- Raven? Co ty tu do cholery robisz o tej godzinie? - spytał chłopak wyraźnie zaspany.
Jeszcze przez chwilę rozmasowywałam czoło.
-Jestem a co mam robić? - westchnęłam.
- Wybacz to było nie chcący -
- Wziąłeś leki? - spytałam przypominając sobie główny cel wizyty.
- Jakie leki? - spojrzał na mnie jakbym zaczęła mówić co najmniej po chińsku.
- Boże Andy, no te które przepisał ci lekarz! Co z tobą? Jesteś cały spocony! - przyłożyłam mu rękę do czoła, a chłopak coś zaczął mamrotać pod nosem ciche na co posłałam mu zdziwiony wzrok.
- Masz gorączkę? - spytałam.
- Mhm. Okrągłe i całe czterdzieści stopni. -chłopak opadł na poduszkę.
Nie no, zwarjuję z nim. Zapewne wstał o niebotycznej godzinie i poszedł spać zamiast wziąć leki, które mają mu pomóc.
- Czyli nie wziąłeś leków?! - spytałam unosząc ton.
Poszłam po leki oraz nalałam do szklanki wody. Z przygotowanym ''zestawem'' poszłam do Andy'ego i uklęknęłam obok niego na łóżku.
- Połknij to - szturchnęłam go w ramię by zwrócić na siebie jego uwagę.
- Pierdol się, chcę spać. - wymamrotał.
- Mam cię znowu rozebrać? - westchnęłam.
Andy na szczęście podniósł się i spojrzał na mnie nieprzytomnie.
- Chciałabyś - wziął leki i połknął wszystko odkładając szklankę na stolik. Ja natomiast spojrzałam na niego zwycięsko.
- A teraz masz - wcisnęłam mu rogalika do ust, bo znając życie zacząłby narzekać. - Dostawa prosto do jamy ustnej. Życzę smacznego! - uśmiechnęłam się zwycięsko i zaczęłam jeść swojego rogalika.
Usiadłam wygodnie na moim łóżku, przykryłam się kocykiem, który swoją drogą był bardzo miękki i oparłam się plecami o ścianę.
- To co będziemy robić? - spytałam.
Chłopak patrzył na mnie bez słowa, jedząc śniadanie. Po chwili owinąłem się kołdrą, by wystawał mu tylko nos. Zaczęłam się śmiać, na co Andy posłał mi zdziwione spojrzenie.
- Zabawnie wyglądasz. Jak naburmuszona kaczka w kokonie. - wręcz dusiłam się ze śmiechu.
Andy też się uśmiechnął. Z czasem, ale jednak.
- O czyli nasza naburmuszona kaczusia umie się uśmiechnąć! - znów zażartowałam.
- Gdzie ci kurwa przypominam kaczkę? - zaśmiał się, ściągając kołdrę i zasiadł obok mnie po turecku.
- Hmmm... Pomyślmy; zachowujesz się podobnie i jakby cię trochę podkoloryzował to byś podobnie wyglądał - zaczęłam wyliczać.
- No dzięki wiesz - spojrzał na mnie wzrokiem w stylu ''nie mów do mnie więcej''.
Na odpowiedź wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się słodko. Chłopak skończył śniadanie i tak trwaliśmy w ciszy.
- Pozbawiłaś mnie koca - powiedział w pewnym momencie.
- Co? - spytałam nie do końca rozumiejąc o co mu chodzi. Nie oceniajcie mnie. Po prostu się zamyśliłam i nie zrozumiałam sensu jego wypowiedzi.
- Zabrałaś mi koc - zrobił naburmuszoną minę.
- No cóż. Bywa - zaśmiałam się.
- Teraz będzie mi zimno -
- Przecież masz kołdrę.
- Ale ja chce koc - chyba się obraził.
- Naah, chodź tu - powiedziałam rozkładając ręce i dając mu dostęp do koca. Mimo wszystko nie mam zamiaru mu go oddać.
Chłopak przysunął się i objął mnie ramionami wtulając się we mnie. Złożyłam ręce przykrywając nas kocem. W pewnym momencie znowu przyłożyłam rękę do jego czoła. Na szczęście było chłodniejsze niż rano.
- To jakie plany na dziś? - spytałam.
- Ja będę leżeć pod kocykiem. Nie wiem jak ty - mruknął bardziej się we mnie wtulając.
Oparłam swoją głowę o jego i przymknęłam oczy. W trakcie choroby Andy widocznie złagodniał. W sumie to dobrze. Wyciągnęłam nogi przed siebie, gdyż zaczęło mi się robić niewygodnie. Było cieplutko i nawet wygodnie. Naciągnęłam bardziej koc i znów wróciłam do poprzedniej pozycji. Po kilku minutach zaczęło mi się robić coraz cieplej. Nie żeby coś, ale budynek jest ogrzewany, na dworze też nie jest przerażająco zimno, więc zaczęło się robić gorąco. Nie pomagał mi w tym koc i Andy, który leżał w połowie na mnie i najwyraźniej zasnął. Stęknęłam próbując się jakoś ułożyć. Może przy odrobinie szczęścia też zasnę. Niestety moje próby zsunięcia się niżej poszły na marne. Chłopak leżał jak zabity przygniatając mnie do łóżka.
- Andy cholero jedna wstań ze mnie - stęknęłam i próbowałam się ruszyć.
Niestety nadal nic.
- Ej, ja mówię poważnie - spojrzałam w dół. Nadal nic. Wydęłam wargi - Bo zacznę krzyczeć - zagroziłam.
I znów zero reakcji.
- Okej. Chcesz to masz. Nie moja wina jak się zlecą ludzie czy coś. Powiem, że mnie chciałeś zgwałcić. - zabiję tego człowieka.
- Andy! Pomocy! Pomóż mi! - zaczęłam się wydzierać, a chłopak jak poparzony usiadł na łóżku zaczynając się rozglądać.
- Co? Co się dzieje? - spytał nadal szukając zagrożenia.
- Nic - wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się słodko.- O ty jędzo - mruknął i przybliżył się.
Na odpowiedź wystawiłam mu język. Tak wiem. To bardzo dojrzałe. Jednak tego co się stało później to się nie spodziewałam. Andy usiadł na mnie w sekundę i zaczął łaskotać, a ja zaczęłam śmiać się jak opętana. Machałam nogami w powietrzu jednak to nic nie dało.
- P-przestać - udało mi się wyjąkać w tej slawie śmiechu.
Zaczęłam machać rękoma próbując złapać jego dłonie w swoje. W końcu mi się to udało. Złapałam kilka oddechów by wyrównać swoje funkcje życiowe.
- Okej, dosyć - zaśmiałam się.
- Niech ci będzie - chłopak spojrzał na zegarek i zmarszczył brwi.
Widocznie coś mu się przypomniało. A mi się przypomniało, że znajdujemy się w dość dziwnej pozycji. Chrząknęłam cicho.
- Eeee, mógłbyś ze mnie zejść? - zapytałam.
- A jeśli powiem nie?
- To cię kopnę w plecy, a uwierz, specjalnie wezmę większy zamach - uśmiechnęłam się słodko.- No okej, okej - podniósł się ze mnie i poszedł do jakiegoś pokoju.
Po kilku minutach wrócił już ubrany.
- Muszę wyjść na chwilę. Zaraz będę - powiedział i opuścił pomieszczenie.
