niedziela, 13 października 2024

od Arthura cd. Maddie

Ze strony dziewczyny padła sugestia zjedzenia czegoś. Dość mądre, patrząc na poranną godzinę i to, że pewnie jednak wyląduje na tym warsztacie; a wtedy o zjedzeniu czegokolwiek będę mógł pomarzyć. 

Zapytałem, czy ma jakieś ulubione miejsce. "Lava Burger" padło z jej ust, gdy pojawiliśmy się przy dziecince. Impala przysypana była delikatnie liśćmi a jesienne słońce odbijało się od jej maski; uwielbiam to auto.
Otworzyłem dziewczynie drzwi od strony pasażera, chcąc być dla niej miłym. Lekko rozbawiona, może nieco speszona, wsiadła na swoje miejsce. 
- Gdy za pierwszym razem oddawałam krew i miałam niskie żelazo, to lekarz z rozbawieniem w oczach się mnie zapytał, czy nie jem mięsa przez zwierzątka czy coś takiego.  Ale nie, burgery życiem. - Wyciągnęła ręce ku górze, ze śmiechem wspominając sytuacje u lekarza. Odpaliłem samochód, wsłuchując się w satysfakcjonujące mruczenie. Nigdy mi się to nie znudzi. 
Wojowniczka pomachała budynkowi Akademii i uśmiechnęła się dość uroczo. Wlepiła wzrok w widoki za oknem, nie odzywając się za dużo. "Maddie". Przedstawiła się, dodając, że "Mad"  także jej pasuje. Kiwnąłem głową, zapisując sobie jej imię w pamięci. Ponownie podałem jej swoje imię, śmiejąc się, że mojego nie da się jakkolwiek skrócić. Dziś miał być jej pierwszy dzień w nowej szkole; a jednak wybrała spędzenie czasu z barmanem. Na jej miejscu zrobiłbym tak samo. 
Dowiedziałem się, że znalazła się tu celem zmiany otoczenia, mimo tego, że nie interesuje się jeździectwem. Dość podobnie jak ja. Odbiła piłeczkę w moją stronę, pytając, czy mam jakiegoś konia. 
Chciałem powiedzieć jej, że Impala jest moim odpowiednikiem jeździectwa, jednak zamiast tego odparłem, że fascynują mnie konie, lecz trzymam się od nich na bezpieczną odległość.

Wreszcie dotarliśmy do wybranej przez dziewczynę burgerowni. Wewnątrz lokalu pachniało naprawdę dobrze - nie uderzył mnie zapach spalonego tłuszczu ani taniego alkoholu. Wręcz przeciwnie, czułem się jak Kudłaty ze Scooby Doo, który właśnie zaczyna lewitować, bo jedzenie wydaje się być tak smaczne. Zamówiłem burgera prezentującego się najlepiej z całej oferty wraz z napojem, dziewczyna zrobiła podobnie, dobierając do tego frytki.
Rozsiedliśmy się wygodnie na naszym miejscu i umilając sobie czas pogawędką, czekaliśmy na nasze zamówienie. W trakcie naszych plotek, do budynku weszła dwójka dzieci i młody, czarnoskóry chłopak. Delikatnie zmarszczyłem brwi, widząc, że dzieci nie wyglądają jak jego rodzeństwo, ani tym bardziej znajomi, bo różnica wieku była ewidentnie zbyt duża. Śmiali się i rozmawiali, dzieci co jakiś czas milkły, z zainteresowaniem słuchając starszego chłopaka.
Stolik obok siedziała para - starsi ludzie, kobieta z mężczyzną. Ewidentnie nie była zadowolona z obecności czarnoskórego chłopaka, bacznie go obserwując. Wreszcie szturchnęła swojego partnera. Wsunąłem rurkę do ust i napiłem się, wciąż przyglądając się z zainteresowaniem rozwojowi sytuacji. Palec kobiety wskazał na chłopaka, jednak jej wzrok spoczywał na jej partnerze. Coś mówiła, lecz przez zgiełk nie byłem w stanie zrozumieć co.
Odwróciłem na chwilę wzrok, by wgryźć się ponownie w przepysznego burgera. 
- To jest niepokojące! - dotarło do mnie - Wydaje mi się adekwatnym zadzwonić na policję. - W lokalu zapanowała cisza, wzrok wszystkich klientów skierowany był na średniej postury starszą kobietę, zbulwersowaną chłopakiem o innym kolorze. Przewróciłem oczami, wiedząc, że zaraz zacznie się awantura.
Dzieci usiadły bliżej oskarżonego i spojrzały na niego zestresowanym wzrokiem, on sam za to zaczął nerwowo przecierać brodę i rozglądać się po budynku. Maddie przyglądała się kobiecie, zagryzając zęby i marszcząc delikatnie brwi. Nie wydawała się być zadowolona; prawdopodobnie, gdyby wzrok mógł palić, kobieta byłaby już kupką popiołu.
Dyskusja między kelnerem a zdenerwowaną kobietą rozwinęła się i wydawała się być od słowa do słowa coraz bardziej agresywniejsza, zwłaszcza ze strony tej pierwszej. Z tego co zrozumiałem, została wyproszona z restauracji pod groźbą, o ironio, wezwania policji. 
Wychodząc, spojrzała na naszą dwójkę i zawiesiła wzrok na Wojowniczce. Jej spojrzenie stało się jeszcze bardziej mordercze, niż wcześniej. Chyba zaklęła pod nosem, wychodząc. 
Wojowniczka również nie wydawała się być zadowolona. Wzruszając ramionami na tę niemą interakcje, ponownie wziąłem gryza letniego już burgera i zapiłem go piciem, praktycznie kończąc moje śniadanie.
- Znacie się? - zapytałem, przyglądając się niezadowolonej dziewczynie. - Spojrzała na ciebie tak, jakbyś zabiła jej psa. - Uśmiechnąłem się lekko w jej stronę. Odstawiła głośno kubek z piciem, patrząc na mnie jakbym oznajmił jej, że jestem kosmitą.

