niedziela, 25 października 2026

Od Mi’i cd. Anthony’ego

- Chyba mam nawet zdjęcie. Chcesz zobaczyć? - szybko pokiwałam głową.
- No pewnie! - powiedziałam uradowana, nie mogąc się doczekać, aż chłopak pokaże mi pełnokrwiste bydlę z rogami, które wygrało wystawy. 
Odłożył na moment watę i igłę, chwycił telefon i zaczął przeglądać galerię, aż nie znalazł wspomnianego zdjęcia. Odwrócił w moją stronę telefon i pokazał mi dorodne zwierzę z potężnymi, długimi rogami. Ciapatę zwierzę stało dumnie za ogrodzeniem i jakby uśmiechało się do kamery. Było czyste i zadbane.
- O rany, ale ma długie rogi!
- Bessie to Texas Longhorn, takie rogi są dla nich charakterystyczne - wyjaśnił. Odłożył telefon i ponownie chwycił przyrządy do dokończenia wełnianej brązowej owieczki. W tym czasie wyciągnęłam swój telefon.
- Ja ci pokażę naszą Neirę, która wygląda jak ta wełniana - powiedziałam i po chwili znalazłam zdjęcie. Pokazałam chłopakowi brązową owieczkę z krótki rogami przy głowie. Uśmiechnął i przyznał, że rzeczywiście istniało podobieństwo. - Szwajcarska Owca Górska Brunatna. Chyba jakoś tak to szło - schowałam telefon do kieszeni.
- Jesteś ze Szwajcarii? - pokiwałam głową i zaczęłam się przyglądać jak poprawia owieczkę. 
- Tak - powiedziałam po chwili. - Przyjechałam tu do szkoły. Zobaczymy na jak długo - dodałam jeszcze i na nowo zaczęłam błądzić wzrokiem po bibliotece. - To może ja ci dam te piętnaście minut skupienia i popatrzę co tutaj jeszcze znajdę - zaproponowałam.

Anthony?

czwartek, 22 października 2026

od Arthura cd. Anthony'ego

 Pizza wypalała mi gardło i resztkę kubków smakowych. Tony'ego ewidentnie to nie ruszało, połknął pizze jakby była letnia. 
Psychopata.
- Wracam do domu. Ale wiesz, wrócę po nowym roku. - Otrzepał dłonie z okruszków. - Krowa będzie musiała tutaj zostać, ale raczej dobrze się nią zajmą. Pewnie będziemy piec ciasta, ogarniać longhorny - krowy? - sprawdzę czy mój pokój nie został schowkiem na szczotki. - Powiedział to z lekkim uśmiechem na twarzy. - A ty? Jak nie masz planów, mogę zabrać Cię ze sobą.
Ponownie wgryzłem się w ten piekielnie ciepły kawałek ciasta. - No weź, ta pizza wcale nie jest taka gorąca.
- Spehdahaj - wydyszałem, próbując nie zadławić się jedzeniem. Zdziwiła mnie propozycja chłopaka. Znamy się właściwie kilka tygodni, a typ proponuje mi żebym przyjechał do niego na święta.
Chociaż może to wcale nie taka zła propozycja?
Ellen nie dzwoniła od kilku lat, a ojciec pewnie zapomniał że w ogóle istnieję. Rok w rok spędzałem święta gdzie indziej. Czasami w barach, czasami w aucie z ciasteczkami i jakimś fastfoodem. W Celcie nikomu nie powinno zrobić różnicy, że mnie nie będzie. Na warsztacie w sumie też niekoniecznie.
Ostatnie święta, które faktycznie byłem w stanie nazwać świętami, były naście lat temu. Ojciec, wtedy jeszcze tata, kazał iść mi do pokoju i wyjrzeć za okno, czy przypadkiem nie pojawiła się pierwsza gwiazdka. Mama kończyła przygotowywać indyka, a na stole stało pełno słodkich napoi - Cola, Fanta, soki wszelkiej maści. Nie były to idealne święta, ale były z nimi.
Pod choinkę dostałem wtedy figurkę SpiderMana i o rozmiar za dużą bluzę, zakładaną przez głowę. 
- No ale jak Ty to widzisz? - zmarszczyłem brwi. - Chcesz tam lecieć samolotem?
Pokiwał głową.
- No generalnie to tak. Najwygodniej, to nie jest jakoś skrajnie długi lot. Zastanów się nad tym.
- Jeśli nic mnie nie zagryzie u Ciebie to polecę. 
Zaśmiał się, wycierając ręce do chusteczki i popijając, zanim odpowiedział.
- Nic a nic. Będzie fajnie, tak myślę.
Westchnąłem, zastanawiając się nad swoimi życiowymi wyborami. Muszę kupić mu jakiś prezent.
- Znajdź bilety i napisz mi ile Ci za nie wysłać.