Uśmiechnęłam się diabelsko i zeskoczyłam z łóżka. W czasie jego nieobecności mogę trochę pogrzebać w jego rzeczach. Co z tego, że to nie mój pokój. Takie życie. Mógł mnie wywalić i zamknąć drzwi na klucz. Najpierw otworzyłam szufladę w szafce nocnej. W sumie nic ciekawego oprócz jakiś kartek i o zgrozo kolczyków. Złapałam je i podeszłam do lustra. W sumie ciężko mi stwierdzić, które są do czego, ale co mi tam. Złapałam czarne kółeczko i otworzyłam to coś. Przyłożyłam sobie do dolnej wargi. Wyglądam jak upośledzona buntowniczka. Szybko znudziłam się tym, więc odłożyłam je na swoje miejsce i zaczęłam dalsze poszukiwania. Podeszłam do biurka i usiadłam na fotelu. Zdecydowanie je polubiłam, było mega wygodne i miękkie. Niech się ze mną zamieni, proszę. Okręciłam się pare razy i zatrzymałam się przed biurkiem. W sumie znowu nic ciekawego. Jakieś książki, luźnie kartki, pare zdjęć, długopisy i inne pierdołki.Znudzona wróciłam na łóżko i wzięłam koc. Owinęłam się nim, ale tym razem głowę położyłam na poduszce. Było cieplutko i przyjemnie. I w sumie muszę przyznać, że Andy ma bardzo wygodne łóżko. Gdy otworzyłam oczy było już szaro, a w pokoju panował półmrok. Poczułam, że mam na sobie koc, jednak teraz był położony normalnie. Przetarłam oczy i powoli podniosłam się do pozycji siedzącej.
- Co jest? - szepnęłam.
Spojrzałam przed siebie. Na podłodze leżało mnóstwo kartek; niektóre były całe, inne pogniecione lub rozdarte. Jeszcze raz przetarłam oczy i obraz widzenia w końcu mi się wyostrzył.
- O, widzę, ze księżniczka raczyła wstać - usłyszałam głos.
Zmrużyłam oczy i rozejrzałam się po pokoju. W końcu dostrzegłam Andy'ego siędzącego w tym bałaganie.
- Która jest godzina? - spytałam lekko ochrypniętym głosem.
- Po szesnastej -
- Okej... Wziąłeś leki? -
Na odpowiedź dostałam wzruszenie rękami.
- Andyyy - przeciągnęłam - Chcesz być chory bardziej? Wylądować w szpitalu chcesz? - mruknęłam wstając i idąc do kuchni. Przygotowałam ten sam zestaw co rano i podałam go chłopakowi.
- Współpracuj, a nie - zaśmiałam się patrząc jak Andy z niechęcią przyjmuje leki.
Pokręciłam głową na boki nie wierząc w jego zachowanie. Stary z niego koń, a tak się zachowuje.
- No to ruszaj dupsko. Nie będziesz tu siedział cały wieczór - zaśmiałam się trącając go stopą.
- Niech ci będzie - mruknął i podniósł się.
Z mojej perspektywy wyglądał jak bardzo stary człowiek, który nie może podnieść się z fotela, bo mu się mięśnie zastały.
- Jeny, Andy ile ty masz lat? - zaśmiałam się i rzuciłam się na sofę.
- Dwadzieścia jeden - też się zaśmiał i zasiadł obok mnie.
Na szczęście jako pierwsza złapałam pilota, więc to do mnie należał wybór filmu. Ze zwycięskim uśmiechem zaczęłam przeglądać kanały.
- No widzisz, a zachowujesz się jak stary koń - powiedziałam nadal szukając jakiegoś filmu.- Oddaj mi tego pilota - usłyszałam, a po chwili przed moim nosem pojawiła się dłoń chłopaka.
- Nie. Ja byłam pierwsza - zaśmiałam się.
- Ale ty masz fatalny gust - jęknął.
- Nie obchodzi mnie twoje zdanie - wytknęłam na niego język.
- Jeszcze raz mi pokażesz ten język to ci go odgryzę - ostrzegł.
Wzruszyłam ramionami wracając do przeglądania telewizji.
- Andyyy - jęknęłam.
- Czego? - spytał spoglądając na mnie.
- Nie ma nic ciekawego - wydęłam dolną wargę i zrobiłam minę zbitego pieska.
- Mówiłem, że źle szukasz filmów. Daj mi tego pilota - podałam mu urządzenie, a chłopak zaczął szukać czegoś ciekawego.
Po chwili Andy jednak stwierdził, że też nie może nic znaleźć.
- A nie mówiłam! To nie ja mam zły gust tylko nic nie ma! - wykrzyknęłam szczęśliwa.
- Nie podniecaj się tak - zaśmiał się.
Spojrzałam na niego ze zmrużonymi oczami.
- Co? - spytał.
- Czy ty się ze mnie naśmiewałeś? - spytałam mając nadal tę samą minę.
- Nie wiem, może -
- I to ja jestem jędzą - mruknęłam.
Wstałam z sofy i podeszłam do łóżka. Wzięłam koc i zawinęłam się w kokon.
- Co ty wyprawiasz? - usłyszałam śmiech.
- Leże i regeneruje siły bo straciłam je przez twoją głupotę - uśmiechnęłam się do niego słodko po czym znowu odwróciłam stronę poduszki.
Andyyyy? 1630 słów B) pobij to hyhy XDD
piątek, 1 czerwca 2018
Od Demi cd. Anastaci
Po skończonych zajęciach z pierwszej pomocy, ruszyłam szybko w stronę stajni. Jakże wielkim plusem był fakt, że od samego rana mogłam już być w bryczesach. Gdy weszłam do wielkiego budynku, w którym przebywały prywatne konie, mój zegarek wskazywał godzinę 8:47. Ku mojemu zdziwieniu, przy boksie Izela stała dziewczyna, która dzisiaj rano zaatakowała mnie drzwiami. O ile dobrze pamiętam, miała na imię Anastacia.
-Witaj ponownie. Co Cię sprowadza do tego cudownego wałacha? - Mówiłam rozbawiona, podchodząc do boksu.
-Szczerze mówiąc to przyszłam zwiedzać. Zauważyłam, że nasze konie będą stały obok sobie. Fajnie, nieprawda? - Zapytała.
-Z pewnością. - Odpowiedziałam z uśmiechem na ustach.
-Masz teraz jakieś zajęcia? - Spojrzała na mnie.
-A no owszem. Krótki poranny teren dla grupy sportowej. - Powiedziałam idąc w stronę siodlarni. -Jeżeli chcesz to mogę Ci pokazać gdzie przechowujemy szczotki, siodła i tym podobne. - Rzuciłam przed wejściem do pomieszczenia nieco oddalonego od boksów.
-Jasne. - Odpowiedziała i ruszyłam za mną.
-Siodło, czaprak, ogłowie, owijki, uwiąz i miękka szczotka. - Mruknęłam zamyślona. -To chyba wszystko czego potrzebuję. W każdym razie, to jest nasza siodlarnia. Każdy koń ma swoje wyposażenie, szczotki i równe takie pierdoły. Niech zgadnę, twój koń nazywa się Jelly? - Zapytałam.
-Skąd wiedziałaś? - Odpowiedziała pytaniem.
-Bo tak jest podpisany jedyny wolny wieszak. - Zaśmiałam się pod nosem i zabierając potrzebne mi rzeczy, wyszłam z pokoju.
-W sumie to logiczne... - Mówiła idąc za mną.
Chwyciłam za uwiąz, który wisiał na wieszaku przy boksie i otworzyłam drzwiczki. Po chwili, wałach stał przywiązany do boksu na korytarzu, w tym czasie przyjechałam po nim kilka razy miękką szczotką.
-Nie będę Cię tak dokładnie czyścić bo robiłam to rano. - Mruczałam do konia.
-Mogę Ci w czymś pomóc? - Powiedziała dziewczyna stojąca obok mnie.
-Szczerze mówiąc to bardzo chętnie, ale Izel ma to do siebie, że nie jest za bardzo ufny. - Skwasiłam się nieco mówiąc o tym.
-Rozumiem. Przejdę się zobaczyć jak idize innym. - Uśmiechnęła się lekko i zaczęła chodzić po stajni w poszukiwaniu innych jeźdźców.
Wróciłam do ubierania konia, jednym ruchem zarzuciłam na niego czaprak a następnie siodło. Po chwili miał już również założone owijki a ja skończyłam zakładać ogłowie. Spojrzałam an zegarek, który pokazywał, że mamy jeszcze pięć minut. Podniosłam z ziemi toczek i założyłam go na głowę. Nudząc się trochę, chwyciłam za wodze i wyprowadziłam wałacha ze stajni. Delikatnie się odbiłam i już patrzyłam na świat z grzbietu mojego przyjaciela. Widząc, iż moi koledzy z grupy jeszcze szykują konie, postanowiłam zataczać kółka, aby trochę rozstępować konia. Po nie całych dziesięciu minutach byliśmy już gotowi.
