poniedziałek, 23 września 2024

Anthony Henderson!

 Dołącza do nas Anthony Henderson! Powitajmy go ciepło!

Anthony Henderson | 22 lata | Milky Way | - | -

Zeya Takhon!

 Dołącza do nas Zeya Takhon! Powitajmy go ciepło! 


Zeya Takhon | 22 lata | Diplomatic Drama | Chester | -

[pełny formularz]

czwartek, 12 września 2024

2024

Idaho Falls, późne popołudnie. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, malując niebo ciepłymi odcieniami różu i czerwieni, a cienie okolicznych drzew kładły się długimi smugami na rozległych pastwiskach otaczających Akademię Jeździecką "Dressage". Delikatny powiew wiatru niósł zapach świeżo skoszonej trawy, mieszając się z charakterystycznym, ziemistym zapachem stajni. W oddali słychać było spokojne rżenie koni, a gdzieniegdzie echem niosły się donośne głosy trenerów.
    Akademia od pokoleń przyciągała najlepszych młodych jeźdźców z całego kraju, a nawet z zagranicy. Usytuowana w malowniczym krajobrazie u podnóża Gór Skalistych, była miejscem, gdzie talent, dyscyplina i ciężka praca spotykały się, tworząc przyszłych mistrzów jeździectwa. Stare, drewniane budynki akademii, z misternie rzeźbionymi belkami i pokrytymi bluszczem ścianami, zdawały się nosić na sobie historię pokoleń, które przewinęły się przez to miejsce.
Na dziedzińcu, przed główną halą, panował pozorny spokój, choć atmosfera była pełna napięcia. Grupa nowych uczniów właśnie kończyła rejestrować się na swój pierwszy rok w akademii. To był moment, który dla wielu z nich oznaczał początek nowego życia. Dla niektórych był to krok ku spełnieniu marzeń o wielkiej karierze sportowej. Dla innych – próba ucieczki od codziennych problemów i znalezienie swojego miejsca w świecie.

"Witamy nowych uczniów! Sekretariat znajduje się na pierwszym piętrze." głosi kartka na drzwiach wejściowych budynku.


Ad persona;

 Hej hej, z tej strony Shaddie - pod postacią Elton. Miło mi Was znów gościć w skromnych progach Dressage Academy. 
Kilkunastoletnia ja spełniła swoje malutkie marzenie, i zrzeszyła ze sobą ludzi dzielących tę samą pasję. Co się dzieje w Waszych życiach, pamiętacie jeszcze o tym blogu?
Będąc z Wami szczera - bo wiem, że niewielu nowych się tu znajdzie, także witam starą ekipę - do wrócenia tutaj skłoniło mnie rozstanie i bezradność związana z tym uczuciem, jednak 4 lata to naprawdę kupa czasu. Po cichu liczę, że ponownie odnajdę się wśród słów.
 Dość jednak prywaty; pisanie od dziecka sprawiało mi radość, a łączenie tego z nowymi znajomościami (na lata!), to wisienka na torcie.
Nie jest to szczyt marzeń fabularnych, patrząc na rozwój blogosfery, jednak chciałabym, byście czuli się jak wśród grona najlepszych przyjaciół. Blog ten, tworzony przez małą mnie, nigdy nie był idealny, i przez to odnajduję tu spokój - macie prawo popełniać błędy, szukać siebie, rozmawiać i rozwijać wątki swoich postaci w świecie Akademii. 

Także chciałabym powitać Was w nowej odsłonie DA. Niech da Wam to tyle radości i spokoju, co mi. 
Od momentu zamknięcia bloga, nie było miesiąca, bym nie wracała myślami bądź faktycznie nie wchodziła na stronę, bo to ile serca w to włożyłam, również nie zniknęło.
Jest praktycznie druga jak to pisze, i szczerze to nawet nie wiem jak się nazywam.
Ale miło Was widzieć. 

Bawcie się dobrze, i jeśli chcecie cokolwiek zmienić w swoich postaciach, wiecie gdzie uderzać.
Powodzenia, i niech klawiatura Wam lekką będzie, a wena nie opuszcza na krok.

Buziaki i do napisania,
Elton.

