sobota, 31 sierpnia 2019

Od Ricka cd. Beauregarda

 - Wchodź - kazał cicho i otworzył szerzej drzwi. Zrzuciłem buty w korytarzu i dość szybko odnalazłem się w mieszkaniu blondyna. Wszedłem do salonu i usadowiłem się na fotelu oglądając dokładniej całe pomieszczenie. Pokój utrzymywał się w kolorze jasnoszarym z brązowymi akcentami, a na stoliku "kawowym" znajdowało się małe drzewko. Uroczo.
 - Dobra, spokojnie, po kolei - usłyszałem głos Beara, niósł ze sobą apteczkę i wyglądał na dość przestraszonego. Czyżby nasz mały misiek nigdy nie widział krwi?
 - Ale ty zdajesz sobie sprawę, że ja nie umieram, nie? - zażartowałem
 - Eee... daj rękę - powiedział po odkręceniu butelki z wodą utlenioną.
Wzruszyłem jedynie ramionami i podałem mu zranioną dłoń, którą przytrzymał drżącą ręką.
 - Okej, teraz...
 - Zaboli, wiem - dokończyłem za Beara, dość znaną mi już formułkę.
 Chłopak wziął głęboki wdech i polał ranę wodą utlenioną. Skrzywiłem się nieznacznie, szybko jednak to ukryłem. Całe szczęście chłopak chyba tego nie zauważył. Wytarł spienioną wodę z rany i ponowił proces, a mi do głowy wpadł genialny pomysł.
 - Aaa! Umieram! - wrzasnąłem znienacka, na co blondyn aż podskoczył i upuścił wodę utlenioną.
 - Boże, przepraszam! - wykrztusił, na co ja tylko się zaśmiałem. Chyba powinienem zostać aktorem.
 - Dobra, eee, teraz... czas na plaster - oznajmił i zaczął szukać opatrunku w apteczce. Wpatrywałem się w niego z niemaskowanym rozbawieniem.
 - Mam takie - oświadczył pokazując mi opakowanie.
 - Chyba oszalałeś - parsknąłem w jego stronę. - Nie będę chodził z Kubusiem Puchatkiem na ręku.
Zaprotestowałem jak tylko zobaczyłem jak wyglądają te plasterki.
 - Ale... zakażenie - usiłował się bronić.
 - Nic z tego - pokręciłem głową.
 - Nie mam innych. Musisz przecierpieć, przykro mi - próbował dalej.
 - Nie ma mowy, nie będę chodził z jakąś bajką na ręku jak dzieciak!
 - Bardziej jak dziecko zachowujesz się teraz! - wyparował, zadziwiając mnie tym odrobinę. Zdążył chyba pomyśleć bo natychmiast zakrył usta dłońmi. - Przepraszam, ja nie chciałem... naprawdę nie... przepraszam - wykrztusił.
 Pokiwałem tylko głową, unosząc brwi w poddającym się geście. 
 - Dawaj te plastry. - Niech już mu będzie.
 Zauważalnie drżącymi rękami nakleił plaster na moją dłoń, po czym przemył i opatrzył mi także brew, nie żałując przy tym kolejnego plastra. Po wszystkim usiadł na łóżku, niedaleko mnie.    
 - Więc... co ci się stało? - zaczął cicho.
 - Mniej wiesz, lepiej śpisz jak to mówią. - zaśmiałem się, zadowolony z siebie że mogłem wykorzystać tą formułkę. Uwielbiam wypowiadać to zdanie bo właśnie te słowa wymawiał zawsze mój brat.
 Bear zmierzył mnie wzrokiem, zaśmiałem się ponownie na ten gest.
 - Wyjaśniłem wszystko, także nie masz się czego martwić. - uśmiechnąłem się lekko.
 - W sensie? - zapytał cicho.
 - Pobiliśmy się, w zasadzie bardziej ja jego, póki nie zaczął wymachiwać jakimś nożykiem. Fakt, rozciął mi rękę ale to bardziej moja wina bo próbowałem wyrwać mu to tępe narzędzie z ręki. Zrobiłem to jednak tak nieumiejętnie, że widzisz jak wyszło. - zaśmiałem się między zdaniami. - Dokończyłem obijać mu tyłek, aż zaczął mnie błagać o litość i ot cała historia.
 - Ale... nie użyłeś tego noża? P-prawda? - przeraził się przez moment.
 - Nie, no co ty! - wywróciłem oczami, dając mu do zrozumienia, że źle zrobił myśląc nawet, że mógłbym zrobić coś takiego. - Nie jestem taki jak on. -
 Pomiędzy nami nastała długa chwila ciszy.
 - Przykro mi... - zagadnął cicho Bear.
 - Dlaczego niby? - rzuciłem mu zmieszane spojrzenie.
 - No bo... to moja wina- zaczął.
 - Przestań. - przerwałem mu, przybierając natychmiast poważny wyraz twarzy.
 - Nawet tak nie myśl, stało się i tyle, a to nie jest twoja wina, że faktycznie przyjaciel którego znałem przez praktycznie, no całe życie, okazał się pieprzonym pojebem. - zaśmiałem się, tylko odrobinę sztucznie na koniec.
 - To naprawdę nie jest twoja wina. A ja nie mówię tego tylko byś czuł się lepiej, po prostu tak jest i musisz zrozumieć ten fakt ciołku. - wywróciłem oczami, jednocześnie zmieniając pozycję w fotelu na wygodniejszą. Zarzuciłem nogi na jedno oparcie fotela, o drugi zaś oparłem się plecami.
 - Najważniejsze że jesteś cały. - przyznałem bez namysłu, po chwili zdając sobie sprawę jak to zabrzmiało. Jakby... za miło jak na mnie.
 - Znaczy, no wiesz... Mógłby cię dalej męczyć, a to nie byłoby w porządku. Także no... - dziwnie plątałem się w swojej wypowiedzi, jakby czując się odrobinę zawstydzonym. Dziwne uczucie...
 - Dzięki... - usłyszałem cichy głos Beara, na co lekko się uśmiechnąłem, jednak nie wypowiedziałem już ani słowa.