Maddie?

sobota, 12 października 2024

Od Anthony'ego cd. Flynna

Tony nie zwykł przyjeżdżać do akademii w towarzystwie siostry. Odkąd Mallory opuściła dom rodzinny, nie siedziała na końskim grzbiecie ani razu. Jej relacja z tym gatunkiem zwierząt kończyła się na głaskaniu, niuńkaniu i ewentualnie czyszczeniu ich ubrudzonego cielska. Mimo wszystko, gdy zaproponowała szatynowi wspólne spędzenie dnia, ten nie miał zamiaru jej odmówić. Oczywiście, ich błogi spokój nie trwał zbyt długo. Pierwszy spór między rodzeństwem powstał już podczas wybierania kierowcy. Kłótnia trwała dobre piętnaście minut, a zwycięsko wyszła z niej rudowłosa piękność, która podała chłopakowi niepodważalny argument. Auto było jej. Jeśli miał ochotę dalej się sprzeczać, mógł pojechać do stajni autobusem. Zgadzając się na podyktowane przez kobietę warunki, wylądował na fotelu pasażera, skąd mógł podziwiać malownicze krajobrazy.
Kolejna potyczka zrodziła się, gdy Mall podgłośniła radio. Nie zrobiła tego po złości. Skoro nie prowadzili interesującej dyskusji, chciała po prostu pozbyć się nieznośnej ciszy. Irytująca piosenka zmusiła jednak Tony’ego do ściszenia urządzenia, co spotkało się z podgłośnieniem go z panelu kierowcy. W tym momencie zaczęła się czysta złośliwość, która trwała do końca ich podróży.
- Nienawidzę cię. - Stwierdził Henderson, w czym nie było wiele prawdy.
- Z wzajemnością. - Nelson odpięła pasy, by opuścić swoją terenówkę. - Milky jest w boksie? - Zapytała, podchodząc do bagażnika.
- Widziałem ją na pastwisku. - Podążył za siostrą. - Masz uwiąz? - Dodał, zanim spojrzał do tylnej przestrzeni pojazdu.
- Kazałeś zabrać tylko kalosze. - Wskazała na dwie pary gumowców.
- Cudownie. - Mruknął, zabierając się za przebranie butów. - Następnym razem pojedziemy MOIM samochodem. - Zaznaczył, ściągając pierwszego adidasa.
- Następnym razem wyrażaj się jaśniej. - Przewróciła oczami. - Na pewno masz jakiś uwiąz w pace. Nie dramatyzuj. - Usiadła na krawędzi bagażnika.
- Mam, ale byłoby łatwiej, gdybyśmy mieli go w samochodzie. - Zrzucił drugie obuwie, a następnie wsunął stopy w mniej eleganckie obcasy. - Zaraz wrócę.
Nie czekając na reakcję kobiety, ruszył w stronę stajni przeznaczonej dla klaczy. Skupiając się na swoim celu, zignorował odgłosy dziewczęcej kłótni. Znana mu grupa nastolatek non-stop kłóciła się o to samo. W końcu tylko jeden wierzchowiec w akademii mógł chodzić we wściekle różowym czapraku lub posiadać w grzywie tęczowe wstążki. Przed wejściem do budynku uchronił go jednak uprzejmy nieznajomy. Tony jeszcze go tutaj nie widział, a patrząc po zawartości jego pickupa, musiał dopiero zaznajamiać się z budynkami akademii. Przyjmując od heterochromika uwiąz, stwierdził, że wypadałoby się jakoś poznać. W końcu będzie musiał o kogoś pytać, gdy skończy korzystać z jego własności.
- Jak się nazywasz? - Zapytał, nie odrywając wzroku od przybysza.
- Flynn. Wołają na mnie jednak Fitz. Tak jest szybciej. - Młodszy chłopak wzruszył ramionami. - A ty? - Zeskoczył na ziemię, aby podać starszemu dłoń.
- An…
- Kolorado! - Głos Mallory przerwał mu przedstawianie się.
- Anthony. - Powtórzył, posyłając rudej ostrzegawcze spojrzenie. - Idź do krowy, zaraz przyjdę. - Machnął dłonią w stronę pastwiska. - Mogę ci pomóc w rozpakowaniu się, ale najpierw muszę złapać HFa. - Zapomniał, że nie wszyscy wiedzieli o “pieszczotliwym” przezwisku Milky Way. - Chcesz pomóc? W trójkę szybciej się z tym uporamy.

Fitz? Chcesz złapać krowę? c: 

Od Anthony'ego cd. Arthura

Powrót do domu był dla Anthony’ego prawdziwym zbawieniem. Kiedy tylko wysiadł z taksówki, od razu udał się do swojego mieszkania, gdzie przywitała go cisza. Wzdychając na to cicho, wyjął z kieszeni telefon, a następnie włączył na nim Spotify. Klikając randomową playlistę, zwiększył głośność urządzenia, by już po chwili zatopić się w dźwiękach “Pink pony club”. Chociaż mieszkał w Idaho Falls już dobre kilka tygodni, nadal nie przywykł do męczącej samotności. Na ranczu ciągle panowało poruszenie. Względny spokój panował jedynie podczas wspólnych posiłków, przy których i tak rozmawiano na różne tematy. Odganiając od siebie smętne myśli, potarł palcami okolice skroni. Głowa nadal przypominała mu o skutkach wczorajszej libacji, ale nie zamierzał rezygnować z odrobiny rozrywki. Najwyżej weźmie tabletki. Żaden problem. Kręcąc się po skromnym salonie, odłożył w końcu telefon na stolik. Zanim jednak wskoczył do łóżka, postawił na porządny prysznic. Nie przeszkadzał mu zapach stajni, ale kompozycji zapachowej z baru zdecydowanie wolał się pozbyć. Domyślając się, że ubrania również pozostawiały sobie wiele do życzenia, wrzucił je do pralki, by rozpocząć odwlekany cykl prania. Spod prysznica wyszedł po dobrych piętnastu minutach. Nie mając żadnego celu, zgarnął z salonu telefon, wyłączył muzykę i zawlókł się do zaciemnionej sypialni. Zanim ostatecznie zamknął oczy, ustawił budzik na godzinę późnopopołudniową. W końcu i tak nie miał nic do roboty, a skrócenie sobie dnia, potraktował jako akt dobroci dla zwierząt.
 ***
Ze snu wyrwała go melodia przypisana do SMSa. Początkowo Tony chciał przewrócić się na drugi bok i zignorować wiadomość, ale kolejne powiadomienie zmusiło go do otworzenia zaspanych oczu. Macając dłonią kołdrę, trafił po kilku próbach na zakopane w materiale urządzenie. Henderson początkowo sądził, że nadawcą esów jest Mallory. Zmarszczył jednak brwi, gdy na ekranie wyświetlił się nieznany numer.

