niedziela, 4 listopada 2018

Od Grace - Nieznośne dziecko / z. #3

Piątek, piąteczek, piątunio. Tak naprawdę, zaczyna się weekend, w końcu chwila odpoczynku od lekcji. Trzy dni na spędzanie czasu z końmi, trenowanie, wyjazd w teren, lub, jak kto woli, na naukę. Wstałam wcześnie, ponieważ instruktorka poprosiła mnie o przeprowadzenie lonży dla dzieci, które dzisiaj przyjeżdżają. Zgodziła się od razu, gdyż kocham dzieci, a praca z nimi to sama przyjemność. Ubrałam luźniejszą, różową bluzkę, którą włożyłam w czarne bryczesy, do tego moje kochane skarpetki w jednorożce i sztyblety. Cały "look" dopełniła czarna, za duża bluza. Wyszłam z pokoju i od razu udałam się do stajni. Gdy weszłam do "rezydencji" stajennych wierzchowców, zdziwił mnie fakt, że było tam tylko kilka dzieci, po co instruktorka poprosiła kilka osób z grupy sportowej, skoro nas tu tyle nie trzeba. Miałam złe przeczucia, ruszyłam szybko w stronę stajni dla koni prywatnych, a gdy tylko do niej weszłam, dosłownie kilka centymetrów ode mnie przebiegło kilka dzieci. Otrząsnęłam się szybko i zaczęłam wyprowadzać młodych "jeźdźców" ze stajni, pokazując przy tym miejsce zbiórki. Jeszcze nigdy nie spotkałam tak niewychowanych dzieci. Dotychczas byłam opanowana, lecz jak zobaczyłam, że jakaś mała dziewczynka dotyka moje konie, mleko zaczęło kipieć. Podeszłam do dzieci, ale zanim cokolwiek powiedziałam chciałam posłuchać, o czym mówi.
-To jest koń hanawerski, a ten drugi to koń islandki. - Popisywała się przed koleżaneczkami, a gdy tylko mnie zauważyła, zadała mi pytanie. - Mogę jeździć na tym koniu? - Wskazała na More'a.
-Niestety nie będziecie wybierać koni, w dodatku są to moje konie, a i przy rasach się pomyliłaś, to jest koń arabski. - Wskazałam na Voljeni. -A to kuc walijski. - Dokończyłam.
Dziewczynka prychnęła lekceważąco i razem z resztą dzieci opuściła stajnię.

~~~

Gdy wszystkie dzieci zostały podzielone na grupy i cała ferajna, której miałam przeprowadzić lonże, zebrała się przy boksie Toshiko, załamałam się w duchu. Trafiła mi się ta nieznośna dziewczyna, no cóż, trzeba przeprowadzić "zajęcia", tak, jakby mnie to nie obchodziło.
-No dobrze... ustawcie się, proszę, żebym mogła zobaczyć każdego z was. - Poprosiłam, a dzieci odziwo wykonały moje polecenie.
-Nazywam się Grace Evans i dzisiaj będę przeprowadzać lekcje na lonży. Jest tu ktoś, kto kiedykolwiek czyścił konia? - Zadałam pytanie.
Rękę podniosła blondynka, której najbardziej się obawiałam.
-Dobrze, podejdź tu do mnie i pomożesz mi przygotować Toshiko do jazdy.

~~~

Po jakże długim czyszczeniu i siodłaniu Toshiko, odetchnęłam z ulgą. Wyprowadziłam konia ze stajni i ruszyłam z nim na plac.
-Kto pierwszy? - Zapytałam, a z tłumu wyrwała się nasza gwiazdeczka. -No dobrze, podejdź tu.
Pomogłam dziewczynce wsiąść na konia i ruszyła stępem. Przez pierwsze pięć minut było dobrze... Tak... po chwili mała blondynka zaczęła cmokać na konia i zaczęła wbijać mu pięty w brzuch.
-Mogę jeździć sama? - Zapytała.
-Nie sądzę, abyś była jeszcze na to gotowa. - Mruknęłam.
Blondynka prychnęła arogancko i zaczęła poganiać konia.
-Toshiko musi się na początku rozgrzać, nie możesz jechać szybciej. - Znowu zwróciłam dziewczynie uwagę.
Po kolejnych kilku razach zwracania uwagi zatrzymałam konia i ściągnęłam małą blondynkę. Nie mówiąc nic, poprosiłam do siebie kolejne dziecko.
-Idę do Pani! - Wrzasnęła, biegnąc przez plac, prawie wpadając pod konia.
Po chwili wróciła razem z instruktorką.
-Co to ma znaczyć? - Zapytała mnie.
-Dziewczynka nie słuchała moich poleceń, więc byłam zmuszona zdjąć ją z konia.
-Nie chcę nawet tego słuchać. - Burknęła i odeszła.
Postanowiłam nie przejmować się dziewczynką i wróciłam do prowadzenia lonży.

