Jesień w Idaho Falls była zdecydowanie przyjemniejsza, niż w Californii. Pogoda dopisywała, a liście powoli zmieniały kolor z zielonego na złoty.
Poprawiłem na sobie kurtkę, i upewniłem się że mam w kieszeni najpotrzebniejsze mi rzeczy - telefon, fajki wraz z zapalniczką i kluczyki od samochodu. Rozejrzałem się jeszcze po zagraconym pokoju, celem znalezienia plecaka. Po kilkukrotnej analizie mojego otoczenia, i braku plecaka, odpuściłem i wyszedłem z pomieszczenia.
Dziedziniec Akademii tętnił życiem; w dedykowane miejsce podjeżdżały furgonetki z końmi, trenerzy przekrzykiwali się nawzajem na placach, uczniowie spacerowali ze swoimi pupilami, bądź wracali konno z malowniczych terenów.
Przez to ostatnie poczułem delikatne ukłucie zazdrości, i przez sekundę przeszło mi przez myśl, czy nie przeszkodzić któremuś z trenerów z pytaniem o lekcje na jednym z koni Akademii. Zrezygnowałem z tej myśli, widząc rozgardiasz panujący na placach.
Dłuższą chwilę zajęło mi odnalezienie się w labiryncie budynków, zanim dotarłem na parking. Pomieszkiwałem tu już jakiś czas, ale wciąż ciężko było mi się połapać co gdzie się znajduje. Na szczęście, parking był na tyle dobrze oznakowany, że szybko odnalazłem mój samochód.
Wsadziłem kluczyk do zamka i przekręciłem, czekając na charakterystyczne kliknięcie, oznaczające że się otworzył. Cisza.
- Kurwa. - Ponowiłem próbę, tym razem z pozytywnym skutkiem. Odetchnąłem z ulgą i wsiadłem do auta, przyczepiając telefon do uchwytu. Taki stary samochód wyglądał komicznie z dodatkiem nowej technologii, ale nowe miasto wymagało poświęceń. V6 zamruczało satysfakcjonująco, na co uśmiechnąłem się i wbiłem wsteczny.
Wyjechałem dość sprawnie z terenów Akademii, i kierując się znakami, miałem nadzieję, że zmierzam w stronę miasta.
Z głośników leciały piosenki Pearl Jam, zagłuszając warczenie silnika i moje własne myśli, rozpraszając mnie na tyle, że przejechałem zakręt do centrum miasta. Zakląłem i zahamowałem gwałtownie, dziękując wszechświatowi, że nikt za mną nie jechał, bo byłby w moim zderzaku, a naprawa kosztowałaby mnie najbliższe kilka wypłat.
Zawróciłem i wjechałem do miasta, które za każdym razem zachwycało mnie tak samo - niewielkie sklepy i stragany porozkładane w wąskich uliczkach, klimatyczne kawiarenki i moje ukochane bary, w których byłem stałym klientem, w jednym z nich udało mi się nawet dostać pracę na pewien czas. Rozglądałem się za parkingiem bliżej centrum, gdzie znajdował się cel mojej podróży - sklep motoryzacyjny. W międzyczasie pewnie zahaczę o sklep spożywczy, żeby mieć cokolwiek do jedzenia na weekend, i pewnie zainwestuję w zgrzewkę piwa.
Impala prezentowała się cudownie, ciężko było mi oderwać od niej wzrok. Zamknąłem ją i wreszcie uraczyłem się papierosem, korzystając ze spaceru w stronę sklepów. Ludzie na ulicy byli zajęci sobą, większość z nich miała słuchawki w uszach, bądź wlepiała wzrok w telefon. Kilka osób spojrzało na mnie jak na degenerata, gdy odwracałem się w kierunku mojego cudeńka i gwizdałem pod nosem.
Minęła dłuższa chwila, nim dotarłem do pierwszego ze sklepów. "Albertsons" głosił wielki napis na budynku; drzwi rozsunęły się z cichym szurnięciem. Przepuściłem jakąś parę wychodzącą z kilkoma torbami zakupów, na co uniosłem brwi. Kiedy wy to kurwa zjecie? Przemknęło mi przez myśl, w trakcie zabierania koszyka.
Piwo, sok pomarańczowy, pieczywo zwykłe i chleb tostowy, ser, szynka, masło. Krakersy. Wypakowałem wszystko na kasę i spojrzałem za kasjerkę.