Ej masz czas rzucic mnie pdo dziecinke

Glodny jstem

Chłopak przez dobre kilka minut po prostu wpatrywał się w telefon. Początkowo nie ogarniał, kim jest tajemniczy analfabeta i dlaczego to on miałby zapewnić mu żarcie. Dopiero, gdy kilka razy powtórzył w głowie słowo “dziecinka”, połączył ze sobą odpowiednie kropki.

Mówiłem ci, że jak umrzesz, to biorę prawo do twojej dziecinki

Ale do niej mogę cię podrzucić

W przypadku jedzenia, chciał odmówić kolejnego wyjścia. Zanim jednak wpisał kolejne litery w pole tekstowe, żołądek chłopaka wydał z siebie głośne burknięcia. Czyli również był głodny. Świetnie. A to wszystko przez głupiego SMSa. Nie mając ochoty niczego gotować, przewrócił oczami, by w następnym kroku wrócić do wirtualnej wymiany zdań.

Pizza? Mak? Tylko nie mów, że wolisz eleganckie restautacje XD

Zbieraj dupę, będę za 30 minut

Arthur? Happy meal?

środa, 9 października 2024

Od Maddie do Stefana

Telefon i Internet rzadko przeglądałam. Pozwalałam sobie na ten sposób marnowania czasu rano, gdy chciałam się wybudzić, wieczorem, gdy chciałam oczyścić myśli oraz w publicznych miejscach, w których nie chciałam być, a musiałam. 
Tak jak teraz w szkole jeździectwa – odcinałam się od rzeczywistości poprzez social media.

Swoją naukę rozpoczęłam kilka tygodni temu i w końcu przyzwyczaiłam się do hałasu i harmideru panującego na korytarzu. Zapoznałam nauczycieli i wiedziałam już, co zdam z łatwością, z czym będę się męczyć i poznałam nawet tutejsze konie, które nie specjalnie za mną przepadały; przynajmniej miałam takie wrażenie. 
Poznałam nawet kilka osób i pierwszej osóbki nigdy nie zapomnę. Potrzebowałam wtedy pomocy, aby znaleźć konkretną salę i gdybym nie szukała pomocy innych uczniów, nie zdążyłabym na zajęcia, a moja głowa miała już dość paplaniny tych, którym nie podobały się moje ucieczki z zajęć. Podeszłam wtedy do osoby stojącej do mnie tyłem. Przeglądała coś na telefonie, a ktoś ze schodów krzyknął „Zeya, widzimy się później”. Osoba, którą wtedy błędnie wzięłam za dziewczynę, pomachała tej znajomemu i dopiero wtedy zauważyła, że jej się przyglądam.
- Hej, mogłabyś mi pokazać salę numer trzysta piętnaście? – zapytałam, a osoba się szeroko uśmiechnęła, w jej oczach coś zabłysło i zaraz pokiwała głową, twierdząc, że mnie zaprowadzi. Po drodze wymieniliśmy kilka zdań i oczywistym dla mnie było używanie zaimka żeńskiego. Jaki więc był mój szok i zażenowanie, gdy rzekoma dziewczyna powiedziała, że jest chłopakiem! 
Tak, tego spotkania i poznania pierwszej osoby w akademii nigdy nie zapomnę.

Oglądanie Internetu pozwalało mi zignorować zewnętrzne bodźce, które mnie irytowały. Nagle doszedł do nich kolejny dźwięk, który przebijał się do mojego umysłu. Podniosłam głowę znad telefonu i spojrzałam na wysokiego blondyna, głośno śmiejącego się wśród innych osób. Akurat jego głos przebijał ich wszystkich i gdybym mogła poruszać uszami, zawinęłabym je do środka, zagłuszając to. Dzisiaj naprawdę nie miałam humoru. 
- Poznałaś już Stefana? – zapytała dziewczyna siedząca obok mnie. Tak jak ja, była trochę wycofana od społeczeństwa, ale w dalszym ciągu ją przebijałam; ona przynajmniej sama zagadywała inne osoby. 
Blondyn słysząc swoje imię, spojrzał na nas. Miał szeroki i szczery uśmiech, przystojną twarz i ciemnoniebieskie oczy. Nasze spojrzenie się ze sobą skrzyżowały.
- Nie, ale jest strasznie głośny – odparłam dziewczynie, chociaż mówiłam centralnie do blondyna. Nim odpowiedział, w szkole rozległ się dzwonek, zgodnie z którym skierowałam się do sali.
To było pierwsze spotkanie. Drugie wcale nie było przyjemniejsze.