30$

Od Grace cd Ethana

Po zajęciach z literatury zostałam poproszona przez nauczyciela o to, abym spróbowała nauczyć czegokolwiek jakiegoś ucznia. Szczerze mówiąc, obawiałam się, kto mi się trafi. Gdy drzwi skrzypnęły, wiedziałam już, że za chwilę zobaczę tego cymbała, którego miałam przekonać do nauki. Do sali wszedł... chłopak, który dziś rano próbował podjeść ciastka dla gości. W tym momencie chciałam sobie strzelić kulką w głowę, nie wiem dlaczego, ale czułam, że nic tutaj nie zdziałam. Brunet widocznie też mnie rozpoznał, ponieważ przez dłuższą chwilę wpatrywał się we mnie, marszcząc śmiesznie brwi.
-O Ethan, dobrze, że już jesteś. To Grace, pomoże Ci z materiałem. - Powiedział facet, wskazując na mnie ręką.
Mimo wszystko spojrzałam na chłopaka, który machnął do mnie ręką na przywitanie, na ten gest skinęłam tylko głową i wróciłam do słuchania nauczyciela.
-Skoro formalności już za nami, to wszystko już z mojej strony, możecie się rozejść. - Mruknął, jakby chciał się nas, jak najszybciej pozbyć i rozsiadł się w swoim fotelu.
Wyszłam z sali razem z chłopakiem i od razu rozpoczęłam rozmowę.
-Więc co teraz? - Zapytałam, stając naprzeciwko chłopaka, aby dobrze się mu przyjrzeć.
Chłopak tylko zmarszczył brwi, przez co poczułam się dziwnie.
-To Ty nie pozwalałaś mi bezkarnie jeść słodyczy za darmo. - Mruknął, oburzony.
Jeszcze raz przeskanowałam go wzrokiem, a następnie zaczęłam się śmiać.
-Jak możesz?! Nie czujesz mojego bólu? - Zapytał teatralnie.
-P-przepraszam. - Powiedziałam, powstrzymując śmiech. -Ethan, tak? Mam w pokoju kilka ciastek, więc jak chcesz, to mogę ci kilka dać. - Dodałam.
Chłopak tylko lekką skinął głową, a gdy wypowiedziałam słowo "ciastka", momentalnie w jego oczach pojawiły się iskierki nadziei.
Ruszyliśmy w stronę wyjścia z uczelni, a gdy już wydostaliśmy się z budynku, skierowaliśmy się do akademika. Po nie całych dziesięciu minutach marszu byliśmy przed moim pokojem. Wyciągnęłam klucz i przekręciłam go, otwierając tym samym drzwi. Weszłam jako pierwsza, a zaraz po mnie Ethan, zamykając drzwi. Otworzyłam jedną z szafek i wyciągnęłam z niej blachę z ciastkami, następnie kładąc ją na stole.
-Częstuj się. - Chłopakowi nie trzeba było dwa razy powtarzać, zaczął zjadać wypieki, a ja usiadłam na krześle, biorąc Yellow na kolana.
-A więc... z czym masz największy problem? - Zadałam pytanie.
Chłopak na chwilę zaprzestał czynności, którą przed chwilą wykonywał i przełknął wszystko co miał w buzi.
-Ze wszystkim. - Rzucił szybki uśmiech i wrócił do zjadania ciasteczek.
Cóż, myślałam, że będzie trochę prościej, ale widocznie się myliłam. Gdy chłopak oderwał się w końcu od jedzenia, wpadłam na pewien pomysł.
-Co powiesz na kawę, herbatę czy cokolwiek innego? - Zapytałam, miałam nadzieję, że się zgodzi, ponieważ miałabym wtedy okazję bliżej poznać chłopaka i jego słabe strony. Chłopak delikatnie się skrzywił i po chwili w końcu się odezwał.
-Nie mam za dużo pieniędzy. - Mruknął.
Przewróciłam tylko oczami i lekko się uśmiechnęłam. 
-Zapłacę za Ciebie.
Po tym, jak Ethan to usłyszał, momentalnie poprawił mu się humor.
-No... po przemyśleniu twojej propozycji, mogę znaleźć chwilę czasu. - Znowu powiedział to w ten śmieszny, teatralny sposób.
Wstałam z krzesła i razem z chłopakiem opuściliśmy moje małe "mieszkanko". Zakluczyłam drzwi, wyszliśmy z budynku i ruszyliśmy w stronę kawiarni. Droga nie była długa, a spacer zawsze dobrze na mnie działał. Weszliśmy do budynku, od razu po przekroczeniu progu poczułam cudowny zapach różnorodnych kaw. Usiedliśmy przy stoliku, który znajdował się pod oknem i zamówiliśmy napoje. Dla siebie wzięłam Caffé Latte, a mój towarzysz poprosił o zwykłą herbatę. Czekaliśmy na nasze zamówienie, a ja postanowiłam wykorzystać tę chwilę na rozmowę.
-Powiedz, w czym dokładnie mam Ci pomóc. - Poprosiłam i spojrzałam na Ethana.

