czwartek, 12 września 2024

Od Arthura cd. Juniper

- Czym Perth sobie zasłużył, żeby dostać kawą w twarz? - Zagaiłem, zapijając ewentualną niezręczną ciszę piwem. Oblizałem usta z pianki, skupiając na tym całą swoją uwagę. Tym razem nie przyciągała jej rudowłosa dziewczyna, siedząca naprzeciwko mnie.
- Zachował się jak dupek. - Czterema słowami podsumowała mojego przyjaciela. - To wystarczy. - Na jej usta wstąpił złośliwy uśmieszek. Cholera, robisz to specjalnie?
- A Ty normalnie jak aniołek... - odparowałem jej, chcąc jej dopiec. Podziękowała i zatopiła usta w alkoholu.
- Tak naprawdę celowałam w Ciebie, za to gwizdnięcie, ale... Perth? - zawahała się nad wymową imienia, prawie niewidocznie. Natychmiast jej osoba wróciła do zorganizowanej, rudej, cholernie pyskatej, dziewczyny. - Był bliżej. 
Zwróciłem uwagę na jej usta, których kąciki mimowolnie uniosły się do góry. 
Jeden do zera, Ruda. Odstawiłem kufel wypitego już piwa, i uśmiechnąłem się do kelnerki o dolewkę. Juniper również uraczyła się kolejnym kieliszkiem alkoholu, ale ewidentnie trzymała się w ryzach, by nie pić więcej. 
Podziwiałem ją za to. Sam wypijałem piwo za piwem, powoli tracąc domniemany umiar. Kręciło mi się w głowie, ale wciąż utrzymywałem kontakt ze światem. No, powiedzmy.
Z głośników poleciała taneczna piosenka Pitbulla, na co uśmiechnąłem się do dziewczyny.
- Aaa, lubię ten kawałek! - Szturchnąłem ją, zachęcając, by również zaczęła nucić. W odpowiedzi uzyskałem informację, że kaleczę. I zabrała mi piwo! Przewróciłem na nią z niezadowoleniem oczami, i spróbowałem sięgnąć po szklankę. Odsunęła się delikatnie, ułatwiając mi dostęp do alkoholu. Podziękowałem cicho mamrocząc, i upiłem piwa. - No i? Chciałem zaprosić Cię do tańca. - Uciekło mi, nim zdążyłem ugryźć się w język. Kurwa, chyba faktycznie powinienem przystopować z piciem alkoholu, znam ją dopiero chwilę, a robi ze mną co chce. I nie powiem, podobało mi się to.
- Mogłeś po prostu spytać, ciołku - pstryknęła mnie w nos, na co cicho jęknąłem. Przez ułamek sekundy poczułem ścisk podniecenia tą interakcją. Co ona ze mną robi?  Albo co alkohol ze mną robi, spróbowałem racjonalnie podejść do sytuacji. Zapytałem, czy zgodziłaby się na moją propozycje, na co uzyskałem teoretycznie twierdzącą odpowiedź. 
Nim zdążyłem się zorientować, znajdowaliśmy się pośród tłumu tańczących ludzi, a ja bezwiednie wodziłem dłońmi po jej ciele, napawając się tym, jak cudną ma talię. Alkohol, muzyka i ona sama zrobiły ze mną coś, czego bliżej nie umiem określić. Poddałem się temu uczuciu, i bardzo powoli zacząłem zbliżać ku jej szyi.
Przerwała mi, choć mam wrażenie że niechętnie, i wyciągnęła z klubu. Mamrotałem pod nosem, że wcale nie jestem tak pijany i mogliśmy zostać, a do tego naprawdę ładnie dziś wygląda, i moglibyśmy spędzić razem więcej czasu. 
W każdym razie, tyle było z mojego sensownego myślenia. Podprowadziła mnie pod moją dziecinkę, ale zamiast pozwolić mi na niej usiąść, stanęła między mną a motocyklem, zmuszając do oparcia się o latarnie. Może to i dobrze, bo niebezpiecznie kręciło mi się w głowie, i miałem wrażenie, że zaraz zwrócę zawartość mojego żołądka. Powiedziała coś o kluczykach, na co zareagowałem natychmiast, zaprzeczając i kategorycznie zabraniając jej dotykania się mojego maleństwa. Podeszła bliżej mnie, i niewiele myśląc, oparłem się o nią. 
Jej drobne ciałko ugięło się pod moim ciężarem, ale jakikolwiek gwałtowny ruch spowoduje u mnie odruch wymiotny, więc po prostu pozwoliłem jej robić swoje, mamrocząc głupoty pod nosem. Znalazła kluczyki w kieszeni moich spodni i wyciągnęła je, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
Dlaczego pozwoliłem jej prowadzić? nie mam pojęcia. Czy warto było, by móc się w nią wtulić, i wymruczeć, że jej włosy wpadają mi do oczu? zdecydowanie.

Jak dotarłem do domu? nie wiem, pamiętam, że ta urocza Ruda pomogła mi zdjąć kurtkę. Po dłuższym zastanowieniu się, mieszkanie wcale nie wyglądało jak moje. Było tu zbyt czysto, za ładnie tu pachniało, i ani razu nie kopnąłem w ubranie ani butelkę po piwie lub energetyku. 
Znalazłem się na kanapie pod odurzająco słodko pachnącym kocem, i mruknąłem, że dziewczyna ma tu zostać. Owinąłem ramiona wokół niej, i nie zamierzałem puścić. Chciałem, by zasnęła obok mnie.
Zdziwiła mnie moja własna myśl. 
Zazwyczaj kończyłem u innych dziewczyn w mieszkaniach, z całkiem innymi zamiarami, niż po prostu wtulenie się i zaśnięcie. Nie wiem co ona ze mną robiła, ale na pewno nie było to nic dobrego. Czułem się jak kompletny idiota, w dodatku czułem jak bardzo jebie ode mnie fajkami, piwem i klubem. Czułem wstyd?
Dziewczyna wykorzystała moment, i ulotniła się do swojego pokoju, na co westchnąłem. Zostawiła światło na korytarzu, zapewne po to, żebym się nie zabił. Uroczo.
Wymacałem w kieszeni spodni zgniecioną paczkę papierosów i zapalniczkę, i już miałem go odpalić, gdy dotarło do mnie, że to nie mieszkanie u matki. Zakląłem cicho, i niezręcznie wyswobodziłem się z koca. Dobrze, że June tego nie widziała.
Praktycznie po omacku, pijackim krokiem znalazłem wyjście na miniaturowy balkon. Przymknąłem za sobą drzwi i z ulgą odpaliłem papierosa, zaciągając się ostrym zapachem dymu.
Alkohol w mojej głowie nie dawał za wygraną, i wciąż dawał do zrozumienia, że robię coś bardzo, bardzo głupiego. Wróciłem wspomnieniami do rodzinnego domu w Californii, tam też zawsze słodki zapach uderzał mnie prosto w twarz. Czułem się znowu jak trzynastoletni ja, wymykający się na papierosa, zanim mama wróci do domu. Nie obchodziło jej to, ale chciałem czuć się jak nastolatek, z nastoletnimi problemami.
Kurwa, co z Impalą? Prawie przepadłem przez balustradę, próbując odnaleźć dziecinkę wzrokiem. Byłem zbyt pijany, by cokolwiek zarejestrować. Każdy samochód i motocykl wyglądał tak samo, tylko różniły się kolorami. Westchnąłem, zgasiłem papierosa i wyrzuciłem go przed siebie. Pewnie spadł między samochody.
Równie chwiejnie wróciłem do miejsca, w którym miałem spać. Położyłem się, nawet nie próbując zawinąć się ponownie w koc, za każdym razem gdy zamykałem oczy, świat wirował i przyprawiało mnie to o dreszcze.
Leżałem tak dobre kilka godzin, bo słońce zaczęło już ewidentnie wschodzić. Spróbowałem ponownie zasnąć, tym razem z pozytywnym skutkiem. Jednakże, nic co dobre, nie trwa wiecznie. 
Obudziły mnie kroki obok mnie, i czyjś dialog. Kim Ty do cholery jesteś? za nic w świecie nie mogłem sobie przypomnieć, żeby coś mnie łączyło z tą dziewczyną. 
Wstałem, przecierając zaspane oczy, i widząc rude włosy, wszystko zaskoczyło na swoje miejsce.
- Dzień dobry, spałeś coś? - usłyszałem jej miły głos, i przysięgam, że chciałem jej odpowiedzieć.
Zamiast tego wyburczałem tylko pytanie o łazienkę, i podpierając się ścian, dotarłem do niej, by zwrócić resztki alkoholu.
- Przepraszam. - jęknąłem, wstając z kolan i przemywając twarz wodą, gdy skończyłem wymiotować jak kot. Nie widziałem obrzydzenia w jej wzroku, podała mi tylko płyn do płukania ust i wyszła bez słowa, by po chwili wrócić ze szklanką wody. - Chyba powinienem iść. - uznałem, zabierając jednak szklankę z jej dłoni. Mimowolnie, dotknąłem jej palców, i poczułem jakby przez całe moje ciało znowu przeszedł dreszcz. Japierdole, jak ty na mnie działasz.
- Arthur, wyglądasz jak trup. - Wciągnąłem mocniej powietrze, gdy wypowiedziała moje imię. Skrzywiła się jednak, mówiąc kolejne zdanie. Nie byłem pewien, czy skrzywienie było ze względu na kłamstwo, czy prawdę. - chyba powinieneś jeszcze zaczekać, aż poczujesz się lepiej.
Wyglądała naprawdę ładnie. Włosy miała związane w niedbałego koka, a jej ciało ukryte było pod piżamą. Nie miała też grama makijażu, i mogłem dokładnie zobaczyć jej delikatnie podkrążone oczy po nocy. Ciekawe, czy byłem pierwszym facetem, który widzi ją tak niezorganizowaną. 
Usiadłem grzecznie na kanapie i nie przeszkadzałem jej, w jej codziennych obowiązkach. 
- Paliłeś? - zapytała, nie odwracając w moją stronę wzroku. Potwierdziłem. - Jesteś idiotą. - skwitowała mnie. Tym razem także nie mogłem zaprzeczyć, i mimo, że chciałem odpalić jej jakąś ripostą, nie byłem w stanie.
- A masz jakiś problem, mamo? - uśmiechnąłem się do niej niemrawo, co poskutkowało tylko krótkim podniesieniem warg. - Nie wiedziałem, że nie mogę. - Dodałem, chcąc załagodzić moją i tak chujową sytuację. 
- Pal gdzie indziej, nie w moim mieszkaniu. - Ucięła temat. - Samochód jest w garażu, kluczyki na komodzie. Ale nie pojedziesz nim nigdzie w takim stanie - ponownie odebrała mi możliwość wypowiedzenia się. Albo ja miałem halucynacje.
Wciąż byłem lekko pijany, i jej osoba naprawdę działała na mnie jak nikt inny. I naprawdę nie potrafiłem ugryźć się w język.
- Nie wylądowaliśmy w łóżku. - Stwierdziłem fakt, praktycznie z dumą w głosie. - Pachniesz mango. - Dodałem, jakby jakkolwiek miało to zmniejszyć niezręczność mojego poprzedniego zdania. Dziewczyna wyglądała tak, jakby zaraz miała wybuchnąć śmiechem, albo uderzyć mnie z liścia. - Mam kaca. - Mruknąłem, patrząc się na nią wzrokiem zbitego szczeniaka, z nadzieją, że obudzę w niej litość, i obejdzie się bez liścia.

