poniedziałek, 23 września 2024

Od Anthony'ego cd. Zei

Anthony nie należał do osób, które lubiły spać do południa. Cóż, zazwyczaj nawet nie mógł tego robić. Przeprowadzka do Idaho Falls sprawiła jednak, że dobitnie rozregulował swój cykl dobowy. Zmrużenie oka w nocy wydawało się niemożliwe, a wstanie o ósmej, nie miało prawa bytu. Ignorując kolejne budziki, otworzył oczy, dopiero gdy trzydzieści kilogramów szczęścia niemal spłaszczyło mu żołądek.
- Ty pizdo. - Jęknął, drapiąc psa za uszami.
- Sam jesteś pizda, Kolorado. - Mallory nie pozwoliła obrażać swojego pupila. - A jak ci coś nie pasuje, zapraszam do wyjścia. Masz przecież własne mieszkanie. - Oparła się barkiem o framugę drzwi.
- Od ciebie jest bliżej do pracy. - Stwierdził, podnoszą się powoli do siadu.
- Ale dalej do krowy. - Podała swój argument.
- Najdalej to jest do Teksasu. - Prychnął, biorąc kilka głębokich oddechów, by uchronić się przed niepotrzebnym atakiem złości. - Która godzina? - Oddał greysterowi swój koc, by ten mógł wygodniej rozłożyć się na kanapie.
- Trzecia. - Wzruszyła ramionami.
- Co? - Krew odpłynęła mu z twarzy. - Wywalą mnie z roboty. - Zaczął zbierać z podłogi swoje ubrania. - Nie mogłaś obudzić mnie wcześniej?! - Zaczął się unosić.
- Boże, zluzuj, tylko żartuję. - Uniosła dłonie w obronnym geście. - Ledwo dochodzi dziesiąta.
- To nie jest śmieszne! - Cisnął rzeczami o podłogę. - Znowu zrobiłaś to celowo! Nie mogę stracić tej roboty! - Odgarnął włosy z czoła. - Zaraz znowu wszystko się zjebie i… I… - Spojrzał na odrobinę spłoszoną blondynkę. - Kurwa, przepraszam. - Wczepił dłoń w burzę własnych kudłów. - Dobrze wiesz, że tego nie kontroluję, Mall. - Opadł na podłogę, by ponownie skupić się na oddychaniu.
- Pójdę zrobić ci śniadanie. - Zignorowała jego próbę wytłumaczenia sytuacji. - Ogarnij się Kolorado, stresujesz Nerona. - Rzuciła, zanim opuściła salon.

***

Chociaż od epizodu złości minęły prawie cztery godziny, Tony nadal czuł spore wyrzuty sumienia. Towarzyszyło mu również psychiczne zmęczenie. Innymi słowy, nie nadawał się do intensywnego kontaktu z ludźmi. Nie chcąc jednak narażać się szefowi, a także wkurzać dodatkowo siostry, postanowił ruszyć spacerem w kierunku lokalnej księgarni. Początkowo próbował zachwycać się jesienną aurą, ale szybko wylądował nosem prosto w telefonie. Przeglądając social media, wsłuchiwał się w muzykę, płynącą z dokanałowych słuchawek. Odcięty od rzeczywistości, niemal zabił się o idącego z naprzeciwka chłopaka. Zaskoczony nagłym pytaniem, zamrugał kilka razy oczami.
- Muzyki? - Wyjął wskazaną słuchawkę z ucha. - Babcia sprzedała się za propozycję z fotowoltaiki? - Połączenie oceniającego spojrzenia z pytającym tonem głosu, mogło zostać odebrane zdecydowanie inaczej, niż tytuł nietrafionego utworu.

Zei????