Ethan?
Wybacz, że takie krótkie, ale nie miałam pomysłu :< 

Od Ethana do Grace

W Dressage było dziś jakieś święto. Nie jestem w sumie do końca pewien co tu się dzieje, ale jedno jest ważne - mają ciastka z kremem. I są to dobre ciastka. Nieważne. Szedłem sobie przez akademik i co rusz wpadałem na jakąś osobę. Raz prawie upuściłem ciastko, które zwinąłem z jakiejś tacki. Cokolwiek. Nad bramą wisiał jakiś plakat, wykonany zapewne przez kółko artystów, czy coś. Ogólnie z tego co udało mi się dowiedzieć był jakiś dzień otwarty, czy coś w tym stylu. W sumie nawet fajnie; nie ma lekcji, można bezkarnie pałętać się po szkole i dają ciastka, za darmo. Podobno dużo osób ze szkoły włączyło się w przygotowania, jednak ja cóż... Ja akurat byłem bardzo zajęty. Także ten, właśnie przechadzałem się po korytarzu i zauważyłem tackę z ciastkami. Delikatnie rozejrzałem się wokół i ruszyłem po tę niebiańską słodycz. Już miałem brać słodkie kółeczko, kiedy jakaś dłoń uderzyła o moją i byłem zmuszony wycofać rękę. Zmarszczyłem brwi i podniosłem wzrok. Przede mną stała dość niska dziewczyna odziana w koszulkę z logo szkoły. Podpierała ręce o biodra i patrzyła na mnie groźnie.
- Tak nie wolno - powiedziałem, mając na myśli uniemożliwienie mi zabrania słodyczy.
- Ciastka są dla gości, nie dla uczniów  - powiedziała dziewczyna.
- Ale no proszę nooo - zrobiłem oczy szczeniaczka.
- Nie - twardo trzymała się swojego zdania.
- Jedno mogę? - spytałem z lekką nadzieją.
Brunetka tylko pokręciła głową. Wydąłęm dolną wargę i odszedłem. No wzięłoby to. I nie mam ciastka.

*magiczny skip tajm, bo historia musi się zgadzać xD*

Minęło już kilka dni od tego dnia otwartego, czy czegoś tam. Aktualnie siedziałem na zajęciach z literatury i zastanawiałem się jak mogę uciec z tej sali. To nie tak, że nie lubię się uczyć, po prostu ten nauczyciel jest dziwny i nie umiem go słuchać. W pewnym momencie przede mną wyrósł wcześniej wspominany osobnik.
- Ethan, skoro tak pilnie słuchasz to może odpowiesz na moje pytanie? - zagadnął, podnosząc brew.
Natomiast ja natychmiast się wyprostowałem i zacząłem zastanawiać się o co ten dziad mógł pytać.
- Emmm... Nie zadawał pan żadnego pytania? - zapytałem, mając nadzieję na jakikolwiek ratunek.
Nauczyciel prychnął jakby lekko rozbawiony. Gratulacje, może unikniesz jedynki Ethan.
- Tym razem ci odpuszczę, ale niech jeszcze raz przyłapię cię na odpływaniu, to inaczej porozmawiamy - powiedział i odszedł.
Jaki dziwny typ, boję się go. I jak ja mam zdać? Do końca lekcji starałem się trzymać myśli przy słowach nauczyciela, jednak to nie jest takie łatwe. Hmm, kto by się spodziewał? Dzwonek zadzwonił później niż bym sobie życzył, ale jednak zadzwonił. Z uśmiechem wstałem i zacząłem pakować wszystko do plecaka.
- Na twoim miejscu Bein bym się tak nie cieszył - mruknął ten dziad, gdy mijałem jego biurko.
Zapewne przed chwilą sprawdził jak mam na nazwisko, bo jestem pewny na sto procent, że go nie znał. Przystanąłem przy jego biurku, otrzymując fuknięcie od jakiejś dziewczyny, gdyż musiała się zatrzymać. Straszne, doprawdy.
- A czemuż to proszę pana? - zapytałem uprzejmie.
- Masz na koncie dwie jedynki, a za chwilę sprawdzian. Jak chcesz z tego wyjść hm? -
- Jeszcze nie wiem. Jestem w trakcie obmyślania -
- Pierwszy raz mi się trafia taki trudny uczeń - mruknął.
- To niech pan mi kogoś przypisze, z tych swoich zacnych super ekstra uczniów - sarknąłem zanim zdążyłem się powstrzymać.
- Wiesz co... To nie jest taki zły pomysł - powiedział i po chwili dodał - Zawołam cię jak kogoś znajdę - dokończył i wygonił mnie z klasy.
Przepraszam co? Ktoś ma mnie uczyć? Powodzenia życzę.