-Jak wrócę to pogadamy. Pa - Rzuciłam do dziewczyny i ruszyłam za grupą.
< Anastacia?>
-Witaj ponownie. Co Cię sprowadza do tego cudownego wałacha? - Mówiłam rozbawiona, podchodząc do boksu.
-Szczerze mówiąc to przyszłam zwiedzać. Zauważyłam, że nasze konie będą stały obok sobie. Fajnie, nieprawda? - Zapytała.
-Z pewnością. - Odpowiedziałam z uśmiechem na ustach.
-Masz teraz jakieś zajęcia? - Spojrzała na mnie.
-A no owszem. Krótki poranny teren dla grupy sportowej. - Powiedziałam idąc w stronę siodlarni. -Jeżeli chcesz to mogę Ci pokazać gdzie przechowujemy szczotki, siodła i tym podobne. - Rzuciłam przed wejściem do pomieszczenia nieco oddalonego od boksów.
-Jasne. - Odpowiedziała i ruszyłam za mną.
-Siodło, czaprak, ogłowie, owijki, uwiąz i miękka szczotka. - Mruknęłam zamyślona. -To chyba wszystko czego potrzebuję. W każdym razie, to jest nasza siodlarnia. Każdy koń ma swoje wyposażenie, szczotki i równe takie pierdoły. Niech zgadnę, twój koń nazywa się Jelly? - Zapytałam.
-Skąd wiedziałaś? - Odpowiedziała pytaniem.
-Bo tak jest podpisany jedyny wolny wieszak. - Zaśmiałam się pod nosem i zabierając potrzebne mi rzeczy, wyszłam z pokoju.
-W sumie to logiczne... - Mówiła idąc za mną.
Chwyciłam za uwiąz, który wisiał na wieszaku przy boksie i otworzyłam drzwiczki. Po chwili, wałach stał przywiązany do boksu na korytarzu, w tym czasie przyjechałam po nim kilka razy miękką szczotką.
-Nie będę Cię tak dokładnie czyścić bo robiłam to rano. - Mruczałam do konia.
-Mogę Ci w czymś pomóc? - Powiedziała dziewczyna stojąca obok mnie.
-Szczerze mówiąc to bardzo chętnie, ale Izel ma to do siebie, że nie jest za bardzo ufny. - Skwasiłam się nieco mówiąc o tym.
-Rozumiem. Przejdę się zobaczyć jak idize innym. - Uśmiechnęła się lekko i zaczęła chodzić po stajni w poszukiwaniu innych jeźdźców.
Wróciłam do ubierania konia, jednym ruchem zarzuciłam na niego czaprak a następnie siodło. Po chwili miał już również założone owijki a ja skończyłam zakładać ogłowie. Spojrzałam an zegarek, który pokazywał, że mamy jeszcze pięć minut. Podniosłam z ziemi toczek i założyłam go na głowę. Nudząc się trochę, chwyciłam za wodze i wyprowadziłam wałacha ze stajni. Delikatnie się odbiłam i już patrzyłam na świat z grzbietu mojego przyjaciela. Widząc, iż moi koledzy z grupy jeszcze szykują konie, postanowiłam zataczać kółka, aby trochę rozstępować konia. Po nie całych dziesięciu minutach byliśmy już gotowi.
-Jak wrócę to pogadamy. Pa - Rzuciłam do dziewczyny i ruszyłam za grupą.
< Anastacia?>
Podsumowanie Maja!
Uczniowie
Demi Adams
Co daje nam 2 nowe postaci!
Odeszli od nas Silvester, Alva i Nancy.
Aktualnie jest nas: 35!
Serie
Aktualne - Wszystkie serie pozostają aktualne.
Rekord słów - chwilowo zawieszony.
Zakończone - -
Przypomnienia -
Wkrótce wszystko się pojawi!
Nieobecności -
• Dean i Cassie informują o nieobecności na czas nieokreślony.
• Rush - nieobecność na czas nieokreślony
• Nieobecność Yin'a została zakończona.
Pozostałe
W budowie jest zakładka "administracja", aktualizuję kadrę i konie szkoły. Pojawią się też konie do kupienia. Maj jest miesiącem, gdzie każdy poprawia oceny, skupia się na nauce i testach, więc wynik 19 postów nie należy do najgorszych. Fakt, mogło być lepiej, ale szkoła jest ważniejsza od blogów. W roku 2018 jak na razie najaktywniejszym miesiącem dalej pozostaje styczeń.
Na dniach, może nawet dzisiaj, pojawi się event.
Miłego,
Shaddie~
Miłego,
Shaddie~
czwartek, 31 maja 2018
Od Andy'ego cd. Raven
Usłyszałem pukanie do drzwi, po czym drzwi otworzyły się z hukiem. Przekręciłem się w stronę sprawcy owego hałasu. Był to nie kto inny jak Raven... Spojrzałem na nią pogardliwie, nie żeby coś ale trochę kultury się mogłem spodziewać, chyba. Uniosła brew i spojrzała na mnie zdziwiona jakby przed sekundą, wparowała do mojego pokoju.
- A gdybym się teraz przebierał? - spytałem spoglądając na nią jednoznacznie.
- To bym popatrzyła. - uśmiechnęła się zadziornie. Chyba lubię jej te wyzywające uśmieszki.
- Skoro chcesz... - zaśmiałem się i szybkim ruchem zdjąłem koszulkę, rzucając ją gdzieś na bok. - I tak było mi gorąco. - wzruszyłem ramionami. Czułem na sobie pożerający mnie wzrok Rav, spojrzałem na nią wymownie.
- Spodni nie musisz. - powiedziała podpierając się rękoma na biodrach. - Ale możesz - oparła.
Zastanawiałem się czy to co teraz mówi to kolejna jej głupia zabawa czy ona tak serio.
- Może mam ci pomóc? - spytała przerywając ciszę. (No, no tak napalona to była moja była)
- Skoro nalegasz. - uśmiechnąłem się przebiegle i rozłożyłem ramiona.
Podeszła do mnie i złapała od sznurki od spodni. Patrzyła mi w oczy jakby próbowała wyczuć co zrobię, ciężko przełknąłem ślinę. No nie powiem, znaleźliśmy się w dość ciekawej sytuacji. Rozwiązała supełek, nadal na mnie patrząc. Robiła to tak podniecająco że chyba miałem ochotę ją pocałować. Przysunąłem się lekko, pochylając głowę.
- Przepraszam, ale mój czas przeznaczony dla pana się skończył - powiedziała poważnym tonem. -proszę się ubrać i idziemy do lekarza - oświadczyła.
- Co? - spojrzałem na nią zdezorientowany.
- Coś się nie podoba? - zapytała. - Chłopie, ogarnij życie. Bierz jakieś ubrania i wychodzimy - powiedziała nie dając mi dojść do głosu.
Zabiję ją kiedyś za to i tyle... Mimowolnie oddaliłem się i zacząłem przygotowywać do wyjścia. Po paru minutach byłem już przygotowany, wziąłem jeszcze tylko najpotrzebniejsze rzeczy, jakieś dokumenty i kluczyki do auta. Zamknąłem drzwi na klucz i ruszyliśmy w stronę wyjścia.
- Powinieneś założyć czapkę - powiedziała kiedy byliśmy przy drzwiach. Prychnąłem tylko i wyszedłem na zewnątrz, kierując się w stronę akademickiego parkingu. Nagle zauważyłem że dziewczyna idzie w drugą stronę.
- Gdzie ty idziesz? - spytałem.