 Znowu utknęliśmy w niezręcznej ciszy. Postanowiłem w końcu ją przerwać więc ruszyłem tyłek z fotela i poszedłem do kuchni, wiedząc że Bear zaraz przyjdzie za mną by pewnie skontrolować czy nie robię mu już apokalipsy w kuchni. Dźwignąłem się i usiadłem na blacie, wyczekując jak przewidywałem jego przyjścia. Gdy w końcu się zjawił, zapytałem:
 - To co jemy? -
 Blondyn rzucił mi odrobinę zmieszane spojrzenie, na co wywróciłem oczami.
 - Chyba nie myślisz, że pomogłeś mi i ja już sobie pójdę? - zaśmiałem się. - Jestem głodny.
 - Nie mam pojęcia szczerze... - odparł Bear, po chwili zastanowienia, ja zaś wpadłem na genialny pomysł.
 - Zamówmy coś! - uśmiechnąłem się, zeskakując z blatu.
 - Tylko co? - zapytał cicho.
 - Jadłeś kiedyś chińszczyznę? - zapytałem, a w odpowiedzi pokiwał przecząco głową. Uniosłem brwi nie mało zdziwiony.
 - Oj zadziwiasz mnie dzisiaj Misiek. - zaśmiałem się.
***
Jedzenie przyszło po jakiejś pół godzinie, poszedłem odebrać i zapłacić po czym wróciłem z ciepłą jeszcze chińszczyzną do chłopaka. Wyjąłem pałeczki z opakowania i położyłem na stole, przy którym już siedział blondyn.
- Nie będziemy... jeść sztućcami? - zapytał niepewnie, niczym dziecko które myśli że zadawanie pytań to coś złego.
- Chińszczyznę? - zmarszyłem brwi, podając mu jego porcję jedzenia i zasiadając jednocześnie do stołu.
- To byłoby kalectwo. - zaśmiałem się, biorąc do ręki pałeczki. Co do tego typu "sztućców" miałem już sporą wprawę. Plus nieumiejętności gotowania.
- Ja nie zbyt potrafię. - powiedział cicho Bear. - Może wezmę jednak widelec?
- Nie ma mowy. - zaprzeczyłem. - Dasz radę.
- Ale-
- Nie ma "ale". To nic złego, nie umieć i uczyć się czegoś nowego. Zresztą jak człowiek głodny, to się nauczy, nie Misiek? - uśmiechnąłem się ciepło w jego stronę, odpakowując swoje jedzenie. Cudownie przyjemny zapach rozniósł się po pokoju. Kątem oka zauważyłem jak Bear delikatnie się uśmiecha i także odpakowywuje swoją porcję.
Chwycił niepewnie pałeczki w prawą dłoń i obserwując jak ja je trzymam, starał się zrobić to samo. Marnie, ale jednak próbował.
- Nie tak. - zaśmiałem się, gdy chłopak ścisnął dwa kawałki drewna tak że te wyślizgnęły mu się z dłoni i wypadły na stół. Wziął je ponownie do ręki, tym razem nie próbował sam a dał mi swobodnie sobą pokierować. Dotknąłem jego dłoni, aby mu pomóc, zatrzymałem się jednak na chwilę gdy poczułem jakby dreszcz przechodzący przez ciało chłopaka.
- Musisz o tak. - zacząłem mu tłumaczyć po chwili, zmieniając położenie jego palców by ułatwić mu trzymanie pałeczek. Gdy w końcu mi się to udało zabrałem dłoń i wróciłem do swojego jedzenia. Zgrabnie złapałem pałeczki i zacząłem jeść.
Bearowi średnio to wychodziło, udało mu się zjeść może z dwa kawałki ryżu i trochę warzyw. Zdawało się że zaczynał dość dobrze sobie radzić.
- Nie, nie dam rady. Za długo będę się męczyć z tym... - odłożył pałeczki, dość szybko się poddając.
- Spodziewałem się że będziesz bardziej wytrwały. - westchnąłem, będąc trochę zawiedzionym.
- Otwórz paszczę. - poleciłem mu, uśmiechając się szybko i chwytając w swoje pałeczki odrobinę mieszanki warzyw z ryżem, ze swojej porcji.
- Co takiego? - spojrzał na mnie lekko zmieszany. Wywróciłem oczami. Co za głupi misiek.
- Skoro nie chcesz jeść to cię nakarmię. - wzruszyłem ramionami.
- Nie... Nie chcę, nie ma mowy! - zaczął szybko zaprzeczać.
- Nie ma mowy, nie ma mowy - przedrzeźniłem go, przysunąłem rękę z jedzeniem bliżej jego twarzy, robiąc dość poważną minę. On sam nadal nie był przekonany, co do mojego zachowania.
- Masz trzy sekundy albo jedzenie wyląduje gdzieś na ścianie. - uśmiechnąłem się wrednie, czekając aż otworzy usta.
- Ale, Nie, ja nie- zaczął się plątać.
- Jeden... - zacząłem odliczać, przerywając plątaninę jego słów, co jednocześnie sprawiło że Bear zaczął panikować i tak czy inaczej musiał otworzyć usta. Wpakowałem mu nieudolnie jedzenie do ust, zjadł posłusznie i chyba nawet zaczął się rumienić... Dopiero po chwili zrozumiałem dlaczego. Ten gest który zrobiłem był dość... Dziwny. Sam przed sobą nie chciałem przyznać jaki wydawał mi się naprawdę. Poniekąd miły, ale i niezręczny. Zabrałem dłoń, po czym roześmiałem się, by jakoś zamaskować niezręczność tej sytuacji.
- I jak? Lepiej smakuje z mojej ręki? - uśmiechnąłem się szczerze, a chłopak zaśmiał się nerwowo.
- Oczywiście. - powiedział, po chwili uśmiechając się jakby szczerzej, co sprawiło że też uśmiechnąłem się mimowolnie. Jakby jego uśmiech wywoływał mój... I taką jakby radość tam gdzieś w środku...
***
Gdy skończyliśmy jeść, poleciłem mu żeby zrobił coś ciepłego do picia, a ja w tym czasie usadowiłem się w salonie na kanapie. Późna godzina sprawiła że stałem się śpiący i sam już nie wiem kiedy zasnąłem.