Juneeee? 

środa, 13 maja 2020

Od Seana C.D. Alana

Pytanie chłopaka, mojego chłopaka, kompletnie zbiło mnie z tropu. Czy byłem gotowy, by wreszcie powiedzieć mu dlaczego nagle rzuciłem wszystko i zostawiłem go samego, by pojechać do rodzinnego kraju? Wszystko co do tej pory wydawało mi się słuszne, niemal oczywiste, w chwili obecnej było... niczym. Każda myśl odpłynęła w swoją stronę, zostawiając mnie z ogromną pustką zarówno w głowie jak i w sercu. Nerwowo przeczesałem ręką włosy, niepewnie zerkając na Alana, przygotowując się do nieznanego. Nie chciałem mu nic mówić. Zasługiwał na prawdę, ale nie zasługiwał na mnie. Nie na mnie w takim stanie. I może to ten cały Even, Evan, czy jak mu tam było, stał się w pewnym sensie czynnikiem zapalnym dla decyzji takiej, a nie innej, ale... cholera, obawiałem się złamać mu serce. Nie o to co stanie się ze mną, lecz właśnie z osobą, na której obecnie bardzo mi zależało. Cała okolica jakby wyczuła moje zamiary, ponieważ nawet silniki samochodów ucichły gdzieś w oddali, zostawiając mnie z pierwszą miłością oraz ogromną gulą w gardle.
━━ Ja... przepraszam cię, ale nie jestem jeszcze gotowy, żeby... ━━ słowa utknęły mi gdzieś w żołądku, sprawiając, że on sam dość nieprzyjemnie zacisnął się z nerwów. ━━ Może lepiej by było gdybyś wrócił do akademii.
Ostatnie zdanie wymówiłem tak cicho jak tylko się dało, łudząc się, że chłopak nie zdołał niczego usłyszeć przez mój cichy ton. Niestety, dokładnie tak jak zazwyczaj, przeliczyłem się, aby już po chwili dostać dość boleśnie w twarz. Nie spodziewałem się niczego innego, a jednak zabolało nie tyle fizycznie, co psychicznie. Chyba do swojego CV powinienem dodać "uwielbiam znęcać się nad samym sobą". Uśmiechnąłem się blado, próbując ukryć łzy, coraz mocniej napływające mi do oczu. Raniłem nas oboje, a przynajmniej tak czułem, ponieważ w czymś takim jak związek również okazałem się równie beznadziejny co w samym życiu. Nawet nie spojrzałem w kierunku Alana, bojąc się co takiego mógłbym zobaczyć. A szkoda, bo może chociaż wtedy, na widok łez, jakiekolwiek inne uczucia, niż ten cholerny egoizm wzięłyby nade mną górę. Milczałem, pozwalając, by ta cisza nas dobijała i nie robiłem z tym kompletnie nic. Czekałem na to, aż chłopak odejdzie. Aż po prostu mnie zostawi, gdyż byłem tak beznadziejnym człowiekiem. Innym, niż ten, za którego zapewne mógłby mnie brać. Czekałem, aż wsiądzie w pierwszą lepszą taksówkę, która zabrałaby go na lotnisko, żebym wreszcie mógł przestać niszczyć mu życie. I tak, z pewnością w tamtym momencie okropnie dramatyzowałem, ponieważ żadna z tych rzeczy nie miała miejsca, ani prawa bytu. Po raz kolejny prawo mnie zawiodło.
━━ Ty idioto, chyba nie myślisz, że tyle się namęczyłem, żeby tylko usłyszeć od ciebie coś takiego? Uderzyłeś się w głowę, Montgomery? ━━ pokręcił głową z niedowierzaniem, naprawdę patrząc na mnie jak na skończonego debila. ━━ Zamieniasz się w drama queen to chociaż zrób to raz a porządnie, a nie.
Prychnął wyraźnie zniesmaczony, nie próbując jednak szukać żadnego kontaktu fizycznego, a jedynie tego wzrokowego. Liczyłem na coś innego, ale podobno liczyć można było tylko na siebie. Jak widać, nie w moim przypadku. Emocje towarzyszące głupocie już dawno opuściły mnie, pozostawiając niczym wydmuszkę. Zacisnąłem zęby, starając się nie myśleć już o tym, jak okropnym nieudacznikiem życiowo-społecznym znowu się okazałem. Powoli wszystkie te... zachowania, stawały się niemal dziecinne. Przestawały przysługiwać komuś, o nazwisku takim jak moje. Stawały się najzwyczajniej w świecie żenujące. Nagle z moim ust wydobył się niekontrolowany śmiech, niemal mogłem poczuć zdezorientowane Alana i tą ogromną chęć do ponownego przywalenia mi z otwartej dłoni w twarz. Nasza historia była burzliwa przez to, że oboje zachowywaliśmy się jak dzieci, którymi zresztą ciągle byliśmy. Ale... czy można było być wiecznym dzieckiem? Wszystko w końcu się nudziło, stawało się męczące. Opadłem na ławkę, która znajdowała się w pobliżu, zaczynając się szeroko uśmiechać, niczym największy, psychopatyczny idiota tego świata. Zerknąłem na swojego towarzysza, którego dopiero co zraniłem, spod rzęs i ledwo powstrzymałem kolejne słone łzy cisnące mi się do oczu, gdy on po prostu złapał moją rękę najzwyczajniej w świecie siadając obok. Milczenie przestało w jakikolwiek sposób być niezręczne. Najbardziej ceniłem sobie te chwile, w których mogłem po prostu niczym się nie przejmować, ale nie czułem się także samotnie jak przez większą część swojego życia.
━━ Przepraszam, chyba po prostu okazałem się jeszcze większym idiotą niż można by się tego było spodziewać. ━━  powiedziałem dość cicho, z lekką skruchą, nie oczekując nawet wybaczenia. 
Zresztą, czy było tam co wybaczać? Ukryć się nie dało, że zawaliłem na całej linii i ratowała mnie jedynie paczka papierosów, schowana w kieszeni spodni. Nie dało się nie zapamiętać naszego pierwszego, dość interesującego spotkania przed sekretariatem Dressage Academy, kiedy obaj okazaliśmy się być siebie warci, irytując drugą osobę niemal w równym stopniu. To co na zawsze będę pielęgnował, ponieważ wiedziałem, że było warto. Czy gdybym go wtedy nie spotkał, wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy gdyby nie pasja związana z końmi, gdyby nie koszmarna sytuacja rodziny Montgomery i każde inne wydarzenie z mojego życia, siedziałbym teraz na obdartej z farby ławce w paryskim parku z Alanem Wintersem, odczuwając niemałe zawstydzenie po dopiero co wypowiedzianych słowach? Prawda była taka, że nigdy się już tego nie dowiem, a mogę jedynie spekulować na wiele tematów, dokładnie tak jak teraz. Ale ceniłem sobie jego lekkomyślne decyzje w połączeniu z moimi nieodpowiedzialnymi zachowaniami. To stało się już czymś normalnym, bez czego prawdopodobnie nie mógłbym żyć. Dlatego tak cholernie żałowałem swojej decyzji, swojej głupoty i irytowało mnie już nawet tak często powtarzane słowo "cholera" w przeróżnych jego odmianach. Nawet wtedy kiedy robiłem coś co najmniej nieodpowiedniego, on przy mnie był. Nawet wtedy kiedy tak starałem się odrzucić go w najciemniejszy kąt całego swojego istnienia, upierając się, że właśnie tak będzie lepiej. Nie mogłem wiedzieć czy na pewno właśnie tak będzie. Tym razem odważyłem się spojrzeć chłopakowi w oczy, mając nadzieję, iż te ukażą moje faktyczne zamiary, choć nawet w takim świetle wydawały się one krzywdzące dla przynajmniej jednej ze stron. Zauważyłem, że w czasie trwania całej naszej relacji, jedynie ja ją psułem. Ciągle wystawiałem na próby. Nigdy nie robiłem nic, by uczynić ją dobrą. A chciałem. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo jak mógłbym nie chcieć kontynuować tego związku. Prawda? Sam nie rozumiałem siebie. Wszystko okazywało się złudne, zbyt trudne oraz wymagające. Jakbym nagle zdziwił się tym, że utrzymywane kontaktów z ludźmi wymagało poświęceń. Ale przecież ja zawsze odpuszczałem. I myślałem jedynie o tym, jak bardzo w tamtej chwili przydałaby mi się Charlie, która rozwiałaby wszystkie moje wątpliwości, pozwalając wypłakać się w ramię, nawet wtedy kiedy jedynie brałem, nie dając jej zupełnie nic w zamian. Miałem ochotę pocałować siedzącego obok chłopaka. Przytulić, oddać uścisk dłoni. Pokazać, że ja też tutaj dla niego jestem. Jednak nie zrobiłem żadnej z tych rzeczy, zamiast tego wysuwając swoją dłoń z uścisku tej jego, nieco mniejszej i zdecydowanie bardziej zimnej. Powoli podniosłem się z ławki, pozwalając by w oczach kogoś, dla kogo mógłbym oddać własne życie, zagościły łzy. Jego oczy zaszkliły się niebezpiecznie, szczęka zadrżała, ale nie odważył się niczego powiedzieć, dokładnie tak samo jak ja. I wiedziałem już w tamtym momencie, że popełniłem ogromny błąd decydując się na tak ogromne kroki w naszej krótkiej, burzliwej relacji. Alan Winters nie zasługiwał na kogoś takiego jak ja. Odwróciłem się w stronę miejsca, w którym powinienem móc złapać jedną z taksówek. Ani razu nie spojrzałem za siebie, odchodząc kamienistą dróżką, której nikt nawet nie próbował pokryć brukiem. Wiedziałem też, że gdybym to zrobił, prawdopodobnie zgodziłbym się, aby chłopak został ze mną we Francji, a to niestety nie było możliwe. Nie mogłem mu nic zaoferować. Będąc już przy ulicy, do moich uszu dobiegł dźwięk klaksonu. Uśmiechnąłem się sztucznie, wsiadając do wolnej taksówki i jakby w amoku dyktując kierowcy adres, którego nauczyłem się niemal na pamięć. Następnym co pamiętałem została rozmowa z bratem, w towarzystwie piosenki The Neighbourhood, o wdzięcznej nazwie "Flawless". 
━━ Spieprzyłem Griffin, spieprzyłem. ━━ wydobyło się spomiędzy moich warg wraz z cichym szlochem.
A taksówkarz o nic nie pytał, pozwalając by pomiędzy nami zapanowało milczenie, podczas gdy w mojej głowie był tylko obraz bruneta na tej przestarzałej ławce w parku i jego zaszklonych oczu. Nawet wtedy wydawał mi się najpiękniejszym, co mogło mi się w życiu przytrafić. 

