłem w stronę okrąglaka. Niby jestem chory, jednak zamiast leżeć w łóżku siedzę na dworze.
- Cia, to najlepszy sposób na kurację. - powiedziałem po cichu, ironicznie do siebie.
Usiadłem na płocie z widokiem na plac. Przypatrywałem się Cass i jej koniu w uwadze. Mieli wyrobioną naprawdę ciekawą technikę. Ogier za komendą właścicielki ruszył galopem. Dziewczyna była skupiona na zadaniu, a ja byłem pod wrażeniem jej konia. Jego galop był wręcz doskonały. Dziewczyna zwolniła go do stępa. Nagle zauważyła mnie siedzącego nie opodal. Wydawała się zaskoczona. Pomachałem z uśmiechem, zeskoczyłem z jakże wygodnego siedzenia i ruszyłem w jej stronę.
> Cass? <
Oderwałem wzrok od Azeri i zerknąłem na nią.
- Ona? Szczerze sam nie jest pewny. Niby w papierach ma, że jest mieszanką Quatera i anglika, jednak wątpię by ta śliczna istotka miała taki rodowód. - mówiłem uśmiechając się.
- No, jest naprawdę niezwykła. Ym, skąd ją masz? - padło pytanie.
- Dostałem ją od siostry. Nigdy nic nie słyszałem o jej przeszłość, ale to nic. Trzeba się cieszyć teraźniejszością, czyż nie? - powiedziałem radośnie
- Tak... - dziewczyna wydawała się być chyba lekko speszona moim optymizmem. Zauważyłem, że trzyma lonżę w ręce.
- Ah, przyszłaś na trening? Właśnie kończę.
- O, dzięki. Nie musiałeś się śpieszyć.
- Jak mówiłem skończyłem już. Jestem przeziębiony, więc wole nie narażać mojej odporności.
Ruszyłem wolnym krokiem w stronę stajni. Stanąłem na chwilę i popatrzyłem na rudowłosą i jej konia. Śliczny hanorwew.
- Mógłbym zajrzeć potem jak ci idzie? - zapytałem.
- Ym, jak chcesz. - powiedziała odwracając się w moją stronę.
- Okej, to niedługo wpadnę.
Podszedłem pod boks klaczy i wprowadziłem ją do środka. Wyjąłem parę smakołyków i z kieszeni i dałem je Azeri. W boksie czuła się już pewniej. Stałem chwilę przy jej boksie myśląc. Wypuszczę ją dziś na padok. Oby nie odwinęła żadnego numeru. Nałożyłem jej brązową derkę i przypiąłem uwiąz. Prowadziłem ją na łąkę. Chwilkę zajęło mi znalezienie tej specjalnie dla klaczy, ale się udało. Azeri wolnym stępem ruszyła w głąb padoku rozglądając się na boki. Poza nią stały tam jeszcze dwie klacze. Wyglądały na spokojne i zbytnio nie przejęły się nowym koniem. Da sobie rade. Stwierdziłem i poszedłem w stronę okrąglaka. Niby jestem chory, jednak zamiast leżeć w łóżku siedzę na dworze.
- Cia, to najlepszy sposób na kurację. - powiedziałem po cichu, ironicznie do siebie.
Usiadłem na płocie z widokiem na plac. Przypatrywałem się Cass i jej koniu w uwadze. Mieli wyrobioną naprawdę ciekawą technikę. Ogier za komendą właścicielki ruszył galopem. Dziewczyna była skupiona na zadaniu, a ja byłem pod wrażeniem jej konia. Jego galop był wręcz doskonały. Dziewczyna zwolniła go do stępa. Nagle zauważyła mnie siedzącego nie opodal. Wydawała się zaskoczona. Pomachałem z uśmiechem, zeskoczyłem z jakże wygodnego siedzenia i ruszyłem w jej stronę.
> Cass? <
od Viktorii cd. Rusha
Moje nazwisko napisane na jakimś czymś kostnicy?! Pomimo wielkiej pasji do urbex'u to mnie przeraziło. To ż powiało na nas chłodem, OK rozumiem bo często się tak dzieje ale uczucie obserwacji przez cały czas... mnie przerażało. Zawsze przestrzegałam zasad Urbex'u ale teraz nie. Teraz złamię te zasadę, "kiedy przebywanie w miejscu opuszczonym zagraża życiu lub zdrowiu- ulotnić się."