***

I znalazł mi tego nauczyciela/korepetytora. Szalony człowiek z niego. Cóż, może będzie to dobry człowiek i mi pomoże? Wszedłem do klasy. Przy biurku siedział ten dziad, a na przeciwko niego stała dziwnie znajoma dziewczyna. Zmarszczyłem brwi starając się przypomnieć sobie kim była. Zamknąłem za sobą drzwi i podszedłem do nauczyciela, nadal ukradkiem przyglądając się dziewczynie.
- O Ethan, dobrze, że już jesteś. To Grace, pomoże ci z materiałem - powiedział facet wskazując ręką na dziewczynę.
Spojrzeliśmy na siebie. Machnąłem lekko ręką na przywitanie. Natomiast dziewczyna skinęła delikatnie głową.
- Skoro formalności są za nami, to wszystko już z mojej strony, możecie się rozejść - mruknął i rozłożył się wygodnie na swoim fotelu. Wyszliśmy z Grace z klasy.
- Więc co teraz? - spytała dziewczyna, stając na przeciwko mnie.
I wtedy doznałem olśnienia. To ta dziewczyna, która nie pozwoliła mi wziąć ciastka. Zmarszczyłem brwi. Grace jakby zaniepokojona przyjrzała mi się dokładniej.
- To ty nie pozwalałaś mi bezkarnie jeść słodyczy za darmo - mruknąłem.
Nastolatka przyglądała mi się chwilę, po czym zaczęła się śmiać.
- Jak możesz?! Nie czujesz mojego bólu? - spytałem teatralnie.

Gracee?