Od Arthura cd. Juniper

- Czym Perth sobie zasłużył, żeby dostać kawą w twarz? - Zagaiłem, zapijając ewentualną niezręczną ciszę piwem. Oblizałem usta z pianki, skupiając na tym całą swoją uwagę. Tym razem nie przyciągała jej rudowłosa dziewczyna, siedząca naprzeciwko mnie.
- Zachował się jak dupek. - Czterema słowami podsumowała mojego przyjaciela. - To wystarczy. - Na jej usta wstąpił złośliwy uśmieszek. Cholera, robisz to specjalnie?
- A Ty normalnie jak aniołek... - odparowałem jej, chcąc jej dopiec. Podziękowała i zatopiła usta w alkoholu.
- Tak naprawdę celowałam w Ciebie, za to gwizdnięcie, ale... Perth? - zawahała się nad wymową imienia, prawie niewidocznie. Natychmiast jej osoba wróciła do zorganizowanej, rudej, cholernie pyskatej, dziewczyny. - Był bliżej. 
Zwróciłem uwagę na jej usta, których kąciki mimowolnie uniosły się do góry. 
Jeden do zera, Ruda. Odstawiłem kufel wypitego już piwa, i uśmiechnąłem się do kelnerki o dolewkę. Juniper również uraczyła się kolejnym kieliszkiem alkoholu, ale ewidentnie trzymała się w ryzach, by nie pić więcej. 
Podziwiałem ją za to. Sam wypijałem piwo za piwem, powoli tracąc domniemany umiar. Kręciło mi się w głowie, ale wciąż utrzymywałem kontakt ze światem. No, powiedzmy.
Z głośników poleciała taneczna piosenka Pitbulla, na co uśmiechnąłem się do dziewczyny.
- Aaa, lubię ten kawałek! - Szturchnąłem ją, zachęcając, by również zaczęła nucić. W odpowiedzi uzyskałem informację, że kaleczę. I zabrała mi piwo! Przewróciłem na nią z niezadowoleniem oczami, i spróbowałem sięgnąć po szklankę. Odsunęła się delikatnie, ułatwiając mi dostęp do alkoholu. Podziękowałem cicho mamrocząc, i upiłem piwa. - No i? Chciałem zaprosić Cię do tańca. - Uciekło mi, nim zdążyłem ugryźć się w język. Kurwa, chyba faktycznie powinienem przystopować z piciem alkoholu, znam ją dopiero chwilę, a robi ze mną co chce. I nie powiem, podobało mi się to.
- Mogłeś po prostu spytać, ciołku - pstryknęła mnie w nos, na co cicho jęknąłem. Przez ułamek sekundy poczułem ścisk podniecenia tą interakcją. Co ona ze mną robi?  Albo co alkohol ze mną robi, spróbowałem racjonalnie podejść do sytuacji. Zapytałem, czy zgodziłaby się na moją propozycje, na co uzyskałem teoretycznie twierdzącą odpowiedź. 
Nim zdążyłem się zorientować, znajdowaliśmy się pośród tłumu tańczących ludzi, a ja bezwiednie wodziłem dłońmi po jej ciele, napawając się tym, jak cudną ma talię. Alkohol, muzyka i ona sama zrobiły ze mną coś, czego bliżej nie umiem określić. Poddałem się temu uczuciu, i bardzo powoli zacząłem zbliżać ku jej szyi.
Przerwała mi, choć mam wrażenie że niechętnie, i wyciągnęła z klubu. Mamrotałem pod nosem, że wcale nie jestem tak pijany i mogliśmy zostać, a do tego naprawdę ładnie dziś wygląda, i moglibyśmy spędzić razem więcej czasu. 
W każdym razie, tyle było z mojego sensownego myślenia. Podprowadziła mnie pod moją dziecinkę, ale zamiast pozwolić mi na niej usiąść, stanęła między mną a motocyklem, zmuszając do oparcia się o latarnie. Może to i dobrze, bo niebezpiecznie kręciło mi się w głowie, i miałem wrażenie, że zaraz zwrócę zawartość mojego żołądka. Powiedziała coś o kluczykach, na co zareagowałem natychmiast, zaprzeczając i kategorycznie zabraniając jej dotykania się mojego maleństwa. Podeszła bliżej mnie, i niewiele myśląc, oparłem się o nią. 
Jej drobne ciałko ugięło się pod moim ciężarem, ale jakikolwiek gwałtowny ruch spowoduje u mnie odruch wymiotny, więc po prostu pozwoliłem jej robić swoje, mamrocząc głupoty pod nosem. Znalazła kluczyki w kieszeni moich spodni i wyciągnęła je, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
Dlaczego pozwoliłem jej prowadzić? nie mam pojęcia. Czy warto było, by móc się w nią wtulić, i wymruczeć, że jej włosy wpadają mi do oczu? zdecydowanie.