    Nienawidzę galerii handlowych. Chodziłem od sklepu do sklepu, szukając sensownego prezentu i torebki na niego. 
Udało mi się znaleźć w zabawkowym sklepie figurkę konia, stosunkowo podobną do tego jego zwierza. Zapłaciłem i udałem się ku kolejnym sklepom. Nie byłem pewny co Tony w ogóle lubi, poza tym, że chyba przepada za kawą i jest psychopatą który je zdecydowanie zbyt ciepłą pizzę. Znalazłem jeszcze stosunkowo ładnie pachnącą świeczkę, wydawała się być w "jego" stylu.
Wróciłem do samochodu i spakowałem rzeczy do torebeczki z brokatowym "Merry Christmas" na samym środku. Chyba tak to powinno wyglądać.
Spakowanie rzeczy nie zajęło mi skrajnie dużo czasu, choć przyznaje, że muszę nauczyć się lepiej składać ubrania. Dopinałem torbę, opierając się na niej kolanem i wyklinając ją po wszystkie czasy. Tragedia. Upewniłem się kilkukrotnie, że zgasiłem światła i szanse, na spalenie się czegokolwiek są zerowe. Z lodówki też nic raczej nie powinno wyjść.
Znalazłem w telefonie numer Tony'ego i zamykając za sobą mieszkanie, dałem mu znać że jestem gotowy. Fizycznie, niekoniecznie psychicznie.


Tony? 

czwartek, 8 października 2026

Od Anthony'ego cd. Mi'i

Anthony spojrzał na niedokończoną owcę. Brakowało jej trzech rzędów, oczu oraz wypełnienia w zadniej części ciała. Kolejnym problemem był fakt, że nigdy nie oddawał swoich robótek obcym. Niby mógł je sprzedawać, ale przez liczne niedociągnięcia sądził, że nikt nawet na nie nie spojrzy. Przymykając na chwilę oczy, szybko przeanalizował sytuację, w której się znalazł. Dziewczyna urwała się z jakiegoś zadupia, miała brata i najwidoczniej przeżywała wyjazd do innego Stanu (kraju?). Jeśli była najmłodszym dzieckiem, a ta podróż faktycznie była jej pierwszą, wszyscy najpewniej roztrząsali jej rychłą śmierć, porwanie, ciążę lub ślub z Turkiem albo innym Arabem. Jeśli dodatkowy upominek miał pomóc w uspokojeniu całej wioski, zamierzał wyjść z własnej strefy komfortu i jej pomóc. 
- Jeśli poczekasz jakieś piętnaście minut, mogę ci ją dać. - Przyciągnął do siebie watę oraz bezpieczną igłę. - Ale nie przyjmuję zwrotów, okej? Nie można tego prać, wyciągać odstających nitek i przesadnie ściskać, bo się odkształci. - Podał pierwsze punkty z instrukcji użytkowania. - Jeśli miałbym więcej czasu, mógłbym ci zrobić znacznie większą. W Teksasie moja macocha ma ulubioną krowę. Bessie wygrała już pięć wystaw i zachowuje się praktycznie jak pies. Jak miała urodziny, w sensie matka, nie krowa, zrobiłem jej miniaturową Bes na szydełku. - Zarzucił klientkę prywatą. - Chyba mam nawet zdjęcie. Chcesz zobaczyć? 