- Marlboro setki czerwone do tego poproszę. - dodałem, patrząc na kobietę po czterdziestce, z tatuażami i krótkimi, czarnymi włosami ze srebrną poświatą. Podała mi je z pogardą, tak, jakbym zrobił jej krzywdę. Podziękowałem jej, spakowałem rzeczy do siatki i wyszedłem ze sklepu, mając nadzieję że trafię do drugiego sklepu bez większego problemu.
Tak też się stało, i na szczęście olej, który był mi potrzebny, również znajdował się na miejscu. Zapłaciłem niemałą kwotę za spokój z silnikiem i wrzuciłem go do torby z zakupami.
Uznałem, że skoro nie mam dzisiaj już żadnych zajęć, nie zaszkodzi mi przejść się dłuższą drogą do samochodu; skręciłem więc w jedną z mniejszych uliczek, stricte dedykowanych dla pieszych i rowerzystów, i zacząłem rozglądać się po witrynach. Mimo mojej niechęci do picia kawy w kawiarniach, stwierdziłem, że raz mi nie zaszkodzi. Wszedłem więc do jednej i wlepiłem wzrok w menu, tak, jakbym nie umiał czytać. Na szczęście nie było tu zbyt wielu ludzi, więc nie martwiłem się o zajmowanie kolejki.
Jak na złość jednak, ktoś stanął za mną i bacznie obserwował moje poczynania. Wziąłem głębszy oddech, i zignorowałem tę osobę. Wszystkie nazwy tych kaw i innych napoi niewiele mi mówiły, i czułem się tu jakbym był niechciany.
- Słuchaj, wyglądasz jakbyś znał się na kawach. Pomożesz mi coś wybrać, zanim przyjdzie nas obsłużyć? - Zagaiłem zachrypniętym głosem chłopaka za mną, nim w ogóle zdążyłem ugryźć się w język. Odchrząknąłem. - Kompletnie się na tym nie znam. - Dodałem.
Tony? :))
poniedziałek, 23 września 2024
od Arthura do Anthony'ego
Od Zei do Anthony'ego
W mieszkaniu rozległ się głuchy huk, na kilka sekund zapadła cisza, a następnie dźwięk obdzierania ze skóry. Chester nadal miaucząc ile sił w płucach wpadł do sypialni, wskoczył na łóżko, przebiegł po swoim właścicielu i zatrzymał się dopiero na zagłówku.
Zeya nie miał wyjścia, nie dało się tego przespać. Po omacku sięgnął nad siebie, żeby pogłaskać kota i dopiero potem otworzył oczy. W pomieszczeniu nadal było dość ciemno, jednak trudno było stwierdzić, czy była to kwestia wczesnej pory czy grubych zasłon. Wątpliwości rozwiało zerknięcie na telefon - kwestia wczesnej pory, nie było nawet piątej. To jakiś cud, że sąsiedzi z dołu nadal nie skarżyli się na hałas powodowany przez Chestera. Kot miauknął jeszcze raz i zeskoczył z powrotem na materac, tym razem lokując się tuż obok opiekuna. Wydawał się być z siebie zadowolony, najprawdopodobniej miał ochotę na trochę uwagi i właśnie to udało mu się osiągnąć. Zeya odłożył telefon i usiadł na łóżku. Skoro i tak już nie spał, to równie dobrze mógł wstać.
Ekspres zaszumiał bez entuzjazmu, mieląc ziarno na świeżą kawę, podczas gdy Zeya zajął się zbieraniem tego, co zostało z ostatniej w tym domu ceramicznej doniczki. Miał przesadzić rosnącego w niej skrzydłokwiata do czegoś bardziej odpornego na kocią głupawkę już dobry miesiąc temu. Cóż, teraz nie ma już wyjścia, będzie musiał się tym zająć wieczorem. Tymczasowo umieścił roślinę w największym odłamku starej donicy, a resztę elementów wyrzucił do kosza, po czym podszedł do stojącego w salonie biurka i uruchomił stojącego na nim laptopa.