od Arthura do Anthony'ego

 Jesień w Idaho Falls była zdecydowanie przyjemniejsza, niż w Californii. Pogoda dopisywała, a liście powoli zmieniały kolor z zielonego na złoty. 
Poprawiłem na sobie kurtkę, i upewniłem się że mam w kieszeni najpotrzebniejsze mi rzeczy - telefon, fajki wraz z zapalniczką i kluczyki od samochodu. Rozejrzałem się jeszcze po zagraconym pokoju, celem znalezienia plecaka. Po kilkukrotnej analizie mojego otoczenia, i braku plecaka, odpuściłem i wyszedłem z pomieszczenia. 
Dziedziniec Akademii tętnił życiem; w dedykowane miejsce podjeżdżały furgonetki z końmi, trenerzy przekrzykiwali się nawzajem na placach, uczniowie spacerowali ze swoimi pupilami, bądź wracali konno z malowniczych terenów. 
Przez to ostatnie poczułem delikatne ukłucie zazdrości, i przez sekundę przeszło mi przez myśl, czy nie przeszkodzić któremuś z trenerów z pytaniem o lekcje na jednym z koni Akademii. Zrezygnowałem z tej myśli, widząc rozgardiasz panujący na placach. 
Dłuższą chwilę zajęło mi odnalezienie się w labiryncie budynków, zanim dotarłem na parking. Pomieszkiwałem tu już jakiś czas, ale wciąż ciężko było mi się połapać co gdzie się znajduje. Na szczęście, parking był na tyle dobrze oznakowany, że szybko odnalazłem mój samochód.
Wsadziłem kluczyk do zamka i przekręciłem, czekając na charakterystyczne kliknięcie, oznaczające że się otworzył. Cisza. 
- Kurwa. - Ponowiłem próbę, tym razem z pozytywnym skutkiem. Odetchnąłem z ulgą i wsiadłem do auta, przyczepiając telefon do uchwytu. Taki stary samochód wyglądał komicznie z dodatkiem nowej technologii, ale nowe miasto wymagało poświęceń. V6 zamruczało satysfakcjonująco, na co uśmiechnąłem się i wbiłem wsteczny. 
Wyjechałem dość sprawnie z terenów Akademii, i kierując się znakami, miałem nadzieję, że zmierzam w stronę miasta. 
Z głośników leciały piosenki Pearl Jam, zagłuszając warczenie silnika i moje własne myśli, rozpraszając mnie na tyle, że przejechałem zakręt do centrum miasta. Zakląłem i zahamowałem gwałtownie, dziękując wszechświatowi, że nikt za mną nie jechał, bo byłby w moim zderzaku, a naprawa kosztowałaby mnie najbliższe kilka wypłat.
Zawróciłem i wjechałem do miasta, które za każdym razem zachwycało mnie tak samo - niewielkie sklepy i stragany porozkładane w wąskich uliczkach, klimatyczne kawiarenki i moje ukochane bary, w których byłem stałym klientem, w jednym z nich udało mi się nawet dostać pracę na pewien czas. Rozglądałem się za parkingiem bliżej centrum, gdzie znajdował się cel mojej podróży - sklep motoryzacyjny. W międzyczasie pewnie zahaczę o sklep spożywczy, żeby mieć cokolwiek do jedzenia na weekend, i pewnie zainwestuję w zgrzewkę piwa. 
    Impala prezentowała się cudownie, ciężko było mi oderwać od niej wzrok. Zamknąłem ją i wreszcie uraczyłem się papierosem, korzystając ze spaceru w stronę sklepów. Ludzie na ulicy byli zajęci sobą, większość z nich miała słuchawki w uszach, bądź wlepiała wzrok w telefon. Kilka osób spojrzało na mnie jak na degenerata, gdy odwracałem się w kierunku mojego cudeńka i gwizdałem pod nosem. 
Minęła dłuższa chwila, nim dotarłem do pierwszego ze sklepów. "Albertsons" głosił wielki napis na budynku; drzwi rozsunęły się z cichym szurnięciem. Przepuściłem jakąś parę wychodzącą z kilkoma torbami zakupów, na co uniosłem brwi. Kiedy wy to kurwa zjecie? Przemknęło mi przez myśl, w trakcie zabierania koszyka. 
Piwo, sok pomarańczowy, pieczywo zwykłe i chleb tostowy, ser, szynka, masło. Krakersy. Wypakowałem wszystko na kasę i spojrzałem za kasjerkę.
- Marlboro setki czerwone do tego poproszę. - dodałem, patrząc na kobietę po czterdziestce, z tatuażami i krótkimi, czarnymi włosami ze srebrną poświatą. Podała mi je z pogardą, tak, jakbym zrobił jej krzywdę. Podziękowałem jej, spakowałem rzeczy do siatki i wyszedłem ze sklepu, mając nadzieję że trafię do drugiego sklepu bez większego problemu.
Tak też się stało, i na szczęście olej, który był mi potrzebny, również znajdował się na miejscu. Zapłaciłem niemałą kwotę za spokój z silnikiem i wrzuciłem go do torby z zakupami. 
    Uznałem, że skoro nie mam dzisiaj już żadnych zajęć, nie zaszkodzi mi przejść się dłuższą drogą do samochodu; skręciłem więc w jedną z mniejszych uliczek, stricte dedykowanych dla pieszych i rowerzystów, i zacząłem rozglądać się po witrynach. Mimo mojej niechęci do picia kawy w kawiarniach, stwierdziłem, że raz mi nie zaszkodzi. Wszedłem więc do jednej i wlepiłem wzrok w menu, tak, jakbym nie umiał czytać. Na szczęście nie było tu zbyt wielu ludzi, więc nie martwiłem się o zajmowanie kolejki. 
Jak na złość jednak, ktoś stanął za mną i bacznie obserwował moje poczynania. Wziąłem głębszy oddech, i zignorowałem tę osobę. Wszystkie nazwy tych kaw i innych napoi niewiele mi mówiły, i czułem się tu jakbym był niechciany.
- Słuchaj, wyglądasz jakbyś znał się na kawach. Pomożesz mi coś wybrać, zanim przyjdzie nas obsłużyć? - Zagaiłem zachrypniętym głosem chłopaka za mną, nim w ogóle zdążyłem ugryźć się w język. Odchrząknąłem. - Kompletnie się na tym nie znam. - Dodałem.