sobota, 3 listopada 2018

Od Grace cd Matthewa

Przyjemny zapach kawy rozprzestrzeniał się po całej kawiarni. Usiedliśmy przy oknie na pufach, ponieważ wołałam siedzieć, jak najbliżej ziemi, żeby przypadkiem znowu nie narobić sobie wstydu. Podeszła do nas kelnerka, prosząc nas o złożenie zamówienia, po chwili zastanowienia, zamówiliśmy dwie Caffé macchiato. Nie musieliśmy długo czekać na zamówienie, gdyż w kawiarni oprócz nas i kelnerek, nie było nikogo. Chłopak zaczął pić kawę, a ja jak jakaś idiotka, wpatrywałam się w kawałek tatuażu Matta.
-No co? - Spojrzał na mnie.
-Nic takiego. - Chrząknęłam, zasłaniając włosami rumieńce.
Coś czuję, że tego dnia jeszcze nie raz będę cała czerwona. Chłopak uniósł brew i delikatnie się uśmiechnął. Nie moja wina, że tak naprawdę nigdy nie miałam okazji pogadać z chłopakiem przez dłuższą chwilę, po prostu się stresuję i tyle.
-Oglądałam tatuaże. - Powiedziałam w końcu.
-I co sądzisz o nich? - Zapytał.
Przez dłuższą chwilę siedziałam cicho, chwyciłam prawą rękę Matthewa i czekałam na jego reakcję. Gdy chłopak w żaden sposób nie próbował się wyrwać, podciągnęłam rękaw jego bluzy.
-Ten jest bardzo ładny. - Wskazałam na wytatuowaną różę, która znajdowała się na dłoni chłopaka.
Matt siedział cicho, więc chyba chodziło mu o to, żebym kontynuowała.
-Sama mam jeden... O ile można to tak nazwać. - Odwróciłam prawą dłoń, ukazując chłopakowi mały tatuaż na palcu serdecznym, który przedstawiał kubek kawy. - Mimo iż nie jest największy, mam z nim dość ciekawe wspomnienia. - Dodałam.
-Jakie? - Chłopak chyba się tym zainteresował, a z racji, iż nigdzie mi się nie śpieszyło, postanowiłam mu o tym opowiedzieć.
-Cóż... tatuaż zrobiłam, nie mówiąc o tym tacie, wiedziała tylko mama, która szczerze mówiąc, zbytnio się tym nie przejmowała, stwierdziła, że jeżeli nie wytatuuję sobie niczego wielkiego, to ona nie będzie miała nic przeciwko. Tatuaż ukrywałam przed ojcem przez... no tydzień, chodząc po domu w rękawiczkach. Po tych kilku dniach tata stwierdził, że coś jest nie tak i kazał mi powiedzieć, co się dzieje. Gdy tylko to zobaczył powiedział coś w tym stylu "No kto to słyszał, żeby osoba niepełnoletnia miała tatuaż?! Nie tak Cię wychowałem" - Zdanie to powiedziałam, jak najlepiej naśladując głos ojca. -No i następnego dnia, pobudka o 6, mnóstwo obowiązków i tego typu sprawy. No, a z racji, że mój ojciec jest w wojsku, no to mogłeś się domyślić, jaki jest surowy. - Dokończyłam, biorąc łyk kawy.
Matt tylko się uśmiechnął i dopił swój napój.
-Jak będę pełnoletnia, to mam zamiar zrobić sobie kolejny tatuaż.
-Masz już pomysł na wzór? - Odezwał się w końcu.
-Tak, strasznie chciałabym wytatuować sobie kota birmańskiego. - Odpowiedziałam bez wahania.
-Lubisz koty? - Zadał kolejne pytanie.
-Kocham, sama mam jedną kotkę, która tu ze mną przyjechała.
-Jak się nazywa?
-Yellow, a ty masz jakieś zwierzęta? - Tym razem to ja zadałam pytanie.
-Mam dwa psy, Pioruna i Ramzesa. Jutro ojciec mi je przywiezie. - Odpowiedział.
-Ojej, to cudownie. - Miałam nadzieję, że będę mogła się z nimi pobawić, bo kocham psy (oczywiście, nie bardziej od kotów)
-Idziemy? - Zapytał, gdy dokończyliśmy kawę.
-Jasne. - Wstaliśmy z puf i wyszliśmy z budynku.
Szliśmy chwilę w ciszy, lecz w pewnym momencie stanęłam, jak wyryta.
-Z-Z-Zapomniałam... - Zaczęłam się jąkać.
-Co jest? Grace? - Chłopak odwrócił się i podszedł do mnie.
-Zapomniałam kiślu. Nie wzięłam go z domu... - Położyłam aktorsko rękę na sercu.
Matthew tylko się roześmiał i ruszył dalej.
Podbiegłam do chłopaka i zaczęłam rozmowę.
-Masz kiesiela? - Zapytałam, udając smutną.
-Chyba nie. - Odwiedział.
-A może... pojedziemy na zakupy? - Rzuciłam, uśmiechając się lekko.
Chłopak spojrzał na mnie i odwzajemnił mi uśmiech.

~~~

Nie wiem ile już stałam przed tą półką, ale Matt wyraźnie się nudził.
-Ile można wybierać kisiel noo? - Zapytał, ziewając.
-Pff. Muszę dokonać właściwego wyboru mój drogi. - Wrzuciłam kilka opakowań do koszyka. -No, teraz idziemy po bitą śmietanę i możemy wracać. - Wyszczerzyłam ząbki i ruszyłam dalej alejką.