Czy scrollowanie social mediów można nazwać pracą? To chyba zależy od użytej argumentacji. Z samego rana w oczach Zei jako argument wystarczyło zapisanie kilku linków do interesujących wydarzeń w Idaho Falls i najbliższej okolicy. Kilka koncertów lokalnych zespołów, jakieś spotkanie autorskie w miejscowej księgarni, premiera nowej sztuki w teatrze. Obiecał sobie, że zerknie na to wszystko jeszcze raz kiedy się rozbudzi, może coś będzie warte odwiedzenia. Przełączył kartę przeglądarki i zalogował się na maila. Jedyne co tam czekało to nowy singiel. Odtworzył plik, w międzyczasie googlując nazwę zespołu. Grupa była z Wyoming, trochę daleko na wywiad, ale muzyka była całkiem przyjemna, więc wysłał link na radiowy czat. Wreszcie podłączył do komputera słuchawki i zabrał się za montowanie materiału na jutro. Jeśli dobrze pójdzie to uda mu się go nawet skończyć zanim będzie musiał wyjść do studia.
***
Recorder? Działał. Mikrofon? Nie działał. Mikrofon z innym kablem? Działał. Uff. Słuchawki? Jak zwykle gdzieś zaginęły, więc pozostały jedynie zwykłe dokanałowe. Bywało lepiej, ale zawsze to jakiś odsłuch. Schował wszystko poza niedziałającym kablem do plecaka i wybiegł na ulicę. Cel: park. Kiedy dotarł już na miejsce, złożył sprzęt i przetestował go jeszcze raz. Nigdy nie wiadomo, kiedy coś postanowi się zbuntować, prawda? Tym razem jednak na szczęście wystarczyło dostosować czułość nagrywania. Sonda uliczna czas start. Normalnie nie przeszkadzałoby mu to za bardzo, czasem nawet lubił wyjść z mikrofonem do ludzi, jednak tym razem był to efekt przegranego zakładu, i jak przystało na przegrany zakład musiała być obiektywnie zła. Zobaczył idącego z naprzeciwka chłopaka, mniej więcej w jego wieku. Patrzył w telefon, dobrze, nie zdąży uciec.
- Cześć, jestem z radia. Mam do ciebie jedno krótkie pytanie. - Nieznajomy wydawał się zaskoczony, ale nie dałem mu szansy zaprotestować. - Czego słuchasz? - Wskazałem gestem głowy na jedną słuchawkę w jego uchu.
Tony?
nie bój się, mikrofon nie gryzie
Anthony Henderson!
Dołącza do nas Anthony Henderson! Powitajmy go ciepło!
Zeya Takhon!
Dołącza do nas Zeya Takhon! Powitajmy go ciepło!
[pełny formularz]
czwartek, 12 września 2024
2024
Idaho Falls, późne popołudnie. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, malując niebo ciepłymi odcieniami różu i czerwieni, a cienie okolicznych drzew kładły się długimi smugami na rozległych pastwiskach otaczających Akademię Jeździecką "Dressage". Delikatny powiew wiatru niósł zapach świeżo skoszonej trawy, mieszając się z charakterystycznym, ziemistym zapachem stajni. W oddali słychać było spokojne rżenie koni, a gdzieniegdzie echem niosły się donośne głosy trenerów.
Akademia od pokoleń przyciągała najlepszych młodych jeźdźców z całego kraju, a nawet z zagranicy. Usytuowana w malowniczym krajobrazie u podnóża Gór Skalistych, była miejscem, gdzie talent, dyscyplina i ciężka praca spotykały się, tworząc przyszłych mistrzów jeździectwa. Stare, drewniane budynki akademii, z misternie rzeźbionymi belkami i pokrytymi bluszczem ścianami, zdawały się nosić na sobie historię pokoleń, które przewinęły się przez to miejsce.
Na dziedzińcu, przed główną halą, panował pozorny spokój, choć atmosfera była pełna napięcia. Grupa nowych uczniów właśnie kończyła rejestrować się na swój pierwszy rok w akademii. To był moment, który dla wielu z nich oznaczał początek nowego życia. Dla niektórych był to krok ku spełnieniu marzeń o wielkiej karierze sportowej. Dla innych – próba ucieczki od codziennych problemów i znalezienie swojego miejsca w świecie.
"Witamy nowych uczniów! Sekretariat znajduje się na pierwszym piętrze." głosi kartka na drzwiach wejściowych budynku.
Ad persona;
Hej hej, z tej strony Shaddie - pod postacią Elton. Miło mi Was znów gościć w skromnych progach Dressage Academy.
Kilkunastoletnia ja spełniła swoje malutkie marzenie, i zrzeszyła ze sobą ludzi dzielących tę samą pasję. Co się dzieje w Waszych życiach, pamiętacie jeszcze o tym blogu?