Tony? :))


Od Zei do Anthony'ego

 W mieszkaniu rozległ się głuchy huk, na kilka sekund zapadła cisza, a następnie dźwięk obdzierania ze skóry. Chester nadal miaucząc ile sił w płucach wpadł do sypialni, wskoczył na łóżko, przebiegł po swoim właścicielu i zatrzymał się dopiero na zagłówku. 

Zeya nie miał wyjścia, nie dało się tego przespać. Po omacku sięgnął nad siebie, żeby pogłaskać kota i dopiero potem otworzył oczy. W pomieszczeniu nadal było dość ciemno, jednak trudno było stwierdzić, czy była to kwestia wczesnej pory czy grubych zasłon. Wątpliwości rozwiało zerknięcie na telefon - kwestia wczesnej pory, nie było nawet piątej. To jakiś cud, że sąsiedzi z dołu nadal nie skarżyli się na hałas powodowany przez Chestera. Kot miauknął jeszcze raz i zeskoczył z powrotem na materac, tym razem lokując się tuż obok opiekuna. Wydawał się być z siebie zadowolony, najprawdopodobniej miał ochotę na trochę uwagi i właśnie to udało mu się osiągnąć. Zeya odłożył telefon i usiadł na łóżku. Skoro i tak już nie spał, to równie dobrze mógł wstać.

Ekspres zaszumiał bez entuzjazmu, mieląc ziarno na świeżą kawę, podczas gdy Zeya zajął się zbieraniem tego, co zostało z ostatniej w tym domu ceramicznej doniczki. Miał przesadzić rosnącego w niej skrzydłokwiata do czegoś bardziej odpornego na kocią głupawkę już dobry miesiąc temu. Cóż, teraz nie ma już wyjścia, będzie musiał się tym zająć wieczorem. Tymczasowo umieścił roślinę w największym odłamku starej donicy, a resztę elementów wyrzucił do kosza, po czym podszedł do stojącego w salonie biurka i uruchomił stojącego na nim laptopa. 

Czy scrollowanie social mediów można nazwać pracą? To chyba zależy od użytej argumentacji. Z samego rana w oczach Zei jako argument wystarczyło zapisanie kilku linków do interesujących wydarzeń w Idaho Falls i najbliższej okolicy. Kilka koncertów lokalnych zespołów, jakieś spotkanie autorskie w miejscowej księgarni, premiera nowej sztuki w teatrze. Obiecał sobie, że zerknie na to wszystko jeszcze raz kiedy się rozbudzi, może coś będzie warte odwiedzenia. Przełączył kartę przeglądarki i zalogował się na maila. Jedyne co tam czekało to nowy singiel. Odtworzył plik, w międzyczasie googlując nazwę zespołu. Grupa była z Wyoming, trochę daleko na wywiad, ale muzyka była całkiem przyjemna, więc wysłał link na radiowy czat. Wreszcie podłączył do komputera słuchawki i zabrał się za montowanie materiału na jutro. Jeśli dobrze pójdzie to uda mu się go nawet skończyć zanim będzie musiał wyjść do studia.