Mia? 

niedziela, 4 października 2026

Choi Beomgyu!

 Dołącza do nas Choi Beomgyu! Powitajmy go ciepło!

Choi Beomgyu | 22 lata | Kinder Bueno | - | -

środa, 16 września 2026

Od Maddie cd. Arthura

Kto wymyślił jazdę konno? Jakiś psychopata, lubiący czuć wiatr we włosach. Być może należałam do tej grupy psychopatów, bo chociaż rzucało nami na wszystkie strony jak szmaty, a nogi będą błagały o litość następnego dnia, to napływająca do krwi adrenalina wzbudziła w mojej głowie masę endorfinów. Jednocześnie niebezpiecznie i fantastycznie.

Adrenalina podskoczyła, kiedy oboje razem z koniec lecieliśmy w powietrzu, niczym w westernowym filmie: za nami strzały, a my lecimy nad urwiskiem. W rzeczywistości goniło nas auto, a my lecieliśmy nad małym zagłębieniem, w którym prawdopodobnie płynęła niegdyś rzeka. 

Fantastycznie się skończyło, kiedy wylądowaliśmy na ziemi z głuchym hukiem.

Przeklęłam, gdy podnosiłam się z ziemi. Obiłam swój cały lewy bok, ale oprócz tego, wydawało mi się, byłam zdrowa i w całości. Rozejrzałam się po krótce: tylko drzewa, głuchy las. Artur podszedł do wierzchowca który przygnał nas... nie wiadomo gdzie. Podeszłam do nich i chwyciłam w dłonie sznurki. Arthur ostatnio nie wydawał się chętny do ogarnięcia konia, więc bez chwili zastanowienia zaczęłam go prowadzić. Teraz był spokojniejszy, jakby cała ta jazda i adrenalina opadła. Jakby nie mogło już być gorzej.

Koń też był spokojniejszy.

Wdrapaliśmy się na górkę i naszym oczom ukazało się pastwisko pełne jasnobrązowych krów. Znowu przeklęłam pod nosem. Gdzie my byliśmy? Kilkadziesiąt metrów dalej stały budynki. Gospodarstwo średniej wielkości na pełnym odludziu. Powtarzam raz jeszcze.

- Gdzie my jesteśmy? - wyciągnęłam telefon z kieszeni. Na szczęście był cały i na nieszczęście nie miał zasięgu.

- Nie wiem, ale to twoja wina - rzuciłam gniewnym wzrokiem na Artura.

- Pierdol się - szturchnęłam go łokciem. - Masz sygnał? - chłopak pokręcił głową. Odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę gospodarstwa. Zaczynało się przejaśniać, całą noc spędziliśmy... najpierw w klubie, potem na spacerze, a teraz w lesie. - Uważam, że to twoja wina i tych twoich żelków - burknęłam, a Arthur wydał z siebie niezadowolony jęk.

- Jak wpychałaś je sobie do gardła to nie miałaś problemu - koń zarżał i pociągnął sznurki. Złapałam je drugą ręką i spojrzałam tylko gniewnym spojrzeniem na Arthura.

- Potem stwierdzimy, kto jest winien. Chodź, może tam będzie jakiś sygnał, telefon.

I stanęliśmy przed pastwiskiem z krowami. Te zaczęły muczeć, a pies w gospodarstwie szczekać.

- Jeśli te nas nie zabodzą, to pies zagryzie.

Po tych słowach usłyszeliśmy daleki odgłos silnika.