Matthew? :3

Od Matthewa cd. Grace

***
Obeszliśmy już praktycznie wszystkie place, postanowiliśmy pójść na pastwiska. Przeskoczyliśmy przez płot, który dzielił drogę od pastwisk i usiedliśmy na trawie pod dość sporym drzewem.
-Nie sądziłam, że zdołam tu kogoś poznać. - Powiedziała, wzdychając cicho.
-Nie przesadzaj, zawsze trafi się ktoś, kto będzie chciał z Tobą pogadać, na przykład ja. - Odpowiedziałem, lekko uśmiechając się do dziewczyny. Ta w sekundę się zarumieniła i starała ukryć rumieniec.
-A no właśnie, to moje gnomy. - Powiedziała.
-Jak mają na imię?
-Klaczka arabska to Voljeni, a ten walijski karzełek to More.
-Oryginalnie. - spojrzałem na dziewczynę, a ta natychmiast odwróciła wzrok. Chwyciła swoje ukulele i zaczęła grać bliżej mi nie znaną melodię. Po chwili zaczęła pośpiewywać cicho, co parę słów robiąc pauzę. Właściwie chyba już całkowicie zapomniała o całym bożym świecie.
Dopiero teraz miałem okazję dokładnie przyjrzeć się dziewczynie. Była nie wysoka, szczupła a wręczy wydawała się krucha. Jasny blady odcień skóry idealnie pasował do jej niebieskich oczu.
Dziewczyna nagle przerwała śpiewanie, spojrzała na mnie przepraszająco i spaliła buraka.
- To może pójdziemy na tę kawę... heh... co ty na to? - spytała dziewczyna.
- Chętnie. - uśmiechnąłem się. Oboje wstaliśmy, skrzętnie otrzepaliśmy się z liści po czym ruszyliśmy w stronę budynku akademii, gdzie znajdowała się kawiarnia. Zgrabnie przeskoczyłem przez płot, po czym zaczekałem chwilę aż dziewczyna zrobi to samo. Zahaczyła jednak nogą o deskę i o mało się nie wywróciła. Grace spaliła się rumieńcem i odwróciła wzrok.
- Nic ci nie jest? - starałem się powstrzymać od śmiechu. Dziewczyna pokiwała głową, mocniej ścisnęła swój instrument po czym poszła w stronę akademii. Szybko ruszyłem za nią, by jej nie zgubić.
high angle photo of two green mugs filled with coffeeByliśmy już w środku kawiarni, praktycznie oprócz nas i pracowników nie było tu nikogo. Było tu dość ładnie i przytulnie. Zajęliśmy jakieś pufy przy oknie i małym stoliczku.
Po chwili podeszła do nas kelnerka i zamówiliśmy sobie po kawie. Czekanie na napoje zajęliśmy niezręczną ciszą, w końcu jednak kelnerka przyszła. Napiłem się łyka mojego Caffé macchiato, było wręcz wyśmienite. Po cichu popijaliśmy swoje kawy, gdy wyczułem na sobie wzrok brunetki.
- No co? - spojrzałem na nią zmieszany, a ona od razu się zarumieniła.
- Nic takiego. - odchrząknęła, starając się zasłonić włosami swoje rumieńce. Uniosłem brew, lekko się uśmiechając.
- Oglądałam tatuaże. - wzruszyła ramionami.
- I co sądzisz o nich? -



Grace? Nie wiedziałam co zrobić z końcem

piątek, 2 listopada 2018

Od Grace cd Matthewa

-Jesteś bardzo zajęta? Bo jeśli nie możemy pójść razem pozwiedzać akademię czy wypić kawę, herbatę lub cokolwiek? - Zapytał Matt.
Musiałam się chwilę zastanowić i upewnić się, że na pewno nie miałam dziś nic w planach.
-Szczerze mówiąc, nie mam nic dzisiaj do roboty, chętnie zwiedziłabym akademię, a później zobaczymy, kawa to bardzo dobry pomysł. - Odpowiedziałam, uśmiechają się i pokazując tym samym chłopakowi swoje białe zęby.
-A więc... od czego chcesz zacząć? - Zadał kolejne pytanie.
-Myślę, że tego budynku nie trzeba zwiedzać, ponieważ tutaj są raczej tylko pokoje, ale mamy do zaliczenia stajnie, budynek akademicki i możemy zwiedzić hale i parkour, ponieważ zawsze warto wiedzieć, gdzie jest, która hala, ewentualnie przejdziemy się jeszcze po pastwiskach. - Powiedziałam.
-Myślę, że może być ciekawie. Cóż... Panie przodem. - Otworzył drzwi i gestem ręki pokazał, abym wyszła pierwsza.
Szczerze mówiąc, jeszcze nigdy nie spotkałam tak uprzejmego chłopaka. Przekroczyłam próg "mieszkanka" Matthewa i zaczekałam, aż zamknie drzwi na klucz. Gdy upewniliśmy się, że nikt nie dostanie się do pomieszczenia, ruszyliśmy korytarzem w stronę wyjścia. Zaczęliśmy zwiedzanie od budynku, w którym odbywają się zajęcia. Zwiedzanie sal nie zajęło mam dużo czasu, ponieważ większość była pozamykanych przez to, że jest piątek. Na szczęście udało nam się dowiedzieć, gdzie jest stołówka, biblioteka i sale do języków obcych. Po wyjściu z budynku skierowaliśmy się w stronę stajni, zaczęliśmy od tej dla koni stajennych. 