Alan? 
Odpowiesz mi po tej dramie i takim szmacie czasu? XD

Ogólnie to jakieś 1331 słów, nie żebym liczyła pshhh

niedziela, 15 grudnia 2019

Od Ricka cd. Beauregarda

***
(Przepraszam, ale nie miałam weny na to :c)
- To, która jest lepsza? - spytał bezradnie. Westchnąłem ponownie i rozejrzałem się po półkach.
- Z kawą to trochę jak z ludźmi. Im ładniejsze opakowanie, tym gorsze i ohydniejsze wnętrze. - uśmiechnąłem się lekko, wzrokiem szukając znajomego mi pudełka. Z daleka można je wypatrzeć, bo jest tak nudne i szare, że raczej nikt by na nie nie spojrzał.
- Proszę! Oto i cud tego świata w najpiękniejszej postaci! - wyszczerzyłem się do Miśka trzymając w dłoniach szaro brązowe pudełko.
- Jesteś pewny? Znaczy, nie że ci nie ufam, ale jest dość smutne opakowanie.- skrzywił się lekko.
- Misieeeek. - jęknąłem na to, że śmiał podważyć moją decyzję.
- Pamiętaj, liczy się wnętrze! - klasnąłem w dłonie, po czym wrzuciłem opakowanie do koszyka.
Dłuższy czas zajęło nam zrobienie reszty zakupów, po wszystkim poszliśmy do kasy i szybko wyszliśmy ze sklepu obładowani siatkami jakbyśmy jechali na jakiś obóz przetrwania albo gorzej. Nie wspominałem już w ogóle o kasjerce i ludziach w sklepie, którzy dziwnie patrzyli się na prawie 20-letniego faceta z plasterkiem z Kubusiem Puchatkiem na twarzy.
Sprawnie dotarliśmy do domu Beara i zaczęliśmy rozpakowywać rzeczy. Chłopakowi zostawiłem większość rozpakowywania, bo sam zająłem się rozglądaniem po kuchni. Nie był to luksus, ale zawsze coś. Właściwie to bardziej przytulnie niż u mnie. Podwinąłem rękawy bluzy, którą dostałem od Beara, trochę przy małej, ale mi to nie przeszkadzało.
- To, co gotujemy? - klasnąłem delikatnie w dłonie, lekko podekscytowany.
- Gotujemy? - zapytał Bear jakby nie słyszał mojego pytania.
- No gotujemy! Chyba nie myślałeś, że będę się gapił jak idiota? - parsknąłem śmiechem.
- Em... Nie no, nie myślałem... Po prostu... - zaczął lekko się plątać w słowach. Podszedłem do niego i delikatnie zakryłem dłonią jego usta.
- Misiek, wyluzuj. Przy mnie możesz czuć się swobodnie. - uciszyłem go, ze szczerym uśmiechem. Po chwili zabrałem rękę, w końcu doszło do mnie, że jest to dość niezręczna sytuacja.
Miałem przerażające wrażenie, że się rumienie, miałem jednak nadzieję, że to tylko moja wyobraźnia. Przecież ja nigdy w życiu się nie rumieniłem...
Swoją drogą naprawdę nie chciałem by chłopak czuł się jakkolwiek przy mnie skrępowany. Mimo wszystko miałem wrażenie, że z każdą chwilą czuje się on coraz bardziej swobodnie w moim towarzystwie.
Dalej bałem się, że moje policzki pokryły się czerwienią. Dawało wręcz to uczucie pieczenia albo i nawet palenia? A może to po prostu przez to, że wróciłem z zimna? Sam już nie wiem.
Staliśmy już dłuższą chwilę w niezręcznej ciszy, pierwszy raz w życiu chyba nie wiedziałem co zrobić. Czy to naprawdę tak wygląda bycie zawstydzonym?
- Możemy zrobić jajecznicę. - uśmiechnął się Bear, za co w duszy mu podziękowałem, bo miałem wrażenie, iż moim ciałem za targnął paraliż.
- Em, spoko. - wzruszyłem ramionami lekko zakłopotany. Nie Ri, wcale nie wyszło to cholernie niezręczenie. Może powinienem przeprosić to poczuje się lepiej? Albo po prostu to zostawić?
- Jajka włożyłem do lodówki, mógłbyś? - z pułapki rozmyślań wyciągnął mnie Bear, szybko utwierdzając mnie w decyzji, aby czym prędzej zostawić to za sobą. Nie odpowiedziałem już nic, za bardzo bałem się, że znowu coś palnę.
Cholera jasna, co się ze mną dzieje?!
***
- O mój boże, jestem kurewsko głodny, szybciej! - wydarłem się wściekły w stronę przeklętej patelni, która dla mnie podgrzewała się za długo.
- Cierpliwości Rick. - zaśmiał się Bear.
- No to niech się to pośpieszy! - westchnąłem.
- Właściwie to już chyba gotowe. - uśmiechnął się chłopak, zerkając w stronę patelni. Rozanielony chwyciłem za patelnię, co było błędem.
- Chwila! Rękawiczki! - krzyknął Misiek, jednak za późno.
- Gorące! Kurwa! - zacząłem wyklinać narzędzie tortur szybko przenosząc jedzenie z patelni na talerze. Mało nie rozwaliłem zlewu gdy wrzucałem rozgrzaną patelnie.
- Kurwa jego mać! - warknąłem trzymając się za piękące miejsce.
- Mówiłem ci cierpliwości. - zaśmiał się Bear, sięgając do zamrażarki jak zgaduję po kostkę lodu.
- Obudziłem się wcześniej od ciebie co znaczy też że dłużej jestem głodny, powinieneś mi współczuć, a nie jeszcze mi dowalać. - mruknąłem.
- Nic ci nie będzie. - uśmiechnął się po czym podał mi kostkę lodu.
- Tja... Swoją drogą jest zabawnie. Rzadko kiedy przebywam w kuchni także no, przynajmniej się czegoś nauczyłem. - zaśmiałem się.
- Swoją drogą niedługo święta. - stwierdziłem. - Masz jakieś plany? - zapytałem z czystej ciekawości gdy chłopak przygotowywał resztę jedzenia.
- Właściwie to nie... - odpowiedział po chwili namysłu. Natychmiast wpadł mi do głowy "genialny" pomysł.
- Oo, to może chciałbyś spędzić te święta ze mną? - uśmiechnąłem się.
- Z tobą?- zapytał niepewnie.
Powiedziałem coś nie tak? Może nie powinienem? Cholera. Dlaczego nie ugryzłem się w język?
Czemu on ciągle sprawia, że dziwnie się czuję?
I dlaczego jednak spytałem?


Misiek? Przepraszam, że tak długo i takie krótkie ;-; Jakoś życie mnie zjadło.

wtorek, 10 grudnia 2019

Rocznica!