Nadeszły zajęcia praktyczne. Nauczyciel dostał informację, że nie mam żadnego doświadczenia z końmi, nigdy żadnego nie ujeżdżałam i nie mam do nich specjalnej ręki, a mimo to wcale nie miałam łatwiej. Dostałam tutejszego konia, który jak na złość nie chciał iść za mną i kiedy wszyscy uczniowie, w tym Głośny Stefek, stali za ogrodzeniem ze swoimi końmi, gotowymi do jazdy, ja ugrzęzłam przy wyjściu Sali, bo mój kochany ogier nie zamierzał postąpić ni kroku.
- Pośpiesz się Madelyn! – krzyczał nauczyciel, a ja tylko bardziej nienawidziłam tego dnia, szkoły i konia. Jak miałam się niby pośpieszyć, jeśli to zwierzę nie chciało się ruszyć? Miałam go może uderzyć kijem w zad i dostać po uszach za znęcanie się nad zwierzętami?
W końcu z grona rozbawionych i poirytowanych uczniów jeden z nich postanowił mi pomóc – Głośny Stefek podszedł, pogładził konia, wziął ode mnie lejce i ogier po kilku chwilach postanowił dołączyć do pozostałych. Szepnęłam chłopakowi ciche podziękowania i ustawiłam się w kolejce do schodków, aby dosiąść konia.
To miały być tylko podstawy. Jazdę na lonży miałam za sobą, tym bardziej, gdy okazało się, że tutejsi uczniowie podstawy mieli opanowane już dawno temu, a ja nie powinnam opóźniać grupy w jej rozwoju. Gdy ja miałam opanowywać kłus, reszta grupy mogła ujeżdżać stylem dowolnym. Nauczyciel skupił się na mnie, niestety po chwili dostał telefon, przez który pozostałam sama sobie na dzikim ogierze, który ewidentnie nie chciał dziś ze mną współpracować. Może był chory? A może tak jak ja nie znosił hałasu panującego wokół?
Szło mi dobrze. Pomimo braku instruktora utrzymywałam się na koniu i nawet nie zwalniałam. Humor powoli mi się polepszał – w końcu coś mi wychodziło! Jednak los znowu postanowił ze mnie zadrwić, a raczej parka znajomych, którzy stwierdzili, że szybka jazda obok to świetny pomysł do zmotywowania mnie.
Dziewczyna przejechała galopem obok mnie, a ja ze zdziwienia pociągnęłam lejce do góry. Koń mocno zahamował i postąpił krok do tyłu. Zaczął machać łbem na boki, a kiedy jakiś chłopak przebiegł z mojej prawej strony, pociągnęłam lejce na lewo. Koń, który był chory, bądź miał zły humor, miał dość otoczenia i mojego towarzystwa, dlatego stanął dęba. 
Utrzymałam się tylko przez chwilę. Gdyby ktoś mi powiedział, że w takich sytuacjach należy się pochylić do przodu, a nie do tyłu, nie spadłabym z konia po trzech sekundach. 

Leżałam na ziemi patrząc w niebo. Nic mnie nie bolało, prócz mojego marnego poczucia egzystencji, a obserwowanie nieruchomych chmur wydawało się w tej chwili najprzyjemniejszą rzeczą pod słońcem. Gdyby nie mordka Głośnego Stefka przykrywającego przepiękny widok nieba oraz krzyk instruktora, leżałabym w tym piachu przynajmniej godzinę.
- Co tu się stało?! – podniosłam się o własnych siłach na nogach i spojrzałam na dorosłego mężczyznę. 
- To, że powinien pan pilnować ucznia, który nie ogarnia koni, a nie zostawiać go z bandą kretynów – odparłam, odpinając kask i patrząc wkurzonym wzrokiem na dziewczynę i chłopaka, będących winowajcami zaistniałego zajścia. Gdybym mogła, zatopiłabym pięść w ich szczęce. – Kończę zajęcia, chyba coś mi w plecach zagruchotało – skłamałam, chcąc tylko opuścić to miejsce z czystym sumieniem.

W końcu usiadłam na tylnych schodkach stajni. Kask trzymałam na kolanach i wyciągnęłam rękę do bezdomnego kociaka, który wychylił się zza winkla. Zawołałam go cicho i prawie dotknął mojego palca, gdy nagle w pomieszczeniu odbił się stukot butów. Nie odwracałam głowy, nie interesowało mnie, kto za mną stał. Naprawdę, ale to naprawdę nie chciałam tu być.
- Powiedz nauczycielowi, że niczego nie złamałam – powiedziałam do nieznajomego.

Stefan?