Będąc z Wami szczera - bo wiem, że niewielu nowych się tu znajdzie, także witam starą ekipę - do wrócenia tutaj skłoniło mnie rozstanie i bezradność związana z tym uczuciem, jednak 4 lata to naprawdę kupa czasu. Po cichu liczę, że ponownie odnajdę się wśród słów.
Dość jednak prywaty; pisanie od dziecka sprawiało mi radość, a łączenie tego z nowymi znajomościami (na lata!), to wisienka na torcie.
Nie jest to szczyt marzeń fabularnych, patrząc na rozwój blogosfery, jednak chciałabym, byście czuli się jak wśród grona najlepszych przyjaciół. Blog ten, tworzony przez małą mnie, nigdy nie był idealny, i przez to odnajduję tu spokój - macie prawo popełniać błędy, szukać siebie, rozmawiać i rozwijać wątki swoich postaci w świecie Akademii.
Także chciałabym powitać Was w nowej odsłonie DA. Niech da Wam to tyle radości i spokoju, co mi.
Od momentu zamknięcia bloga, nie było miesiąca, bym nie wracała myślami bądź faktycznie nie wchodziła na stronę, bo to ile serca w to włożyłam, również nie zniknęło.
Jest praktycznie druga jak to pisze, i szczerze to nawet nie wiem jak się nazywam.
Ale miło Was widzieć.
Bawcie się dobrze, i jeśli chcecie cokolwiek zmienić w swoich postaciach, wiecie gdzie uderzać.
Powodzenia, i niech klawiatura Wam lekką będzie, a wena nie opuszcza na krok.
Buziaki i do napisania,
Elton.
Od Arthura cd. Juniper
- Zachował się jak dupek. - Czterema słowami podsumowała mojego przyjaciela. - To wystarczy. - Na jej usta wstąpił złośliwy uśmieszek. Cholera, robisz to specjalnie?
- A Ty normalnie jak aniołek... - odparowałem jej, chcąc jej dopiec. Podziękowała i zatopiła usta w alkoholu.
- Tak naprawdę celowałam w Ciebie, za to gwizdnięcie, ale... Perth? - zawahała się nad wymową imienia, prawie niewidocznie. Natychmiast jej osoba wróciła do zorganizowanej, rudej, cholernie pyskatej, dziewczyny. - Był bliżej.
Zwróciłem uwagę na jej usta, których kąciki mimowolnie uniosły się do góry.
Jeden do zera, Ruda. Odstawiłem kufel wypitego już piwa, i uśmiechnąłem się do kelnerki o dolewkę. Juniper również uraczyła się kolejnym kieliszkiem alkoholu, ale ewidentnie trzymała się w ryzach, by nie pić więcej.
Podziwiałem ją za to. Sam wypijałem piwo za piwem, powoli tracąc domniemany umiar. Kręciło mi się w głowie, ale wciąż utrzymywałem kontakt ze światem. No, powiedzmy.
Z głośników poleciała taneczna piosenka Pitbulla, na co uśmiechnąłem się do dziewczyny.
- Aaa, lubię ten kawałek! - Szturchnąłem ją, zachęcając, by również zaczęła nucić. W odpowiedzi uzyskałem informację, że kaleczę. I zabrała mi piwo! Przewróciłem na nią z niezadowoleniem oczami, i spróbowałem sięgnąć po szklankę. Odsunęła się delikatnie, ułatwiając mi dostęp do alkoholu. Podziękowałem cicho mamrocząc, i upiłem piwa. - No i? Chciałem zaprosić Cię do tańca. - Uciekło mi, nim zdążyłem ugryźć się w język. Kurwa, chyba faktycznie powinienem przystopować z piciem alkoholu, znam ją dopiero chwilę, a robi ze mną co chce. I nie powiem, podobało mi się to.
- Mogłeś po prostu spytać, ciołku - pstryknęła mnie w nos, na co cicho jęknąłem. Przez ułamek sekundy poczułem ścisk podniecenia tą interakcją. Co ona ze mną robi? Albo co alkohol ze mną robi, spróbowałem racjonalnie podejść do sytuacji. Zapytałem, czy zgodziłaby się na moją propozycje, na co uzyskałem teoretycznie twierdzącą odpowiedź.
Nim zdążyłem się zorientować, znajdowaliśmy się pośród tłumu tańczących ludzi, a ja bezwiednie wodziłem dłońmi po jej ciele, napawając się tym, jak cudną ma talię. Alkohol, muzyka i ona sama zrobiły ze mną coś, czego bliżej nie umiem określić. Poddałem się temu uczuciu, i bardzo powoli zacząłem zbliżać ku jej szyi.