***

Recorder? Działał. Mikrofon? Nie działał. Mikrofon z innym kablem? Działał. Uff. Słuchawki? Jak zwykle gdzieś zaginęły, więc pozostały jedynie zwykłe dokanałowe. Bywało lepiej, ale zawsze to jakiś odsłuch. Schował wszystko poza niedziałającym kablem do plecaka i wybiegł na ulicę. Cel: park. Kiedy dotarł już na miejsce, złożył sprzęt i przetestował go jeszcze raz. Nigdy nie wiadomo, kiedy coś postanowi się zbuntować, prawda? Tym razem jednak na szczęście wystarczyło dostosować czułość nagrywania. Sonda uliczna czas start. Normalnie nie przeszkadzałoby mu to za bardzo, czasem nawet lubił wyjść z mikrofonem do ludzi, jednak tym razem był to efekt przegranego zakładu, i jak przystało na przegrany zakład musiała być obiektywnie zła. Zobaczył idącego z naprzeciwka chłopaka, mniej więcej w jego wieku. Patrzył w telefon, dobrze, nie zdąży uciec.

- Cześć, jestem z radia. Mam do ciebie jedno krótkie pytanie. - Nieznajomy wydawał się zaskoczony, ale nie dałem mu szansy zaprotestować. - Czego słuchasz? - Wskazałem gestem głowy na jedną słuchawkę w jego uchu.


Tony?

nie bój się, mikrofon nie gryzie

Anthony Henderson!

 Dołącza do nas Anthony Henderson! Powitajmy go ciepło!

Anthony Henderson | 22 lata | Milky Way | - | -

Zeya Takhon!

 Dołącza do nas Zeya Takhon! Powitajmy go ciepło! 


Zeya Takhon | 22 lata | Diplomatic Drama | Chester | -

[pełny formularz]

czwartek, 12 września 2024

2024

Idaho Falls, późne popołudnie. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, malując niebo ciepłymi odcieniami różu i czerwieni, a cienie okolicznych drzew kładły się długimi smugami na rozległych pastwiskach otaczających Akademię Jeździecką "Dressage". Delikatny powiew wiatru niósł zapach świeżo skoszonej trawy, mieszając się z charakterystycznym, ziemistym zapachem stajni. W oddali słychać było spokojne rżenie koni, a gdzieniegdzie echem niosły się donośne głosy trenerów.
    Akademia od pokoleń przyciągała najlepszych młodych jeźdźców z całego kraju, a nawet z zagranicy. Usytuowana w malowniczym krajobrazie u podnóża Gór Skalistych, była miejscem, gdzie talent, dyscyplina i ciężka praca spotykały się, tworząc przyszłych mistrzów jeździectwa. Stare, drewniane budynki akademii, z misternie rzeźbionymi belkami i pokrytymi bluszczem ścianami, zdawały się nosić na sobie historię pokoleń, które przewinęły się przez to miejsce.
Na dziedzińcu, przed główną halą, panował pozorny spokój, choć atmosfera była pełna napięcia. Grupa nowych uczniów właśnie kończyła rejestrować się na swój pierwszy rok w akademii. To był moment, który dla wielu z nich oznaczał początek nowego życia. Dla niektórych był to krok ku spełnieniu marzeń o wielkiej karierze sportowej. Dla innych – próba ucieczki od codziennych problemów i znalezienie swojego miejsca w świecie.

"Witamy nowych uczniów! Sekretariat znajduje się na pierwszym piętrze." głosi kartka na drzwiach wejściowych budynku.


Ad persona;

 Hej hej, z tej strony Shaddie - pod postacią Elton. Miło mi Was znów gościć w skromnych progach Dressage Academy. 
Kilkunastoletnia ja spełniła swoje malutkie marzenie, i zrzeszyła ze sobą ludzi dzielących tę samą pasję. Co się dzieje w Waszych życiach, pamiętacie jeszcze o tym blogu?
Będąc z Wami szczera - bo wiem, że niewielu nowych się tu znajdzie, także witam starą ekipę - do wrócenia tutaj skłoniło mnie rozstanie i bezradność związana z tym uczuciem, jednak 4 lata to naprawdę kupa czasu. Po cichu liczę, że ponownie odnajdę się wśród słów.
 Dość jednak prywaty; pisanie od dziecka sprawiało mi radość, a łączenie tego z nowymi znajomościami (na lata!), to wisienka na torcie.
Nie jest to szczyt marzeń fabularnych, patrząc na rozwój blogosfery, jednak chciałabym, byście czuli się jak wśród grona najlepszych przyjaciół. Blog ten, tworzony przez małą mnie, nigdy nie był idealny, i przez to odnajduję tu spokój - macie prawo popełniać błędy, szukać siebie, rozmawiać i rozwijać wątki swoich postaci w świecie Akademii. 

