poniedziałek, 3 grudnia 2018

Sean William Montgomery!

Dołączył do nas Sean! Powitajmy go ciepło.

Alan Winters!

Dołączył do nas Alan! Powitajmy go ciepło.

Od Matthewa cd. Grace

Grace przez dłuższą chwilę siedziała w milczeniu, chwyciła moją rękę i jakby czekała na moją reakcję. Nie odezwałem się ani słowem, na co dziewczyna podciągnęła wyżej rękaw mojej bluzy.
- Ten jest bardzo ładny. - palcem zakreśliła wytatuowaną różę na mojej dłoni.
- Sama mam jeden... O ile można to tak nazwać. - odwróciła prawą dłoń, pokazując mały tatuaż na palcu serdecznym był to kubek kawy. Kreatywnie.
- Mimo iż nie jest największy, mam z nim dość ciekawe wspomnienia. - dodała.
-Jakie? - zaciekawiłem się.
-Cóż... tatuaż zrobiłam, nie mówiąc o tym tacie, wiedziała tylko mama, która szczerze mówiąc, zbytnio się tym nie przejmowała, stwierdziła, że jeżeli nie wytatuuję sobie niczego wielkiego, to ona nie będzie miała nic przeciwko. Tatuaż ukrywałam przed ojcem przez... no tydzień, chodząc po domu w rękawiczkach. Po tych kilku dniach tata stwierdził, że coś jest nie tak i kazał mi powiedzieć, co się dzieje. Gdy tylko to zobaczył powiedział coś w tym stylu "No kto to słyszał, żeby osoba niepełnoletnia miała tatuaż?! Nie tak Cię wychowałem". No i następnego dnia, pobudka o 6, mnóstwo obowrwiązków i tego typu sprawy. No, a z racji, że mój ojciec jest w wojsku, no to mogłeś się domyślić, jaki jest surowy. - opowiedziała, po czym wzięła łyk kawy. Uśmiechnąłem się na myśl że ja miałem teoretycznie to samo. Ach, ten trudny charakterek mojego staruszka.
-Jak będę pełnoletnia, to mam zamiar zrobić sobie kolejny tatuaż.
-Masz już pomysł na wzór? - odezwałem się.
-Tak, strasznie chciałabym wytatuować sobie kota birmańskiego. -odpowiedziała
-Lubisz koty?
-Kocham, sama mam jedną kotkę, która tu ze mną przyjechała.
-Jak się nazywa?
-Yellow, a ty masz jakieś zwierzęta? - tym razem to ona zadała pytanie. Cholera na śmierć bym zapomniał o tych małych demonach.
-Mam dwa psy, Pioruna i Ramzesa. Jutro ojciec mi je przywiezie. - odpowiedziałem.
-Ojej, to cudownie. - uśmiechnęła się.
-Idziemy? - zapytałem gdy dziewczyna dopiła kawę.
-Jasne. - odpowiedziała, po czym wstaliśmy z puf i wyszliśmy z kawiarni. Szliśmy dłuższą chwilę w ciszy, nagle jednak dziewczyna stanęła. Obrzuciłem ją zdziwionym spojrzeniem.
-Z-Z-Zapomniałam... - zaczęła.
-Co jest? Grace? - odwróciłem się w jej stronę.
- Zapomniałam kiślu. Nie wzięłam go z domu... - udała teatralną rozpacz. Roześmiałem się głośno i ruszyłem przed siebie. Po paru chwilkach dziewczyna była już obok mnie, próbując mnie dotrzymać mi kroku.
-Masz kiesiela? - zapytała z udawanym smutkiem.
-Chyba nie. - odpowiedziałem. Po co jej kisiel do cholery? 
-A może... pojedziemy na zakupy? - rzuciła mi szalony uśmieszek. Spojrzałem na nią lekko zażenowany, szybko jednak odwzajemniłem uśmiech.
~~~
Staliśmy chyba godzinę w tym sklepie, jak nie dłużej. Jestem cholernie cierpliwy ale są tego kurna granice.
-Ile można wybierać kisiel noo? - zapytałem.
-Pff. Muszę dokonać właściwego wyboru mój drogi. - w końcu w koszyku znalazło się parę opakowań. -No, teraz idziemy po bitą śmietanę i możemy wracać. - Wyszczerzyłam się i ruszyła alejką. Westchnąłem i powłóczyłem się za nią. Gdyby nie to że jesteśmy wyciągnąłbym elektryka i się zaciągnął. Albo najchętniej zaczął coś malować, boże tylko wrócę do mojego mieszkanka to pójdą w ruch sztalugi.