-A ty, którym koniem się opiekujesz? - Zapytałam, zaciekawiona.
-Tym panem. - Odpowiedział, podchodząc do jednego z boksów.
-Jaki uroczy. - Powiedziałam, a moje oczy niemal się zaświeciły.
Pomiziałam ogiera po czółku i poprawiłam mu grzywkę.
-Z tego, co wiem to w tej stajni stoi Maggie. - Powiedziałam, sama do siebie.
-Twoja klacz? 
-Nie, tylko się nią opiekuję. Klacz nie może chodzić pod siodłem, ale nikt nie zabronił jej lonżować. - Rozejrzałam się po stajni. -Tam jest. - Wskazałam na boks praktycznie na samym końcu korytarza.
Spędziliśmy jeszcze chwilę pieszcząc Arysa i Maggie, a następnie powędrowaliśmy do stajni koni prywatnych.
-To... które są twoje? - Zapytał chłopak.
-Są na pastwisku, więc zobaczysz je trochę później. - Odpowiedziałam.
Przeszliśmy się kawałek po stajni, lecz uznaliśmy, że nie ma tu nic nadzwyczajnego i opuściliśmy budynek. Powolnym krokiem spacerowaliśmy od hali do hali i opowiadaliśmy sobie najciekawsze historie z życia. Bardzo miło spędzało mi się czas z Mattem, a z minuty na minutę byłam coraz bardziej pewna siebie. Gdy obeszliśmy już wszystkie place, postanowiliśmy zajrzeć jeszcze na pastwisko. Przeskoczyliśmy (a raczej w moim przypadku było to przejście ze szczególna ostrożnością) przez płot, który dzielił drogę od pastwisk i usiedliśmy na trawie pod dość sporym drzewem.
-Nie sądziłam, że zdołam tu kogoś poznać. - Powiedziałam, wzdychając cicho.
-Nie przesadzaj, zawsze trafi się ktoś, kto będzie chciał z Tobą pogadać, na przykład ja. - Odpowiedział, uśmiechając się do mnie.
Czułam, że na mojej twarzy ponownie pojawił się rumieniec, lecz całą tę sytuację uratowali More i Voljeni, którzy akurat do nas podeszli.
-A no właśnie, to moje gnomy. - Powiedziałam, próbując ukryć, jak najbardziej, że znowu jestem cała czerwona na twarzy.
-Jak mają na imię? 
-Klaczka arabska to Voljeni, a ten walijski karzełek to More. - Odpowiedziałam na zadane pytanie.
-Oryginalnie. - Spojrzał na mnie i chyba w tym momencie zorientował się, że na niego patrzę.
Aby nie pogrążać się jeszcze bardziej, chwyciłam mocniej ukulele i zaczęłam grać melodię, która chodzi mi ostatnio po głowie "so much more than this". Próbowałam, jak mogłam, lecz nie mogłam wytrzymać i zaczęłam cicho podśpiewywać co drugie słowo, aż w końcu zapomniałam o całym świecie i oddałam się całkowicie muzyce. 
-Tap your foot and listen in 
Ignore the world, let the music cave in
Close your phone and breathe in the air 
You'Il soon realize that there's something that is 
So much more than this 
It is what it is 
So much more th... - I w tym właśnie momencie, przypominało mi się, że nie jestem sama, a na moją twarz wrócił okropny rumieniec, miałam ochotę zapaść się pod ziemię. -To może pójdziemy na tę kawę... heh... co ty na to? - Próbowałam wybrnąć jakoś z tej krępującej sytuacji.

Matthew? 
Już to sobie wyobrażam, jak Grace "przeskakuje" płot XD

Od Grace - Pechowy piątek 13 / z. #1

Powolnym krokiem udałam się do stajni, był piątek... piątek 13-tego, ten słynny pechowy dzień. Hah, nie wierzę w te brednie. Dowlokłam się do dużego budynku i przekroczyłam jego progi. Mimo że najchętniej przespałabym cały dzień, miałam ochotę na wyjazd w teren. Tak dawno nie miałam okazji, żeby pobyć sam na sam z koniem, strasznie mi tego brakowało. Udałam się do siodlarni i zgarnęłam kilka szczotek, kopystkę oraz uwiąz z pudełka More'a. Następnie podeszłam do boksu wałacha, odkładając obok szczotki i przyczepiłam do jego pomarańczowego kantara, uwiąz w tym samym kolorze. More i pomarańcz to zdecydowanie idealne połączenie. Wyprowadziłam konia z boksu i podeszłam do pierwszego lepszego stanowiska do czyszczenia. Wzięłam szczotkę ryżową z długim włosiem i zaczęłam wyczesywać cały piasek, który siedział na moim cudownym walijczyku. Nie trwało to długo, ponieważ wczoraj go czyściłam i nie zdążył się jeszcze, aż tak uwalić, choć po nim można się spodziewać