Jak dotarłem do domu? nie wiem, pamiętam, że ta urocza Ruda pomogła mi zdjąć kurtkę. Po dłuższym zastanowieniu się, mieszkanie wcale nie wyglądało jak moje. Było tu zbyt czysto, za ładnie tu pachniało, i ani razu nie kopnąłem w ubranie ani butelkę po piwie lub energetyku. 
Znalazłem się na kanapie pod odurzająco słodko pachnącym kocem, i mruknąłem, że dziewczyna ma tu zostać. Owinąłem ramiona wokół niej, i nie zamierzałem puścić. Chciałem, by zasnęła obok mnie.
Zdziwiła mnie moja własna myśl. 
Zazwyczaj kończyłem u innych dziewczyn w mieszkaniach, z całkiem innymi zamiarami, niż po prostu wtulenie się i zaśnięcie. Nie wiem co ona ze mną robiła, ale na pewno nie było to nic dobrego. Czułem się jak kompletny idiota, w dodatku czułem jak bardzo jebie ode mnie fajkami, piwem i klubem. Czułem wstyd?
Dziewczyna wykorzystała moment, i ulotniła się do swojego pokoju, na co westchnąłem. Zostawiła światło na korytarzu, zapewne po to, żebym się nie zabił. Uroczo.
Wymacałem w kieszeni spodni zgniecioną paczkę papierosów i zapalniczkę, i już miałem go odpalić, gdy dotarło do mnie, że to nie mieszkanie u matki. Zakląłem cicho, i niezręcznie wyswobodziłem się z koca. Dobrze, że June tego nie widziała.
Praktycznie po omacku, pijackim krokiem znalazłem wyjście na miniaturowy balkon. Przymknąłem za sobą drzwi i z ulgą odpaliłem papierosa, zaciągając się ostrym zapachem dymu.
Alkohol w mojej głowie nie dawał za wygraną, i wciąż dawał do zrozumienia, że robię coś bardzo, bardzo głupiego. Wróciłem wspomnieniami do rodzinnego domu w Californii, tam też zawsze słodki zapach uderzał mnie prosto w twarz. Czułem się znowu jak trzynastoletni ja, wymykający się na papierosa, zanim mama wróci do domu. Nie obchodziło jej to, ale chciałem czuć się jak nastolatek, z nastoletnimi problemami.
Kurwa, co z Impalą? Prawie przepadłem przez balustradę, próbując odnaleźć dziecinkę wzrokiem. Byłem zbyt pijany, by cokolwiek zarejestrować. Każdy samochód i motocykl wyglądał tak samo, tylko różniły się kolorami. Westchnąłem, zgasiłem papierosa i wyrzuciłem go przed siebie. Pewnie spadł między samochody.
Równie chwiejnie wróciłem do miejsca, w którym miałem spać. Położyłem się, nawet nie próbując zawinąć się ponownie w koc, za każdym razem gdy zamykałem oczy, świat wirował i przyprawiało mnie to o dreszcze.
Leżałem tak dobre kilka godzin, bo słońce zaczęło już ewidentnie wschodzić. Spróbowałem ponownie zasnąć, tym razem z pozytywnym skutkiem. Jednakże, nic co dobre, nie trwa wiecznie. 
Obudziły mnie kroki obok mnie, i czyjś dialog. Kim Ty do cholery jesteś? za nic w świecie nie mogłem sobie przypomnieć, żeby coś mnie łączyło z tą dziewczyną. 
Wstałem, przecierając zaspane oczy, i widząc rude włosy, wszystko zaskoczyło na swoje miejsce.
- Dzień dobry, spałeś coś? - usłyszałem jej miły głos, i przysięgam, że chciałem jej odpowiedzieć.
Zamiast tego wyburczałem tylko pytanie o łazienkę, i podpierając się ścian, dotarłem do niej, by zwrócić resztki alkoholu.
- Przepraszam. - jęknąłem, wstając z kolan i przemywając twarz wodą, gdy skończyłem wymiotować jak kot. Nie widziałem obrzydzenia w jej wzroku, podała mi tylko płyn do płukania ust i wyszła bez słowa, by po chwili wrócić ze szklanką wody. - Chyba powinienem iść. - uznałem, zabierając jednak szklankę z jej dłoni. Mimowolnie, dotknąłem jej palców, i poczułem jakby przez całe moje ciało znowu przeszedł dreszcz. Japierdole, jak ty na mnie działasz.
- Arthur, wyglądasz jak trup. - Wciągnąłem mocniej powietrze, gdy wypowiedziała moje imię. Skrzywiła się jednak, mówiąc kolejne zdanie. Nie byłem pewien, czy skrzywienie było ze względu na kłamstwo, czy prawdę. - chyba powinieneś jeszcze zaczekać, aż poczujesz się lepiej.
Wyglądała naprawdę ładnie. Włosy miała związane w niedbałego koka, a jej ciało ukryte było pod piżamą. Nie miała też grama makijażu, i mogłem dokładnie zobaczyć jej delikatnie podkrążone oczy po nocy. Ciekawe, czy byłem pierwszym facetem, który widzi ją tak niezorganizowaną. 
Usiadłem grzecznie na kanapie i nie przeszkadzałem jej, w jej codziennych obowiązkach. 
- Paliłeś? - zapytała, nie odwracając w moją stronę wzroku. Potwierdziłem. - Jesteś idiotą. - skwitowała mnie. Tym razem także nie mogłem zaprzeczyć, i mimo, że chciałem odpalić jej jakąś ripostą, nie byłem w stanie.
- A masz jakiś problem, mamo? - uśmiechnąłem się do niej niemrawo, co poskutkowało tylko krótkim podniesieniem warg. - Nie wiedziałem, że nie mogę. - Dodałem, chcąc załagodzić moją i tak chujową sytuację. 
- Pal gdzie indziej, nie w moim mieszkaniu. - Ucięła temat. - Samochód jest w garażu, kluczyki na komodzie. Ale nie pojedziesz nim nigdzie w takim stanie - ponownie odebrała mi możliwość wypowiedzenia się. Albo ja miałem halucynacje.
Wciąż byłem lekko pijany, i jej osoba naprawdę działała na mnie jak nikt inny. I naprawdę nie potrafiłem ugryźć się w język.
- Nie wylądowaliśmy w łóżku. - Stwierdziłem fakt, praktycznie z dumą w głosie. - Pachniesz mango. - Dodałem, jakby jakkolwiek miało to zmniejszyć niezręczność mojego poprzedniego zdania. Dziewczyna wyglądała tak, jakby zaraz miała wybuchnąć śmiechem, albo uderzyć mnie z liścia. - Mam kaca. - Mruknąłem, patrząc się na nią wzrokiem zbitego szczeniaka, z nadzieją, że obudzę w niej litość, i obejdzie się bez liścia.

Juneeee? 