Od Maddie cd. Arthura

Miałem, czyli to piękne słowo określający przeszły plan, który można było zmienić, a spoglądając w oczy młodemu przystojnemu chłopakowi wiedziałam, że tego „pierwszego” dnia nie pojawię się w szkole.
- A ja miałam ochotę coś przegryźć – zasugerowałam, zdając sobie również sprawę, że nie jadłam śniadania i za parę chwil poczuje skręt żołądka. Wczorajszej nocy miałam wrócić wcześniej do domu, ale zamiast tego spotkałam kilka znajomych twarzy na mieście i m u s i a ł a m (bardzo chciałam) odwiedzić nowy klub w mieście, w którym po północy serwowali mohito za pół ceny, kosztem tylko trzech godzin snu i brakiem śniadania.
- Masz jakieś ulubione miejsce? – zapytał i oboje, niczym starzy znajomi rozumiejący się bez słów, skierowaliśmy się do jego auta. Przestał kręcić kluczykami na palcu, a ja uważniej przyjrzałam się czarnemu autu; mogłam powiedzieć o nim tylko tyle. Było czarne i bardzo ładne. Zadbane. Wiedziałam już, że chłopak, jak wielu mężczyzn, może darzyć ten środek transportu szczególnym zainteresowaniem – bardzo dobrze! Każdy powinien mieć jakieś hobby i cel w życiu, nawet, jeśli dla niektórych dbanie o auto wykracza po za „ludzkie obowiązki”. Niestety w moim przypadku samochody były tylko samochodami: lubiłam te szybkie i ładne.
- Lava Burger – stwierdziłam. – Mam nadzieję, że nie jesteś wegetarianinem – dodałam, gdy byliśmy przy aucie. Chłopak niczym prawdziwy dżentelmen otworzył mi drzwi, a ja z lekkim rozbawieniem na twarzy wsiadłam; o tym terapeuta też mówił. Nie umiem reagować na komplementy i miłe gesty innych. Wcale się z nim nie miałam zamiaru zgodzić, według siebie, miałam swój własny sposób, na okazywanie wdzięczności i bycia miłym.
- W życiu – odparł również z uśmiechem, jakby go rozbawiła myśl, że mógł by nie jeść mięsa. Po chwili chłopak zajął miejsce kierowcy. 
- Gdy za pierwszym razem oddawałam krew i miałam niskie żelazo, to lekarz z rozbawieniem w oczach się mnie zapytał, czy nie jem mięsa przez zwierzątka czy coś takiego – opowiedziałam, wspominając drwinę w jego głosie. Mnie również bawił ten aspekt życia. – Ale nie, burgery życiem – wyciągnęłam ręce do góry, wskazując w ten sposób moją radość, chociaż twarz miałam kamienną. Arthur włączył silnik i obserwowałam po chwili oddalającą się szkołę. Pomachałam jej z uśmiechem, wiedząc, że będę musiała do niej przyjść jutro. 
- Dla wojowniczki to chleb powszedni – stwierdził skręcając w lewo. Szkoła całkowicie zniknęła mi z pola widzenia, więc skupiłam się na tym, co widziałam za oknem. W jakiś sposób jazda jakimkolwiek środkiem transportu i patrzeniem przez okno mnie uspokajała, a auto Arthura poruszało się cicho i płynnie. Mój humor się poprawił.
- Maddie – odpowiedziałam nie odrywając wzroku od uciekającego za oknem świata. – Może być Mad, ale wojowniczka to też przyjemne określenie – stwierdziłam. – A ty? – usłyszałam cichy śmiech.
- Arthur.
- Nie – spojrzałam na niego. – Nie masz jakiegoś pseudonimu? Ksywki? – chłopak przez moment milczał, aż w końcu pokręcił głową. 
- Znajomi mi mówią Arthur. Tego chyba się nie da skrócić – przyznał, a ja spojrzałam ponownie za okno. 
- Coś wymyśle – powiedziałam i po tym zapadła krótka chwila ciszy. 
Obserwowałam znikające domy, drzewa i ludzi. Zdałam sobie sprawę, że bardzo dawno nie opuszczałam tego miasta i potrzebowałam zmiany. Wuj nie miałby problemu wypuścić mnie do innego stanu, przynajmniej dopóki nie wpakowałabym się w jakieś kłopoty, bądź… nie uciekała ze szkoły.
- Dzisiaj miał być twój pierwszy dzień w akademii? – zagaił. Pokiwałam głową, a po chwili mruknęłam przytakująco. – Jeśli mogę zapytać, dlaczego się tutaj zapisałaś, skoro nie interesujesz się jeździectwem? – na moment zamilkłam, przypominając sobie, że powinnam trzymać częściej język za zębami. Niestety gadania przy alkoholu z jakimś przypadkowym barmanem nie brałam pod uwagę.
- Dla zmiany – odparłam w końcu. – Konie lubię i nigdy nie jeździłam konno. Chce zobaczyć, co z tego wyjdzie – chłopak pokiwał głową. – A ty? Masz jakiegoś konia, czy ktoś cię zmusza? – chłopak odparł, że po prostu fascynują go konie i gdyby go ktoś do czegoś zmuszał, nie utrzymywałby kontaktu z tą osobą.
Dojechaliśmy do burgerowni. Chłopak zaparkował i po chwili weszliśmy do pomieszczenia cudownie pachnącego jedzeniem. Zamówiliśmy po burgerze i zajęliśmy miejsca na kanapie.
- Często tu jesteś? – zapytał, rozpoczynając rozmowę. 
- Tak. To ulubiona burgerownia wuja. Jak on to twierdzi „nie żałują przysmażyć tego psisyna na patelni” – zaśmialiśmy się i kolejne minuty minęły na spokojnej pogawędce o tutejszych restauracjach i barach. W końcu dostaliśmy swoje zamówienie.

W między czasie do budynku weszła dwójka małych dzieci i młody chłopak. Zamówili jedzenie i usiedli przy stoliku. Chłopak coś opowiadał, a dzieci się uśmiechały i coś odpowiadały, śmiejąc się. Obok nich stolik zajmowała para; starsza kobieta uważnie przyglądała się czarnoskóremu mężczyźnie, zagadujących białe dzieci. Po chwili szturchnęła siwego mężczyznę obok niej i wskazała palcem na dzieci, coś mówiąc. Po dłuższej chwili kobieta podeszła do lady i powiedziała na głos:
- To jest niepokojące – wskazała na stolik zajmowany przez chłopaka z dwójką dzieci. – Wydaje mi się adekwatnym zadzwonić na policje – chociaż mówiła do kelnera, wyrażała się specjalnie na tyle głośno, aby zwrócić uwagę innych klientów. Gdy czarnoskóry chłopak zrozumiał, że kobieta ma na myśli jego i jego opiekę nad dwójką białych dzieci wcale do niego nie podobnych, zrobił się czerwony i zaczął nerwowo przecierać ręką brodę. 
Sama zaś kobieta wydawała mi się znajoma i było to złe skojarzenie – niestety nie mogłam sobie przypomnieć.