-Idziemy stąd!-usłyszałam wściekły szept Rush'a ale pokręciłam stanowczo głową.
-Nie. Mam scyzoryk i zawsze mogę rzucić w niego martwą fretką- zaśmiałam się wymuszonym śmiechem- jak coś uciekniemy.
-Ugh.. No dobra- powiedział nie pewnie a ja otworzyłam scyzoryk, poruszałam się powoli i otworzyłam drzwi kostnicy. Na ścianie lśnił niewyraźny napis "Embress - widzę Cię" Trochę mnie to przeraziło i szybko przeszłam do kolejnego pokoju, za mną wszedł Ru. Zamknęłam za nami cicho drzwi. Trochę mi ulżyło.
-Chcesz pić?- zapytałam a Ru pokiwał głową więc podałam mu moją wodę. Wypił ją szybko a ja pokręciłam głową, nie chciałam pić-łap scyzoryk, musze się zdrzemnąć... Słabo mi...
-Tori! Musimy stąd wyjść!-powiedział stanowczo a ja znów odmówiłam a potem położyłam się na jednym z łóżek. Zasnęłam dosłownie minutę potem.
***
Starszy mężczyzna prowadził karą klacz do przyczepy. Upadła a on uderzył ją batem i zaczął po niej krzyczeć. Mała dziewczynka podbiegła do mężczyzny i coś wrzeszczała, szarpała go za rękę. Podeszła spokojnie i mówiła coś do niego, mężczyzna przekazał kobiecie wściekle uwiąz a dziewczynka rzuciła się w objęcia swojej mamie a potem przytuliła mężczyznę który odepchnął ją ale uśmiechnął się i poczochrał jej włosy. Zaśmiała się i zaczęła tulić klacz i dawać jej przysmaki. Powiedziała coś do mężczyzny a on jej odpowiedział.
To byłam ja i... Gwiazda!
***
Obudziło mnie skrobanie w drzwi... Przez chwilę nie orientowałam się co się dzieje... Czułam się jakby nawiedził mnie byt (dusza martwego człowieka poszukująca światła, sprawia duży ból głowy i opóźnione reakcje)
-UCIEKAJ!-usłyszałam krzyk Rusha, w tym samym momencie drzwi odpadły z zawiasów.
-Embress... Embress.. Embress.. Więc jednak nie musieliśmy po Ciebie przychodzić!-zacmokał i zaśmiał się. Nie orientowałam się o co chodzi.. Nagle na mojej twarzy zawitało przerażenie. Nie znałam mężczyzny ale on znał mnie?
Znowu uczucie obecności bytu....
>Ru? Może rzucimy martwą fretką? XDD <
-Idziemy stąd!-usłyszałam wściekły szept Rush'a ale pokręciłam stanowczo głową.
-Nie. Mam scyzoryk i zawsze mogę rzucić w niego martwą fretką- zaśmiałam się wymuszonym śmiechem- jak coś uciekniemy.
-Ugh.. No dobra- powiedział nie pewnie a ja otworzyłam scyzoryk, poruszałam się powoli i otworzyłam drzwi kostnicy. Na ścianie lśnił niewyraźny napis "Embress - widzę Cię" Trochę mnie to przeraziło i szybko przeszłam do kolejnego pokoju, za mną wszedł Ru. Zamknęłam za nami cicho drzwi. Trochę mi ulżyło.
-Chcesz pić?- zapytałam a Ru pokiwał głową więc podałam mu moją wodę. Wypił ją szybko a ja pokręciłam głową, nie chciałam pić-łap scyzoryk, musze się zdrzemnąć... Słabo mi...
-Tori! Musimy stąd wyjść!-powiedział stanowczo a ja znów odmówiłam a potem położyłam się na jednym z łóżek. Zasnęłam dosłownie minutę potem.
***
Starszy mężczyzna prowadził karą klacz do przyczepy. Upadła a on uderzył ją batem i zaczął po niej krzyczeć. Mała dziewczynka podbiegła do mężczyzny i coś wrzeszczała, szarpała go za rękę. Podeszła spokojnie i mówiła coś do niego, mężczyzna przekazał kobiecie wściekle uwiąz a dziewczynka rzuciła się w objęcia swojej mamie a potem przytuliła mężczyznę który odepchnął ją ale uśmiechnął się i poczochrał jej włosy. Zaśmiała się i zaczęła tulić klacz i dawać jej przysmaki. Powiedziała coś do mężczyzny a on jej odpowiedział.