środa, 13 maja 2020

Od Seana C.D. Alana

Pytanie chłopaka, mojego chłopaka, kompletnie zbiło mnie z tropu. Czy byłem gotowy, by wreszcie powiedzieć mu dlaczego nagle rzuciłem wszystko i zostawiłem go samego, by pojechać do rodzinnego kraju? Wszystko co do tej pory wydawało mi się słuszne, niemal oczywiste, w chwili obecnej było... niczym. Każda myśl odpłynęła w swoją stronę, zostawiając mnie z ogromną pustką zarówno w głowie jak i w sercu. Nerwowo przeczesałem ręką włosy, niepewnie zerkając na Alana, przygotowując się do nieznanego. Nie chciałem mu nic mówić. Zasługiwał na prawdę, ale nie zasługiwał na mnie. Nie na mnie w takim stanie. I może to ten cały Even, Evan, czy jak mu tam było, stał się w pewnym sensie czynnikiem zapalnym dla decyzji takiej, a nie innej, ale... cholera, obawiałem się złamać mu serce. Nie o to co stanie się ze mną, lecz właśnie z osobą, na której obecnie bardzo mi zależało. Cała okolica jakby wyczuła moje zamiary, ponieważ nawet silniki samochodów ucichły gdzieś w oddali, zostawiając mnie z pierwszą miłością oraz ogromną gulą w gardle.
━━ Ja... przepraszam cię, ale nie jestem jeszcze gotowy, żeby... ━━ słowa utknęły mi gdzieś w żołądku, sprawiając, że on sam dość nieprzyjemnie zacisnął się z nerwów. ━━ Może lepiej by było gdybyś wrócił do akademii.
Ostatnie zdanie wymówiłem tak cicho jak tylko się dało, łudząc się, że chłopak nie zdołał niczego usłyszeć przez mój cichy ton. Niestety, dokładnie tak jak zazwyczaj, przeliczyłem się, aby już po chwili dostać dość boleśnie w twarz. Nie spodziewałem się niczego innego, a jednak zabolało nie tyle fizycznie, co psychicznie. Chyba do swojego CV powinienem dodać "uwielbiam znęcać się nad samym sobą". Uśmiechnąłem się blado, próbując ukryć łzy, coraz mocniej napływające mi do oczu. Raniłem nas oboje, a przynajmniej tak czułem, ponieważ w czymś takim jak związek również okazałem się równie beznadziejny co w samym życiu. Nawet nie spojrzałem w kierunku Alana, bojąc się co takiego mógłbym zobaczyć. A szkoda, bo może chociaż wtedy, na widok łez, jakiekolwiek inne uczucia, niż ten cholerny egoizm wzięłyby nade mną górę. Milczałem, pozwalając, by ta cisza nas dobijała i nie robiłem z tym kompletnie nic. Czekałem na to, aż chłopak odejdzie. Aż po prostu mnie zostawi, gdyż byłem tak beznadziejnym człowiekiem. Innym, niż ten, za którego zapewne mógłby mnie brać. Czekałem, aż wsiądzie w pierwszą lepszą taksówkę, która zabrałaby go na lotnisko, żebym wreszcie mógł przestać niszczyć mu życie. I tak, z pewnością w tamtym momencie okropnie dramatyzowałem, ponieważ żadna z tych rzeczy nie miała miejsca, ani prawa bytu. Po raz kolejny prawo mnie zawiodło.
━━ Ty idioto, chyba nie myślisz, że tyle się namęczyłem, żeby tylko usłyszeć od ciebie coś takiego? Uderzyłeś się w głowę, Montgomery? ━━ pokręcił głową z niedowierzaniem, naprawdę patrząc na mnie jak na skończonego debila. ━━ Zamieniasz się w drama queen to chociaż zrób to raz a porządnie, a nie.
Prychnął wyraźnie zniesmaczony, nie próbując jednak szukać żadnego kontaktu fizycznego, a jedynie tego wzrokowego. Liczyłem na coś innego, ale podobno liczyć można było tylko na siebie. Jak widać, nie w moim przypadku. Emocje towarzyszące głupocie już dawno opuściły mnie, pozostawiając niczym wydmuszkę. Zacisnąłem zęby, starając się nie myśleć już o tym, jak okropnym nieudacznikiem życiowo-społecznym znowu się okazałem. Powoli wszystkie te... zachowania, stawały się niemal dziecinne. Przestawały przysługiwać komuś, o nazwisku takim jak moje. Stawały się najzwyczajniej w świecie żenujące. Nagle z moim ust wydobył się niekontrolowany śmiech, niemal mogłem poczuć zdezorientowane Alana i tą ogromną chęć do ponownego przywalenia mi z otwartej dłoni w twarz. Nasza historia była burzliwa przez to, że oboje zachowywaliśmy się jak dzieci, którymi zresztą ciągle byliśmy. Ale... czy można było być wiecznym dzieckiem? Wszystko w końcu się nudziło, stawało się męczące. Opadłem na ławkę, która znajdowała się w pobliżu, zaczynając się szeroko uśmiechać, niczym największy, psychopatyczny idiota tego świata. Zerknąłem na swojego towarzysza, którego dopiero co zraniłem, spod rzęs i ledwo powstrzymałem kolejne słone łzy cisnące mi się do oczu, gdy on po prostu złapał moją rękę najzwyczajniej w świecie siadając obok. Milczenie przestało w jakikolwiek sposób być niezręczne. Najbardziej ceniłem sobie te chwile, w których mogłem po prostu niczym się nie przejmować, ale nie czułem się także samotnie jak przez większą część swojego życia.