wszystkiego. Dokładnie sprawdziłam, czy nie ma żadnych zaklejek, lecz na całe szczęście była tylko jedna, której szybko się pozbyłam. Nie spędziłam również dużo czasu na babranie się w grzywie i ogonie wałacha, gdyż wystarczyły dosłownie dwa przyciągnięcia grzebieniem i włosie wyglądało doprawdy przyzwoicie. Chwyciłam kopystkę i zaczęłam czyścić pierwsze kopyto, następnie drugie, trzecie i... czwarte niefortunnie musiał postawić mi na nodze. Niestety koń nie należy do najlżejszych zwierząt, a ból przeszły całe moje ciało. Gdy zepchnęłam wierzchowca z mojej stopy, przykuśtykałam przez korytarz i weszłam do siodlarni. Nie pora, żeby się wycofywać, to był tylko przypadek. Chwyciłam świeżo co wyprany, pomarańczowy (bo czemu nie wyglądać, jak dynia?) czaprak, siodło, ogłowie i ochraniacze (również w kolorze soczystej dyni). Potoczyłam się do mojego wierzchowca i zaczęłam go ubierać. Gdy już wszystko było gotowe, zgarnęłam wszystkie szczotki i zaniosłam je do siodlarni, chwyciłam toczek, który po chwili znalazł się na mojej głowie, następnie założyłam rękawiczki, chwyciłam bacik i przygotowana już na kolejne, wszelkie wybryki życia, wróciłam do konia. Odpięłam uwiąz i wyprowadziłam konia ze stajni, pogoda była wręcz idealna do jazdy w terenie. W mgnieniu oka znalazłam się na wałaszku i na chwilę wjechałam na parkour. More musiał rozgrzać mięśnie, ponieważ nie potrzebowałam żadnych nieplanowanych postojów w środku lasu. Na początku ruszyłam stępem w stronę prawą, a po pięciu minutach zrobiłam zmianę kierunku przez środek placu. Rozgrzewka szła naprawdę dobrze, koń szedł energicznie i szczerze mówiąc zaczęłam mieć wątpliwości, czy pomoce będą tu potrzebne. Po kolejnych pięciu minutach docisnęłam delikatnie łydkę, a More czując sygnał, ruszył kłusem. Standardowo dziesięć minut na jedną stronę, dziesięć na drugą i mogłam przejść do galopu. Nie chciałam za bardzo męczyć konia, ponieważ musiał zostawić trochę sił na teren, więc pogalopowaliśmy sobie tylko po dwie minuty. Po rozgrzewce wyjechała na leśną drogę i w tym momencie mogli dziać się naprawdę wszystko. Jechałam na początku stępem, ponieważ lubiłam podziwiać naturę, lecz kto chciałby całe wieki stać w miejscu? Po kilku minutach przeszłam do kłusa, a zaraz potem zaczął się galop. Nie trzymałam za bardzo wałacha, więc ten coraz bardziej się rozpędzał, już dawno nie czułam tego wspaniałego powiewu wiatru we włosach, cudowne uczucie. Zauważyłam, że kilkanaście metrów przed nami, na ziemi leży poważnie drzewo, lecz co ja się miałam przejmować? Pokonaliśmy je płynnie, bez żadnych problemów. Niestety wszystko, co dobre kiedyś się kończy... dosłownie kawałek przed nami przebiegł lis, którego More najwidoczniej się wystraszył i odskoczył w bok, przez co wybił mnie z siodła i zleciałam w krzaki. Nie było to miłe lądowanie, lecz w życiu zdarzały się gorsze sytuacje. Wstałam powoli, masując obolałe plecy.
-Dzięki. - Mruknęłam do wałacha, który podjadał liście.
Co prawda był roztrzęsiony, ale nie przeszkodziło mu to w przerwie na posiłek. Nie miałam czasu na użalanie się, wsiadłam ponownie na wierzchowca i ruszyłam w dalszą drogę. Mimo iż plecy mnie bolały, a przy kłusie to zupełnie już była katorga, postanowiłam wjechać w tę dzikszą część lasu. Po chwili gałązka strzeliła pod kopytami mojego kompana, który wystraszony puścił się galopem przed siebie. Jak ja złość, wielka gałąź musiała obić się o moją twarz, przez co miałam pełno liści w buzi, a gdy tylko udało mi się przejść do stępa, postanowiłam zakończyć tą jakże cudowną przygodę.

~~~

Po niecałej godzinie dotarłam do stajni, jakie wielkie było szczęście, gdy stanęłam w końcu na ziemi. Rozebrałam wałacha i wprowadziłam go na pastwisko, aby trochę ochłonął po terenie. Odłożyłam sprzęt do siodlarni i postanowiłam wypuścić jeszcze Voljeni, żeby nie czuła się samotnie. Wyprowadziłam klacz z boksu i zaprowadziłam ją na pastwisko, podczas odpinania uwiązu klacz, tak mnie pociągnęła, że wylądowałam w poidle.
-Dobra! Poddaję się! Piątek 13-tego jest przeklęty!
Co za okropny dzień.

40$