- No, na przystanek? -
- Mam samochód. Chodź - westchnąłem i ruszyłem przed siebie. Byliśmy w końcu na parkingu, parę chwil zajęło mi odnalezienie auta. Dziewczyna jak go zobaczyła od razu westchnęła. Szczerze mówiąc zaczął bym się z niej śmiać ale nie mam jakoś do tego nastroju. Wsiadłem do mojego forda gt i odetchnąłem chwilę, zawsze jak się do niego wchodziło miał zajebisty zapach. Po chwili przeniosłem wzrok na Raven, która nie zwracała uwagi na to że jestem już w środku. Uruchomiłem silnik, głośno zawarczał co dość szybko obudziło dziewczynę i grzecznie wsiadła do auta. Ruszyłem szybko, ignorując Rav z wzajemnością, po czym skupiłem się na drodze. Po paru minutach znaleźliśmy jakąś klinikę, weszliśmy do środka i po wypełnieniu paru dokumentów wszedłem do gabinetu. Po dość szybkim badaniu, okazało się że to zapalenie ucha. Naprawdę już miałem wszystkiego dość, chciałem wrócić i w spokoju odpocząć. Po wypisaniu recepty i jeszcze kilku minut przysłowiowego pierdolenia, mogłem w końcu wyjść. Na korytarzu stała Raven, wstała i podeszła do mnie.
- I jak? - spytała.
- Zapalenie ucha. Na szczęście dość szybko wykryte - mruknąłem. Wyszliśmy z przychodni i skierowaliśmy się w stronę transportu. W drodze powrotnej zajechałem do apteki i kupiłem zalecone leki. Rav całą drogę czytała kartkę z zaleceniami lekarza co trochę mnie zaniepokoiło. W końcu dotarliśmy pod akademię, zaparkowałem auto po czym każde z nas rozeszło się w swoją stronę. Resztę dnia spędziłem na bezsensownym oglądaniu Sherlocka bo cóż miałem do roboty. Ogólnie tak się wciągnąłem, że zapomniałem zamknąć pokój czy wziąć leki. Maks na szczęście zaoferował że przenocuje u koleżanki, na co przystałem gdyż nie chciałem mu się naprzykrzać czy go zarazić. W końcu jednak poszedłem spać.
***
Obudziłem się niestety dość wcześnie i nie mogłem ponownie zasnąć. Wstałem na parę minut i zmierzyłem temperaturę, prawie czterdzieści stopni... Wróciłem do łóżka, ambitnie nie próbując wziąć leków. Próbowałem jakoś odpocząć, miałem nadzieję że poczuje się lepiej ale ciągle majaczyłem i byłem cały spocony. Po chwili jakby wyczułem jak ktoś się nade mną pochyla więc podniosłem się do góry, jednak zbyt gwałtownie bo zderzyliśmy się z tym kimś czołami. Złapałem się za bolące miejsce i usiadłem na łóżku, dłuższą chwilę mi zajęło odzyskanie kontaktu ze światem.
- Raven? Co ty tu do cholery robisz o tej godzinie? - jej twarz robiła się coraz wyraźniejsza.
-Jestem a co mam robić? - westchnęła pocierając czoło.
- Wybacz to było nie chcący - wybroniłem się.
- Wziąłeś leki?
- Jakie leki? - spojrzałem na nią jakby nie rozumiejąc słów.
- Boże Andy, no te które przepisał ci lekarz! Co z tobą? Jesteś cały spocony! - poczułem jak przykłada mi rękę do czoła, wymamrotałem ciche "zabierz mi to coś z głowy" na co odpowiedzią był jej zdziwiony wzrok.
- Masz gorączkę? - uroczo brzmiała pytając się mnie tak opiekuńczo.
- Mhm. Okrągłe i całe czterdzieści stopni. - westchnąłem opadając w poduszkę.
- Czyli nie wziąłeś leków?! - spytała unosząc ton, jednak jako tako byłem lekko nie przytomny więc nie dostała odpowiedzi. Usłyszałem przytłumione kroki przez poduszkę po czym lekkie ugięcie się materaca.
- Połknij to - szturchnęła mnie stanowczo w ramię.
- Pierdol się, chcę spać. - wymamrotałem w poduszkę.
- Mam cię znowu rozebrać? - westchnęła. Podniosłem się i spojrzałem na nią nieprzytomnie.
- Chciałabyś - odpowiedziałem jej, wziąłem szklankę wody i połknąłem leki. Odłożyła szklankę na szafkę nocną i spojrzała na mnie zwycięsko.
- A teraz masz - wcisnęła mi rogalika do ust nim zdążyłem coś jeszcze dodać. - Dostawa prosto do jamy ustnej. Życzę smacznego! - uśmiechnęła się zwycięsko po czym zaczęła jeść swojego rogalika. Usiadła wygodnie na moim łóżku, przykrywając się kocykiem plecami opierając o ścianę i uśmiechnęła się do mnie.
- To co będziemy robić? - spytała. Patrzyłem na nią bez słowa, jedząc swoje jakże dobre śniadanie. Owinąłem się kołdrą, na tyle by wystawał mi ledwo nos. Usłyszałem śmiech Rav, spojrzałem na nią zdziwiony.
- Zabawnie wyglądasz. Jak naburmuszona kaczka w kokonie. - wręcz dusiła się ze śmiechu. No cóż, muszę przyznać to było zabawne. Uśmiechnąłem się lekko.
- O czyli nasza naburmuszona kaczusia umie się uśmiechnąć! - zażartowała ponownie, widząc że mnie to bawi.
- Gdzie ci kurwa przypominam kaczkę? - zaśmiałem się, ściągając kołdrę i siadając obok niej także po turecku i dokańczając śniadanie.
Rav? B) Całe 1065 słów xD duma bo dawno tak dużo nie pisałam
- A gdybym się teraz przebierał? - spytałem spoglądając na nią jednoznacznie.
- To bym popatrzyła. - uśmiechnęła się zadziornie. Chyba lubię jej te wyzywające uśmieszki.
- Skoro chcesz... - zaśmiałem się i szybkim ruchem zdjąłem koszulkę, rzucając ją gdzieś na bok. - I tak było mi gorąco. - wzruszyłem ramionami. Czułem na sobie pożerający mnie wzrok Rav, spojrzałem na nią wymownie.
- Spodni nie musisz. - powiedziała podpierając się rękoma na biodrach. - Ale możesz - oparła.
Zastanawiałem się czy to co teraz mówi to kolejna jej głupia zabawa czy ona tak serio.
- Może mam ci pomóc? - spytała przerywając ciszę. (No, no tak napalona to była moja była)
- Skoro nalegasz. - uśmiechnąłem się przebiegle i rozłożyłem ramiona.
Podeszła do mnie i złapała od sznurki od spodni. Patrzyła mi w oczy jakby próbowała wyczuć co zrobię, ciężko przełknąłem ślinę. No nie powiem, znaleźliśmy się w dość ciekawej sytuacji. Rozwiązała supełek, nadal na mnie patrząc. Robiła to tak podniecająco że chyba miałem ochotę ją pocałować. Przysunąłem się lekko, pochylając głowę.
- Przepraszam, ale mój czas przeznaczony dla pana się skończył - powiedziała poważnym tonem. -proszę się ubrać i idziemy do lekarza - oświadczyła.
- Co? - spojrzałem na nią zdezorientowany.
- Coś się nie podoba? - zapytała. - Chłopie, ogarnij życie. Bierz jakieś ubrania i wychodzimy - powiedziała nie dając mi dojść do głosu.
Zabiję ją kiedyś za to i tyle... Mimowolnie oddaliłem się i zacząłem przygotowywać do wyjścia. Po paru minutach byłem już przygotowany, wziąłem jeszcze tylko najpotrzebniejsze rzeczy, jakieś dokumenty i kluczyki do auta. Zamknąłem drzwi na klucz i ruszyliśmy w stronę wyjścia.
- Powinieneś założyć czapkę - powiedziała kiedy byliśmy przy drzwiach. Prychnąłem tylko i wyszedłem na zewnątrz, kierując się w stronę akademickiego parkingu. Nagle zauważyłem że dziewczyna idzie w drugą stronę.
- Gdzie ty idziesz? - spytałem.