━━ Przepraszam, chyba po prostu okazałem się jeszcze większym idiotą niż można by się tego było spodziewać. ━━  powiedziałem dość cicho, z lekką skruchą, nie oczekując nawet wybaczenia. 
Zresztą, czy było tam co wybaczać? Ukryć się nie dało, że zawaliłem na całej linii i ratowała mnie jedynie paczka papierosów, schowana w kieszeni spodni. Nie dało się nie zapamiętać naszego pierwszego, dość interesującego spotkania przed sekretariatem Dressage Academy, kiedy obaj okazaliśmy się być siebie warci, irytując drugą osobę niemal w równym stopniu. To co na zawsze będę pielęgnował, ponieważ wiedziałem, że było warto. Czy gdybym go wtedy nie spotkał, wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy gdyby nie pasja związana z końmi, gdyby nie koszmarna sytuacja rodziny Montgomery i każde inne wydarzenie z mojego życia, siedziałbym teraz na obdartej z farby ławce w paryskim parku z Alanem Wintersem, odczuwając niemałe zawstydzenie po dopiero co wypowiedzianych słowach? Prawda była taka, że nigdy się już tego nie dowiem, a mogę jedynie spekulować na wiele tematów, dokładnie tak jak teraz. Ale ceniłem sobie jego lekkomyślne decyzje w połączeniu z moimi nieodpowiedzialnymi zachowaniami. To stało się już czymś normalnym, bez czego prawdopodobnie nie mógłbym żyć. Dlatego tak cholernie żałowałem swojej decyzji, swojej głupoty i irytowało mnie już nawet tak często powtarzane słowo "cholera" w przeróżnych jego odmianach. Nawet wtedy kiedy robiłem coś co najmniej nieodpowiedniego, on przy mnie był. Nawet wtedy kiedy tak starałem się odrzucić go w najciemniejszy kąt całego swojego istnienia, upierając się, że właśnie tak będzie lepiej. Nie mogłem wiedzieć czy na pewno właśnie tak będzie. Tym razem odważyłem się spojrzeć chłopakowi w oczy, mając nadzieję, iż te ukażą moje faktyczne zamiary, choć nawet w takim świetle wydawały się one krzywdzące dla przynajmniej jednej ze stron. Zauważyłem, że w czasie trwania całej naszej relacji, jedynie ja ją psułem. Ciągle wystawiałem na próby. Nigdy nie robiłem nic, by uczynić ją dobrą. A chciałem. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo jak mógłbym nie chcieć kontynuować tego związku. Prawda? Sam nie rozumiałem siebie. Wszystko okazywało się złudne, zbyt trudne oraz wymagające. Jakbym nagle zdziwił się tym, że utrzymywane kontaktów z ludźmi wymagało poświęceń. Ale przecież ja zawsze odpuszczałem. I myślałem jedynie o tym, jak bardzo w tamtej chwili przydałaby mi się Charlie, która rozwiałaby wszystkie moje wątpliwości, pozwalając wypłakać się w ramię, nawet wtedy kiedy jedynie brałem, nie dając jej zupełnie nic w zamian. Miałem ochotę pocałować siedzącego obok chłopaka. Przytulić, oddać uścisk dłoni. Pokazać, że ja też tutaj dla niego jestem. Jednak nie zrobiłem żadnej z tych rzeczy, zamiast tego wysuwając swoją dłoń z uścisku tej jego, nieco mniejszej i zdecydowanie bardziej zimnej. Powoli podniosłem się z ławki, pozwalając by w oczach kogoś, dla kogo mógłbym oddać własne życie, zagościły łzy. Jego oczy zaszkliły się niebezpiecznie, szczęka zadrżała, ale nie odważył się niczego powiedzieć, dokładnie tak samo jak ja. I wiedziałem już w tamtym momencie, że popełniłem ogromny błąd decydując się na tak ogromne kroki w naszej krótkiej, burzliwej relacji. Alan Winters nie zasługiwał na kogoś takiego jak ja. Odwróciłem się w stronę miejsca, w którym powinienem móc złapać jedną z taksówek. Ani razu nie spojrzałem za siebie, odchodząc kamienistą dróżką, której nikt nawet nie próbował pokryć brukiem. Wiedziałem też, że gdybym to zrobił, prawdopodobnie zgodziłbym się, aby chłopak został ze mną we Francji, a to niestety nie było możliwe. Nie mogłem mu nic zaoferować. Będąc już przy ulicy, do moich uszu dobiegł dźwięk klaksonu. Uśmiechnąłem się sztucznie, wsiadając do wolnej taksówki i jakby w amoku dyktując kierowcy adres, którego nauczyłem się niemal na pamięć. Następnym co pamiętałem została rozmowa z bratem, w towarzystwie piosenki The Neighbourhood, o wdzięcznej nazwie "Flawless". 
━━ Spieprzyłem Griffin, spieprzyłem. ━━ wydobyło się spomiędzy moich warg wraz z cichym szlochem.
A taksówkarz o nic nie pytał, pozwalając by pomiędzy nami zapanowało milczenie, podczas gdy w mojej głowie był tylko obraz bruneta na tej przestarzałej ławce w parku i jego zaszklonych oczu. Nawet wtedy wydawał mi się najpiękniejszym, co mogło mi się w życiu przytrafić. 