Arthur? 

od Arthura cd. Zei

Chłopak stał chwilę w milczeniu, trawiąc moje słowa.
- Powiedzmy, że mi się należało. - Rzucił wreszcie. Z rozbawieniem odpowiedziałem mu, że wydawało mi się, że to jasne. Dziecinki się nie tyka, a zwłaszcza nie tyka się jej jakimś czerwonym trupem.
Wypalałem papierosa za papierosem, wciąż trzymając głowę skierowaną w stronę gwiazd. Zignorowałem chłopaka, który szwędał się obok mnie. Gwiazdy. Ciekawe co o nas myślą. Wlepiałem wzrok w ciemne niebo, nie skażone miejskim światłem. Nie byłem pewien, jak długo stałem tak i lampiłem się nad siebie, ale wiem, że zrobiło się niepokojąco cicho. Wiatr szumiał jak wcześniej, zwierzęta były zwierzętami, woda wodą, ale brakowało tego idioty od yarisa. Rozejrzałem się, równocześnie pocierając dłonią obolały kark od trzymania go zbyt długo w jednej pozycji. - Zeya? - Zapytałem w ciemność, choć wiedziałem, że odpowiedź nie nadejdzie. Zakląłem pod nosem, wygaszając papierosa butem i wyciągnąłem kluczyki ze stacyjki. Otworzyłem bagażnik, przyglądając się wszystkiemu co miałem - wkrętarka, lakiery, lewarek, olej, bliżej nieokreślone szmaty, czołówka i łom. Sięgnąłem po latarkę i założyłem ją na głowę, oświetlając wnętrze bagażnika. No jedyne co w miarę uratuje mi dupę, to łom, gdyby miał zamiar zaatakować mnie bliżej nieokreślony potwór. Ewentualnie, mogę pobić nim Zeye i udawać że to nie ja. Wziąłem więc przedmiot do ręki i zamknąłem za sobą samochód, wzdychając ciężko. 

Okropny lesie, nadchodzę.
Nie cierpię lasów. Nigdy nie rozumiałem tego dziwacznego zachwytu nad nimi – ciemno, wilgotno, a owady wlatują ci do oczu. Większość czasu w lesie sprowadzała się dla mnie do prób przedzierania się przez zarośla i szukania drogi powrotnej. A teraz szukałem Zeyi. Tego idiotę, który postanowił zniknąć w najmniej dogodnym momencie. „Oczywiście, że to musiał spierdolić” mruknąłem pod nosem, wpatrując się w mroczne drzewa przede mną. Każdy szmer wydawał się coraz bardziej irytujący. 
Przez chwilę zastanawiałem się nad wyłączeniem czołówki, bo ćmy wlatujące mi w twarz podnosiły mi ciśnienie do granic możliwości, ale jeśli mają szukać trupa, to tylko jego. 
- Zeya! Gdzie ty kurwa jesteś? - krzyknąłem, próbując nie brzmieć jak desperat. Może ma jakiś radar w swojej dupie i wróci do auta? Jego nieobecność częściowo mnie wkurzała, częściowo przynosiła ulgę i częściowo przyprawiała o niewielkie zmartwienie. Nie mam zamiaru jeździć za nim po szpitalach, bo pogryzł go szalony skunks. Skunksy gryzą?
Zwierzęta, spłoszone moim krzykiem, wbiegły w głąb lasu, pozostawiając za sobą przyprawiający o ciarki szelest liści i dźwięk łamanych pod ich nogami patyków.
Miałem wrażenie, że krążę w kółko. Nie byłem pewien, ile czasu minęło i dlaczego kurwa nie będąc wcale tak daleko od cywilizacji, nie miałem zasięgu. Normalnie zadzwoniłbym do niego i zjebał z góry na dół, ale nie! musiałem robić z siebie idiotę, łażąc z łomem i czołówką po lesie w Idaho. Świetnie, a człowiek chciał się zakumplować.
Przedarłem się przez kolejną warstwę krzaków, by zaświecić na kogoś. Tym kimś był oczywiście Zeya, tylko jakimś cudem nie był sam.
Z uśmiechem jak małe, psychiczne dziecko po opierdoleniu kilograma cukierków, obrócił się w moją stronę i wyciągnął ręce przed siebie - trzymał w nich szopa. Pierdolonego kurwa szopa. Trzymany przeze mnie przedmiot upadł głucho na ziemie, a ja sam zastanawiałem się czy najpierw udusić jego, czy siebie.
- Szop. Kurwa mać. Szop? - Pokiwał energicznie głową, jakby dumny ze swojej osoby.
- To mój nowy przyjaciel. - Pogłaskał go, na co szop poruszył śmiesznie głową, prawdopodobnie z nadzieją odgryzienia palca Azjacie. - Nazwałem go Dorian. 
- Dorian. - Powtórzyłem. - Zeya, znalazłeś szopa i nazwałeś go Dorian. - Patrzyłem na niego z niedowierzaniem, szukając w kieszeni paczki papierosów. Wyciągnąłem jednego, który okazał się być złamany. Wyrzuciłem go z niezadowoleniem i wróciłem do obserwowania idiotycznego zachowania Zei.
- Nie dość, że nie widzisz kurwa Impali na parkingu, to teraz znajdujesz szopa? - Dodałem po dłuższej chwili, cały czas obserwując miłosne poczynania Zei wobec zwierzęcia, które życzyło mu śmierci. Fascynujące, jak zostawiłem go samego bez opieki na kilka minut, a on zaprzyjaźnił się z szopem. Spojrzałem jeszcze raz na ich dwójkę i parsknąłem śmiechem, prawie zrzucając czołówkę ze swojej głowy. Chłop znalazł szopa, nazwał go Dorian i zachowuje się tak, jakbyśmy mieli go wziąć ze sobą do auta. Chyba nie paliłem zwykłych papierosów, bo to wydawało się być tak nierealnie głupie, że było prawdopodobne przy naszej dwójce. - Dobra, jak ty go kurwa znalazłeś. - Zapytałem, łapiąc oddech.

Zeya?



Od Flynna do Anthony'ego

  Samotny domek pośrodku lasu stał tuż obok niedawno wylanej, krętej niczym rzeka Snake drogi, a jego spiczaste dachy odcinały się ciemnymi konturami od nierównych ścian drzew. O tej porze roku i dnia na liściach można było z łatwością znaleźć krople rosy, a unosząca się mgła dodawała uroku tajemniczości. Wysokie oraz szerokie szyby były zaparowane od zewnątrz, więc tak czy siak, niewiele dało się dostrzec na podwórku, niewiele też wpuszczały światła do środka. Wewnątrz panował więc przytulny półmrok kilka godzin po świcie, który zachęcał do dalszego spania albo, tak czy siak, pozostania w rozgrzanym łóżku. Pewien nastolatek bardzo często lubił sobie pozwalać na taki przywilej.