Przerwała mi, choć mam wrażenie że niechętnie, i wyciągnęła z klubu. Mamrotałem pod nosem, że wcale nie jestem tak pijany i mogliśmy zostać, a do tego naprawdę ładnie dziś wygląda, i moglibyśmy spędzić razem więcej czasu.
W każdym razie, tyle było z mojego sensownego myślenia. Podprowadziła mnie pod moją dziecinkę, ale zamiast pozwolić mi na niej usiąść, stanęła między mną a motocyklem, zmuszając do oparcia się o latarnie. Może to i dobrze, bo niebezpiecznie kręciło mi się w głowie, i miałem wrażenie, że zaraz zwrócę zawartość mojego żołądka. Powiedziała coś o kluczykach, na co zareagowałem natychmiast, zaprzeczając i kategorycznie zabraniając jej dotykania się mojego maleństwa. Podeszła bliżej mnie, i niewiele myśląc, oparłem się o nią.
Dlaczego pozwoliłem jej prowadzić? nie mam pojęcia. Czy warto było, by móc się w nią wtulić, i wymruczeć, że jej włosy wpadają mi do oczu? zdecydowanie.
Jak dotarłem do domu? nie wiem, pamiętam, że ta urocza Ruda pomogła mi zdjąć kurtkę. Po dłuższym zastanowieniu się, mieszkanie wcale nie wyglądało jak moje. Było tu zbyt czysto, za ładnie tu pachniało, i ani razu nie kopnąłem w ubranie ani butelkę po piwie lub energetyku.
Znalazłem się na kanapie pod odurzająco słodko pachnącym kocem, i mruknąłem, że dziewczyna ma tu zostać. Owinąłem ramiona wokół niej, i nie zamierzałem puścić. Chciałem, by zasnęła obok mnie.
Zdziwiła mnie moja własna myśl.
Zazwyczaj kończyłem u innych dziewczyn w mieszkaniach, z całkiem innymi zamiarami, niż po prostu wtulenie się i zaśnięcie. Nie wiem co ona ze mną robiła, ale na pewno nie było to nic dobrego. Czułem się jak kompletny idiota, w dodatku czułem jak bardzo jebie ode mnie fajkami, piwem i klubem. Czułem wstyd?
Dziewczyna wykorzystała moment, i ulotniła się do swojego pokoju, na co westchnąłem. Zostawiła światło na korytarzu, zapewne po to, żebym się nie zabił. Uroczo.
Wymacałem w kieszeni spodni zgniecioną paczkę papierosów i zapalniczkę, i już miałem go odpalić, gdy dotarło do mnie, że to nie mieszkanie u matki. Zakląłem cicho, i niezręcznie wyswobodziłem się z koca. Dobrze, że June tego nie widziała.
Praktycznie po omacku, pijackim krokiem znalazłem wyjście na miniaturowy balkon. Przymknąłem za sobą drzwi i z ulgą odpaliłem papierosa, zaciągając się ostrym zapachem dymu.
Alkohol w mojej głowie nie dawał za wygraną, i wciąż dawał do zrozumienia, że robię coś bardzo, bardzo głupiego. Wróciłem wspomnieniami do rodzinnego domu w Californii, tam też zawsze słodki zapach uderzał mnie prosto w twarz. Czułem się znowu jak trzynastoletni ja, wymykający się na papierosa, zanim mama wróci do domu. Nie obchodziło jej to, ale chciałem czuć się jak nastolatek, z nastoletnimi problemami.
Kurwa, co z Impalą? Prawie przepadłem przez balustradę, próbując odnaleźć dziecinkę wzrokiem. Byłem zbyt pijany, by cokolwiek zarejestrować. Każdy samochód i motocykl wyglądał tak samo, tylko różniły się kolorami. Westchnąłem, zgasiłem papierosa i wyrzuciłem go przed siebie. Pewnie spadł między samochody.
Równie chwiejnie wróciłem do miejsca, w którym miałem spać. Położyłem się, nawet nie próbując zawinąć się ponownie w koc, za każdym razem gdy zamykałem oczy, świat wirował i przyprawiało mnie to o dreszcze.