od Beauregarda cd. Ricka

 - Um... R-rick? Wszystko dobrze? - zapytałem cicho. Coś było nie tak... przeze mnie.
 Szybko otarł oczy.
  - Oczywiście że tak. Co miałoby się dziać... Powinienem się zbierać.
 Wstał i szybko zebrał się do wyjścia.
  - Przyjdź jutro do szkoły - rzucił na odchodne.
  - A-ale... - zacząłem, już chcąc protestować.
  - Obiecuję, nie stanie się ci się krzywda. - Nie pozwolił mi skończyć. Spuściłem wzrok i uśmiechnąłem się z niedowierzaniem.
  - Dzięki... - szepnąłem, bojąc się, że nie usłyszy.
  - Nie masz za co. To moja wina, teraz muszę tylko naprawić swoje błędy.
 Wyszedł i zostawił mnie samego z własnymi myślami.

 Obudziłem się jakieś dwadzieścia minut przed dzwonkiem budzika i na myśl o tym, że dzisiaj czeka mnie pójście do szkoły, poczułem po prostu zrezygnowanie. Ochota na zostanie w łóżku rosła z każdą sekundą, ale przypomniałem sobie, że Rick  mnie o to prosił... nie mogłem go zawieść. Z głośnym westchnięciem i narastającym niepokojem podniosłem się i skierowałem do łazienki, w obawie, że jeśli zostałbym w łóżku choć minutę dłużej, wstanie stałoby się misją niemal nie do osiągnięcia. Dotarłem przed lustro i obrzuciłem krytycznym wzrokiem swoje włosy, które sterczały we wszystkie możliwe kierunki. Po chwili walki z tym nieposłusznym sianem na głowie doprowadziłem je do jako takiego porządku.
 Do szkoły wszedłem jakieś pięć minut przed dzwonkiem (naprawdę mnie to bolało, gdyż z reguły jestem dużo za wcześnie, jednak tym razem wymyśliłem, że im mniej czasu spędzę w szkole, tym mniej czasu ktokolwiek będzie miał na ewentualne wyrażenie swojego niezadowolenia w stosunku do mojej osoby) i przysięgam - nigdy wcześniej tak się nie stresowałem pobytem w tym miejscu. Lekcje minęły mi właściwie na usilnych próbach wyhodowania dodatkowych par oczu na karku i po bokach głowy (tym razem nie pogardziłbym takimi bez wady wzroku),  a przerwy na unikaniu Ricka. Pomyślałem, że tak będzie lepiej. Pewnie potrzebował czasu i w ogóle, a poza tym najzwyczajniej nie chciałem się narzucać. Już dość mu narobiłem problemów. Tuż po lekcjach mój plan "Cały dzień bez Ricka" legł w gruzach i to przez nikogo innego niż osobnika, którego z powodzeniem unikałem przez jakieś siedem godzin.
 - Hej - powiedział wspomniany wcześniej chłopak i uśmiechnął się. Był chyba zmęczony.
 Mimo stresu towarzyszącego całemu dniu poczułem się dość miło, że chciał do mnie podejść, nawet jeśli nie rozumiałem jego powodu. Zaraz potem jednak przypomniałem sobie o niebezpieczeństwie, które mogło na mnie czyhać w każdym kącie, i jedynie mruknąłem coś w odpowiedzi, rozglądając się ukradkiem i żałując, że nie udało mi się wyhodować dodatkowych par oczu.
 - Hej, nic ci nie grozi póki tu jestem - znowu się uśmiechnął, a ja poczułem, że tracę resztki jakiejkolwiek pewności siebie. Przecież nie będzie go cały czas, co jeśli...
 - Ale co jeśli... pójdziesz gdzieś i oni... - wyjąkałem.
  - Nie zostawię cię z tym samego, jasne?
Poczułem jego rękę na swoich włosach i przez chwilę oblał mnie zimny pot. Przez moment przypominał mi kogoś. Ten gest...
 - Zresztą od dzisiaj będziesz miał spokój, zaufaj mi - zapewnił. W tym momencie zaczęła się do nas zbliżać grupka. Tamta grupka. Tym razem naprawdę oblał mnie zimny pot; spiąłem się, gotowy do ewentualnej ucieczki. - Lepiej żebyś na to nie patrzył. Idź do domu.
 - Ale... czy ty... - zaprotestowałem z wahaniem.
 - Po prostu idź - polecił. Schowałem ręce do kieszeni i odszedłem w pośpiechu, a kiedy dotarłem do pokoju, poczułem ulgę, którą szybko zastąpiły wątpliwości co do pomysłu Ricka i obawy o jego zdrowie.
 Wszedłem do pokoju i nerwowo pokierowałem się do kuchni, gdzie sięgnąłem do herbacianej szafki i wyjąłem saszetkę mojego ulubionego rodzaju, po czym zagotowałem wodę. Myślami dalej byłem w szkole - nie mogłem przestać zastanawiać się nad słowami Ricka. "Lepiej żebyś na to nie patrzył"? Co on miał zamiar zrobić? I co robił właśnie teraz? Poczułem obezwładniającą bezsilność, a potem frustrację. Nie było niczego, co byłbym w stanie zrobić. Miałem dość bycia poza kontrolą.
 Wziąłem łyk herbaty i czułem, jak ciepło rozprzestrzenia się po moim ciele równie szybko, jak stres i wątpliwości. Dziwne uczucie - jakby napój usiłował zwalczyć zły humor. Cóż, nie tym razem.
 W pokoju rozległo się pukanie do drzwi. Od razu oblał mnie zimny pot, a w głowie zaczęły się tworzyć najczerniejsze scenariusze. Po chwili jednak przypomniałem sobie o istnieniu Ricka. Może to był on? Na drżących nogach podszedłem do drzwi. Otworzyłem.
 - R-rick? - wyjąkałem i poczułem ulgę. Chyba. To znaczy przynajmniej nie byli to inni.
 - Nie zdążyli ci nic zrobić? Wszystko w porządku? - Trochę zaskoczyła mnie fala pytań, które zadał. Chociaż to było miłe z jego strony.
- T-tak... Wszystko ze mną dobrze... - unikałem jego wzroku, sam nie do końca wiem dlaczego. - Ale co ty tu...?
- A tak jakoś. - Machnął ręką, która miała jakiś nienaturalnie czerwony kolor. - Trochę się martwiłem... - dodał.
Martwił się. O mnie? Naprawdę?
Spojrzałem na jego dłoń i otworzyłem szerzej oczy. Była rozcięta.
- Co ci się...
- A... i przyszedłem do ciebie po opłatę medyczną, musisz mi się odwdzięczyć za ostatnio - zażartował, zadowolony z siebie.
Spojrzałem w górę na jego twarz i zobaczyłem rozciętą wargę. Otworzyłem szerzej drzwi.
 - Wchodź - kazałem cicho i zignorowałem jakąś prawdopodobnie ironiczną uwagę chłopaka.
 Szybkim krokiem poszedłem do łazienki i po chwili wahania wyciągnąłem całą apteczkę. Starając się zachować chociaż względny spokój wróciłem do salonu, gdzie Rick siedział już na fotelu, jak gdyby nigdy nic oglądając mieszkanie. Jeszcze raz obrzuciłem go oceniającym szkody wzrokiem, usiłując ukryć przerażenie. Naprawdę bardzo starałem się zachować spokój, ale nigdy nie byłem jeszcze w takiej sytuacji i szczerze mówiąc bałem się, że tylko pogorszę sprawę.
 - Dobra, spokojnie, po kolei - powiedziałem do siebie i po raz kolejny zilustrowałem Ricka wzrokiem.
 - Ale ty zdajesz sobie sprawę, że ja nie umieram, nie? - zażartował.
 - Eee... daj rękę - powiedziałem po odkręceniu butelki z wodą utlenioną.
Chłopak wzruszył ramionami i podał mi dłoń, którą przytrzymałem drżącą ręką.
 - Okej, teraz...
 - Zaboli, wiem - dokończył za mnie.
 Wziąłem głęboki wdech i polałem wodę utlenioną na ranę chłopaka. Skrzywił się, chociaż szybko to ukrył, więc udałem, że nic nie zauważyłem. Z drugiej strony nie umarłby od okazania bólu, to ludzka rzecz...
 Ostrożnie wytarłem spienioną wodę utlenioną z rozciętej dłoni chłopaka i ponowiłem proces. Rana była dość głęboka.
 - Aaa! Umieram! - wrzasnął Rick, a ja podskoczyłem i upuściłem wodę utlenioną.
 - Boże, przepraszam! - wykrztusiłem, ale chłopak tylko się zaśmiał. No tak. Uspokoiłem się i pokręciłem lekko głową.
 - Dobra, eee, teraz... czas na plaster - zdecydowałem i zacząłem grzebać w apteczce w poszukiwaniu opatrunku. Rick wpatrywał się we mnie z nieskrywabym rozbawieniem. 
 Wyjąłem z apteczki paczkę plastrów i już wewnętrznie szykowałem się na protest.
 - Mam takie - oświadczyłem zdenerwowany całą sytuacją i pokazałem chłopakowi pudełko.
 - Chyba oszalałeś - parsknął Rick. - Nie będę chodził z Kubusiem Puchatkiem na ręku.
 - Ale... zakażenie - usiłowałem bronić swojej pozycji.
- Nic z tego - pokręcił głową.
 Zniecierpliwiłem się trochę.
 - Nie mam innych. Musisz przecierpieć, przykro mi - przekonywałem go.
 - Nie ma mowy, nie będę chodził z jakąś bajką na ręku jak dzieciak!
 - Bardziej jak dziecko zachowujesz się teraz - wyparowałem, zanim zdążyłem pomyśleć, i natychmiast zakryłem usta dłońmi. - Przepraszam, ja nie chciałem... naprawdę nie... przepraszam - wykrztusiłem.
 Rick tylko pokiwał głową, unosząc brwi w nieodgadnionym przeze mnie geście.
 - Dawaj te plastry. - Bitwa została wygrana.
 Drżącymi rękami nakleiłem plaster na dłoń Ricka, po czym przemyłem i opatrzyłem mu brew. Po wszystkim odetchnąłem z ulgą i usiadłem na łóżku. Jedna rzecz nie dawała mi spokoju.
 -Więc... co ci się stało?