To byłam ja i... Gwiazda!
***
Obudziło mnie skrobanie w drzwi... Przez chwilę nie orientowałam się co się dzieje... Czułam się jakby nawiedził mnie byt (dusza martwego człowieka poszukująca światła, sprawia duży ból głowy i opóźnione reakcje)
-UCIEKAJ!-usłyszałam krzyk Rusha, w tym samym momencie drzwi odpadły z zawiasów.
-Embress... Embress.. Embress.. Więc jednak nie musieliśmy po Ciebie przychodzić!-zacmokał i zaśmiał się. Nie orientowałam się o co chodzi.. Nagle na mojej twarzy zawitało przerażenie. Nie znałam mężczyzny ale on znał mnie?
Znowu uczucie obecności bytu....
>Ru? Może rzucimy martwą fretką? XDD <
od Rusha cd. Viktorii
Głuche echo odbiło się od ścian starego szpitala, sprawiając że nasza wyprawa nabrała jeszcze ciekawszego klimatu. Powiało grozą, ale właśnie na to liczyłem przekraczając próg tego z pozoru zwyczajnego gmachu ze starych cegieł. Przyznam szczerze, jeszcze nigdy nie dane mi było "pobawić się" w ten cały urbex.
- A więc, otwieraj- szepnąłem wprost do jej ucha i przez moment miałem wrażenie, że przechodzi ją dreszcz. Jesteśmy w opuszczonym szpitalu i wchodzimy do kostnicy, to by tłumaczyło jej reakcję...
Skinęła głową i popchnęła metalowe drzwi, które z drażniącym skrzypieniem, ukazały nam drogę do wnętrza pomieszczenia, uderzyło w nas niepokojące zimno. Ale... przecież to wszystko było stare, opuszczone. Nie mogło normalnie funkcjonować, dlaczego bił stamtąd taki chłód?- zmarszczyłem brwi, a Tori na moment się zatrzymała:
- Zimno tutaj... to chyba niedobrze- szepnęła i spojrzała na mnie niepewnie, w półmroku dostrzegłem błysk ekscytacji w jej oczach, nie mogliśmy odpuścić
- Ja pójdę przodem- zapewniłem i mimo jej wszelkich protestów, odepchnąłem ją za siebie- Nie dąsaj się tak, tu jest niebezpiecznie- wytłumaczyłem na co wywróciła oczami
- Dobrze.. mamo- wymamrotała i lekko się cofnęła, sprawiając że metalowe drzwi zatrzasnęły się za nami z niepokojącym trzaskiem, dziewczyna pisnęła, a następnie klepnęła się otwartą dłonią w czoło i zachichotała pod nosem, pokręciłem głową z rozbawienia
W ciągu kilku następnych sekund już nie było mi aż tak do śmiechu, wystarczyło rzucić okiem na ściany, pokryte płytkami... co tu się kiedyś musiało dziać?
- O matko, czy to krew?- spytała zaciekawiona dziewczyna, a ja zgodnie z prawdą skinąłem głową
- Myślisz, że to pomieszczenie służyło kiedyś za prosektorium?- wymamrotałem, widząc poplamiony stół do sekcji, skrzywiłem się
- Przecież tak nie można... W publicznym szpitalu?- burknęła i odtrąciła butem coś, co przypominało metalową miseczkę
Zatrzymałem się przy stole i spojrzałem na szkarłatne smugi, ale... dziwnie się błyszczało, zamarłem
- To jest świeża krew- powiedziałem, na co Tori wstrzymała powietrze
- Żartujesz sobie ze mnie?
- Sama zobacz...- mój głos stawał się coraz mniej pewny
Gdy moja przyjaciółka nachyliła się nad obiektem zaciekawienia odwróciłem się w stronę czegoś, co przypominało stary piec... coś tam było wydrapane:
" Wilson...
Stjernen...
Blue
Embress..."
Wszystkie przekreślone... wszystkie z wyjątkiem tego ostatniego, tak bardzo mi znanego...
Gdy dotarło do mnie co tam napisano, gwałtownie podszedłem do Tori i zaborczo objąłem ją ręką w talii
- Co ty..?- zaczęła zdziwiona ale szybko ją uciszyłem
- Wychodzimy stąd, tam jest zapisane twoje nazwisko... Może to przypadek, może nie? Ale czuję się za ciebie odpowiedzialny, więc galopem do wyjścia- syknąłem i zacząłem ciągnąć ją za sobą...