- Więc? - usłyszałem pytanie ze strony Grace.
- Eee, tak, tak. - odpowiedziałem, kompletnie nie mając pojęcia o co chodzi. Dziewczyna głośno parsknęła śmiechem.
- Pytałam czy żółta czy zielona posypka! - zaśmiała się.
- Ah, okey. No to zielona. - także się zaśmiałem. Chwilę jeszcze postaliśmy przy dodatkach do kiselków, po czym poszliśmy do kasy i Grace sprawnie zapłaciła za swoje zakupy, więc mogliśmy już wyjść ze sklepu. Zrobiło się zdecydowanie zimniej, gdyż naprawdę długo siedzieliśmy w tym sklepie. Nigdy więcej.
- Wracamy z buta może? - uśmiechnąłem się lekko w stronę dziewczyny, która przystała na moją propozycję. Szliśmy dłuższą chwilę w ciszy, przerywanej co chwilę przejazdem aut. Nie mogłem się już dłużej powstrzymać, rozpiąłem kurtkę i sięgnąłem ręką pod bluzę w celu wyjęcia elektryka. Po chwili już zaciągałem się jego słodkim zapachem i dymiąc jak cholera.


Grace? co ja mam tu kurna robić :) 

niedziela, 2 grudnia 2018

Od Quil'a cd Gianny

Patrzyłem ze łzami w oczach na dziewczynę, od której przed chwilą dostałem z liścia. Piekielny ból zalał mnie od środka, a ja myślałem, że się po prostu rozpłaczę.
-Boże, przepraszam. - Usłyszałem głos dziewczyny. -Nic ci nie jest? - Zapytała.
Jak zawsze zostawiłem pytanie bez odpowiedzi. Po co miałem się odzywać? Po dłuższej chwili milczenia, dziewczyna się odezwała.
-Cholera. Nie chciałam. - Mruknęła.
Dziewczyna złapała swojego psa i postawiła przede mną.
-Przepraszaj teraz Hazan. - Burknęła.
Samiec jedynie machał uradowany ogonem i sapał, jakby przebiegł 15 kilometrów. Pies wpatrywał się w Desmonda, a po chwili dziewczyna go zauważyła.
-O-okej. Czy to jest lis? - Dziewczyna wyglądała, jakby zobaczyła ducha.
Czarnowłosa cofnęła się trochę, lecz przez swoją nieuwagę nadepnęła psu na łapę. Nie zdążyłem nic zrobić, dziewczyna upadła, uderzając głową o krawężnik. Otworzyłem szerzej oczy i wbiłem w nią wzrok, po chwili otrząsnąłem się i pochyliłem się nad dziewczyną. Wyciągnąłem rękę w jej stronę, a następne pomogłem jej wstać i usiąść na ławce. Spojrzałem na czarnowłosą i spostrzegłem, że leci jej krew.
-Pierdolony pies. - Syknęła.
Nie mając nic innego pod ręką, zdjąłem czarną bandanę, która pozwala na to, aby moje włosy do końca nie zakrywały czoła i przyłożyłem ją do krwawiącej rany.
-Co tu robisz debilu?! - Wydarła się i "zabiła" mnie wzrokiem.

Gianna? C: 

Douglas Miller!

Powitajmy Douglasa!



Od Douglasa do Quil'a

Westchnąłem już po raz pięćdziesiąty tego dnia. Co mi do głowy przyszło, żeby znowu transportować tą diablicę? Młoda znowu zaczęła kopać swoją przyczepę, o mało jej nie przewracając.
No dobrze, może aż tak źle nie jest.
Kiedy spojrzałem w boczne lusterko, akurat wystawiała swój pusty łeb przez boczne okienko.
Mimo wszystko na jej widok uśmiechnąłem się. Jeszcze tylko dziesięć minut i będzie rozwalać coś innego.
Jedenaście minut później zaparkowałem na terenie Akademii. Robiła wrażenie, zwłaszcza ten internat z zewnątrz.
Otworzyłem drzwi przyczepy i podszedłem do Lilki.
- Tylko nie wpadnij na jakiś głupi pomysł - powiedziałem odwiązując ją.
Wyprowadziłem klacz z przyczepy i udałem się z nią do stajni. Tanecznym krokiem, z głową wysoko w górze z chęcią weszła do środka.