Alan? 
Odpowiesz mi po tej dramie i takim szmacie czasu? XD

Ogólnie to jakieś 1331 słów, nie żebym liczyła pshhh

niedziela, 15 grudnia 2019

Od Ricka cd. Beauregarda

***
(Przepraszam, ale nie miałam weny na to :c)
- To, która jest lepsza? - spytał bezradnie. Westchnąłem ponownie i rozejrzałem się po półkach.
- Z kawą to trochę jak z ludźmi. Im ładniejsze opakowanie, tym gorsze i ohydniejsze wnętrze. - uśmiechnąłem się lekko, wzrokiem szukając znajomego mi pudełka. Z daleka można je wypatrzeć, bo jest tak nudne i szare, że raczej nikt by na nie nie spojrzał.
- Proszę! Oto i cud tego świata w najpiękniejszej postaci! - wyszczerzyłem się do Miśka trzymając w dłoniach szaro brązowe pudełko.
- Jesteś pewny? Znaczy, nie że ci nie ufam, ale jest dość smutne opakowanie.- skrzywił się lekko.
- Misieeeek. - jęknąłem na to, że śmiał podważyć moją decyzję.
- Pamiętaj, liczy się wnętrze! - klasnąłem w dłonie, po czym wrzuciłem opakowanie do koszyka.
Dłuższy czas zajęło nam zrobienie reszty zakupów, po wszystkim poszliśmy do kasy i szybko wyszliśmy ze sklepu obładowani siatkami jakbyśmy jechali na jakiś obóz przetrwania albo gorzej. Nie wspominałem już w ogóle o kasjerce i ludziach w sklepie, którzy dziwnie patrzyli się na prawie 20-letniego faceta z plasterkiem z Kubusiem Puchatkiem na twarzy.
Sprawnie dotarliśmy do domu Beara i zaczęliśmy rozpakowywać rzeczy. Chłopakowi zostawiłem większość rozpakowywania, bo sam zająłem się rozglądaniem po kuchni. Nie był to luksus, ale zawsze coś. Właściwie to bardziej przytulnie niż u mnie. Podwinąłem rękawy bluzy, którą dostałem od Beara, trochę przy małej, ale mi to nie przeszkadzało.
- To, co gotujemy? - klasnąłem delikatnie w dłonie, lekko podekscytowany.
- Gotujemy? - zapytał Bear jakby nie słyszał mojego pytania.
- No gotujemy! Chyba nie myślałeś, że będę się gapił jak idiota? - parsknąłem śmiechem.
- Em... Nie no, nie myślałem... Po prostu... - zaczął lekko się plątać w słowach. Podszedłem do niego i delikatnie zakryłem dłonią jego usta.
- Misiek, wyluzuj. Przy mnie możesz czuć się swobodnie. - uciszyłem go, ze szczerym uśmiechem. Po chwili zabrałem rękę, w końcu doszło do mnie, że jest to dość niezręczna sytuacja.
Miałem przerażające wrażenie, że się rumienie, miałem jednak nadzieję, że to tylko moja wyobraźnia. Przecież ja nigdy w życiu się nie rumieniłem...
Swoją drogą naprawdę nie chciałem by chłopak czuł się jakkolwiek przy mnie skrępowany. Mimo wszystko miałem wrażenie, że z każdą chwilą czuje się on coraz bardziej swobodnie w moim towarzystwie.
Dalej bałem się, że moje policzki pokryły się czerwienią. Dawało wręcz to uczucie pieczenia albo i nawet palenia? A może to po prostu przez to, że wróciłem z zimna? Sam już nie wiem.
Staliśmy już dłuższą chwilę w niezręcznej ciszy, pierwszy raz w życiu chyba nie wiedziałem co zrobić. Czy to naprawdę tak wygląda bycie zawstydzonym?
- Możemy zrobić jajecznicę. - uśmiechnął się Bear, za co w duszy mu podziękowałem, bo miałem wrażenie, iż moim ciałem za targnął paraliż.
- Em, spoko. - wzruszyłem ramionami lekko zakłopotany. Nie Ri, wcale nie wyszło to cholernie niezręczenie. Może powinienem przeprosić to poczuje się lepiej? Albo po prostu to zostawić?
- Jajka włożyłem do lodówki, mógłbyś? - z pułapki rozmyślań wyciągnął mnie Bear, szybko utwierdzając mnie w decyzji, aby czym prędzej zostawić to za sobą. Nie odpowiedziałem już nic, za bardzo bałem się, że znowu coś palnę.
Cholera jasna, co się ze mną dzieje?!
***
- O mój boże, jestem kurewsko głodny, szybciej! - wydarłem się wściekły w stronę przeklętej patelni, która dla mnie podgrzewała się za długo.
- Cierpliwości Rick. - zaśmiał się Bear.
- No to niech się to pośpieszy! - westchnąłem.
- Właściwie to już chyba gotowe. - uśmiechnął się chłopak, zerkając w stronę patelni. Rozanielony chwyciłem za patelnię, co było błędem.
- Chwila! Rękawiczki! - krzyknął Misiek, jednak za późno.
- Gorące! Kurwa! - zacząłem wyklinać narzędzie tortur szybko przenosząc jedzenie z patelni na talerze. Mało nie rozwaliłem zlewu gdy wrzucałem rozgrzaną patelnie.
- Kurwa jego mać! - warknąłem trzymając się za piękące miejsce.
- Mówiłem ci cierpliwości. - zaśmiał się Bear, sięgając do zamrażarki jak zgaduję po kostkę lodu.
- Obudziłem się wcześniej od ciebie co znaczy też że dłużej jestem głodny, powinieneś mi współczuć, a nie jeszcze mi dowalać. - mruknąłem.
- Nic ci nie będzie. - uśmiechnął się po czym podał mi kostkę lodu.
- Tja... Swoją drogą jest zabawnie. Rzadko kiedy przebywam w kuchni także no, przynajmniej się czegoś nauczyłem. - zaśmiałem się.
- Swoją drogą niedługo święta. - stwierdziłem. - Masz jakieś plany? - zapytałem z czystej ciekawości gdy chłopak przygotowywał resztę jedzenia.
- Właściwie to nie... - odpowiedział po chwili namysłu. Natychmiast wpadł mi do głowy "genialny" pomysł.
- Oo, to może chciałbyś spędzić te święta ze mną? - uśmiechnąłem się.
- Z tobą?- zapytał niepewnie.
Powiedziałem coś nie tak? Może nie powinienem? Cholera. Dlaczego nie ugryzłem się w język?
Czemu on ciągle sprawia, że dziwnie się czuję?
I dlaczego jednak spytałem?