- Lepsze to niż zostać przerobionym na gumisiowy sok - powiedziałam i zaczęłam okrążać pastwisko, mając nadzieje, że nie będzie się ciągnęło kilometry.


Arthur?

piątek, 11 września 2026

Od Anthony'ego cd. Arthura

Tony miał oczywiście plany na święta. Chociaż w Idaho Falls nie spędził nawet roku, tęsknił za rodzinnymi stronami. Miał dosyć nieznośnej ciszy w mieszkaniu i szumu akademickiego miasta. Na ranczu otaczały go inne dźwięki, krowy, a przede wszystkim znane kąty. Gdyby nie naciski ze strony ojca, na pewno nie ruszyłby się z Teksasu. Przecież po co zmieniać to, co było dobre od lat? Nie był jak Mallory, która nie wiązała przyszłości z rodzinnym biznesem. Kobieta chciała takiego życia. Studiów, aglomeracji i głupich chłopaków. Czystej odwrotności pragnień swojego brata. 
- Wracam do domu. - Przełknął kolejny kawałek pizzy. - Ale wiesz, wrócę po nowym roku. - Otrzepał ręce z okruszków. - Krowa będzie musiała tutaj zostać, ale raczej dobrze się nią zajmą. - Nadal nie ufał w pełni obsłudze akademii jeździeckiej. - Pewnie będziemy piec ciasta, ogarniać longhorny, sprawdzę, czy mój pokój nie został schowkiem na szczotki. - Wsparł się na łokciach. - A ty? Jak nie masz planów, mogę zabrać cię ze sobą. - Totalnie nie przejmował się tym, że nie znali się od bardzo dawna. - No weź, ta pizza wcale nie jest taka gorąca - Dodał, widząc, że ten dalej męczy się z temperaturą ciasta. 

Arthur? Święta w Teksasie? 