Wiecie. Tak sobie siedzę pod kocem, słuchając muzyczki i patrząc na Dressage Academy. Nie wierzę, że to wszystko się wydarzyło. Dzisiaj mijają dwa lata, od kiedy podjęłam decyzję o założeniu tego bloga. To jest... minęły 10 grudnia. Mamy 10 lutego, w dniu kiedy to piszę. Pozwolę sobie to opublikować już na grudzień 2019. I, cholera, znowu nie umiem skończyć. Chyba nie chcę, wiecie? W ubiegłym roku mówiłam to samo - byłam wtedy kurduplem, który postawił sobie za wysoką poprzeczkę, i dziwił się, czemu nie umie tego zrobić. Ale wiecie co? Było warto. To wszystko było tego warte. Łzy frustracji, wściekłości, radości. Przez te dwa lata stało się tyle pięknych rzeczy. Spotkałam i poznałam tyle cudownych osób, że nie sposób w to wszystko uwierzyć.  Potem przejdę do podziękowań, tak jak za pierwszym razem. Gdyby nie Wy, nic nie byłoby tak cudowne jak jest. Fakt - zdarzały się kłótnie - i to większe, niż ktokolwiek  z Nas by chciał. DA było pierwszym założonym przeze mnie blogiem  na poważnie. Były inne blogi, na których po prostu nie umiałam się wczuć, ani zrozumieć działania blogosfery. Dołączałam do wielu watah, ale nie mogę porównywać tych stron do naszego DA. Dość dawno temu powstała Kartoflanka - grupka stworzona w sumie dla każdego. Spotkałam się z kilkoma osobami z grupy, co było spełnieniem moich marzeń. No ale oczywiście, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Jeżdżenie po Polsce w celu spotkania swoich przyjaciół jest cudowne, nawet jak podróż ma trwać pół dnia. Ważne jest, żeby zobaczyć te iskierki  w oczach i uśmiech.
 Nie przedłużając, pora przejść do indywidualnych podziękowań - jak rok temu.
Dziękuję Masłu - za to, że jesteś i nie masz zamiaru nigdzie iść. Wytrzymujesz ze mną w każdej chwili, nawet jak mam wszystkiego dość i najchętniej po prostu bym wyszła i nie wróciła do domu. Powstrzymywałaś mnie przed robieniem głupot, które naprawdę niszczyły mi życie. Motywowałaś, żebym napisała do mojej Iskierki, nie pozwalałaś mi  rzucić bloga. Byłaś ze mną przez cały czas. Że poszłaś ze mną na koncert, chociaż nam nie wyszło. Ale byłaś. Zobaczenie Twojego uśmiechu, jak podajesz łapkę Mamutowi było bezcenne. Obydwoje się uśmiechaliście. A Twoje patrzałki tak cholernie błyszczały. To był moment, kiedy dotarło do mnie, że naprawdę warto jest czekać. Nie wiem czemu akurat Ty i Mamut, ale chyba tak miało być. Uświadamiasz mi tyle wartościowych rzeczy, podrzucasz cytaty i piosenki, znosisz moje gadanie o Iskierce, Fidelu i wszystkim innym. Nie ma odpowiednich słów, żeby wyrazić moją wdzięczność do Ciebie - i całej reszty. Cieszę się, że jesteś. Pomagasz mi, słuchasz mojego pierdolenia o rodzicach, siostrze, wyjazdach i wszystkim, co mi się nawinie pod klawiaturę. Dziękuję za rozmowy na dachu, te rozkminy o chłopakach! Dach zimą jest bardzo ładny, wiesz? Damn it, naprawdę nie wiem za co mogę Ci jeszcze podziękować. Więc po prostu... tu chyba skończę.
 Riczu, mój człowieku z Teamu Grubasków! Jesteś tak cudowną i dzielną osobą, że aż trudno mi w to uwierzyć. Radzisz sobie, na tyle na ile możesz. Są chwile załamania - częściej, rzadziej. Nie wiem. Ale ważne, że jesteś z nami. Dziękuję Ci za Solli - najlepszą serię, jaką z Tobą kiedykolwiek miałam. Za te nocne rozkminy, czy Sammy zgwałci materac czy Ricka, albo czy Nicole go wykastruje. Za planowanie tylu serii, które chyba nam nie pyknęły. Dziękuję Ci za najlepszy teren w życiu z Tobą i Masłem - mam nadzieję, że dalej masz te filmiki! - kiedy złamałyśmy chyba wszystkie zasady BHP, ale było warto! Za zakłady o czekoladę i herbatkę, którą dalej Ci wiszę. Jesteś tu z nami, i mimo tylu trudności w życiu, wciąż trwasz w Rodzince. Nawet nie wiesz, jak cholernie się cieszyłam, kiedy spodobał Ci się prezent - bluzka z AHS. W sumie to wypominałaś mi, że za duża, ale chyba Ci to nie przeszkadzało. Dzięki wielkie, za obronę mnie przed Masłem, jak oddała całe moje drobne na braciszka... Like, jestem Ci cholera wdzięczna za te najdrobniejsze uśmiechy i żarty. God damn it, cokolwiek by się nie działo - pytasz się, czy wszystko jest ok, martwisz się, mimo swoich problemów. Dajesz radę. Czasami chyba bierzesz za dużo na siebie, i potem tego żałujesz, ale umiesz się przyznać, że sobie nie radzisz. Po prostu... dziękuję za bycie Riczem. By the way, dalej mam zamiar zdobyć numer od tego chłopaka od kebsa :D
 Blancz, Promyczku. Ostatnio zdarza Ci się znikać, ale nie znaczy to, że o Tobie zapominamy. W pierwszej kolejności dziękuję Ci za rozmowę dwunastego maja - Twoje opanowanie i słowa otuchy, gdy siedziałam na asfalcie, trzymałam grafy chłopaków i płakałam Ci w słuchawkę, były cudowne. Potem to Tobie mówiłam, że chciałabym im powiedzieć. Że chcę się z nimi spotkać, porozmawiać jak równy z równym. Dziękuję Ci za to, bo gdyby nie Ty, pewnie nie byłabym w stanie do nich podejść po koncercie. Damn, trudno jest to wszystko wymienić w sumie. Dziękuję Ci, za pomysły na blogi - które w sumie zaczynałyśmy robić, ale kończyło się na planach. Blanczuu, co ja Ci mogę jeszcze powiedzieć? Jesteś naszym promyczkiem, przynosisz nam tu trochę słońca w czasie burzy. To cudowne! Zawsze jesteś tak opanowana i... po prostu jesteś sobą. Martwisz się o wszystkich razem, i o każdego z osobna. Wysłuchujesz moich przekleństw o Fidelu, chłopakach, rodzicach. Wspierasz. Zwłaszcza, jak jechałam do Pragi i akurat były Juwenalia Krakowskie. Wysłuchiwałaś moich przekleństw bezsilności, mówiłaś, że na pewno jeszcze ich spotkam. Potem odpisywałaś mi i śmiałaś się, jak panikowałam gdy Łuki mi odpowiadał. Awh, nie wiem w sumie co jeszcze mogę Ci napisać, so... dziękuję.
 Mikser. Cholera, jesteś dzielną osobą. Bardzo dzielną. Zniosłaś tyle, że aż trudno jest uwierzyć, że dalej dajesz radę. Dziękuję Ci za to, że mimo sporów na Kartoflance i tej trudnej decyzji, jaką podjęłaś, dalej utrzymujesz z nami kontakt. Gratuluję serdecznie, za wytrzymanie psychicznie i fizycznie tych wszystkich rzeczy, które Ci się przytrafiły. Jestem Ci wdzięczna, za te wszystkie miłe wiadomości, które wysłałaś. Za to, kiedy powodowałaś uśmiech na moich (i nie tylko) ustach, swoimi żartami. Cholera, naprawdę Ci dziękuję. Wiesz, to dzięki Tobie na poważnie zaczęłam się zastanawiać jak potoczą się losy Kartoflanki bez osób na niej.
Andziu, Pasztecie, Myszo, Sumku. Wam też dziękuję. Fakt, nie piszemy jakoś dużo (no chyba że pieprzę Ci Pasztet o Pchle :')), ale jesteście dla mnie ważne. Jeju, naprawdę Wam dziękuję. Brakowałoby mi Was, ba! brakowałoby mi każdej osoby, która była na Kartoflu i odeszła, prosząc o "chwilę spokoju". Jak mówiłam, nie piszemy jakoś dużo. Ale jesteście, i to się cholera liczy.
Dziękuję za obecność tutaj, z całą resztą.