Riiick?


wtorek, 13 sierpnia 2019

Od Alana cd. Seana

***
Kiedy poszliśmy w końcu do pokoju Seana, uznałem że zajmę łazienkę. Przez dobre pół godziny myłem włosy, przetarłem je jednak solidnie ręcznikiem bo nie miałem ochoty ich suszyć. Wyszedłem spod prysznica, obwiązując się ręcznikiem w pasie. Mogłem przebrać się po prostu w łazience ale po co? Byłem ciągle trochę zły o ranek, mimo że sam nie wiedziałem co robiłem. Skoro już jesteśmy partnerami, można by jakoś przypieczętować nasz związek. Kiedy ten dupek nagle sporządniał?
Wyszedłem z łazienki, biorąc ze sobą ciuchy. Szatyn uniósł brwi w niemym pytaniu, zignorowałem go jednak, by zacząć tak po prostu, bez najmniejszego skrępowania ubierać się na środku pokoju. Przewrócił oczami, wracając do tego swojego pieprzonego laptopa na którym oglądał jakiś serial. Nie zakładałem jednak spodni, specjalnie by rozproszyć uwagę chłopaka. Narzuciłem jeszcze szybko koszulkę i usiadłem obok chłopaka. Zmierzył mnie wzrokiem.
  - Dobrze się bawisz? - ponownie przerzucił wzrok na ekran komputera. Prychnąłem. Oczywiście że tak. Czy on naprawdę nie rozumie że uwielbiam się z nim droczyć? Sean odłożył laptopa na bok i rzucił mi pytające spojrzenie po raz kolejny.
  - A czy ty wszystko musisz psuć? - również uniosłem brew, na co chłopak tylko się zaśmiał. Sean niespodziewanie zaczął się nachylać w moją stronę, zapewne do pocałunku, chciałem jednak mu to uniemożliwić. Odchyliłem się żeby się odsunąć, szatyn jednak szybko to wykorzystał i dobrał się do mojej odsłoniętej szyi. Zaczął powoli wędrować językiem po mojej skórze, na co mimowolnie jęknąłem. Nagle jakby ciśnienie podskoczyło w powietrzu, zrobiło się goręcej i od razu przyjemniej... Po jakimś czasie chłopak przetoczył się nade mną.
  - Jeżeli się nie obrazisz, możemy dokończyć to co zacząłeś, a ja zepsułem - uśmiechnął się lekko i usiadł obok, jakby nigdy nic.
Czy on tak po prostu kurwa przestał?! Rzuciłem mu lekko zabójcze spojrzenie, przerwaniem tej przyjemności, sprawił jednak że mogłem się z nim trochę podroczyć.
Nagle telefon chłopaka zaczął dzwonić, szatyn jednak wrzucił urządzenie do dolnej szuflady i czekał na moją odpowiedź. Czyżby pan porządny aż tak liczył dziś na coś więcej?
  - Brzmi nie najgorzej. - wzruszyłem ramionami, Sean lekko się uśmiechnął i chciał powrócić zapewne do mojej szyi, szybko go jednak zatrzymałem.
  - Chyba jednak nie mam ochoty. Totalnie to zepsułeś. - wywróciłem oczami, perfekcyjnie wręcz grając.
  - Proszę cię Winters... - jęknął, wieszając się nade mną i ciałem przygniatając mnie do materaca. Mimowolnie przygryzłem wargę, był cholernie blisko...
  - Przestań mnie kusić. - przyparł mnie jeszcze mocniej, na co jęknąłem.
  - Napierasz na mnie tam w dole... - przyznałem.
Czułem jakby zaraz moje bokserki miały eksplodować, a cała krew w moim ciele płynęła o wiele szybciej i głośniej.
  - Czyli jednak tak? - mruknął cicho, powoli poruszając się nade mną by jeszcze bardziej mnie rozdrażnić. Powoli zaczynał mnie denerwować brak kontroli.
  - Kurwa... - szepnąłem cicho, za nim jednak zdążyłem dodać choćby jedno słowo, jego usta już dawno całowały moje, do tego on sam zaczynał coraz intensywniej się poruszać, co zwiększało moje podniecenie aczkolwiek i niewygodne uczucie tam w dole. W końcu udało mi się oderwać od jego ust.
  - Jak będziesz się tak wiercić to zrobi się niebezpiecznie. - ostrzegłem go.
Mruknął cicho, czym ostatecznie mnie wkurzył. Szybko przekręciłem chłopaka na łóżko, tak by był pode mną, jednocześnie przygwożdżając go do materaca.
  - Ej- zaczął, szybko mu jednak przerwałem pocałunkiem. Powoli jeździłem językiem wokół jego ust, by następnie brutalnie wedrzeć się do środka i by nasze języki rozpoczęły dziki taniec.
W końcu gdy znudziła mi się ta zabawa, zakończyłem to delikatnym przygryzieniem wargi chłopaka.
  - Nie lubię jak się ktoś ze mną drażni... - szepnąłem mu do ucha.
  - A mimo to sam się ze mną drażnisz. - odparł Sean. Wywróciłem oczami, jednocześnie dotykając swoimi ustami jego skóry na szyi. Malinka którą rano mu zrobiłem była mniej widoczna dzięki pomocy Inez, wciąż jednak widoczny był jej zarys. 
 - Zamknij się albo nici z miłego wieczoru. - uśmiechnąłem się lekko, wracając do jego szyi. Powoli zacząłem schodzić z pocałunkami niżej, zatrzymałem się odrobinę na jego obojczyku.
- Po prostu się zamknij i ciesz chwilą. - uciszyłem go za nim zdążył znowu otworzyć te swoje irytujące usta.
Składałem na ciele szatyna coraz to więcej pocałunków, a moje dłonie powoli wysunęły się pod koszulkę chłopaka, by następnie ta zgrabnie wylądowała na ziemi. Powoli przechodziłem coraz niżej, po jego klatce piersiowej aż do brzucha. Poczułem jak gdzieniegdzie drży, co bardzo mnie cieszyło. Zatrzymałem się ustami przy jego brzuchu, ręce zaś zająłem umiejętnym rozpięciem zamka u spodni szatyna, gdy w końcu mi się to udało zacząłem ugniatać czułe miejsce Seana przez materiał bokserek, początkowo lekko, z czasem jednak nasilając dotyk. Cały czas nie przerywałem też pieszczenia wyższych partii jego ciała, ustami zaczynałem wracać wyżej aż do miejsca kiedy wróciłem do szyi chłopaka. Nie ma sensu ukrywać że chyba to miejsce uwielbiam najbardziej.
Nasilałem ruchy lewej dłoni, w końcu dało mi się usłyszeć upragnione jęki chłopaka. Uśmiechnąłem się między pocałunkami które składałem w dalszym ciągu na skórze Seana i zadowolony słuchałem jak jęczy mi do ucha. Moja dłoń już dawno była wewnątrz jego bokserek, moje usta szybko wróciły do jego twarzy by zająć się jego ustami. Kontynuowałem dalej pieszczoty gdy jego oddech zaczął przyśpieszać. Nie minęło dużo czasu kiedy to Sean osiągnął spełnienie, a jego całe nasienie wylądowało na mojej koszulce. Dalej siedział z zamkniętymi oczami, próbując wyrównać oddech.
- Nie przepadam za byciem dominującym. - zagadnąłem. - Pomyśl o tym na przyszłość, a teraz ogarnij się trochę. - Zszedłem z sofy i zdjąłem ubrudzoną już koszulkę.
- Ah, przez ciebie będę musiał prać koszulkę. - westchnąłem z lekkim uśmiechem i skierowałem się do łazienki by jakoś to zaprać. Udało mi się odratować bluzkę, rzuciłem ją niedbale na kaloryfer i wróciłem do bruneta. Siedział już normalnie z zapiętymi spodniami i uśmiechał się sam do siebie.
- Nie ma za co. - wyszczerzyłem się do niego, nim zdążył zauważyć że wróciłem do salonu.