- No, na przystanek? -
- Mam samochód. Chodź - westchnąłem i ruszyłem przed siebie. Byliśmy w końcu na parkingu, parę chwil zajęło mi odnalezienie auta. Dziewczyna jak go zobaczyła od razu westchnęła. Szczerze mówiąc zaczął bym się z niej śmiać ale nie mam jakoś do tego nastroju. Wsiadłem do mojego forda gt i odetchnąłem chwilę, zawsze jak się do niego wchodziło miał zajebisty zapach. Po chwili przeniosłem wzrok na Raven, która nie zwracała uwagi na to że jestem już w środku. Uruchomiłem silnik, głośno zawarczał co dość szybko obudziło dziewczynę i grzecznie wsiadła do auta. Ruszyłem szybko, ignorując Rav z wzajemnością, po czym skupiłem się na drodze. Po paru minutach znaleźliśmy jakąś klinikę, weszliśmy do środka i po wypełnieniu paru dokumentów wszedłem do gabinetu. Po dość szybkim badaniu, okazało się że to zapalenie ucha. Naprawdę już miałem wszystkiego dość, chciałem wrócić i w spokoju odpocząć. Po wypisaniu recepty i jeszcze kilku minut przysłowiowego pierdolenia, mogłem w końcu wyjść. Na korytarzu stała Raven, wstała i podeszła do mnie.
- I jak? - spytała.
- Zapalenie ucha. Na szczęście dość szybko wykryte - mruknąłem. Wyszliśmy z przychodni i skierowaliśmy się w stronę transportu. W drodze powrotnej zajechałem do apteki i kupiłem zalecone leki. Rav całą drogę czytała kartkę z zaleceniami lekarza co trochę mnie zaniepokoiło. W końcu dotarliśmy pod akademię, zaparkowałem auto po czym każde z nas rozeszło się w swoją stronę. Resztę dnia spędziłem na bezsensownym oglądaniu Sherlocka bo cóż miałem do roboty. Ogólnie tak się wciągnąłem, że zapomniałem zamknąć pokój czy wziąć leki. Maks na szczęście zaoferował że przenocuje u koleżanki, na co przystałem gdyż nie chciałem mu się naprzykrzać czy go zarazić. W końcu jednak poszedłem spać.
***
Obudziłem się niestety dość wcześnie i nie mogłem ponownie zasnąć. Wstałem na parę minut i zmierzyłem temperaturę, prawie czterdzieści stopni... Wróciłem do łóżka, ambitnie nie próbując wziąć leków. Próbowałem jakoś odpocząć, miałem nadzieję że poczuje się lepiej ale ciągle majaczyłem i byłem cały spocony. Po chwili jakby wyczułem jak ktoś się nade mną pochyla więc podniosłem się do góry, jednak zbyt gwałtownie bo zderzyliśmy się z tym kimś czołami. Złapałem się za bolące miejsce i usiadłem na łóżku, dłuższą chwilę mi zajęło odzyskanie kontaktu ze światem.
- Raven? Co ty tu do cholery robisz o tej godzinie? - jej twarz robiła się coraz wyraźniejsza.
-Jestem a co mam robić? - westchnęła pocierając czoło.
- Wybacz to było nie chcący - wybroniłem się.
- Wziąłeś leki?
- Jakie leki? - spojrzałem na nią jakby nie rozumiejąc słów.
- Boże Andy, no te które przepisał ci lekarz! Co z tobą? Jesteś cały spocony! - poczułem jak przykłada mi rękę do czoła, wymamrotałem ciche "zabierz mi to coś z głowy" na co odpowiedzią był jej zdziwiony wzrok.
- Masz gorączkę? - uroczo brzmiała pytając się mnie tak opiekuńczo.
- Mhm. Okrągłe i całe czterdzieści stopni. - westchnąłem opadając w poduszkę.
- Czyli nie wziąłeś leków?! - spytała unosząc ton, jednak jako tako byłem lekko nie przytomny więc nie dostała odpowiedzi. Usłyszałem przytłumione kroki przez poduszkę po czym lekkie ugięcie się materaca.
- Połknij to - szturchnęła mnie stanowczo w ramię.
- Pierdol się, chcę spać. - wymamrotałem w poduszkę.
- Mam cię znowu rozebrać? - westchnęła. Podniosłem się i spojrzałem na nią nieprzytomnie.
- Chciałabyś - odpowiedziałem jej, wziąłem szklankę wody i połknąłem leki. Odłożyła szklankę na szafkę nocną i spojrzała na mnie zwycięsko.
- A teraz masz - wcisnęła mi rogalika do ust nim zdążyłem coś jeszcze dodać. - Dostawa prosto do jamy ustnej. Życzę smacznego! - uśmiechnęła się zwycięsko po czym zaczęła jeść swojego rogalika. Usiadła wygodnie na moim łóżku, przykrywając się kocykiem plecami opierając o ścianę i uśmiechnęła się do mnie.
- To co będziemy robić? - spytała. Patrzyłem na nią bez słowa, jedząc swoje jakże dobre śniadanie. Owinąłem się kołdrą, na tyle by wystawał mi ledwo nos. Usłyszałem śmiech Rav, spojrzałem na nią zdziwiony.
- Zabawnie wyglądasz. Jak naburmuszona kaczka w kokonie. - wręcz dusiła się ze śmiechu. No cóż, muszę przyznać to było zabawne. Uśmiechnąłem się lekko.
- O czyli nasza naburmuszona kaczusia umie się uśmiechnąć! - zażartowała ponownie, widząc że mnie to bawi.
- Gdzie ci kurwa przypominam kaczkę? - zaśmiałem się, ściągając kołdrę i siadając obok niej także po turecku i dokańczając śniadanie.
Rav? B) Całe 1065 słów xD duma bo dawno tak dużo nie pisałam
środa, 30 maja 2018
Od Ricka cd. Viktorii
Przyjęła prezent dość niepewnie i odłożyła koło siebie. Spoglądała na mnie dziwnym wzrokiem.
- Wybacz, nic nie mam teraz... - burknęła. Wzruszyłem tylko ramionami, nie zależało mi na prezentach. Prawie nigdy ich nie dostawałem, nawet we własne urodziny czy jakiekolwiek inne święto, więc jeden dzień nie robił mi różnicy. Rosalie dała mi jakąś książkę, nie pamiętam tytułu, do tego czekolada z której się bardzo ucieszyłem. Viktoria oznajmiła że zapomniała telefonu i wybiegła z pokoju. Rozmawiałem chwilę z Rossie, usłyszałem pukanie do drzwi więc ruszyłem cztery litery by otworzyć. W drzwiach stała Torii, w rękach miała puchaty koc.
- Wesołych Świąt! - powiedziała, wręczając mi prezent. Wziąłem go i grzecznie podziękowałem. Przesunąłem się chcąc wpuścić dziewczynę, pokręciła głową, złożyła nam jeszcze raz życzenia i poszła do siebie. Wróciłem do Rosalie, która smacznie już spała. Nakryłem ją kołdrą a sam poszedłem na fotel. Nie trudziłem się z pójściem do swojego pokoju, okryłem się kocem od Viktorii i zasnąłem.
***
Zostałem brutalnie obudzony przez Rosalie, która klasycznie z rana musiała puszczać muzykę głośno. No cóż...
Wstałem i zjadłem śniadanie które przygotowała mi siostra, po czym poszedłem do siebie. Ogarnąłem poranną toaletę, nakarmiłem Tajfuna i weże. Po jakimś czasie dostałem wiadomość od Viktorii bym podszedł do stajni. Wręcz wypadłem z pokoju, narzucając na siebie skórzaną kurtkę. Wyszedłem z budynku, zauważyłem Torii razem z szarpiącą się klaczą.
- Tylko mi nie mów, że chcesz jeździć na tym szatanie - powiedziałem, podchodząc bliżej nich i mierząc ją wzrokiem. Uśmiechnęła się do mnie niewinnie.
- Oczywiście że chcę! - odparła z wręcz przerażającą radością. - Ale nie tak od razu, trzeba ją jeszcze przegalopować. - oznajmiła nieco poważniej.
- To na pewno dobry pomysł? - zmierzyłem klacz wzrokiem, nie wyglądała na aniołka. Viktoria przewróciła oczami i westchnęła.
- No co? Martwię się trochę! - w odpowiedzi się zaśmiała.
- Jak na kogoś kto nie ma nic do stracenia to ciekawe. - uśmiechnęła się podle.
- Ty tak serio? - spytałem lekko zażenowany.