Dziękuję Wam wszystkim. Gdyby nie Wy, to... to nie wiem.  Jesteście cholera moją drugą rodziną.
Przyszła pora się pożegnać. Daliśmy radę razem przez dwa lata. Z niektórymi nawet dłużej. Ale każda droga kiedyś się kończy, każda książka ma swoje zakończenie, każdy zespół kiedyś skończy grać. Tak trudno mi napisać to jedno zdanie... pewnie nie potraktujecie tego poważnie, powiecie że żartuję. Nie, nie żartuję. Znając Was, wciąż będą się tu pojawiać opowiadania i nowe postacie. Powiedzcie mi, po co? po co Wam to?

Dressage Academy zostaje zostaje zawieszone, a ja... ja odchodzę.
Przynajmniej z DA, z blogosfery. W sumie, na Kartoflu też mnie rzadko widzicie. 
Trzeciego roku na blogu nie będzie.
Przepraszam.

sobota, 23 listopada 2019

Od Alana cd. Seana

***
Bardzo miło spędzało mi się czas z Everdenem. Czułem jakbyśmy znali się od bardzo dawna. Siedzieliśmy właśnie na ławce przy jednej z fontann w Aix-en-Provence - czy tam mieście tysiąca fontann jak mówił mi blondyn. 
- I serio właśnie tak zostałeś gejem? - zapytał lekko zdziwiony opowiedzianą przeze mnie historią.
- Tjaaa... Głupia historia co nie? - zaśmiałem się. Był jedyną osobą spoza mojej rodziny, która wiedziała o tym majestatycznym "coming out'cie" i poznaniu siebie. 
- Ej nie jest tak najgorzej. - uśmiechnął się przyjaźnie. - Wprawdzie nie było to jakoś przyjemne, ale jednak odkryłeś ważną część siebie. - 
Uśmiechnąłem się szeroko. Był naprawdę miły. Aż dziwne, że nie spotkałem go wcześniej. 
- Dzięki. Naprawdę. - powiedziałem cicho, wpatrując się w jego ametystowe oczy.
- Nie ma sprawy.
- Jeśli chcesz możesz też przenocować u mnie. - uśmiechnął się miło.
- Serio, przestań brzmisz jak gwałciciel. - zaśmiałem się.
- Za mało ufasz ludziom  Alan. - ponownie się wyszczerzył.
- Oj tylko ty jesteś taki wyjątkowy. - mrugnąłem w jego stronę. 
- Tak w ogóle to odbierzesz? - zagadnął po chwili co sprowadziło mnie na ziemię. Faktycznie, od dłuższej chwili wygrywała melodia w moim telefonie. Inna niż tą, którą mam normalnie w innych kontaktach. 
Kurwa... Sean.
Chwyciłem za telefon i wręcz błyskawicznie odebrałem połączenie.
- Hej, wszystko u ciebie okej? My już skończyliśmy, więc jestem wolny. - to on pierwszy się odezwał. Zresztą nie miałbym szansy rozpocząć rozmowy, zaczął wręcz z zawrotną prędkością mówić.
Było mi też trochę głupio. Faktycznie o nim zapomniałem, akurat wtedy kiedy mnie potrzebował.
- T-tak... - zająknąłem się lekko. - Wszystko w porządku po prostu byłem... - tu zrobiłem przerwę, aby przemyśleć czy użycie słowa zajęty nie będzie zbyt egoistyczne na to, co i tak już zrobiłem.
- Spotkałem kogoś i po prostu w tej dziurze nie było trochę zasięgu. - skłamałem.
- Ach, dobrze... - usłyszałem jakby lekko zawiedziony głos po drugiej stronie.
- Ale możemy się spotkać. Opowiesz mi jak poszło i w ogóle! Tylko ty musisz do mnie przyjechać. - opowiedziałem na jego wcześniejsze pytanie.
- A gdzie jesteś? - zapytał, na co ja próbowałem wypowiedzieć tą durną francuską nazwę tej dziury. Wspominałem, że francuski jest okropny?
- Źle to wymawiasz, daj ja przekażę. - zaoferował się Everden kiedy już kolejny raz kaleczyłem ten piękny język miłości.
- Oj zamknij się, proszę. - zaśmiałem się, ale przekazałem mu telefon. Blondyn podał mu dokładną lokalizację po czym oddał mi telefon.
- Będę za jakąś godzinę. - odparł Sean. - Nie wpadnij w żadne tarapaty! - dodał po czym się rozłączył.
- Dupek. - wywróciłem oczami z lekkim uśmiechem na jego ostatnie słowa. Mimo wszystko miałem wrażenie, że brzmi to nieco smutniej niż miał w zwyczaju tak mówić.
- To, co nocujesz u mnie? - zapytał Everden.
- No cóż, jeśli to nie problem. Nie chcę mu się narzucać i tak ma już sporo problemów. - przyznałem, chłopak przytaknął mi.
W oczekiwaniu na Seana opowiedziałem trochę blondynowi o nim. Przy okazji ustaliliśmy że gdy skończę spotkanie to zadzwonię do niego i on po prostu po mnie przyjedzie. A tak to wziął moje prowizoryczne rzeczy. Prowizoryczne, bo miałem jedynie przy sobie podręczne rzeczy i ani trochę kasy na jakiekolwiek ubrania. Od rodziców głupio było mi brać, też mają swoje problemy, Sean tak samo zresztą tata ledwo zgodził się na przyjazd tutaj. Gdyby wiedział, tylko że zgubiłem bagaż ukatrupiłby mnie albo gorzej — sam wysłałby mnie do Egiptu.
Gdy zbliżała się godzina spotkania, pożegnałem się z Everdenem który poszedł swoją drogą a ja czekałem na przybycie Seana. Założyłem słuchawki i włączyłem YouTube, przeszukując jedną z playlist po czym puściłem Years & Years - King. Miałem jakoś sentyment do tej piosenki.
Kto by pomyślał, że będę siedział we Francji, w otoczeniu fontann i tak po prostu słuchał sobie muzyki? Kiedyś nawet nie myślałem o opuszczeniu Norwegii co dopiero Francja?
Uśmiechnąłem się mimowolnie sam do siebie. Cudowne czasy...
***
Po jakimś czasie zauważyłem w niewielkim tłumie ludzi Seana, szedł jakby zdenerwowany, nerwowo zaciskając jedną z rąk na nadgarstku. Właściwie wyglądał trochę jak moja mama kiedy zgubiłem się kiedyś w sklepie. Szukał mnie.
Zdjąłem słuchawki, zgrabnie upychając je do kieszeni i wstałem. Zacząłem biec w jego stronę, a kiedy on mnie zobaczył rozchmurzył się nieznacznie. Rzuciłem mu się w ramiona niczym dziecko i mocno przytuliłem, co szatyn odwzajemnił.
- Nie musiałeś. - czułem wręcz że się uśmiecha.
- Ale potrzeba ci tego było. - wyszczerzyłem się tylko jak go puściłem. Zaczęliśmy iść powoli przed siebie.
- Jesteś sam? - zapytał cicho.
- Tak, Ever poszedł jakieś piętnaście minut temu, żeby nam nie przeszkadzać. - odparłem.
- Znasz go? - kolejne pytanie. Jeszcze jedno i będę czuł się jak na komisariacie.
- Teraz już tak. Pomógł mi trochę.
- Ledwo przyjechałeś do Francji i już wpadasz w jakieś tarapaty tak? - zaczął ogromną salwę swojego pierdolenia.
- Właśnie! Ledwo przyjechałem do Francji i już masz mnie w dupie i wykłócasz się o obcego typa. - warknąłem lekko zirytowany. Sean spuścił lekko wzrok w bruk.
- Wybacz... Wszystkich zawodzę ostatnio. - mruknął. Zrobiło mi się go żal. Nie powinienem mówić tego z takim wyrzutem. Cholera, dlaczego nie ma w życiu "cofnij"?
Przybliżyłem się nieco ku niemu i pocałowałem go w policzek.
- Spokojnie, mnie jeszcze nie. - uśmiechnąłem się kojąco, na co Seanie także się uśmiechnąć.
- Nawet nie wiesz jak miło widzieć twój uśmiech.
- Masz to szczęście! - zaśmiałem się, po czym chwyciłem zgrabnie jego dłoń. Zgaduję, że chyba obu nam trochę tego brakowało przez jakieś cztery dni.
- Kto by pomyślał, że będziemy kiedyś w mieście miłości razem. - westchnąłem rozmarzony. W prawdzie nie myślałem, że przez taki powód, liczyłem, że będzie to bardziej romantyczny wyjazd w przyszłości.