Seanie? xD Nie wiem co ja zrobiłam z końcówką

niedziela, 11 sierpnia 2019

Od Ricka cd. Beauregarda

Zniecierpliwiony podniosłem rękę, żeby zapukać jeszcze raz. Po chwili jednak drzwi się otworzyły. Bear stał naprzeciw mnie, ale nie podniósł wzroku.
 - Rick, co ty... - wziął gwałtowny wdech. - cześć - dodał szybko.
 - No cześć - wyszczerzyłem się. - Jak się czujesz? - Jak gdyby nigdy nic minąłem go i wszedłem do pokoju. Zrzuciłem zgrabnym ruchem buty i poszedłem do kuchni aby zapoznać się z szafkami. Przeszukiwałem je beztrosko w poszukiwaniu kawy jednak nie z pozytywnym skutkiem. Spojrzałem na chłopaka, który stanął w przejściu.
 - Zadałem ci pytanie - zauważyłem. - Gdzie trzymasz kawę?
 - J-ja nie piję kawy... - odpowiedział i wbił wzrok w podłogę. Otworzyłem szeroko oczy.
 - Słucham?! Człowieku, nie przyznaję się do ciebie. - Nie doczekałem się odpowiedzi więc westchnąłem głośno. - Zawiodłem się na tobie. Dobra, zapomnij. Zawsze tyle zajmuje ci odpowiedź na pytanie złożone z trzech słów? Bo wydaje mi się, że w takim tempie konwersacje mogą faktycznie sprawiać ci dużo problemów - uśmiechnąłem się rozbawiony.
 - A, przepraszam, jest... okej - powiedział, po czym po chwili dodałem - czemu właściwie... czemu tu jesteś?
 - A czemu ty przeprosiłeś? - odparowałem bez chwili wahania i przysiadłem na stole.
 - No bo ty... - zaczął się jąkać - ty nie powinieneś... ja powinienem był po prostu... matko, przepraszam - schował twarz w dłoniach.
 - I znowu to robisz. - przewróciłem oczami. Eh, nie mądry misiek...
 - Zmarnowałeś mnóstwo czasu - wyjaśnił cicho i schował ręce do kieszeni swetra.
 - Matko, Bear, skończ pieprzyć - zniecierpliwiłem się nieco.. - Pobili cię, to nie jest twoja wina, rozumiesz? - westchnąłem. - Po prostu musisz mi powiedzieć, kto to był, bo inaczej sytuacja może się powtórzyć, a tego chyba byśmy nie chcieli.
 Chyba trochę się wystraszył, bo cofnął się odrobinę wpadając nieco na szafki.
 - Nie, nie, ja nie- ty nie rozumiesz, ja nie mogę.. - próbował tłumaczyć.
 - Bear, zrozum, może być jeszcze gorzej - mówiłem tym razem dość spokojnie. - Musisz tylko powiedzieć mi imiona, a ja zajmę się resztą, okej? 
 - Nie, błagam, przestań. 
 - Muszę wiedzieć, kto to był, to nie może się powtórzyć.
 - N-nie, Rick, ja nie...
 - Tylko imiona, rozumiesz? I będzie po wszystkim. Nigdy więcej cię nie tkną.
 - J-ja nie mogę...
 - Tu nie chodzi tylko o ciebie, pomyśl, co jeśli zaatakują innych? Można to po prostu zatrzymać.
 - Rick, proszę, ja nie...
 - Chcesz tej pomocy czy nie?
 - Przestań! - krzyknął i spojrzał mi w twarz, po czym spuścił wzrok. - Przepraszam - wyszeptał po chwili. - Boże, Rick, przepraszam, ja nie chciałem, nie chciałem...
 - Hej, dobra - urwałem krótko. - Już, musimy się oboje uspokoić. Usiądź. - Nie ruszył się jednak z miejsca. - Usiądź - westchnąłem.
 W końcu udało mu się ruszyć i usiadł na łóżku, ja za to wziąłem sobie krzesło i postawiłem w bezpiecznej odległości od łóżka.
 - Słuchaj, rozumiem twój strach, naprawdę - przerwałem na chwilę - ale po prostu nie ma innego sposobu. Możesz jeszcze nie chodzić do szkoły, nic ci nie zrobią. Ja po prostu muszę się dowiedzieć, kto to był, dla dobra wszystkich, okej?
 - A co jeśli... tobie się coś stanie? - zapytał cicho. - Nie chcę, żeby ktokolwiek przeze mnie...
 - Mi nic nie będzie - przerwałem mu. - Zaufaj mi, mam w tej szkole kontakty jak nikt. Więc jak będzie, powiesz?
Bear powoli opowiedział mi o całej sytuacji i jak wyglądali jego napastnicy. Słuchałem go będąc lekko w szoku? Chyba tak mogę nazwać to dziwne uczucie. Opisy brzmiały znajomo. Cholernie znajomo... Jak Chease i reszta... ale może to nie możliwe. Może się pomylił? Albo najzwyczajniej kłamie ale jednak po co miałby? Czy byłby w stanie kłamać po tym jak go pobili? Może też ktoś go pewnie zastraszył by po prostu tak powiedział... Sam nie wiem. To wszystko brzmiało nierealnie.
 - Ja wiem, że oni kazali ci tak powiedzieć, ale mów prawdę, serio. - westchnąłem.
 - Rick, ja mówię prawdę - wyszeptał. Zmierzyłem go wzrokiem, prawie płakał. Ale skąd miałem mieć pewność że to prawda? No kurwa skąd?!
  - Jesteś pewny? - mruknąłem, starając się zamaskować wszelkie emocje. Bear powoli pokiwał głową. Chease... Naprawdę mógł zrobić coś takiego? Przecież blondyn nic mu nie zrobił. Nic z tego nie rozumiałem. On nigdy nie zrobiłby czegoś takiego, znałem go od zawsze i mimo takiego charakteru jakiego posiadał nigdy nie skrzywdziłby nikogo słabszego sobie. Przynajmniej do tego czasu. A tak myślałem że go znam...
  - Um... R-rick? Wszystko dobrze? - z rozmyśleń wyrwał mnie głos Beara. Przyglądał mi się jakby zmartwiony? Zmarszczyłem lekko brwi. Po chwili poczułem na dłoni coś mokrego, tak samo jak na policzku. Czy ja właśnie płakałem? Pośpiesznie przetarłem oczy, ja przecież prawie nigdy nie płaczę. Znowu zmierzyłem chłopaka wzrokiem.
  - Oczywiście że tak. Co miałoby się dziać... - odpowiedziałem szybko.- Powinienem się zbierać. -
Wstałem, z zamiarem wyjścia. Założyłem buty, narzuciłem kurtkę na plecy i rzuciłem przed wyjściem.