Na szczęście jej boks nie znajdował się daleko od wejścia. Im krótsza droga z Lilką, tym lepiej.
Od razu zaczęła wąchać poidło i lizawkę. Tak się kręciła, że ledwo jej zdjąłem kantar.
- Zachowuj się - powiedziałem i poszedłem nosić bagaże.
W internacie niechętnie zaznajomiłem się z jakimś typem, który dał mi klucz do pokoju. W dodatku stwierdził, że pomoże mi w noszeniu bagaży, bo przecież trzy torby to sporo kilogramów.
Powiedziałem, że nie potrzebuję pomocy i dam sobie radę sam. Życzył mi więc miłego czasu spędzonego w Akademii i wrócił do swoich spraw.
Wszedłem do nowego pokoju. Był super. Rzuciłem torby na kanapę i zacząłem wszystko oglądać. Po chwili jednak zorientowałem się, że zachowuję się jak Lilka.
Od razu spoważniałem i zacząłem się rozpakować. Trochę tego wszystkiego było. Oczywiście największej torby potrzebowały rzeczy Lilki. W pozostałych były ciuchy i rzeczy do szkoły, a także różne inne pierdółki które nawet nie wiem po co tu wziąłem.
Godzinę później rozłożyłem się na kanapie i oglądając wyniki mojej pracy otworzyłem puszkę piwa cytrynowego. Ach. Jak dobrze się odprężyć po ciężkim dniu. Na zewnątrz robiło się już ciemno, więc postanowiłem odnieść sprzęt do siodlarni zanim będę zmuszony odnosić go na oślep. Wziąłem więc tą największą, najcięższą torbę i wyszedłem z pokoju, po drodze wyrzucając do śmieci pustą puszkę.
Zacząłem schodzić po schodach, gdy nagle zobaczyłem jakiegoś chłopaka idącego naprzeciwko mnie. Miałem wrażenie, że ta osoba wyróżnia się pośród innych.

<Quil? Ogórku? XD>

sobota, 1 grudnia 2018

Od Gianny cd. Quila

Miałam ochotę udusić mojego jakże psotnego Hazana, który uznał, że przewrócenie mnie i wywalenie mi całego szkicownika z ręki, było świetnym pomysłem. No tak nie bardzo. -Cholera jasna, misiek - warknęłam, przytrzymując psa za o różę i pozbierałam większość kartek. Natomiast jedną z nich gdzieś wywiało. Z cichym fuknięciem, ruszyłam przed akademię i mijając jakiegoś bruneta, nagle o mało co Hazan mnie nie przewrócił. Machnęła gwałtownie ręką i przywaliłam temu chłopakowi w brodę. O kurwa. -Japierdole, Hazan! - nawrzeszczałam na psa i momentalnie odwróciłam się do nieznajomego. Ten jedynie wpatrywał się we mnie z przerażeniem i łzami w oczach. Co ja do cholery narobiłam? -Boże, przepraszam - powiedziałam cicho. - Nic ci nie zrobiłam? Dalej nic. Zero reakcji. Jedyne co wskazywało na ślady mojej zbrodni (a może Hazana) to puchniejący siniak na jego szczęce. Omiotłam go wzrokiem. Raczej nie mógł być ode mnie dużo starszy. Miał dość chłopięcą twarz, był raczej średniego wzrostu,aczkolwiek dalej był wyższy ode mnie. Idąc dalej zauważyłam niebieskie oczy. Naprawdę intensywnie niebieskie oczy, oraz zmierzwione, brązowe loczki. - Cholera. Nie chciałam - mruknęłam łagodnie. Złapałam przebiegającego obok mastifa i przytrzymałam w miejscu. - Przepraszaj teraz Hazan. Pies nie okazał za bardzo skruchy, bardziej był zainteresowany rudym osobnikiem, którego wcześniej nie zauważyłam. Dopiero kiedy podążyłam za wzrokiem psa, sparaliżował mnie strach. Od dawna bałam się lisów, więc to zwierzę w tak niewielkiej odległości ode mni, paraliżowało mnie. - O - okej. Czy to jest lis? - zapytałam, cofając się. Praktycznie nadepnęłam Hazanowi na łapę, co zakończyło się moim dość bolesnym uderzeniem potylicą o krawężnik. No super. Quuuil? Nie bij za długość :c