Leżałem tak dobre kilka godzin, bo słońce zaczęło już ewidentnie wschodzić. Spróbowałem ponownie zasnąć, tym razem z pozytywnym skutkiem. Jednakże, nic co dobre, nie trwa wiecznie.
Wstałem, przecierając zaspane oczy, i widząc rude włosy, wszystko zaskoczyło na swoje miejsce.
- Dzień dobry, spałeś coś? - usłyszałem jej miły głos, i przysięgam, że chciałem jej odpowiedzieć.
Zamiast tego wyburczałem tylko pytanie o łazienkę, i podpierając się ścian, dotarłem do niej, by zwrócić resztki alkoholu.
- Przepraszam. - jęknąłem, wstając z kolan i przemywając twarz wodą, gdy skończyłem wymiotować jak kot. Nie widziałem obrzydzenia w jej wzroku, podała mi tylko płyn do płukania ust i wyszła bez słowa, by po chwili wrócić ze szklanką wody. - Chyba powinienem iść. - uznałem, zabierając jednak szklankę z jej dłoni. Mimowolnie, dotknąłem jej palców, i poczułem jakby przez całe moje ciało znowu przeszedł dreszcz. Japierdole, jak ty na mnie działasz.
- Arthur, wyglądasz jak trup. - Wciągnąłem mocniej powietrze, gdy wypowiedziała moje imię. Skrzywiła się jednak, mówiąc kolejne zdanie. Nie byłem pewien, czy skrzywienie było ze względu na kłamstwo, czy prawdę. - chyba powinieneś jeszcze zaczekać, aż poczujesz się lepiej.
Wyglądała naprawdę ładnie. Włosy miała związane w niedbałego koka, a jej ciało ukryte było pod piżamą. Nie miała też grama makijażu, i mogłem dokładnie zobaczyć jej delikatnie podkrążone oczy po nocy. Ciekawe, czy byłem pierwszym facetem, który widzi ją tak niezorganizowaną.
Usiadłem grzecznie na kanapie i nie przeszkadzałem jej, w jej codziennych obowiązkach.
- Paliłeś? - zapytała, nie odwracając w moją stronę wzroku. Potwierdziłem. - Jesteś idiotą. - skwitowała mnie. Tym razem także nie mogłem zaprzeczyć, i mimo, że chciałem odpalić jej jakąś ripostą, nie byłem w stanie.
- A masz jakiś problem, mamo? - uśmiechnąłem się do niej niemrawo, co poskutkowało tylko krótkim podniesieniem warg. - Nie wiedziałem, że nie mogę. - Dodałem, chcąc załagodzić moją i tak chujową sytuację.
- Pal gdzie indziej, nie w moim mieszkaniu. - Ucięła temat. - Samochód jest w garażu, kluczyki na komodzie. Ale nie pojedziesz nim nigdzie w takim stanie - ponownie odebrała mi możliwość wypowiedzenia się. Albo ja miałem halucynacje.
Wciąż byłem lekko pijany, i jej osoba naprawdę działała na mnie jak nikt inny. I naprawdę nie potrafiłem ugryźć się w język.
- Nie wylądowaliśmy w łóżku. - Stwierdziłem fakt, praktycznie z dumą w głosie. - Pachniesz mango. - Dodałem, jakby jakkolwiek miało to zmniejszyć niezręczność mojego poprzedniego zdania. Dziewczyna wyglądała tak, jakby zaraz miała wybuchnąć śmiechem, albo uderzyć mnie z liścia. - Mam kaca. - Mruknąłem, patrząc się na nią wzrokiem zbitego szczeniaka, z nadzieją, że obudzę w niej litość, i obejdzie się bez liścia.
Juneeee?
środa, 13 maja 2020
Od Seana C.D. Alana
━━ Ja... przepraszam cię, ale nie jestem jeszcze gotowy, żeby... ━━ słowa utknęły mi gdzieś w żołądku, sprawiając, że on sam dość nieprzyjemnie zacisnął się z nerwów. ━━ Może lepiej by było gdybyś wrócił do akademii.