poniedziałek, 7 września 2026

od Arthura cd. Maddie

 Maddie do reszty oszalała.
Wyciągnęła ręce do tych wielkich pomiotów szatana, koni. Poderwałem się z miejsca i stanąłem jak wryty. Jeszcze mnie zobaczą. Zginę. Zginę przez te cholerstwa.
Dziewczyna stwierdziła zdecydowanie pewniejszym tonem, że chce nas stąd wydostać, sięgając do wysokiego konia, który ewidentnie nie był zadowolony z jej pomysłu. Kłapnął zębami w jej kierunku.
- Chyba stracić palce - fuknąłem. Psychopatka jak się patrzy.
- Byś pomógł.
- Dopinguje cię z tyłu.
Teraz zainteresowała się tym jaśniejszym koniem. No świetnie.
- Zginiemy - szepnąłem do siebie, choć chyba nieco za głośno, bo Maddie przekierowała to na "przygodę życia". Po moim trupie.
Poprosiła mnie o pomoc w założeniu tego czegoś co zakłada się na głowę. Ogłowia? Uzdy? Dalej stałem jak wryty i patrzyłem na jej nieudolne próby. Naprawdę chcę ci pomóc, ale lubię swoje palce. Udało jej się samej, ale zamiast zostawić to tak jak jest, podała mi kocyk i siodło. Trochę pewniej, ale wciąż z przerażeniem i ślimaczym tempem, ubrałem zwierzę.
- No, już.
Pociągnęła za sznurki wiszące po obu stronach szyi konia, a ten stał jak wryty. No, tu się rozumiemy.
- Weź go jakoś zachęć.
- Jak? Mam udawać marchewkę?
- Do buraka ci bliżej. - przysięgam, że przewróciła oczami. - Może go popchaj?
- Sama stań za jego zadem i pchaj, jak ci przywali kopytami to na pewno szybko się stąd ulotnisz.
Spróbowała wepchać mi sznurki w ręce, ale zabrałem dłonie i wlepiłem wzrok w wielkie zwierzę. Kazała mi sobie pomóc, więc wrzuciłem ją na zwierzę. Spłoszony koń poruszył resztę kopytnych, co spowodowało reakcję łańcuchową reszty. Zrobiło się zdecydowanie zbyt głośno.
Dziewczyna ponownie rzuciła kurwą i kazała mi otworzyć szopę a następnie wskoczyć na konia. To pierwsze jest realne, drugie mniej. Otworzyłem drzwi zgodnie z życzeniem psychopatki i moją chęcią przeżycia. Zwierzę zostało zatrzymane praktycznie przede mną.
- To jest zły pomysł...
- Czyli do nas pasuje, chodź. - Podała mi rękę. Główne drzwi otworzyły się z hukiem, a ja nagle znajdowałem się za plecami dziewczyny. Zginę śmiercią żałosną.
Zwierzę ruszyło dosłownie z kopyta przed siebie, praktycznie taranując mężczyznę który próbował złapać konia.
Wszystko nagle było niesamowicie głośne, pies wyszczekiwał sobie płuca a z szopy wybiegła pozostała trójka koni.
Maddie nie wie jak kierować tym bydlęciem. Chwyciłem się najmocniej jak potrafiłem, krzycząc do dziewczyny, że to debilny pomysł. 
W zamian usłyszałem, żebym się pierdolił. Mądra rada.
Nagle zamiast sznureczków, dziewczyna trzymała się grzywy. Chwyciła też moją rękę i dosłownie wepchała ją we włosy konia, tak, żebym i ja miał cokolwiek.
- Umrzemy!
- To się nie puszczaj!
- To twoja rada?
- Mam ci zrobić prezentacje?!
Mój boże, chce do mojego auta. To zwierzę nas zabije.
Gałązki smagały mnie po twarzy i chyba rozciąłem rękę, tak mi się wydaje przynajmniej. To generalnie na chwilę obecną moje najmniejsze zmartwienie.
Minęło może dziesięć, maksymalnie piętnaście minut, nim koń przestał tak pędzić. Nie mam pojęcia gdzie jesteśmy.
Teraz telepało mną na wszystkie strony, to chyba ten cały kłus. Marzę o ziemi. Coś za nami wydało przenikliwy pisk, brzmiało jak lis czy inny kojot. Ewidentnie nie spodobało się to naszemu wierzchowcowi, bo ponownie wyrwał do przodu, praktycznie zostawiając nas w środku niczego.
I znowu pędziliśmy przed siebie.
Nagle pod nogami konia skończył się grunt. Urwisko, może na cztery czy pięć metrów, ale wystarczające, żebyśmy przelecieli do przodu i z głuchym hukiem wylądowali na ziemi. Koń rżał i rzucał się w panice, nie wiem gdzie jest Maddie, kręci mi się w głowie.
- Jaaapierdole - stęknąłem, podsuwając się do góry. Oby to był tylko zły sen. Zaraz obudzę się w swoim łóżku. - Maddie?
- Kurwa jego mać!
Czyli żyje.
- Jesteś cała?
- Żyje.
Wstałem i podparłem się o swoje kolana. Japierdole, moje wszystko. Zlokalizowałem dziewczynę i pomogłem jej wstać. Koń stał kilka metrów dalej, cały z piachu i siodłem przesuniętym na bok. Nie wyglądał na rannego, prędzej w szoku.
Nie wiem dlaczego, ale uznałem że ściągnę z niego siodło i rzucę je na bok. Tak się chyba robi, żeby nic się mu nie stało. Sznurki przejęła dziewczyna.
- Wyjdźmy stąd. - Kiwnąłem głowę na jej propozycję, wydawała się być ewidentnie przejęta bardziej koniem, niż mną.
Zaczęliśmy wdrapywać się pod górkę, z naszym nowym kompanem, Koniem Pierwszym. Chyba jesteśmy gdzieś baardzo daleko. A przed nami chyba są krowy. Pełno krów.

Maddie?