Misiek? Przepraszam, że tak długo i takie krótkie ;-; Jakoś życie mnie zjadło.

wtorek, 10 grudnia 2019

Rocznica!

Wiecie. Tak sobie siedzę pod kocem, słuchając muzyczki i patrząc na Dressage Academy. Nie wierzę, że to wszystko się wydarzyło. Dzisiaj mijają dwa lata, od kiedy podjęłam decyzję o założeniu tego bloga. To jest... minęły 10 grudnia. Mamy 10 lutego, w dniu kiedy to piszę. Pozwolę sobie to opublikować już na grudzień 2019. I, cholera, znowu nie umiem skończyć. Chyba nie chcę, wiecie? W ubiegłym roku mówiłam to samo - byłam wtedy kurduplem, który postawił sobie za wysoką poprzeczkę, i dziwił się, czemu nie umie tego zrobić. Ale wiecie co? Było warto. To wszystko było tego warte. Łzy frustracji, wściekłości, radości. Przez te dwa lata stało się tyle pięknych rzeczy. Spotkałam i poznałam tyle cudownych osób, że nie sposób w to wszystko uwierzyć.  Potem przejdę do podziękowań, tak jak za pierwszym razem. Gdyby nie Wy, nic nie byłoby tak cudowne jak jest. Fakt - zdarzały się kłótnie - i to większe, niż ktokolwiek  z Nas by chciał. DA było pierwszym założonym przeze mnie blogiem  na poważnie. Były inne blogi, na których po prostu nie umiałam się wczuć, ani zrozumieć działania blogosfery. Dołączałam do wielu watah, ale nie mogę porównywać tych stron do naszego DA. Dość dawno temu powstała Kartoflanka - grupka stworzona w sumie dla każdego. Spotkałam się z kilkoma osobami z grupy, co było spełnieniem moich marzeń. No ale oczywiście, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Jeżdżenie po Polsce w celu spotkania swoich przyjaciół jest cudowne, nawet jak podróż ma trwać pół dnia. Ważne jest, żeby zobaczyć te iskierki  w oczach i uśmiech.
 Nie przedłużając, pora przejść do indywidualnych podziękowań - jak rok temu.
Dziękuję Masłu - za to, że jesteś i nie masz zamiaru nigdzie iść. Wytrzymujesz ze mną w każdej chwili, nawet jak mam wszystkiego dość i najchętniej po prostu bym wyszła i nie wróciła do domu. Powstrzymywałaś mnie przed robieniem głupot, które naprawdę niszczyły mi życie. Motywowałaś, żebym napisała do mojej Iskierki, nie pozwalałaś mi  rzucić bloga. Byłaś ze mną przez cały czas. Że poszłaś ze mną na koncert, chociaż nam nie wyszło. Ale byłaś. Zobaczenie Twojego uśmiechu, jak podajesz łapkę Mamutowi było bezcenne. Obydwoje się uśmiechaliście. A Twoje patrzałki tak cholernie błyszczały. To był moment, kiedy dotarło do mnie, że naprawdę warto jest czekać. Nie wiem czemu akurat Ty i Mamut, ale chyba tak miało być. Uświadamiasz mi tyle wartościowych rzeczy, podrzucasz cytaty i piosenki, znosisz moje gadanie o Iskierce, Fidelu i wszystkim innym. Nie ma odpowiednich słów, żeby wyrazić moją wdzięczność do Ciebie - i całej reszty. Cieszę się, że jesteś. Pomagasz mi, słuchasz mojego pierdolenia o rodzicach, siostrze, wyjazdach i wszystkim, co mi się nawinie pod klawiaturę. Dziękuję za rozmowy na dachu, te rozkminy o chłopakach! Dach zimą jest bardzo ładny, wiesz? Damn it, naprawdę nie wiem za co mogę Ci jeszcze podziękować. Więc po prostu... tu chyba skończę.
 Riczu, mój człowieku z Teamu Grubasków! Jesteś tak cudowną i dzielną osobą, że aż trudno mi w to uwierzyć. Radzisz sobie, na tyle na ile możesz. Są chwile załamania - częściej, rzadziej. Nie wiem. Ale ważne, że jesteś z nami. Dziękuję Ci za Solli - najlepszą serię, jaką z Tobą kiedykolwiek miałam. Za te nocne rozkminy, czy Sammy zgwałci materac czy Ricka, albo czy Nicole go wykastruje. Za planowanie tylu serii, które chyba nam nie pyknęły. Dziękuję Ci za najlepszy teren w życiu z Tobą i Masłem - mam nadzieję, że dalej masz te filmiki! - kiedy złamałyśmy chyba wszystkie zasady BHP, ale było warto! Za zakłady o czekoladę i herbatkę, którą dalej Ci wiszę. Jesteś tu z nami, i mimo tylu trudności w