Także chciałabym powitać Was w nowej odsłonie DA. Niech da Wam to tyle radości i spokoju, co mi. 
Od momentu zamknięcia bloga, nie było miesiąca, bym nie wracała myślami bądź faktycznie nie wchodziła na stronę, bo to ile serca w to włożyłam, również nie zniknęło.
Jest praktycznie druga jak to pisze, i szczerze to nawet nie wiem jak się nazywam.
Ale miło Was widzieć. 

Bawcie się dobrze, i jeśli chcecie cokolwiek zmienić w swoich postaciach, wiecie gdzie uderzać.
Powodzenia, i niech klawiatura Wam lekką będzie, a wena nie opuszcza na krok.

Buziaki i do napisania,
Elton.

Od Arthura cd. Juniper

- Czym Perth sobie zasłużył, żeby dostać kawą w twarz? - Zagaiłem, zapijając ewentualną niezręczną ciszę piwem. Oblizałem usta z pianki, skupiając na tym całą swoją uwagę. Tym razem nie przyciągała jej rudowłosa dziewczyna, siedząca naprzeciwko mnie.
- Zachował się jak dupek. - Czterema słowami podsumowała mojego przyjaciela. - To wystarczy. - Na jej usta wstąpił złośliwy uśmieszek. Cholera, robisz to specjalnie?
- A Ty normalnie jak aniołek... - odparowałem jej, chcąc jej dopiec. Podziękowała i zatopiła usta w alkoholu.
- Tak naprawdę celowałam w Ciebie, za to gwizdnięcie, ale... Perth? - zawahała się nad wymową imienia, prawie niewidocznie. Natychmiast jej osoba wróciła do zorganizowanej, rudej, cholernie pyskatej, dziewczyny. - Był bliżej. 
Zwróciłem uwagę na jej usta, których kąciki mimowolnie uniosły się do góry. 
Jeden do zera, Ruda. Odstawiłem kufel wypitego już piwa, i uśmiechnąłem się do kelnerki o dolewkę. Juniper również uraczyła się kolejnym kieliszkiem alkoholu, ale ewidentnie trzymała się w ryzach, by nie pić więcej. 
Podziwiałem ją za to. Sam wypijałem piwo za piwem, powoli tracąc domniemany umiar. Kręciło mi się w głowie, ale wciąż utrzymywałem kontakt ze światem. No, powiedzmy.
Z głośników poleciała taneczna piosenka Pitbulla, na co uśmiechnąłem się do dziewczyny.
- Aaa, lubię ten kawałek! - Szturchnąłem ją, zachęcając, by również zaczęła nucić. W odpowiedzi uzyskałem informację, że kaleczę. I zabrała mi piwo! Przewróciłem na nią z niezadowoleniem oczami, i spróbowałem sięgnąć po szklankę. Odsunęła się delikatnie, ułatwiając mi dostęp do alkoholu. Podziękowałem cicho mamrocząc, i upiłem piwa. - No i? Chciałem zaprosić Cię do tańca. - Uciekło mi, nim zdążyłem ugryźć się w język. Kurwa, chyba faktycznie powinienem przystopować z piciem alkoholu, znam ją dopiero chwilę, a robi ze mną co chce. I nie powiem, podobało mi się to.
- Mogłeś po prostu spytać, ciołku - pstryknęła mnie w nos, na co cicho jęknąłem. Przez ułamek sekundy poczułem ścisk podniecenia tą interakcją. Co ona ze mną robi?  Albo co alkohol ze mną robi, spróbowałem racjonalnie podejść do sytuacji. Zapytałem, czy zgodziłaby się na moją propozycje, na co uzyskałem teoretycznie twierdzącą odpowiedź. 
Nim zdążyłem się zorientować, znajdowaliśmy się pośród tłumu tańczących ludzi, a ja bezwiednie wodziłem dłońmi po jej ciele, napawając się tym, jak cudną ma talię. Alkohol, muzyka i ona sama zrobiły ze mną coś, czego bliżej nie umiem określić. Poddałem się temu uczuciu, i bardzo powoli zacząłem zbliżać ku jej szyi.
Przerwała mi, choć mam wrażenie że niechętnie, i wyciągnęła z klubu. Mamrotałem pod nosem, że wcale nie jestem tak pijany i mogliśmy zostać, a do tego naprawdę ładnie dziś wygląda, i moglibyśmy spędzić razem więcej czasu. 
W każdym razie, tyle było z mojego sensownego myślenia. Podprowadziła mnie pod moją dziecinkę, ale zamiast pozwolić mi na niej usiąść, stanęła między mną a motocyklem, zmuszając do oparcia się o latarnie. Może to i dobrze, bo niebezpiecznie kręciło mi się w głowie, i miałem wrażenie, że zaraz zwrócę zawartość mojego żołądka. Powiedziała coś o kluczykach, na co zareagowałem natychmiast, zaprzeczając i kategorycznie zabraniając jej dotykania się mojego maleństwa. Podeszła bliżej mnie, i niewiele myśląc, oparłem się o nią. 
Jej drobne ciałko ugięło się pod moim ciężarem, ale jakikolwiek gwałtowny ruch spowoduje u mnie odruch wymiotny, więc po prostu pozwoliłem jej robić swoje, mamrocząc głupoty pod nosem. Znalazła kluczyki w kieszeni moich spodni i wyciągnęła je, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
Dlaczego pozwoliłem jej prowadzić? nie mam pojęcia. Czy warto było, by móc się w nią wtulić, i wymruczeć, że jej włosy wpadają mi do oczu? zdecydowanie.