- Ru...
- To miejsce mnie niepokoi, nie powinniśmy tutaj wchodzić...
> Tori?<
od Cass cd. Mike
Iratze miał dziś wyjątkowo zły dzień... Szarpał się niemiłosiernie, skubał wszystko co znalazło się w zasięgu jego pyska i dodatkowo pogryzł derkę konia z sąsiedniego boksu. Zmarszczyłam brwi, gdy po raz kolejny próbowałam wyciągnąć go na małe lonżowanie... chociaż.
Zbadałam wzrokiem uwiąz, który w tamtym momencie trzymał się kantara ostatkiem sił i stwierdziłam, że poganiam go trochę na okrąglaku, wolałam zachować swoje dłonie w całości.
Ogier szarpnął łbem, na co odpowiedziałam mu tym samym i rozgromiłam wzrokiem, gniadosz odwrócił wzrok...
- Co ja się z tobą mam...- wymamrotałam stając przy znajomym ogrodzeniu, chyba ktoś mnie uprzedził- pomyślałam i popatrzyłam na osobnika, gładzącego pysk konia o dość niespotykanym umaszczeniu. Ten koń był intrygujący, zwłaszcza jego maść, zamyśliłam się na chwilę. Iratze trącił pyskiem moje ramię... wyglądało na to, że co raz bardziej się niecierpliwił.
- Cześć- powiedziałam po chwili zamysłu i może zbyt głośno, ponieważ chłopak lekko drgnął, zrobiło mi się głupio. Uśmiechnęłam się nerwowo.
Jednak zanim zdążyłam cokolwiek dodać, ciemnowłosy obrócił się w moją stronę i posłał dość niepewny uśmiech
- Witaj, jestem Mike- powiedział przyjaźnie, na co skinęłam głową
- Cassandra... ale możesz mówić do mnie Cass- odparłam wpatrując się w trzymaną przez niego klacz, była imponująca- Chyba wcześniej cię tutaj nie widziałam, Mike- mruknęłam zaciekawiona, a chłopak skinął głową
- Przyjechaliśmy tutaj niedawno- odparł, klepiąc konia po szyi
Nie mogłam już dłużej trwać w niepewności, więc zdobyłam się na odwagę, aby zadać pierwsze pytanie, które nasunęło mi się na myśli:
- Ja... emm... Co to za rasa?- zapytałam nieśmiało i odruchowo odgarnęłam włosy za ucho...
> Mike?<
Zbadałam wzrokiem uwiąz, który w tamtym momencie trzymał się kantara ostatkiem sił i stwierdziłam, że poganiam go trochę na okrąglaku, wolałam zachować swoje dłonie w całości.
Ogier szarpnął łbem, na co odpowiedziałam mu tym samym i rozgromiłam wzrokiem, gniadosz odwrócił wzrok...
- Co ja się z tobą mam...- wymamrotałam stając przy znajomym ogrodzeniu, chyba ktoś mnie uprzedził- pomyślałam i popatrzyłam na osobnika, gładzącego pysk konia o dość niespotykanym umaszczeniu. Ten koń był intrygujący, zwłaszcza jego maść, zamyśliłam się na chwilę. Iratze trącił pyskiem moje ramię... wyglądało na to, że co raz bardziej się niecierpliwił.
- Cześć- powiedziałam po chwili zamysłu i może zbyt głośno, ponieważ chłopak lekko drgnął, zrobiło mi się głupio. Uśmiechnęłam się nerwowo.
Jednak zanim zdążyłam cokolwiek dodać, ciemnowłosy obrócił się w moją stronę i posłał dość niepewny uśmiech
- Witaj, jestem Mike- powiedział przyjaźnie, na co skinęłam głową
- Cassandra... ale możesz mówić do mnie Cass- odparłam wpatrując się w trzymaną przez niego klacz, była imponująca- Chyba wcześniej cię tutaj nie widziałam, Mike- mruknęłam zaciekawiona, a chłopak skinął głową
- Przyjechaliśmy tutaj niedawno- odparł, klepiąc konia po szyi
Nie mogłam już dłużej trwać w niepewności, więc zdobyłam się na odwagę, aby zadać pierwsze pytanie, które nasunęło mi się na myśli:
- Ja... emm... Co to za rasa?- zapytałam nieśmiało i odruchowo odgarnęłam włosy za ucho...
> Mike?<
Subskrybuj:
Posty (Atom)