życiu, wciąż trwasz w Rodzince. Nawet nie wiesz, jak cholernie się cieszyłam, kiedy spodobał Ci się prezent - bluzka z AHS. W sumie to wypominałaś mi, że za duża, ale chyba Ci to nie przeszkadzało. Dzięki wielkie, za obronę mnie przed Masłem, jak oddała całe moje drobne na braciszka... Like, jestem Ci cholera wdzięczna za te najdrobniejsze uśmiechy i żarty. God damn it, cokolwiek by się nie działo - pytasz się, czy wszystko jest ok, martwisz się, mimo swoich problemów. Dajesz radę. Czasami chyba bierzesz za dużo na siebie, i potem tego żałujesz, ale umiesz się przyznać, że sobie nie radzisz. Po prostu... dziękuję za bycie Riczem. By the way, dalej mam zamiar zdobyć numer od tego chłopaka od kebsa :D
 Blancz, Promyczku. Ostatnio zdarza Ci się znikać, ale nie znaczy to, że o Tobie zapominamy. W pierwszej kolejności dziękuję Ci za rozmowę dwunastego maja - Twoje opanowanie i słowa otuchy, gdy siedziałam na asfalcie, trzymałam grafy chłopaków i płakałam Ci w słuchawkę, były cudowne. Potem to Tobie mówiłam, że chciałabym im powiedzieć. Że chcę się z nimi spotkać, porozmawiać jak równy z równym. Dziękuję Ci za to, bo gdyby nie Ty, pewnie nie byłabym w stanie do nich podejść po koncercie. Damn, trudno jest to wszystko wymienić w sumie. Dziękuję Ci, za pomysły na blogi - które w sumie zaczynałyśmy robić, ale kończyło się na planach. Blanczuu, co ja Ci mogę jeszcze powiedzieć? Jesteś naszym promyczkiem, przynosisz nam tu trochę słońca w czasie burzy. To cudowne! Zawsze jesteś tak opanowana i... po prostu jesteś sobą. Martwisz się o wszystkich razem, i o każdego z osobna. Wysłuchujesz moich przekleństw o Fidelu, chłopakach, rodzicach. Wspierasz. Zwłaszcza, jak jechałam do Pragi i akurat były Juwenalia Krakowskie. Wysłuchiwałaś moich przekleństw bezsilności, mówiłaś, że na pewno jeszcze ich spotkam. Potem odpisywałaś mi i śmiałaś się, jak panikowałam gdy Łuki mi odpowiadał. Awh, nie wiem w sumie co jeszcze mogę Ci napisać, so... dziękuję.
 Mikser. Cholera, jesteś dzielną osobą. Bardzo dzielną. Zniosłaś tyle, że aż trudno jest uwierzyć, że dalej dajesz radę. Dziękuję Ci za to, że mimo sporów na Kartoflance i tej trudnej decyzji, jaką podjęłaś, dalej utrzymujesz z nami kontakt. Gratuluję serdecznie, za wytrzymanie psychicznie i fizycznie tych wszystkich rzeczy, które Ci się przytrafiły. Jestem Ci wdzięczna, za te wszystkie miłe wiadomości, które wysłałaś. Za to, kiedy powodowałaś uśmiech na moich (i nie tylko) ustach, swoimi żartami. Cholera, naprawdę Ci dziękuję. Wiesz, to dzięki Tobie na poważnie zaczęłam się zastanawiać jak potoczą się losy Kartoflanki bez osób na niej.
Andziu, Pasztecie, Myszo, Sumku. Wam też dziękuję. Fakt, nie piszemy jakoś dużo (no chyba że pieprzę Ci Pasztet o Pchle :')), ale jesteście dla mnie ważne. Jeju, naprawdę Wam dziękuję. Brakowałoby mi Was, ba! brakowałoby mi każdej osoby, która była na Kartoflu i odeszła, prosząc o "chwilę spokoju". Jak mówiłam, nie piszemy jakoś dużo. Ale jesteście, i to się cholera liczy.
Dziękuję za obecność tutaj, z całą resztą.

Dziękuję Wam wszystkim. Gdyby nie Wy, to... to nie wiem.  Jesteście cholera moją drugą rodziną.
Przyszła pora się pożegnać. Daliśmy radę razem przez dwa lata. Z niektórymi nawet dłużej. Ale każda droga kiedyś się kończy, każda książka ma swoje zakończenie, każdy zespół kiedyś skończy grać. Tak trudno mi napisać to jedno zdanie... pewnie nie potraktujecie tego poważnie, powiecie że żartuję. Nie, nie żartuję. Znając Was, wciąż będą się tu pojawiać opowiadania i nowe postacie. Powiedzcie mi, po co? po co Wam to?

Dressage Academy zostaje zostaje zawieszone, a ja... ja odchodzę.
Przynajmniej z DA, z blogosfery. W sumie, na Kartoflu też mnie rzadko widzicie. 
Trzeciego roku na blogu nie będzie.
Przepraszam.