  - Przyjdź jutro do szkoły. -
  - A-ale... - zaczął.
  - Obiecuję, nie stanie się ci się krzywda. - przerwałem mu. Spuścił wzrok na podłogę, uśmiechnął się chyba lekko.
  - Dzięki... - szepnął cicho, ledwo słyszalnie ale jednak.
  - Nie masz za co. To moja wina, teraz muszę tylko naprawić swoje błędy. - rzuciłem na pożegnanie.
(*** Skip time bo riczu jest leniwa ale myślę że zrozumiesz***)
Większość nocy spędziłem na rozmyślaniu o tym wszystkim. Nie spałem właściwie. Byłem chyba lekko zmęczony psychicznie i fizycznie. Uczucie niepokoju towarzyszyło mi przez każdą lekcję, a każde spojrzenie w stronę Chease'a, kończyło się szybką ucieczką wzroku i bolesnym zaciskaniu pięści. Bear przyszedł do szkoły, cały dzień trzymał się jednak ode mnie na dystans. Cały dzień kontrolowałem pozycję chłopaka, tak czy nikt go nie zaczepia by w porę zainterweniować. Postanowiłem że podejdę do niego po lekcjach.
  - Hej! - ostatkiem sił emocjonalnych wymusiłem u siebie uśmiech. Bear tylko cicho coś mruknął, rozglądając się, zapewne by zlokalizować swoich napastników z przedwczoraj.
  - Hej, nic ci nie grozi póki tu jestem. - uśmiechnąłem się ponownie.
  - Ale co jeśli... Pójdziesz gdzieś i oni... - zaczął odrobinę plątać się w słowach.
  - Nie zostawię cię z tym samego, jasne? - położyłem rękę na głowie i delikatnie potargałem mu włosy.
  - Zresztą od dzisiaj będziesz miał spokój, zaufaj mi. - pocieszyłem go. Wtedy ze szkoły wyszła ta znana mi osoba. Chease i reszta grupy. Powoli zbliżali się do nas. Bear zauważalnie się spiął.
  - Lepiej żebyś na to nie patrzył. Idź do domu. - poleciłem mu.
  - Ale... Czy ty... - znowu zaczął.
  - Po prostu idź. - poleciłem mu. Schował ręce w rękawach, po czym poszedł do swojego mieszkania. Chease zdążył znaleźć się dość blisko mnie.
  - Ej, czemu Misiek poszedł. Chciałem się z nim przywitać. - uśmiechnął się zdradziecko. Przyznać że to ten sam uśmiech towarzyszył mi przez prawie całe moje dotychczasowe życie...
  - Nie nazywaj go tak. - mruknąłem cicho. Uniósł brew, w geście zdziwienia.
  - Co jest Ri? Coś się stało? - zapytał, tym swoim fałszywym głosem. Każde jego tępe i żałosne słowo raniło mnie coraz bardziej. Sama jego obecność doprowadzała mnie do furii.
  - Jakie kurwa Ri! Nagle nie wiesz co się stało?! - warknąłem, odpychając go od siebie. Zdołał utrzymać się na nogach, otrzepał się jakby z niewidzialnego kurzu i uśmiechnął. Znowu...
  - Widzę że zły dzień... No cóż, bywa niestety i tak. - dodał.
  - Przestań pieprzyć! Wiem że bezmyślnie kłamiesz! Wiem że to ty pobiłeś Beara! - krzyknąłem, ledwo panując nad emocjami.
  - Nie kłamie. Po prostu ci się tym nie pochwaliłem i tyle. - wywrócił oczami.
  - Byłeś dla mnie jak brat a teraz robisz mi coś takiego. - mruknąłem.
  - No i co z tego! Należało mu się! Chciał nas rozdzielić. Mącił ci w głowie bo chciał obrońcy! Pomogłem, nic więcej. A nawet jeśli, to co tak nagle cię on obchodzi?
  - Byłem taki jak on! Obaj byliśmy!
  - Tylko że ja z tego wyrosłem i ty też. Ktoś musi mu pokazać że w naszym świecie nie ma miejsca dla słabych!
  - To nie ty jesteś katem który sprawuje wyroki...
  - A ty, co? Obrońca słabych? Czy Bóg? Bo jak dla mnie chyba oba. Przestań zachowywać się jakby nie można było cię zranić! Nie jesteś Bogiem! - krzyknął. Zacisnąłem pięści, mierząc go wzrokiem.
  - Nie powinienem ale chyba jednak ci się należy... - mruknąłem, by po chwili podnieść rękę i wymierzyć cios w twarz chłopaka. Upadł na ziemię lekko szokowany, gdyż pewnie się tego nie spodziewał. Przygniotłem go do ziemi i zacząłem okładać pięściami by jakoś pozbyć się negatywnych emocji. Chease próbował się bronić wymachując rękami jednak to ja miałem przewagę. Nagle jedna z rąk zniknęła mi z pola widzenia a po chwili poczułem coś twardego i chłodnego przy szyi. Przestałem go bić, łapiąc oddech i patrząc mu w oczy.
 - Od kiedy to chodzisz z nożem? - zaśmiałem się, wyczuwając przedmiot przy mojej skórze.
 - Nie każ mi tego robić... - powiedział cicho.
 - No to zrób to jeśli masz jaja... - uśmiechnąłem się prowokująco.
***
Zapukałem do drzwi. Nie chciałem przychodzić w takim stanie do Beara, musiałem jednak sprawdzić jak się czuje bo uczucie wewnątrz nie dawało mi spokoju. Dodatkowo apteczka w moim mieszkaniu jest dość słabo wyposażona a pójście w moim stanie do apteki nie wchodziło w grę. Byłem trochę poobijany, dodatkowo miałem rozciętą wargę i wnętrze dłoni. Zdrową ręką znowu zapukałem do drzwi, chwilę zajęło chłopakowi otworzenie mi drzwi albo upewnienie się że to ja a nie jego oprawcy.
 - R-rick? - zająknął się widząc mnie w swoich drzwiach.
 - Nie zdążyli ci nic zrobić? Wszystko w porządku? - od razu zalałem Beara falą pytań.
 - T-tak... Wszystko ze mną dobrze... - spojrzał trochę w dół. - Ale co ty tu...? -
 - A tak jakoś. - machnąłem ręką. - Trochę się martwiłem... - dodałem trochę ciszej.
Chłopak skupił swój wzrok na mojej dłoni.
 - Co ci się...
 - A... i przyszedłem do ciebie po opłatę medyczną, musisz mi się odwdzięczyć za ostatnio. - uśmiechnąłem się złośliwie.