- Nie, na żarty. No chodź. - ostatnie słowa wypowiedziała z irytacją jednak postanowiłem już nie reagować. Vi przyśpieszyła tępa, lecz szybko ją dogoniłem. Skupiłem swój wzrok na klaczy Viktorii. Wydawała się dzika i nieokiełznana, jednak tam głęboko tliła się mała iska spokoju. Trzeba ją tylko wydobyć...
(skip tajm bo mi nie pomogłaś więc pisz co chcesz xDD)
Jakoś grubo po południu odstawiliśmy Amidię do boksu, oboje byliśmy zmęczeni po tym co klacz odpieprzała jeszcze parę minut temu.
- Masz szczęście że nie dostałaś, oberwałaś prawie w twarz! - odezwałem się opiekuńczo do Tori jak tylko wyszliśmy ze stajni.
- Nic mi nie jest... Marudzisz jak dziecko. - westchnęła pogardliwie, kierując się do wejścia akademii.
- Mhm, bardzo. Mało brakowało! - odpowiedziałem stanowczo.
- Life is brutal - odezwała się krótko. Szliśmy dłuższą chwilę w ciszy. Gdy zauważyłem kawiarnię blisko, złapałem Vi za łokieć i wciągnąłem do środka. Chwilkę się szarpała jednak szybko odpuściła, poleciłem jej zająć miejsce po czym zamówiłem nam dwa drinki. Dosiadłem się razem z napojami, spojrzała na mnie jak na głupka.
- No chyba jesteś pełnoletnia dziewczynko? No chyba że nie chcesz to ja wypiję. - wzruszyłem ramionami. Viktoria wyrwała mi drinka z dłoni i spojrzała na mnie wymownie.
- Kiedy mi w końcu powiesz coś o sobie? - przerwałem długą ciszę między nami.
- Co masz na myśli? - uniosła brew.
- Ja ci wyjawiłem parę swoich grzeszków. Twoja kolej, opowiedz mi co w życiu robiłaś, robisz albo co masz zamiar zrobić. Może coś o rodzinie? Szkole? - zacząłem wymieniać.
- Dlaczego miałabym Ci to mówić? - dziewczyna jeździła palcem po krawędziach szklanki.
- A masz coś innego do roboty? - pokiwała przecząco głową. - Więc słucham. - uśmiechnąłem się zwycięsko.
Viktoria? W końcu napisane i wiem że to zjebałam
- Wybacz, nic nie mam teraz... - burknęła. Wzruszyłem tylko ramionami, nie zależało mi na prezentach. Prawie nigdy ich nie dostawałem, nawet we własne urodziny czy jakiekolwiek inne święto, więc jeden dzień nie robił mi różnicy. Rosalie dała mi jakąś książkę, nie pamiętam tytułu, do tego czekolada z której się bardzo ucieszyłem. Viktoria oznajmiła że zapomniała telefonu i wybiegła z pokoju. Rozmawiałem chwilę z Rossie, usłyszałem pukanie do drzwi więc ruszyłem cztery litery by otworzyć. W drzwiach stała Torii, w rękach miała puchaty koc.
- Wesołych Świąt! - powiedziała, wręczając mi prezent. Wziąłem go i grzecznie podziękowałem. Przesunąłem się chcąc wpuścić dziewczynę, pokręciła głową, złożyła nam jeszcze raz życzenia i poszła do siebie. Wróciłem do Rosalie, która smacznie już spała. Nakryłem ją kołdrą a sam poszedłem na fotel. Nie trudziłem się z pójściem do swojego pokoju, okryłem się kocem od Viktorii i zasnąłem.
***
Zostałem brutalnie obudzony przez Rosalie, która klasycznie z rana musiała puszczać muzykę głośno. No cóż...
Wstałem i zjadłem śniadanie które przygotowała mi siostra, po czym poszedłem do siebie. Ogarnąłem poranną toaletę, nakarmiłem Tajfuna i weże. Po jakimś czasie dostałem wiadomość od Viktorii bym podszedł do stajni. Wręcz wypadłem z pokoju, narzucając na siebie skórzaną kurtkę. Wyszedłem z budynku, zauważyłem Torii razem z szarpiącą się klaczą.
- Tylko mi nie mów, że chcesz jeździć na tym szatanie - powiedziałem, podchodząc bliżej nich i mierząc ją wzrokiem. Uśmiechnęła się do mnie niewinnie.
- Oczywiście że chcę! - odparła z wręcz przerażającą radością. - Ale nie tak od razu, trzeba ją jeszcze przegalopować. - oznajmiła nieco poważniej.
- To na pewno dobry pomysł? - zmierzyłem klacz wzrokiem, nie wyglądała na aniołka. Viktoria przewróciła oczami i westchnęła.
- No co? Martwię się trochę! - w odpowiedzi się zaśmiała.
- Jak na kogoś kto nie ma nic do stracenia to ciekawe. - uśmiechnęła się podle.
- Ty tak serio? - spytałem lekko zażenowany.
- Nie, na żarty. No chodź. - ostatnie słowa wypowiedziała z irytacją jednak postanowiłem już nie reagować. Vi przyśpieszyła tępa, lecz szybko ją dogoniłem. Skupiłem swój wzrok na klaczy Viktorii. Wydawała się dzika i nieokiełznana, jednak tam głęboko tliła się mała iska spokoju. Trzeba ją tylko wydobyć...
(skip tajm bo mi nie pomogłaś więc pisz co chcesz xDD)
Jakoś grubo po południu odstawiliśmy Amidię do boksu, oboje byliśmy zmęczeni po tym co klacz odpieprzała jeszcze parę minut temu.
- Masz szczęście że nie dostałaś, oberwałaś prawie w twarz! - odezwałem się opiekuńczo do Tori jak tylko wyszliśmy ze stajni.
- Nic mi nie jest... Marudzisz jak dziecko. - westchnęła pogardliwie, kierując się do wejścia akademii.
- Mhm, bardzo. Mało brakowało! - odpowiedziałem stanowczo.
- Life is brutal - odezwała się krótko. Szliśmy dłuższą chwilę w ciszy. Gdy zauważyłem kawiarnię blisko, złapałem Vi za łokieć i wciągnąłem do środka. Chwilkę się szarpała jednak szybko odpuściła, poleciłem jej zająć miejsce po czym zamówiłem nam dwa drinki. Dosiadłem się razem z napojami, spojrzała na mnie jak na głupka.
- No chyba jesteś pełnoletnia dziewczynko? No chyba że nie chcesz to ja wypiję. - wzruszyłem ramionami. Viktoria wyrwała mi drinka z dłoni i spojrzała na mnie wymownie.
- Kiedy mi w końcu powiesz coś o sobie? - przerwałem długą ciszę między nami.
- Co masz na myśli? - uniosła brew.
- Ja ci wyjawiłem parę swoich grzeszków. Twoja kolej, opowiedz mi co w życiu robiłaś, robisz albo co masz zamiar zrobić. Może coś o rodzinie? Szkole? - zacząłem wymieniać.
- Dlaczego miałabym Ci to mówić? - dziewczyna jeździła palcem po krawędziach szklanki.
- A masz coś innego do roboty? - pokiwała przecząco głową. - Więc słucham. - uśmiechnąłem się zwycięsko.
Viktoria? W końcu napisane i wiem że to zjebałam
wtorek, 29 maja 2018
Od Anastaci cd. Demi
Dyrektorka mówiła? Myślałam, ze tutaj dość często dochodzą nowi uczniowie, więc nie będę niczym wyróżniać się w tłumie noobów, którzy nie rozróżniają stajni prywatnej od szkolnej.
- Miło poznać.
Powoli zaczynałam się męczyć tym natłokiem słów, który nie do końca współgrał z moją naturą. Ale byłam już tak zmieszana i jeszcze te drzwi... Usposobienie i natura mogły się cmoknąć.
Przez chwilę nastała cisza. Poczułam się skrępowana, co, jak zawsze, poskutkowało poczerwienieniem się mojej piegowatej twarzy.
W końcu dotarło do mnie, że, no hej, miałaś coś zwiedzać, więc odwróciłam się na pięcie i zaczęłam odchodzić. Dziewczyna obudziła się z otępienia i zapytała głośnym tonem:
- A ty jak masz na imię?