  To miał być spokojny dzień, ale tak na poważnie, tylko po prostu nigdy nie udało mu się wstać za pierwszym budzikiem. Może kilka razy rodzeństwo go zrzuciło z łóżka albo rodzice zawołali w trakcie świąt na prezenty. Teraz jednak już Flynn z nimi nie mieszkał od kilku dni i miał jakoś się zaaklimatyzować. Przyzwyczaić. Coś w tym stylu. W każdym razie nowy dom był tragicznie cichy, a przez to dziwny. Banalnie łatwo się w nim zasypiało, kiedy nikt nigdzie nie chodził po trzeszczących deskach na podłodze lub schodach, a rury nie zawodziły przeciągle na podobieństwo zjaw poszukiwaczy złota bądź też coś w nich nie stukało. Eddie wiecznie powtarzał, że to wszystko też naprawi, ale tak naprawdę najbardziej obchodziły go zwierzęta, więc to one jako pierwsze miały luksus sprawnych stodół czy bezpiecznych pastwisk. Tak właśnie najczęściej było z Fitzpatrickami; po pierwsze zwierzęta, a po drugie rodzina. Wychodząc z tego założenia filozoficznego, „środkowy brat” nie stęknął ani nie parsknął przekleństwem, kiedy Harin oblizał mu część twarzy oraz zmoczył śliną włosy.


- Stary, teraz nawet żelu nie potrzebuje, wiesz? – Flynn obrócił się do psiaka na drugi bok, żeby spojrzeć w miodowo orzechowe oczyska. – Ale tak, wiem. I ojciec miał rację. Przez ciebie nie będę się aż tak spóźniał.


  Chłopak wstał, po czym ubrał się we wczorajsze dresy, które po prawdzie były już częścią kilkutygodniowego ubioru codziennego. Koszulka od piżamy mogła przecież nadal być koszulką dzienną, różnica była chyba tylko czasowa? W każdym razie Fitz się tym nie przejął, kiedy schodził z podekscytowanym goldenem na dół z sypialni, wewnątrz której stało największe łoże. Pospiesznie zawiązał trampki i zapiął smycz do obroży, zapominając o wzięciu telefonu celem sprawdzenia godziny. Wrócił się tylko po kurtkę, bo było mu zimno. Czas płynął niemiłosiernie szybko, a spacer na pięć minut miał tak naprawdę pół godziny, bo oczywiście Harin odkrył niedalekie jezioro, do którego koniecznie chciał wskoczyć (nie dało się go odciągnąć, więc Flynn musiał go wziąć na ręce niczym maltańczyka, choć dureń oczywiście tyle nie ważył, co głupi maltańczyk). Po powrocie ledwo co nowy uczeń słynnej Akademii po prostu postawił z powrotem kilka kartonów podpisanych odpowiednio: „Buck 1, 2 i 3”, „szkoła”, „ubrania” oraz „survival” na przyczepę pickupa, jakby tak naprawdę się nie wprowadził, tylko z powrotem wyprowadzał. Taka zmyła na dobry początek. Dodatkowo Fitz wziął z kuchni kilka sztućców, dwa kubki i dość głęboką miseczkę, które owinął w dodatkową bluzę (leżała na kanapie), po czym na zewnątrz przed garażem wpakował do luźniejszego kartonu (trafiło na Buck 1, więc całość przesiąkła zapachem przysmaków i paszy). Flynn zamknął Harina w domu z zapasem jedzenia, wody oraz zabawek, a sobie wziął jeszcze batonika proteinowego, których opakowanie zostawiła mu Mel z tekstem: „To ostatnie zdrowsze jedzenie, które zjesz w tym roku”. Jakby troszeczkę bez przesady, pomyślał Fitz, przekręcając kluczyk w stacyjce. Nie jest ze mną aż tak źle i umiem sobie gotować. Po prostu muszę jakoś to wszystko ogarnąć i styknie.

  W mniej więcej jednej trzeciej drogi Flynn musiał taktycznie zawrócić na stację benzynową, bo zapomniał zapełnić bak zgodnie z wczorajszym przypomnieniem dziadka. Nie było to jednak kompletnie nic złego, biorąc pod uwagę, że nastolatek musiał sobie jeszcze coś wymyślić na śniadanie w biegu, czyli prawie tak jak zawsze. Znalezienie składników śniadaniowych w tym sklepiku dla tirowców czy tutejszych blachar brzmiało jak plan. Zapewne Flynn wyglądałby normalniej, gdyby po prostu zamówił kawę i jakiegoś względnie prostego hot-doga, lecz zamiast tego gnębił się promocjami na mleczkach do kawy oraz płatkach śniadaniowych. Musiały być w wiecznej promocji, ponieważ normalnie przejezdni ludzie kupowali najczęściej gotowe produkty, w tej miejscowości brakowało zdecydowanie kamperów poza sezonem. Fitz dołożył do tego miętowego Orbita w opakowaniu XXL, Ricole z ziołami z Alp Szwajcarskich o smaku czarnego bzu, kondomy z samego tyłu rządku opakowań, Paracetamol, energetyka Gatorade zero cukru i spojrzał w skupieniu na sprzedawcę. Śniady mężczyzna w koszuli w czarno żółtą kratę nie był pewien, skąd się urwał ten nowy dzieciak przed nim, ale nie krył zdumienia tymi niecodziennymi wyborami. Na plakietce miał napisane: „Steve”. Jedyne, co pozostało do zastanawiania się, to kiedy ów Steve zapyta tego podrostka o to, czy jest jednak pierdolnięty... Na co on by odparł, że ma dzisiaj pierwszy dzień w nowej szkole i dziękuje za serdeczne życzenia z kategorii „powodzenia”.