- Powiesz mi w końcu co się dzieje? - zapytałem cicho.

Seanie? (Trochę mi się nie podoba to co zrobiłam ale cóż xD)

poniedziałek, 18 listopada 2019

Od Seana C.D. Alana

Nie pokazałem tego w zbyt wylewny sposób, jednak ucieszyła mnie obecność Alana. Dobrze, może na początku nieco zirytowało mnie, że specjalnie dla mnie urwał się z akademii i przeleciał tyle kilometrów, ale potrafiłem to docenić. Razem z Griffinem dotarliśmy bardzo szybko pod Sąd w Paryżu, gdzie miała się odbyć rozprawa. Martwiłem się co zrobi ze sobą Winters. A przede wszystkim przeklinałem sam siebie, bo nie dałem mu nawet kluczy. Nie znał języka. Jego bagaż był daleko stąd. Ale przyjechał. I nawet to, że udawał mojego narzeczonego, aby do mnie dotrzeć... Poczułem jak ktoś szturcha mnie w ramię. Niezbyt zadowolony przez przerwanie mi dość ważnych i przyziemnych rozmyślań, popatrzyłem niechętnie na prawo. Ogromny neogotycki pomieszany z neobarokiem budynek, składający się z wielu skrzydeł. Podejrzewałem, iż w większości zbudowano go z kamienia, jednak pamiętałem jeszcze o pożarze oraz odbudowie Palais de Justice. Nie był zbyt wielkim zdziwieniem fakt, że to tutaj miała się odbyć rozprawa sądowa dotycząca naszego rodziciela. Sam nie byłem już pewien czy zasługiwał na zaszczytne miano ojca jak i głowy rodziny. Jeden z naszych kierowców otworzył drzwi, chociaż doskonale wiedział jak tego nie lubiłem. Wysiadłem z czarnego samochodu i nałożyłem okulary przeciwsłoneczne na nos, chociaż mogłyby się wydawać całkowicie zbędne w ten pochmurny dzień. Niestety wszędzie dookoła czaiła się prasa, a dziennikarze widząc mnie z bratem od razu przystąpili do ataku. Zaczęły się pytania o to jak sobie radzimy, co zamierzamy i jak to możliwe, że wielki pan Montgomery, właściciel ogromnej firmy tak źle traktował swoją rodzinę. No nie wiem, może wy mi powiecie? Starałem się mocno ukryć swoją irytację i jedynie parłem naprzód uśmiechając się sztucznie do tych wszystkich hien. Pan Idealny zatrzymał się przy jednej z dziennikarek aby oznajmić bardzo poważnym i niepodobnym do niego tonem, że dzisiaj nie będziemy odpowiadać publicznie na żadne pytania. Parsknąłem pod nosem, finalnie zbliżając się do ogromnych drzwi wejściowych. Bogu dzięki zabroniono wchodzić mediom do środka, więc cała rozprawa miała się odbyć przy zamkniętych drzwiach. Tego właśnie życzyła sobie matka, gdy stawiała nam warunki na jakich stanie po naszej stronie. Niedorzeczne, a jednak możliwe. Jakaś elegancko ubrana pani wywołała nasze nazwiska i ogłosiła o co chodzi w całej tej sprawie. Na sali sądowej ułożenie znacznie różniło się od tego w Ameryce, choć dziękowałem za to, iż wyglądała ona właśnie tak a nie inaczej. Po lewej siedział prokurator, wraz z naszą matką jako oskarżycielką. Naprzeciwko nich adwokat z ojcem. Na wprost od wejścia ogromne stanowisko z trzema fotelo-krzesłami przeznaczonymi dla trzech sędziów. Odchrząknąłem i niemalże niezauważalnie skinąłem w stronę matki.
- Otwieram rozprawę przed najważniejszym sądem cywilnym w Paryżu. Będzie rozpoznana sprawa współwłaściciela firmy Cerverus, Xandera Montgomery'ego. (nie pamiętałam imienia, więc jest to)
Rozprawa się rozpoczęła. Odwrotu nie było, ale kto nam kazał to zaczynać? Kto nam kazał przychodzić? Sumienie i chęć zemsty. Przybrałem obojętny wyraz twarzy, spoglądając w kieunku człowieka który niemalże całkowicie zniszczył mi życie. Uśmiechnął się.
***
Zatrzasnąłem drzwi samochodu z wściekłością, nie przejmując się już za bardzo dziennikarzami czy kierowcą, który znowu chciał to zrobić za mnie. Schowałem twarz w dłoniach po czym ze złością uderzyłem w szybę oddzielającą tył samochodu od przodu. Takie zabezpieczenie, żeby kierowcy nie słyszeli o czym rozmawiają ich pasażerowie. Zamrugałem kilka razy, aby odgonić łzy. Usłyszałem po chwili jak Griffin wsiada do samochodu i doskonale udało mi się zaobserwować jak obojętnej masce ustępuje miejsce nieco zatroskana strona. Wypuściłem powietrze z płuc.
- Mamy jeszcze jakieś szanse? - spytałem cicho, bo naprawdę potrzebowałem teraz takiego zapewnienia. 
Starszy brat przetarł ręką twarz i spuścił wzrok.
- Zawsze mamy. Musimy tylko... znaleźć naprawdę dobre dowody. - oznajmił, jednak bez większego przekonania. - Ja... przepraszam, frère. Wiesz, jak bardzo się staraliśmy i dalej będziemy. Nie pozwolimy jej zostać pod jego opieką, Seanie. 
Westchnął cicho.
- Hej, spójrz na mnie. Spędź dzisiaj resztę dnia z Alanem. Jest dopiero piętnasta i macie dużo czasu, a może przynajmniej pozwoli ci zapomnieć. Zajmiemy się tym jutro. - powiedział, opierając dłoń na moim ramieniu i ściskając je.
Powstrzymałem się od złośliwych komentarzy, bo dla niego ten dzień był tak samo koszmarny jak dla mnie. Nie miałem zamiaru dokładać bratu obowiązków czy jakiegoś cierpienia. Kiwnąłem głową i wyciągnąłem z kieszeni dość wygodnych spodni, telefon. Sprawdziłem czy nie było tam żadnego nieodebranego połączenia czy SMS-a, ale wszystko świeciło pustkami. Mimowolnie coś zakuło mnie w klatce piersiowej.
Je ne comprends pas. - powiedziałem cicho.
Griffin popatrzył na mnie z niezrozumieniem. Miałem ochotę się zaśmiać, bo popatrzył na mnie z takim samym wyrazem twarzy o jakim stanie właśnie mówiłem. Wzruszyłem ramionami, nie za bardzo mając ochotę na roztrząsanie tematu, który wcale nie był dla niego ważny.
- Po prostu... invalide. Nie musisz wszystkiego wiedzieć. - zabrzmiało to oschlej niż zamierzałem, ale on niczego nie skomentował. Odwrócił głowę do szyby i ignorował mnie przez resztę drogi, pochłonięty przez własne myśli.
Zostaliśmy odwiezieni pod sam hotel, gdzie czekała na mojego brata Charline. Spojrzałem na nią z wyrzutem, bo to jego zabierała dla rozrywki do kina, a nie mnie. Nie mogłem jednak mieć jej tego za złe, gdy ostatnio dość często ją zbywałem i nie rozmawialiśmy już tak długo. Mozolnym krokiem wyszedłem do góry po schodach, żeby dotrzeć do pokoju. Otworzyłem drzwi drewniane, a następnie rzuciłem się na łóżko nie za bardzo dbając o swój garnitur. Ponownie wyjąłem telefon i przejrzałem listę kontaktów, aby zadzwonić do Alana. Cztery sygnały. Odebrał. Odetchnąłem z niejaką ulgą.
- Hej, wszystko u ciebie okej? My już skończyliśmy, więc jestem wolny. - odezwałem się pierwszy, niczym nadgorliwy nastolatek.
Może zresztą nim byłem. Sam już nie wiedziałem, czułem się praktycznie bezużyteczny i nie miałem obecnie przy sobie nikogo, chociaż bardzo brakowało mi tej bliskości. I nie chciałem się do tego przyznawać, ale Winters to była moja jedyna nadzieja w tamtym momencie oraz każdym następnym.