- Ana - odparłam, patrząc na nastolatkę przez ramię, po czym wznowiłam swój spacer po terenie akademii.
W akademiku raczej nie było nic ciekawego, oprócz pokoi innych uczniów, do których nie miałam zamiaru się włamywać, więc wybiegłam z budynku, mijając po drodze kilka osób, które nie zwróciły na mnie większej uwagi. Wszyscy się gdzieś śpieszyli, co doprowadziło mnie do wniosku, że zapewne niedługo zaczynają się jakieś zajęcia. Bardzo cieszyłam się, że mam dzisiaj wolne od wszelakich lekcji.
Szłam po szarej kostce, małe kamyczki chrzęściły pod moimi sandałami. Przez zazielenione gałęzie majestatycznych drzew przechodziły promienie słoneczne, tworząc małe iskierki tańczące na metolowych przedmiotach dookoła.
Zapatrzona w otaczające mnie tereny, w ostatniej chwili zauważyłam swoją mamę z Matem. Najwidoczniej załatwili już wszystkie sprawy związane z moim pobytem tutaj i postanowili się ulotnić z biura. W sumie, nie dziwiłam się im.
- O, Ana, właśnie ciebie szukaliśmy. Cała papierkowa robota skończona. Pomóc ci w czymś? - zapytała moja rodzicielka, gdy zbliżyłam się do nich.
- Nie, dzięki. Rozpakowałam się, pies zamknięty w transporterze z porcją karmy, woda sprawdzona, wszystko na miejscu - wyliczyłam, aby uniknąć zasypania stertą niepotrzebnych pytań.
- A pokój ci się podoba? Na pewno możesz się przeprowadzić, jeśli poprosimy zarząd - moja matka chyba czuła się zobowiązana do dopytywania się o głupie szczegóły.
- Jest idealny - zapewniłam ją.
- Dobrze, zatem chyba możemy już iść. Kochanie? - tym razem odezwał się mój ojczym.
- Ależ oczywiście - matka uśmiechnęła się promiennie, biorąc męża pod rękę - An, zadzwonię do ciebie, kiedy Jelly będzie już tu jechać.
- Nie! Najpierw zadzwonisz, że bezpiecznie dopłynęła, a potem, że jest już blisko - poprawiłam ją.
- Niech i tak będzie - prychnęła, już totalnie mnie olewając i szczebiocząc coś z Matem.
Westchnęłam, przyglądając się tej szczęśliwej parze. Ogarnęło mnie przeczucie, że jestem jedyną dziewczyną w moim wieku, która nigdy w życiu nie miała chłopaka. Odepchnęłam jednak tę myśli i poszłam w kierunku pierwszej lepszej stajni - od czegoś trzeba było rozpocząć zwiedzanie. Wnętrze było w dużej części zbudowane z drewna, podłoga kamienna. Boksy zbudowane były z drewnianego dołu oraz metalowych prętów u góry. Drzwi były przesuwane, niektóre zabezpieczane na karabińczyk. Przyglądałam się kolejnym tabliczkom, na których widniały imiona, a brak nazwiska właściciela sugerował, że trafiła do wierzchowców należących do akademii.
Każdego konia wołałam, aby przyjrzeć się ich mordkom i pogłaskać po chrapach, oczywiście, jeżeli na to by mi pozwoliły. Co oporniejsze ignorowałam, tak samo, jak one mnie. Czy ja mam błagać o to, żeby dały się pogłaskać? Zatrzymałam się na dłużej przy boksie klaczy rasy wielkopolskiej o imieniu Iskra, a przynajmniej tak poinformował mnie napis na jej drzwiach. Bardzo ucieszyłam się z widoku konia polskiej rasy, w dodatku tak przytulnego i potulnego jak baranek.
Włączyłam na chwilę swój smartfon. Z przerażeniem odkryłam, że jest już 8:23. Miałam zamiar pozwiedzać wszystkie budynki, aby w miarę ogarniać, gdzie mam się jutro śpieszyć. W myślach zanotowałam sobie, że mam wytrzasnąć skądś plan lekcji, ze świadomością, że i tak zapomnę o tym, jak z resztą o wszystkim.
W pośpiechu wyszłam ze stajni. Stanęłam na zewnątrz, zastanawiając się, gdzie mam teraz iść. Zdecydowałam, że najlepszą propozycją było skierowanie się do stajni koni prywatnych. Budynek różnił się od tego, w który odwiedziłam poprzednio - był bardzo wysoki, a metalowa część drzwi do boku została wygięta w łuk.
Znowu wróciłam do przeglądania napisów, które w niektórych przypadkach były jedyną wskazówką, jak wygląda dany koń. Części koni nie było, obstawiałam, że brały udział w lekcjach, czy coś takiego. Zatrzymałam się przed boksem, który oznajmiał, że mieszkaniec należy do Demi Adams. Demi nie było zbyt popularnym imieniem, więc byłam prawie w stu procentach pewna, iż karus, przed którym stałam, należał do ofiary moich drzwi. Koń przyglądał mi się czarnymi oczami, lecz, kiedy wyciągnęłam rękę w stronę jego częściowo białego pyska, cofną się.
- Nie lubimy nowych, co? A może twoja właścicielka zdążała już na mnie naskarżyć? Przyrzekam, to nie moja wina, to te drzwi - zaśmiałam się cicho, wypatrując reakcji. IzeIektor, bo tak się nazywał, nastawił uszy pod takim kątem, jakby słuchał mnie uważnie.
- Kto mieszka koło ciebie? - zapytałam, przechodząc o kilka kroków w prawo.
- Jelly - przeczytałam, przeciągając ostatnią literę - Wiesz, to moja klacz. Płynie teraz statkiem, ale za kilka dni powinna już przybyć. Mam taką nadzieję.
Moje oczy zrobiły się trochę wilgotne na myśl, że moja biedna przyjaciółka jest sama, gdzieś na oceanie, zapewne śmiertelnie przerażona. Dlaczego musiałam wybrać szkółkę w stanach? W Anglii, Polsce, to czemu nie, dość blisko, nie stresowałabym jej i siebie. Ja jednak zawsze jestem głupio uparta.
Zapewne rozpłakałabym się na dobre, gdybym nie usłyszała dziewczęcego głosu.
Demi?
- Miło poznać.
Powoli zaczynałam się męczyć tym natłokiem słów, który nie do końca współgrał z moją naturą. Ale byłam już tak zmieszana i jeszcze te drzwi... Usposobienie i natura mogły się cmoknąć.
Przez chwilę nastała cisza. Poczułam się skrępowana, co, jak zawsze, poskutkowało poczerwienieniem się mojej piegowatej twarzy.
W końcu dotarło do mnie, że, no hej, miałaś coś zwiedzać, więc odwróciłam się na pięcie i zaczęłam odchodzić. Dziewczyna obudziła się z otępienia i zapytała głośnym tonem:
- A ty jak masz na imię?
- Ana - odparłam, patrząc na nastolatkę przez ramię, po czym wznowiłam swój spacer po terenie akademii.
W akademiku raczej nie było nic ciekawego, oprócz pokoi innych uczniów, do których nie miałam zamiaru się włamywać, więc wybiegłam z budynku, mijając po drodze kilka osób, które nie zwróciły na mnie większej uwagi. Wszyscy się gdzieś śpieszyli, co doprowadziło mnie do wniosku, że zapewne niedługo zaczynają się jakieś zajęcia. Bardzo cieszyłam się, że mam dzisiaj wolne od wszelakich lekcji.
Szłam po szarej kostce, małe kamyczki chrzęściły pod moimi sandałami. Przez zazielenione gałęzie majestatycznych drzew przechodziły promienie słoneczne, tworząc małe iskierki tańczące na metolowych przedmiotach dookoła.
Zapatrzona w otaczające mnie tereny, w ostatniej chwili zauważyłam swoją mamę z Matem. Najwidoczniej załatwili już wszystkie sprawy związane z moim pobytem tutaj i postanowili się ulotnić z biura. W sumie, nie dziwiłam się im.