Jak dotarłem do domu? nie wiem, pamiętam, że ta urocza Ruda pomogła mi zdjąć kurtkę. Po dłuższym zastanowieniu się, mieszkanie wcale nie wyglądało jak moje. Było tu zbyt czysto, za ładnie tu pachniało, i ani razu nie kopnąłem w ubranie ani butelkę po piwie lub energetyku. 
Znalazłem się na kanapie pod odurzająco słodko pachnącym kocem, i mruknąłem, że dziewczyna ma tu zostać. Owinąłem ramiona wokół niej, i nie zamierzałem puścić. Chciałem, by zasnęła obok mnie.
Zdziwiła mnie moja własna myśl. 
Zazwyczaj kończyłem u innych dziewczyn w mieszkaniach, z całkiem innymi zamiarami, niż po prostu wtulenie się i zaśnięcie. Nie wiem co ona ze mną robiła, ale na pewno nie było to nic dobrego. Czułem się jak kompletny idiota, w dodatku czułem jak bardzo jebie ode mnie fajkami, piwem i klubem. Czułem wstyd?
Dziewczyna wykorzystała moment, i ulotniła się do swojego pokoju, na co westchnąłem. Zostawiła światło na korytarzu, zapewne po to, żebym się nie zabił. Uroczo.
Wymacałem w kieszeni spodni zgniecioną paczkę papierosów i zapalniczkę, i już miałem go odpalić, gdy dotarło do mnie, że to nie mieszkanie u matki. Zakląłem cicho, i niezręcznie wyswobodziłem się z koca. Dobrze, że June tego nie widziała.
Praktycznie po omacku, pijackim krokiem znalazłem wyjście na miniaturowy balkon. Przymknąłem za sobą drzwi i z ulgą odpaliłem papierosa, zaciągając się ostrym zapachem dymu.
Alkohol w mojej głowie nie dawał za wygraną, i wciąż dawał do zrozumienia, że robię coś bardzo, bardzo głupiego. Wróciłem wspomnieniami do rodzinnego domu w Californii, tam też zawsze słodki zapach uderzał mnie prosto w twarz. Czułem się znowu jak trzynastoletni ja, wymykający się na papierosa, zanim mama wróci do domu. Nie obchodziło jej to, ale chciałem czuć się jak nastolatek, z nastoletnimi problemami.
Kurwa, co z Impalą? Prawie przepadłem przez balustradę, próbując odnaleźć dziecinkę wzrokiem. Byłem zbyt pijany, by cokolwiek zarejestrować. Każdy samochód i motocykl wyglądał tak samo, tylko różniły się kolorami. Westchnąłem, zgasiłem papierosa i wyrzuciłem go przed siebie. Pewnie spadł między samochody.
Równie chwiejnie wróciłem do miejsca, w którym miałem spać. Położyłem się, nawet nie próbując zawinąć się ponownie w koc, za każdym razem gdy zamykałem oczy, świat wirował i przyprawiało mnie to o dreszcze.
Leżałem tak dobre kilka godzin, bo słońce zaczęło już ewidentnie wschodzić. Spróbowałem ponownie zasnąć, tym razem z pozytywnym skutkiem. Jednakże, nic co dobre, nie trwa wiecznie. 
Obudziły mnie kroki obok mnie, i czyjś dialog. Kim Ty do cholery jesteś? za nic w świecie nie mogłem sobie przypomnieć, żeby coś mnie łączyło z tą dziewczyną. 