Alan?
Masz ten odpis bardzo szybko w porównaniu z tamtym, więc proszę. Oto moje wypociny z tego cudnego poniedziałku

niedziela, 17 listopada 2019

Od Alana cd. Seana

***
- Jak to nie macie mojej walizki? - krzyknąłem już nieźle wkurzony na właściwie biedną pracownicę lotniska. Od ponad godziny próbowałem odzyskać mój bagaż, który podobno wylądował gdzieś w Egipcie. Jebanym Egipcie.
- Przykro mi, postaramy zwrócić się panu bagaż tak szybko, jak to możliwe. - uśmiechnęła się lekko, aby odrobinę mnie uspokoić.
- Dobrze. A więc kiedy będzie z powrotem? - westchnąłem głośno, starając się opanować resztki rozumu.
- Za jakieś dwa tygodnie? - powiedziała cicho, zaraz zaczynając rytuał przeprosin.
- Zajebiście! - warknąłem, odchodząc od kobiety. Miałem naprawdę dość. Musiałem jakoś odnaleźć Seana, byłem sam w zupełnie obcym mi kraju, prawie bez pieniędzy i bez dachu nad głową. Czy może być gorzej?
Otóż tak. Miałem zamiar jechać do hotelu, w którym przebywa Sean, ale do tego potrzeba transportu, według GPS-u podróż „z buta” zajęłaby z ponad dwie godziny. Super. No, ale że nie mam auta w kieszeni, tym bardziej prawa jazdy — zostaje taksówka.
- No kurwa co jest z wami! - krzyknąłem na kolejną już odjeżdżającą taksówkę. Dlaczego? Bo albo mnie kurwa nie rozumie, albo nie chce jechać tak daleko za tak małą sumę. Byłem totalnie spłukany, bezdomny i wściekły.
- Jakiś problem? - usłyszałem głos za plecami, gdy tylko zrezygnowany schowałem portfel do plecaka aka podręcznego bagażu. Nawet fajek nie miałem.
- A masz? - zmierzyłem wzrokiem właściciela wzroku. Wysoki, nie tak jak Sean, ale nadal wyższy ode mnie. Pierwsze co przykuło moją uwagę to włosy, nienaturalnie jasne. Sto procent farbowane, platynowy blond a wręcz białe. Kolejną rzeczą, która zwracała na siebie był przekuty nos, na byka, ale jednak piercing. No i okulary, ciemna obramówka ze szkłami czarniejszymi od asfaltu.
- Nie, ale szukam. - nieznajomy uśmiechnął się, zaciągając się mocno papierosem, który trzymał w dłoni. Akcent miał raczej tutejszy, jednak cudownym cudem znał angielski i to bardzo dobrze z tego, co dało się słyszeć.
- A więc jestem. - uśmiechnąłem się szczerze chyba pierwszy raz tego dnia.
- Problemy z taksówką? - spytał jednocześnie wyrzucając niedopałek papierosa. Pewnie obserwował moje marne próby już jakiś czas.
- Ta. Wiele żabojadów albo jest tępych, albo głodnych na pieniądze także stoję tutaj jak ostatni debil. - westchnąłem na co się zaśmiał.
- Ej. Obrażasz moich rodaków. Chociaż to należy im się. - zaśmiał się, na co zawtórowałem mu. Jedyna miła rzecz tego dnia.
- To gdzie cię podwieźć? - zagadnął nagle.
- Że co? - spytałem go jakby mając wrażenie że się przesłyszałem.
- Mam auto w dodatku nie biorę forsy, mogę cię gdzieś zawieźć. - uśmiechnął się białowłosy.
- Sory, ale tak mówi tylko gwałciciel. - wywróciłem oczami, mimo wszystko wciąż się uśmiechając.
- Sprawdź mnie. - wyszczerzył się podchodząc do pobliskiego czarnego audi.
***
Cóż co miałem do wyboru? Zabrałem się z nim, podałem mu adres hotelu i spędziliśmy ze sobą prawie godzinę. W końcu przez auto byliśmy na siebie skazani.
- Co takie biedne maleństwo robi kompletnie samo we Francji. - odezwał się w końcu nieznajomy.
- Skąd wnioskujesz, że jestem tu sam?
- Cóż, masz bardzo nietutejszy akcent... Brzmi coś jak szwedzki? - zamyślił się na moment.
- Norweski. Ale bardzo blisko byłeś. - uśmiechnąłem się. To chyba jedyna osoba spoza mojego ojczystego kraju co poznała mój akcent. Nawet Sean nie poznał.
- A no widzisz. - także się uśmiechnął. - Poza tym wyglądałeś na zagubionego. -
- Więc chciałeś bezinteresownie mi pomóc?
- No, czemu nie w końcu.
- Z każdą sekundą brzmisz coraz bardziej jak gwałciciel. - zaśmiałem się.
- Oj skończ, bo w końcu skorzystam z twojej propozycji. - także się zaśmiał.
- No to, co tu robisz?
- Długa historia.
- Mamy czas. - stwierdził.
- Ktoś ważny dla mnie wyjechał i przyjechałem tu za nim...
- Pokłóciliście się? - zapytał jakby z troską w głosie. A może po prostu był ciekawy.
- Nie, po prostu musiał wyjechać. Jakoś to tak dziwnie wyszło. - zaśmiałem się trochę sztucznie by nie musieć o tym rozmawiać. Zresztą co powie Sean jak się dowie że tu przyjechałem? Zabije mnie? Może gorzej?
- Spoko. To twoja sprawa. W każdym razie powodzenia. - białowłosy uśmiechnął się kojąco.
- Dzięki. - także się uśmiechnąłem.
***
Po jakimś czasie byliśmy już pod hotelem, wysiadłem z auta i pożegnałem się z nieznajomym mając zamiar zniknąć w odmętach hotelu. Jednak chyba byłem trochę wystraszony, bo chwilę stałem jak słup soli przed hotelem.
- Nie stać cię na taksówkę a będzie cię stać na pobyt w takim hotelu? - zapytał białowłosy, siedział jeszcze w aucie i przyglądał się mi.
- Fakt... Coś się znajdzie najwyżej. Jak nie to macie tutaj jakieś fajne mosty? - zaśmiałem się trochę sztucznie.
- Chodź, daj rękę. - zaśmiał się nieznajomy z auta. Podszedłem bliżej niego.
- Po co ci? - uniosłem brew z lekkim uśmiechem.
- Oj daj. - wywrócił oczami i złapał mnie za lewą dłoń, przyciągając bliżej siebie. Podciągnął mój rękaw i zaczął mi coś pisać markerem na przedramieniu.
- Jeśli to ma być twój autograf... - westchnąłem.
- Proszę. - odpowiedział jak tylko skończył ,,podpisywanie się” na mojej ręce. - Zadzwoń jak będziesz w potrzebie! - uśmiechnął się i nim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, odjechał.
- Ciekawy gość. Tylko że nawet nie wiem jak się nazywa. - westchnąłem po czym zerknąłem na bazgroły na skórze. Numer telefonu i jakiś napis - „Everden", pewnie jego imię. Jeszcze narysował do tego uśmieszek. Co za dziwny człowiek.
Mimo wszystko poprawił mi trochę humor i był miły. Ale trzeba było wrócić do rzeczywistości, przecież ciągle stałem przed tym zasranym hotelem. Nie wiedziałem, że Seana stać na coś takiego. Przynajmniej na pewno nie mnie...
Udało mi się przekroczyć próg drzwi wejściowych, które swoją drogą były w chuj wielkie. Udałem się do recepcji i przywitałem się z dość sztucznie miło wyglądającą recepcjonistką.
- Szukam osoby o imieniu Sean Montgomery. - uśmiechnąłem się sztucznie.
- Przykro mi, ale nie udzielamy takich informacji. - kobieta uśmiechnęła się jeszcze sztuczniej ode mnie.
- Przykro mi, ale bardzo potrzebuje się z nim zobaczyć.
- Przykro mi, ale pan nie może. - znowu ten sztuczny uśmiech.
- Proszę, to mój narzeczony. - wymyśliłem coś na szybko, wiedząc, że jakby Sean to usłyszał pewnie by mnie ukatrupił.
Recepcjonistka jakby zmierzyła mnie wzrokiem totalnie zniesmaczona. Cóż, jebani homofobii czy inne badziewia jak ona.
- Przykro mi. - powtórzyła kolejny raz tą samą już głupią formułkę.
- Mam to gdzieś, sam sobie poradzę. - westchnąłem po czym ruszyłem w stronę wejścia do pokoi gdy nagle ta szmata wezwała ochronę. W parę sekund zmaterializowali się wręcz przede mną i odepchnęli mnie od przejścia.
- Chcę przejść! - warknąłem na nich a oni jedynie coś pieprznęli po francusku.
- Muszę tam wejść! Tam jest mój narzeczony! - krzyczałem już totalnie wściekły. - Nie wierzy mi pan czy nie rozumie po angielsku?!
Wtem zza ich pleców pojawił się Sean. Zrobił wielkie oczy na mój widok.
- Co... co ty tu robisz? - zapytał ze spokojem.
- O, proszę. Oto i on — uśmiechnąłem się triumfalnie. Dwóch ochroniarzy pokręciło ze zrezygnowaniem głowami i wrócili na swoje miejsca przy drzwiach wejściowych.
- Merde, co ty tu robisz? I od kiedy jestem twoim narzeczonym, Winters? Chcesz może mi o czymś powiedzieć? - spojrzał na mnie, mrużąc oczy z lekkim zdenerwowaniem.