Ostatnie zdanie wymówiłem tak cicho jak tylko się dało, łudząc się, że chłopak nie zdołał niczego usłyszeć przez mój cichy ton. Niestety, dokładnie tak jak zazwyczaj, przeliczyłem się, aby już po chwili dostać dość boleśnie w twarz. Nie spodziewałem się niczego innego, a jednak zabolało nie tyle fizycznie, co psychicznie. Chyba do swojego CV powinienem dodać "uwielbiam znęcać się nad samym sobą". Uśmiechnąłem się blado, próbując ukryć łzy, coraz mocniej napływające mi do oczu. Raniłem nas oboje, a przynajmniej tak czułem, ponieważ w czymś takim jak związek również okazałem się równie beznadziejny co w samym życiu. Nawet nie spojrzałem w kierunku Alana, bojąc się co takiego mógłbym zobaczyć. A szkoda, bo może chociaż wtedy, na widok łez, jakiekolwiek inne uczucia, niż ten cholerny egoizm wzięłyby nade mną górę. Milczałem, pozwalając, by ta cisza nas dobijała i nie robiłem z tym kompletnie nic. Czekałem na to, aż chłopak odejdzie. Aż po prostu mnie zostawi, gdyż byłem tak beznadziejnym człowiekiem. Innym, niż ten, za którego zapewne mógłby mnie brać. Czekałem, aż wsiądzie w pierwszą lepszą taksówkę, która zabrałaby go na lotnisko, żebym wreszcie mógł przestać niszczyć mu życie. I tak, z pewnością w tamtym momencie okropnie dramatyzowałem, ponieważ żadna z tych rzeczy nie miała miejsca, ani prawa bytu. Po raz kolejny prawo mnie zawiodło.
━━ Ty idioto, chyba nie myślisz, że tyle się namęczyłem, żeby tylko usłyszeć od ciebie coś takiego? Uderzyłeś się w głowę, Montgomery? ━━ pokręcił głową z niedowierzaniem, naprawdę patrząc na mnie jak na skończonego debila. ━━ Zamieniasz się w drama queen to chociaż zrób to raz a porządnie, a nie.
Prychnął wyraźnie zniesmaczony, nie próbując jednak szukać żadnego kontaktu fizycznego, a jedynie tego wzrokowego. Liczyłem na coś innego, ale podobno liczyć można było tylko na siebie. Jak widać, nie w moim przypadku. Emocje towarzyszące głupocie już dawno opuściły mnie, pozostawiając niczym wydmuszkę. Zacisnąłem zęby, starając się nie myśleć już o tym, jak okropnym nieudacznikiem życiowo-społecznym znowu się okazałem. Powoli wszystkie te... zachowania, stawały się niemal dziecinne. Przestawały przysługiwać komuś, o nazwisku takim jak moje. Stawały się najzwyczajniej w świecie żenujące. Nagle z moim ust wydobył się niekontrolowany śmiech, niemal mogłem poczuć zdezorientowane Alana i tą ogromną chęć do ponownego przywalenia mi z otwartej dłoni w twarz. Nasza historia była burzliwa przez to, że oboje zachowywaliśmy się jak dzieci, którymi zresztą ciągle byliśmy. Ale... czy można było być wiecznym dzieckiem? Wszystko w końcu się nudziło, stawało się męczące. Opadłem na ławkę, która znajdowała się w pobliżu, zaczynając się szeroko uśmiechać, niczym największy, psychopatyczny idiota tego świata. Zerknąłem na swojego towarzysza, którego dopiero co zraniłem, spod rzęs i ledwo powstrzymałem kolejne słone łzy cisnące mi się do oczu, gdy on po prostu złapał moją rękę najzwyczajniej w świecie siadając obok. Milczenie przestało w jakikolwiek sposób być niezręczne. Najbardziej ceniłem sobie te chwile, w których mogłem po prostu niczym się nie przejmować, ale nie czułem się także samotnie jak przez większą część swojego życia.
━━ Przepraszam, chyba po prostu okazałem się jeszcze większym idiotą niż można by się tego było spodziewać. ━━ powiedziałem dość cicho, z lekką skruchą, nie oczekując nawet wybaczenia.