  Zostawiając neony z kosmicznymi cenami za paliwo za sobą, urojony, czyli zwyczajny dzień trwał w najlepsze. Fitzowi metodą prób i błędów udało się znaleźć na terenie kampusu stadniny, w czym oczywiście najbardziej potrzebował tej przeznaczonej tylko dla ogierów z wiadomych przyczyn. Buck był na zewnątrz w izolatce, czyli oddzielnym, mniejszym pastwisku dla nowych koni, ale postawionym w zależności od płci bliżej konkretnego stada, a jego przyszłym stadem były dobre chłopaki z sąsiedztwa. Ich pastwiska były od strony stajni przeznaczonych dla nich. Flynn miał nadzieję, że Buckeye się z nimi zapozna, bo nie chciałby, aby ogier był do końca jego edukacji samotny. Inne równie płodne młodziki zmieszane z wałachami przyglądały mu się z ciekawością, gdy bułany koń z białymi znaczeniami i wielokolorową grzywą i ogonem spokojnie pałaszował trawsko w swojej wydzielonej części. Chłopak widział to jeszcze podczas parkowania niedaleko wejścia. Z tamtej perspektywy Buck wyglądał jeszcze jak koń, a nie błotnista mara rodem z koszmarów spisywanych przez Stephena Kinga… Aczkolwiek o tym Flynn miał się jeszcze w niedalekiej przyszłości przekonać podczas czyszczenia końskiego nieszczęśnika. 

  Słońce po raz kolejny schowało się nieśmiało za chmurami, zwiastując kolejną krótką mżawkę w przeciągu godziny do dwóch. Mgła nadal się wiła gdzieś po bokach, nie chcąc przestać towarzyszyć ludziom w ich codziennych czynnościach. Ranki miały to do siebie, że teoretycznie powinno być mniej ludzi, ale z jakiegoś powodu było całkiem sporo grupek. Może chodziło o dzień i ciągłe zmienianie planu na początku roku? Flynn miał się o tym wkrótce przekonać, podczas gdy dziewczęta w jednej ze stajni urządziły szybki kurs zwalania winy. Po wyjściu z samochodu i zgaszeniu go Fitz spostrzegł, że zamieszanie odbywało się w sąsiednim wejściu do stajni klaczy, prowizorycznie oddzielonej jeszcze najdłuższym budynkiem stajni wałachów oraz barierkami, na których ludzie wieszali czapraki i kantary do wyschnięcia. Niewiele to pomogło, ale mogło chodzić o ilość wilgoci w siodlarniach, jakie najwyraźniej ci dobrzy ludzie chcieli dzisiaj oszczędzić, póki jeszcze nie padało.

  Nagle zza Fitza wyłonił się obcy, którego zauważył kątem oka, a wyższa od niego o kilka centymetrów sylwetka zaczęła zmierzać w stronę najgłośniejszej stajni. Nieznajomy wyglądał na obeznanego w tutejszym terenie, a dodatkowo był też na pewno kilka lat starszy od Flynna. Musiał już trochę spędzić w Akademii, skoro niewiele robiło na nim wrażenia… 


- Eee… Czekaj! To chyba nie jest najlepszy pomysł! - Fitz postanowił jakoś zareagować, a starszak odwrócił się w jego stronę ze znakiem pytania narysowanym na czole. To mogła też być zmarszczka.


- O co chodzi? - W jego głosie nie wybrzmiała irytacja ani jakaś dalsza nieuprzejmość, właściwie był szczerze zaintrygowany.


- Z tego, co zdążyłem usłyszeć, to poszło im o zużycie odżywki w spray’u do grzywy o połowę pojemności. Aktualnie oskarżają nawet stajennego, że wylał przez przypadek…


  Dobrotliwie poinformowany wydał z siebie ciężkie westchnienie. Najwyraźniej znał te dziewczęta i niezbyt widziało mu się wkładanie kija w mrowisko, czy raczej bezpośrednio samego siebie zamiast przysłowiowego kija. Ciężko było powiedzieć ile im ten Sąd Ostateczny miał zająć. Wtedy Fitz zapytał:


- A gdzie stoi twoja klacz?


- Musi być jeszcze na pastwisku, miałem właśnie iść po uwiąz. - Nowo poznawana osoba wskazała z niesmakiem mało wyraźnym gestem z powrotem w stronę wejścia do stajni, gdzie migały kobiece ciała w rozgardiaszu kłótni oraz oporządzania tamtych koni.


- Mam jeden zapasowy, mogę ci pożyczyć swój. Możliwe, że do tego czasu tamte złośnice pójdą w swoje strony na zajęcia albo do czegokolwiek. - Flynn spróbował uśmiechnąć się pocieszająco, co szczególnie łatwo mu wychodziło, gdyż posiadał anielskie rysy twarzy. Ludzie w większości wierzyli mu na samej podstawie powierzchowności w dobre intencje, nawet jeśli nie zawsze do końca takie były. Tym razem Fitz był jednak szczery do bólu.


- Pewnie. - Wyraz ulgi wstąpił na oblicze błękitnookiego chłopaka o jasnobrązowych włosach po tym, jak skinął dodatkowo mu głową.


Nastolatek wskoczył więc od tyłu na przyczepę pickupa, aby wyjąć z pudła podpisanego “Buck 2” oba uwiązy, aby ten drugi o kolorze beżowym ze srebrnym zapięciem dać najnowszemu znajomemu. Sobie Fitz pozostawił starszy, wyraźnie przetarty model o niegdyś bardziej głębokim granatowym odcieniu.


- Jak się nazywasz? - Zmienił nagle temat uratowany przybysz.


- Flynn. Wołają na mnie jednak Fitz. Tak jest szybciej. - Młodszy chłopak wzruszył ramionami, a skórzana kurtka podbita futrem skrzypnęła od takiego traktowania. Ubranie miało już swoje lata. - A ty?


Po przedstawieniu się zeskoczył zgrabnie z powrotem na ziemię, aby podać mu dłoń.


Anthony?