Misiaku? ^^ Trzeba pomóc tej bestii w potrzebie xD

czwartek, 11 lipca 2019

Od Arthura cd. Juniper

Na stołówce zawsze było pełno ludzi, którzy zamiast jeść, po prostu gadali albo jarali fajki. Należałem raczej do tej drugiej grupy, jedzenie wolałem zrobić sobie w domu, albo kupić na mieście. Wraz ze Szczotą i Damon'em usiedliśmy przy stoliku, tak, by mieć widok na wszystkie przechodzące dziewczyny.
- Jary, masz zapalarę? - podałem Perthowi zapalniczkę bez słowa, by po chwili ją odzyskać. - Ty, patrz te rudą! - pochylił się w moją stronę. - Zakład, że do końca tygodnia będziecie razem? - Natychmiast kiwnąłem głową. Podążyłem za spojrzeniami chłopaków, gwiżdżąc z zachwytem. Dziewczyna odwróciła się do nas, krzyżując ręce na piersiach. Rozłożyłem się na krześle, szczycąc się tym, że udało mi się zwrócić jej uwagę.
- Co tam, skarbie? - Do dziewczyny zwrócił się Perth, bezczelnie wypuszczającego dym w twarz rudzielca. Oj, nie spodobało jej się to.
- Ależ nic, skarbie. - uśmiechnęła się, nachylając się nad chłopakiem. Trzeba przyznać, że wyglądała jakby urwała się z okładki jakiegoś magazynu. Wyrwała Szczotce fajke z ust i wygasiła w jego kawie. Syknąłem cicho. - Juniper, idioto. Nie Twój skarb. - rzuciła mu zadowolone spojrzenie. Brunet zirytował się, krzycząc coś w jej stronę.
- Ty, ruda... - żałowałem, że nie zacząłem tego nagrywać wcześniej. Odpuściłem sobie jednak, zamiast tego przyglądałem się Rudzielcowi. Gdy się pochylała, czarna koszulka odsłaniała jej plecy i brzuch.
- Dokładnie zapamiętaj ten kolor włosów, bo będę Cię kotku prześladować po nocach. - parsknęła, wylewając na jego twarz chłodną kawę. Parsknąłem śmiechem, widząc jak jego brązowe włosy kleją mu się do czoła, a jeansowa kurtka barwi się kofeiną. Szczota zdążył zwyzywać Rudzielca, i przy okazji swoją siostrę, siedzącą pomiędzy Rudą a wytatuowanym chłopakiem. Coś mi świtało, że ma na imię Rick. Maeve pokazała Perthowi środkowy palec, równocześnie zwracając się ze śmiechem do drugiej dziewczyny, jedzącej ze smakiem swój posiłek. 
- No, ja pojadłem. - rzuciłem rozbawione spojrzenie chłopakom i wstałem. - Powodzenia Tay, w znoszeniu pierdolenia tego idioty. - zwróciłem się do naszego towarzysza, podałem im ręce i wyszedłem ze stołówki na zewnątrz.
   Czerwcowe powietrze uderzyło we mnie, jak tylko otworzyłem drzwi wejściowe do akademii. Na zewnątrz było jakieś 30 stopni. Zdecydowanie chłodniej było w budynku, ale nie chciało mi się tam wracać.
Zapaliłem pospiesznie Strike'a, włączając muzykę na telefonie. Zdążyłem wypalić szluga, zanim ktoś otworzył drzwi. Spodziewałem się, że będzie to jakiś nauczyciel, albo ktoś z chłopaków. Zamiast tego, na zewnątrz wyszła Ruda wraz z Mewą i Rickiem.
- Ej, Rudzik! - zagaiłem dziewczynę, która niechętnie się odwróciła, po namowie fioletowowłosej. Zostawili ją samą, a sami poszli w kierunku stajni, rozmawiając o czymś i zawzięcie gestykulując. - Wybacz za tę akcję na stołówce, to nie miało zajść aż tak daleko. - uśmiechnąłem się przepraszająco, ale dziewczynie chyba niezbyt podeszły moje przeprosiny. - Swoją drogą, Jary. Ewentualnie Arthur. - wyciągnąłem rękę w pojednawczym geście,  na co Ruda spaliła mnie wzrokiem.
- Juniper. - niechętnie uścisnęła moją dłoń i szybko wytarła ją w spodnie. - Na nic nie licz, kochaniutki. - puściła mi oczko, unosząc nieco kąciki warg w pogardliwym uśmiechu.
- Nigdy nie byłem dobry z matmy, ale na pojednawcze piwko chyba dasz się zaprosić? - poruszyłem brwiami, licząc na pozytywną odpowiedź. Zamiast tego, usłyszałem tylko "być może" i cichy chichot, najprawdopodobniej wywołany moją zdziwioną miną. Boże, jak ona cudownie się śmiała! A te rude włosy tak uroczo podskakiwały, kiedy poruszała ramionami. Mimo zadziornego wyrazu twarzy, w momencie gdy się śmiała, ta cała chłodna maska opadała i ukazywała się po prostu rozbawiona do głębi nastolatka. Napawałem się tym widokiem tak długo, jak tylko mogłem - skąd mam wiedzieć, kiedy znowu się zobaczymy?
- O 19 na stołówce?- upewniła się, wnikliwie przyglądając mi się swoimi niebieskimi, dużymi oczami. Przeszły mnie dreszcze, kiedy poczułem jak bada mnie całego swoim wzrokiem. Pokręciłem głową, parskając z rozbawianiem. Szkolne miejscówki są zbyt wyszukane.
- Nie, o dziewiętnastej na parkingu. Znajdziesz mnie bez problemu. - Bez słowa pożegnania przeszedłem koło niej, zakładając słuchawki i idąc do swojego domku.

~*~

Spanie przed wyjściem nigdy nie było dobrym pomysłem, ale złe pomysły zdecydowanie były moimi ulubionymi, więc skorzystałem z uroków łóżka i pana Morfeusza. Wstałem jakoś dwadzieścia minut przed 19.
- Kurwa, brawo Teller, jeszcze się spóźnisz. - gadając do siebie, poprawiałem włosy i myłem twarz, w pośpiechu przy okazji zmieniając ubrania. Zarzuciłem na siebie kurtkę i pospiesznie poprawiłem bandanę przy spodniach, następnie to samo zrobiłem z tą na ręce. - Wyglądam chujowo. - stwierdziłem, patrząc na siebie w lustrze. Zabrałem plecak i wybiegłem z domku, pędząc na parking. Znalazłem w kieszeni paczkę fajek, z której wyjąłem jednego szluga i pospiesznie odpaliłem. Zaciągnąłem się nikotyną, po raz kolejny skracając sobie życie. Po co ma być długie i nudne, skoro może być krótkie i zajebiste?
Usiadłem na motocyklu, dokańczając fajkę. Kiepa wyrzuciłem za siebie, równocześnie wyjmując gumę do żucia i żując ją. Rozglądałem się za rudą dziewczyną, z którą się tu umówiłem. Brakowało dwóch minut, do 19, i zaczynałem się martwić, że jednak nie przyjdzie.
A jednak burzy rudych włosów nie da się przegapić. Juniper zmierzała powolnym krokiem w moim kierunku, niezbyt zwracając na mnie uwagę. W przeciwieństwie do mnie. Założyła na siebie czarne jeansy, z wysokim stanem, idealnie podkreślające jej szczupłą figurę. Rude włosy mocno wyróżniały się na białej koszulce, dokładnie włożonej w spodnie. Niskie Conversy miała czarne i obwiązane wokół kostek.
- Ej, tutaj. - gwizdnąłem do niej i uśmiechnąłem się trochę. Juniper spojrzała na mnie i uniosła brwi.
- Harley? - zapytała, bardziej mówiąc do siebie niż do mnie. - Co to za model?  - obeszła go, dokładnie się mu przyglądając. Sprawiała wrażenie zorientowanej w temacie. W środku krzyczałem ze szczęścia - mało która laska zna się na motocyklach, a tutaj ten rudy szatan bez zająknięcia zaczął mi gadać o mojej dziecince. - Road King z 2008?
- 2007. - poprawiłem ją odruchowo. - Dziadek z daty, ale śmiga jak nowy. - poklepałem kierownicę, przyglądając się rudej dziewczynie. Pokiwała głową, siadając za mną i zakładając kask. Założyła ręce za oparcie i ułożyła się wygodnie.
Wyjechaliśmy z parkingu na główną drogę.