Wstałem, przecierając zaspane oczy, i widząc rude włosy, wszystko zaskoczyło na swoje miejsce.
- Dzień dobry, spałeś coś? - usłyszałem jej miły głos, i przysięgam, że chciałem jej odpowiedzieć.
Zamiast tego wyburczałem tylko pytanie o łazienkę, i podpierając się ścian, dotarłem do niej, by zwrócić resztki alkoholu.
- Przepraszam. - jęknąłem, wstając z kolan i przemywając twarz wodą, gdy skończyłem wymiotować jak kot. Nie widziałem obrzydzenia w jej wzroku, podała mi tylko płyn do płukania ust i wyszła bez słowa, by po chwili wrócić ze szklanką wody. - Chyba powinienem iść. - uznałem, zabierając jednak szklankę z jej dłoni. Mimowolnie, dotknąłem jej palców, i poczułem jakby przez całe moje ciało znowu przeszedł dreszcz. Japierdole, jak ty na mnie działasz.
- Arthur, wyglądasz jak trup. - Wciągnąłem mocniej powietrze, gdy wypowiedziała moje imię. Skrzywiła się jednak, mówiąc kolejne zdanie. Nie byłem pewien, czy skrzywienie było ze względu na kłamstwo, czy prawdę. - chyba powinieneś jeszcze zaczekać, aż poczujesz się lepiej.
Wyglądała naprawdę ładnie. Włosy miała związane w niedbałego koka, a jej ciało ukryte było pod piżamą. Nie miała też grama makijażu, i mogłem dokładnie zobaczyć jej delikatnie podkrążone oczy po nocy. Ciekawe, czy byłem pierwszym facetem, który widzi ją tak niezorganizowaną. 
Usiadłem grzecznie na kanapie i nie przeszkadzałem jej, w jej codziennych obowiązkach. 
- Paliłeś? - zapytała, nie odwracając w moją stronę wzroku. Potwierdziłem. - Jesteś idiotą. - skwitowała mnie. Tym razem także nie mogłem zaprzeczyć, i mimo, że chciałem odpalić jej jakąś ripostą, nie byłem w stanie.
- A masz jakiś problem, mamo? - uśmiechnąłem się do niej niemrawo, co poskutkowało tylko krótkim podniesieniem warg. - Nie wiedziałem, że nie mogę. - Dodałem, chcąc załagodzić moją i tak chujową sytuację. 
- Pal gdzie indziej, nie w moim mieszkaniu. - Ucięła temat. - Samochód jest w garażu, kluczyki na komodzie. Ale nie pojedziesz nim nigdzie w takim stanie - ponownie odebrała mi możliwość wypowiedzenia się. Albo ja miałem halucynacje.
Wciąż byłem lekko pijany, i jej osoba naprawdę działała na mnie jak nikt inny. I naprawdę nie potrafiłem ugryźć się w język.
- Nie wylądowaliśmy w łóżku. - Stwierdziłem fakt, praktycznie z dumą w głosie. - Pachniesz mango. - Dodałem, jakby jakkolwiek miało to zmniejszyć niezręczność mojego poprzedniego zdania. Dziewczyna wyglądała tak, jakby zaraz miała wybuchnąć śmiechem, albo uderzyć mnie z liścia. - Mam kaca. - Mruknąłem, patrząc się na nią wzrokiem zbitego szczeniaka, z nadzieją, że obudzę w niej litość, i obejdzie się bez liścia.

Juneeee?