Zresztą, czy było tam co wybaczać? Ukryć się nie dało, że zawaliłem na całej linii i ratowała mnie jedynie paczka papierosów, schowana w kieszeni spodni. Nie dało się nie zapamiętać naszego pierwszego, dość interesującego spotkania przed sekretariatem Dressage Academy, kiedy obaj okazaliśmy się być siebie warci, irytując drugą osobę niemal w równym stopniu. To co na zawsze będę pielęgnował, ponieważ wiedziałem, że było warto. Czy gdybym go wtedy nie spotkał, wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy gdyby nie pasja związana z końmi, gdyby nie koszmarna sytuacja rodziny Montgomery i każde inne wydarzenie z mojego życia, siedziałbym teraz na obdartej z farby ławce w paryskim parku z Alanem Wintersem, odczuwając niemałe zawstydzenie po dopiero co wypowiedzianych słowach? Prawda była taka, że nigdy się już tego nie dowiem, a mogę jedynie spekulować na wiele tematów, dokładnie tak jak teraz. Ale ceniłem sobie jego lekkomyślne decyzje w połączeniu z moimi nieodpowiedzialnymi zachowaniami. To stało się już czymś normalnym, bez czego prawdopodobnie nie mógłbym żyć. Dlatego tak cholernie żałowałem swojej decyzji, swojej głupoty i irytowało mnie już nawet tak często powtarzane słowo "cholera" w przeróżnych jego odmianach. Nawet wtedy kiedy robiłem coś co najmniej nieodpowiedniego, on przy mnie był. Nawet wtedy kiedy tak starałem się odrzucić go w najciemniejszy kąt całego swojego istnienia, upierając się, że właśnie tak będzie lepiej. Nie mogłem wiedzieć czy na pewno właśnie tak będzie. Tym razem odważyłem się spojrzeć chłopakowi w oczy, mając nadzieję, iż te ukażą moje faktyczne zamiary, choć nawet w takim świetle wydawały się one krzywdzące dla przynajmniej jednej ze stron. Zauważyłem, że w czasie trwania całej naszej relacji, jedynie ja ją psułem. Ciągle wystawiałem na próby. Nigdy nie robiłem nic, by uczynić ją dobrą. A chciałem. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo jak mógłbym nie chcieć kontynuować tego związku. Prawda? Sam nie rozumiałem siebie. Wszystko okazywało się złudne, zbyt trudne oraz wymagające. Jakbym nagle zdziwił się tym, że utrzymywane kontaktów z ludźmi wymagało poświęceń. Ale przecież ja zawsze odpuszczałem. I myślałem jedynie o tym, jak bardzo w tamtej chwili przydałaby mi się Charlie, która rozwiałaby wszystkie moje wątpliwości, pozwalając wypłakać się w ramię, nawet wtedy kiedy jedynie brałem, nie dając jej zupełnie nic w zamian. Miałem ochotę pocałować siedzącego obok chłopaka. Przytulić, oddać uścisk dłoni. Pokazać, że ja też tutaj dla niego jestem. Jednak nie zrobiłem żadnej z tych rzeczy, zamiast tego wysuwając swoją dłoń z uścisku tej jego, nieco mniejszej i zdecydowanie bardziej zimnej. Powoli podniosłem się z ławki, pozwalając by w oczach kogoś, dla kogo mógłbym oddać własne życie, zagościły łzy. Jego oczy zaszkliły się niebezpiecznie, szczęka zadrżała, ale nie odważył się niczego powiedzieć, dokładnie tak samo jak ja. I wiedziałem już w tamtym momencie, że popełniłem ogromny błąd decydując się na tak ogromne kroki w naszej krótkiej, burzliwej relacji. Alan Winters nie zasługiwał na kogoś takiego jak ja. Odwróciłem się w stronę miejsca, w którym powinienem móc złapać jedną z taksówek. Ani razu nie spojrzałem za siebie, odchodząc kamienistą dróżką, której nikt nawet nie próbował pokryć brukiem. Wiedziałem też, że gdybym to zrobił, prawdopodobnie zgodziłbym się, aby chłopak został ze mną we Francji, a to niestety nie było możliwe. Nie mogłem mu nic zaoferować. Będąc już przy ulicy, do moich uszu dobiegł dźwięk klaksonu. Uśmiechnąłem się sztucznie, wsiadając do wolnej taksówki i jakby w amoku dyktując kierowcy adres, którego nauczyłem się niemal na pamięć. Następnym co pamiętałem została rozmowa z bratem, w towarzystwie piosenki The Neighbourhood, o wdzięcznej nazwie "Flawless".
━━ Spieprzyłem Griffin, spieprzyłem. ━━ wydobyło się spomiędzy moich warg wraz z cichym szlochem.
A taksówkarz o nic nie pytał, pozwalając by pomiędzy nami zapanowało milczenie, podczas gdy w mojej głowie był tylko obraz bruneta na tej przestarzałej ławce w parku i jego zaszklonych oczu. Nawet wtedy wydawał mi się najpiękniejszym, co mogło mi się w życiu przytrafić.
Ogólnie to jakieś 1331 słów, nie żebym liczyła pshhh