- Zamknij się błagam bo będziesz pierwszą osobę którą dziś zabiję. Nawet nie masz pojęcia jak ciężko było mi się tutaj dostać. - westchnąłem, cholernie wyczerpany. - Połowa tych pieprzonych Francuzów nie mówi po angielsku, ich jebane lotnisko wywiozło mi walizki do jakiegoś Egiptu a na dodatek ta banda debili nie chciała mnie wpuścić! - wskazałem palcem, dwójkę ochroniarzy. Oni jedynie zabójczo zmierzyli mnie wzrokiem. Na całe szczęście, bo jeszcze by była kolejna afera a może by mnie jeszcze pobili.
- To nie jest odpowiedź na moje pytanie Ma cherie. - uniósł jedną brew.
- Jeszcze jedno pierdolone francuskie słowo a odgryzę ci język. Przysięgam! - wewnętrznie zabiłem go wzrokiem. - Nie tak wyobrażałem sobie pobyt a kraju miłości. - westchnąłem, chłopak znowu nie otrzymując odpowiedzi, chciał zapewne znowu powtórzyć pytanie, szybko mu jednak przerwałem:
- Musiałem jakoś coś wykombinować, żeby mnie wpuścili no. Zresztą wizja przyszłości nie jest ze mną taka zła. Jeszcze będziesz mnie na kolanach błagać abym przyjął twoje oświadczyny durniu. - wywróciłem oczami, nie dając ani na moment spokojnie i racjonalnie dać mu pomyśleć.
- Głupi jesteś Winters. - zaśmiał się, krzyżując ręce na piersi. Jego ręce przykuły moją uwagę. Były nienaturalne? Być może, to kwestia materiału. Dopiero teraz zauważyłem, że ma na sobie garnitur, jak jego brat. Klasyczna czerń, uroczo.
- Przecież ty już ubrany na nasz ślub. - zaśmiałem się z niego, na co ten uśmiechnął się jakby kojąco. Jakby przez cały ten czas był zmęczony.
- Zresztą sam jesteś głupi Montgomery! - krzyknąłem niemal na pół hotelu, orientując się, że Sean właśnie obraził mój boski majestat.
- Wlokę się tutaj parę dni, ledwo żyje, te jebane, napakowane żabojady mało mnie nie pobiły a ty nazywasz mnie głupim tak?! - warknąłem zaciekle, mając ochotę go rozszarpać. Tak samo, jak ponad połowę świata. - Może chociaż jebane dziękuję albo zrób coś z tymi ochroniarzami! 
Sean tylko uśmiechnął się szerzej, podszedł bliżej mnie i mocno się do mnie przytulił. 
- Dziękuję. - powiedział cicho, przez co mimowolnie się uśmiechnąłem.
- Sean... - nasze miłe przytulanki przerwał głos jego brata, którego swoją drogą też dopiero teraz zauważyłem.
- Spieszymy się. - dodał. Przywitałem się z nim lekkim skinieniem głowy, ten lekko się uśmiechnął. Wyglądał na mniej zmęczonego od Seana, ale nadal obaj byli czymś zdenerwowani.
- Tak, ale Alan...
- Jedź, jakoś sobie poradzę, pozwiedzam a potem pogadamy. Nie martw się mną. - uśmiechnąłem się kojąco, nie chciałem mu dokładać też swoich problemów.
- Powodzenia. - dodałem na wszelki wypadek, mimo iż nie znałem celu ich pośpiechu.
- Dziękuję, raz jeszcze. - brunet uścisnął mnie jeszcze raz i wyszedł z budynku.
Było to dość krótkie spotkanie ale i tak cieszyłem się że mnie nie zabił, czy coś. Nadal jednak byłem bez dachu nad głową, nie wiedziałem kiedy Sean wróci i co się będzie działo a tym bardziej byłem bez grosza przy duszy. Zadzwoniłem więc po białowłosego chłopaka spod lotniska. Kto wie może pobyt w kraju miłości nie będzie taki zły?

Sean?