- O, Ana, właśnie ciebie szukaliśmy. Cała papierkowa robota skończona. Pomóc ci w czymś? - zapytała moja rodzicielka, gdy zbliżyłam się do nich.
- Nie, dzięki. Rozpakowałam się, pies zamknięty w transporterze z porcją karmy, woda sprawdzona, wszystko na miejscu - wyliczyłam, aby uniknąć zasypania stertą niepotrzebnych pytań.
- A pokój ci się podoba? Na pewno możesz się przeprowadzić, jeśli poprosimy zarząd - moja matka chyba czuła się zobowiązana do dopytywania się o głupie szczegóły.
- Jest idealny - zapewniłam ją.
- Dobrze, zatem chyba możemy już iść. Kochanie? - tym razem odezwał się mój ojczym.
- Ależ oczywiście - matka uśmiechnęła się promiennie, biorąc męża pod rękę - An, zadzwonię do ciebie, kiedy Jelly będzie już tu jechać.
- Nie! Najpierw zadzwonisz, że bezpiecznie dopłynęła, a potem, że jest już blisko - poprawiłam ją.
- Niech i tak będzie - prychnęła, już totalnie mnie olewając i szczebiocząc coś z Matem.
Westchnęłam, przyglądając się tej szczęśliwej parze. Ogarnęło mnie przeczucie, że jestem jedyną dziewczyną w moim wieku, która nigdy w życiu nie miała chłopaka. Odepchnęłam jednak tę myśli i poszłam w kierunku pierwszej lepszej stajni - od czegoś trzeba było rozpocząć zwiedzanie. Wnętrze było w dużej części zbudowane z drewna, podłoga kamienna. Boksy zbudowane były z drewnianego dołu oraz metalowych prętów u góry. Drzwi były przesuwane, niektóre zabezpieczane na karabińczyk. Przyglądałam się kolejnym tabliczkom, na których widniały imiona, a brak nazwiska właściciela sugerował, że trafiła do wierzchowców należących do akademii.
Każdego konia wołałam, aby przyjrzeć się ich mordkom i pogłaskać po chrapach, oczywiście, jeżeli na to by mi pozwoliły. Co oporniejsze ignorowałam, tak samo, jak one mnie. Czy ja mam błagać o to, żeby dały się pogłaskać? Zatrzymałam się na dłużej przy boksie klaczy rasy wielkopolskiej o imieniu Iskra, a przynajmniej tak poinformował mnie napis na jej drzwiach. Bardzo ucieszyłam się z widoku konia polskiej rasy, w dodatku tak przytulnego i potulnego jak baranek.
Włączyłam na chwilę swój smartfon. Z przerażeniem odkryłam, że jest już 8:23. Miałam zamiar pozwiedzać wszystkie budynki, aby w miarę ogarniać, gdzie mam się jutro śpieszyć. W myślach zanotowałam sobie, że mam wytrzasnąć skądś plan lekcji, ze świadomością, że i tak zapomnę o tym, jak z resztą o wszystkim.
W pośpiechu wyszłam ze stajni. Stanęłam na zewnątrz, zastanawiając się, gdzie mam teraz iść. Zdecydowałam, że najlepszą propozycją było skierowanie się do stajni koni prywatnych. Budynek różnił się od tego, w który odwiedziłam poprzednio - był bardzo wysoki, a metalowa część drzwi do boku została wygięta w łuk.
Znowu wróciłam do przeglądania napisów, które w niektórych przypadkach były jedyną wskazówką, jak wygląda dany koń. Części koni nie było, obstawiałam, że brały udział w lekcjach, czy coś takiego. Zatrzymałam się przed boksem, który oznajmiał, że mieszkaniec należy do Demi Adams. Demi nie było zbyt popularnym imieniem, więc byłam prawie w stu procentach pewna, iż karus, przed którym stałam, należał do ofiary moich drzwi. Koń przyglądał mi się czarnymi oczami, lecz, kiedy wyciągnęłam rękę w stronę jego częściowo białego pyska, cofną się.
- Nie lubimy nowych, co? A może twoja właścicielka zdążała już na mnie naskarżyć? Przyrzekam, to nie moja wina, to te drzwi - zaśmiałam się cicho, wypatrując reakcji. IzeIektor, bo tak się nazywał, nastawił uszy pod takim kątem, jakby słuchał mnie uważnie.
- Kto mieszka koło ciebie? - zapytałam, przechodząc o kilka kroków w prawo.
- Jelly - przeczytałam, przeciągając ostatnią literę - Wiesz, to moja klacz. Płynie teraz statkiem, ale za kilka dni powinna już przybyć. Mam taką nadzieję.
Moje oczy zrobiły się trochę wilgotne na myśl, że moja biedna przyjaciółka jest sama, gdzieś na oceanie, zapewne śmiertelnie przerażona. Dlaczego musiałam wybrać szkółkę w stanach? W Anglii, Polsce, to czemu nie, dość blisko, nie stresowałabym jej i siebie. Ja jednak zawsze jestem głupio uparta.
Zapewne rozpłakałabym się na dobre, gdybym nie usłyszała dziewczęcego głosu.
Demi?
niedziela, 27 maja 2018
Od Demi cd. Anastaci
-Teraz jesteś piękny i pachnący - Powiedziałam, odkładając szczotkę do pudełka, następnie chwyciłam za uwiąz i wprowadziłam Izelektora do boksu -Za chwilkę wracam - Zamknęłam szybko drzwiczki ,,więzienia'' i wzięłam pod pachę pudełko z wyposażeniem do czyszczenia konia. Powlekłam się do siodlarni, odkładając na półkę Izela skrzynkę z niezbędnymi rzeczami do czyszczenia wierzchowca. Po pozbyciu się zbędnego ciężaru, wróciłam do mojego czterokopytnego przyjaciela. Pogłaskałam wałacha po grzbiecie i spojrzałam na zegarek, który wskazywał godzinę 7:38. Z racji, iż był czwartek, za niedługo zaczynałam zajęcia z pierwszej pomocy, na które nie chciałam się za wszelką cenę spóźnić. Pożegnałam się z Izelem i szybkim krokiem skierowałam się w stronę budynku mieszkalnego. Już miałam otworzyć drzwi, gdy nagle dostałam nimi prosto w twarz co spowodowało, że upadłam zdezorientowana tą całą sytuacją na trawę.
-Przepraszam, nie chciałam, na prawdę mi przykro - Rzuciła szybko rudawa blondynka.
-Nic nie szkodzi - Powiedziałam, wstając powoli i otrzepując się z ziemi.
-Coś Ci zrobiłam? - Zapytała, najwidoczniej, dość przejęta tą całą sytuacją, młoda dziewczyna.
-Jestem cała i zdrowa - Uśmiechnęłam się lekko.
-Na pewno? - Spojrzała na mnie.
-Tak, na pewno. Jesteś nowa? - Tym razem to ja zadałam pytanie.
-Skąd wiesz? Kto Ci powiedział? Kim jesteś? - Zalała mnie serią pytań, na które musiałam odpowiedzieć.
-Pierwsze pytanie, skąd wiem? Dyrektorka mówiła. Drugie pytanie, odpowiedziałam na to w punkcie pierwszym oraz pytanie numer trzy, jestem Demi - Podałam jej rękę.
-Przepraszam, nie chciałam, na prawdę mi przykro - Rzuciła szybko rudawa blondynka.
-Nic nie szkodzi - Powiedziałam, wstając powoli i otrzepując się z ziemi.
-Coś Ci zrobiłam? - Zapytała, najwidoczniej, dość przejęta tą całą sytuacją, młoda dziewczyna.
-Jestem cała i zdrowa - Uśmiechnęłam się lekko.
-Na pewno? - Spojrzała na mnie.
-Tak, na pewno. Jesteś nowa? - Tym razem to ja zadałam pytanie.
-Skąd wiesz? Kto Ci powiedział? Kim jesteś? - Zalała mnie serią pytań, na które musiałam odpowiedzieć.
-Pierwsze pytanie, skąd wiem? Dyrektorka mówiła. Drugie pytanie, odpowiedziałam na to w punkcie pierwszym oraz pytanie numer trzy, jestem Demi - Podałam jej rękę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)