~*~

Zaparkowałem gdzieś przed klubokawiarnią i schyliłem się, żeby związać sznurówki w trampkach. Ciągle gdzieś o coś nimi zaczepiałem.
- Planujesz mi się oświadczyć, czy po sprawdzasz jak nisko upadłeś? - fuknęła trochę zniecierpliwiona moją czynnością.
- Badam ziemię, bo tyle kwasu z twoich ust chyba ją spali. - odparowałem, wstając i otrzepując kolana z kurzu. Otworzyłem jej drzwi, w razie gdyby coś miało nas zeżreć, ona poszłaby na pierwszy ogień. W tych czasach jednak uznawane było to za kulturalny gest. Witamy w XXI wieku. 
June weszła do pomieszczenia, rozglądając się. 
Miejscówka była zrobiona w klimatach lat 80', może 90' jakby się uprzeć. Niewielka scena na końcu baru była zajęta przez jakiś zespół, grający Indie Rock. Brzmienia mieli ciekawe, ale raczej nikt nie był w nastroju do tańca. Niektórzy okupowali barierki, zapewne czekając na gwiazdę wieczoru. Nic nowego.
Ruda czytała napisy na jakimś plakacie, mrużąc delikatnie oczy. W jej tęczówkach odbijały się białe lampki, rozwieszone na ścianie. Włosy, idealnie wyprostowane, mieniły się teraz różnymi kolorami, w zależności od padającego na nie światła. Sama Juniper, całą sobą emanowała pewnością siebie i obojętnością wobec otaczającego ją świata. Patrzyłem na nią jeszcze przez chwilę, aż w końcu dziewczyna się odwróciła. 
- Uważaj, bo jeszcze Ci gały wypadną. - Mruknęła, przechodząc obok mnie i idąc do wolnego stolika.
- Oh, patrzyłem na tamtego faceta przed Tobą. Ah, ileż on ma wdzięku! - Odparowałem natychmiast, siadając naprzeciwko dziewczyny. Podałem jej kartę z napojami, samemu wczytując się w swoją. Mocne drinki kusiły niemiłosiernie, ale wypadałoby wrócić do domu, niekoniecznie w czarnym worku. - Duże piwo. - zwróciłem się do dziewczyny, która do nas podeszła.
Czarna, wydekoltowana koszulka była na nią zdecydowanie za duża, w przeciwieństwie do krótkich spodenek z wysokim stanem. Mocno ją opinały, wyraźnie podkreślając jej kształty. "Uczę się. Anastacia M." Głosiła plakietka, niedbale przyczepiona do górnej części garderoby. Białe włosy miała rozpuszczone, opadające na jej ramiona. 
- Whisky z colą. - Zdecydowała Ruda, patrząc na mnie ze złośliwym uśmiechem. Nie mogę sobie pozwolić na żaden lepszy alkohol, bo obydwoje będziemy wracać do domu w czarnym worku. Białowłosa upewniła się, że nie chcemy nic więcej, po czym odeszła. Obejrzałem się za nią, oglądając jak wdzięcznie porusza się w rytm muzyki. Gwizdnąłem w myślach.
- Czym Perth sobie zasłużył, że dostał kawą w twarz? - zagaiłem, pociągając duży łyk piwa i oblizując piankę spod nosa.

Chujoza official wraca do gry. Weny Rudziku :D

środa, 3 lipca 2019

od Beauregarda cd. Ricka

 Cały dzień spędziłem właściwie czytając, słuchając muzyki, pisząc i rysując. Byłem z siebie dość dumny, bo dawno nie zajmowałem się tworzeniem czegokolwiek - głównie ze względu na brak czasu i przytłoczenie szkołą, a dzisiaj udało mi się zrobić całkiem sporo. Nie wyszło mi może najlepiej, ale nie oszukujmy się, czy ja kiedykolwiek byłem naprawdę stuprocentowo zadowolony z jakiegoś ze swoich dzieł? No więc właśnie.
 Rozejrzałem się po pokoju w poszukiwaniu czegoś, czym mógłbym się zająć, i mój wzrok natrafił na fortepian. Westchnąłem cicho i pokręciłem lekko głową. Podniosłem się z łóżka i podszedłem do instrumentu, po czym otworzyłem go i przejechałem palcami po klawiszach tak, żeby nie wydały dźwięku. Odsunąłem sobie taboret i przysiadłem na nim. Moje palce od razu odnalazły swoje miejsce na klawiaturze, a ja zacząłem grać, prawie nie przyciskając pedałów. Dźwięki "Dla Elizy", które wydobywały się z wnętrza mojego starego przyjaciela, były ciche i subtelne. Delikatna tęsknota i uczucie opowiadane przez utwór wypełniały mój pokój, dając mi chwilę wytchnienia, a jednocześnie przypominając o tym, jak bardzo tęskniłem za domem. Za fińskimi górami, lasami i ścieżkami, które znałem tylko ja, za leśnymi kryjówkami i miejscami, do których uciekałem. Zamknąłem oczy i odchyliłem głowę do tyłu. Co ja tu w ogóle robiłem? Uderzyła we mnie świadomość, że Akademia to zupełnie nie moje miejsce. Z drugiej strony wiedziałem, że nie mogłem wrócić. Mama byłaby tak zawiedziona... oczywiście powiedziałaby mi, że to nic, że cieszy się na mój widok i pewnie naprawdę by tak było, ale ten wzrok. Na samą myśl o jej wyrazie twarzy coś ściskało mnie w środku. Nie, nie mogłem jej tego zrobić. Wyglądała na tak szczęśliwą, kiedy powiedziałem jej, że decyduję się na wyjazd do Akademii. Jej mały synek wreszcie samodzielny, prawda? Pomyślałem o tym, że nawet tutaj nie potrafiłem się odnaleźć, w miejscu właściwie idealnym, które sam sobie wybrałem, i ze złością mocniej wcisnąłem klawisze. Niedługo potem dotarłem do ostatnich nut utworu i wraz z ostatecznym dźwiękiem w pokoju rozległo się pukanie do drzwi. Podskoczyłem na taborecie i zamknąłem pospiesznie fortepian, mimowolnie zaczynając panikować. Skąd oni wiedzieli, gdzie mieszkam? Boże, przecież to oczywiste, Rick, ale czy on naprawdę mógłby zrobić coś takiego?
 Siedziałem na taborecie jak sparaliżowany, w nadziei, że ktokolwiek pukał do moich drzwi, odpuści. Przez kilka sekund moja nadzieja była nawet podtrzymywana, ale po chwili pukanie rozległo się ponownie, tym razem nieco szybsze. Nie miałem wyboru - musiałem wstać. Poza tym w głowie pojawiła się wątpliwość, czy aby na pewno zamknąłem drzwi. Szybko wstałem i podszedłem do wejścia, po czym zerknąłem przez judasza.
 Rick?
 O cholera, racja, wiadomość.
 Chłopak był już wyraźnie zniecierpliwiony, podniósł rękę, żeby zapukać jeszcze raz. Rzuciłem się do klamki i otworzyłem, żałując wysyłania SMSa jak niczego innego.
 Stanąłem naprzeciwko chłopaka, nie podniosłem jednak wzroku.
 - Rick, co ty... - wziąłem gwałtowny wdech, chcąc spłonąć za te słowa - cześć - dodałem szybko.
 - No cześć - wyszczerzył się. - Jak się czujesz? - Jak gdyby nigdy nic minął mnie i wszedł do pokoju.
 Nie pozostało mi nic innego niż wejście za nim. Zamknąłem drzwi i powoli przeszedłem do kuchni, gdzie Rick zdążył się już zaprzyjaźnić z szafkami. Przeszukiwał je beztrosko i spojrzał na mnie, kiedy stanąłem w przejściu.
 - Zadałem ci pytanie - zauważył trafnie. - Gdzie trzymasz kawę?
 - J-ja nie piję kawy... - odpowiedziałem i wbiłem wzrok w podłogę.
 Otworzył szeroko oczy i uniósł brwi chyba najwyżej, jak tylko się da.
 - Słucham?! Człowieku, nie przyznaję się do ciebie. - Nie doczekał się odpowiedzi, więc po prostu westchnął głośno z dezaprobatą i pokręcił głową. - Zawiodłem się na tobie. Dobra, zapomnij. Zawsze tyle zajmuje ci odpowiedź na pytanie złożone z trzech słów? Bo wydaje mi się, że w takim tempie konwersacje mogą faktycznie sprawiać ci dużo problemów - uśmiechnął się rozbawiony.
 - A, przepraszam, jest... okej - powiedziałem zgodnie z prawdą, bo tak, jak na słabeusza, który został poprzedniego dnia pobitym, trzymałem się chyba w porządku, po czym po chwili namysłu dodałem - czemu właściwie... czemu tu jesteś?
 - A czemu ty przeprosiłeś? - odparował bez chwili wahania i przysiadł na stole.
 - No bo ty... - zacząłem się jąkać - ty nie powinieneś... ja powinienem był po prostu... matko, przepraszam - schowałem twarz w dłoniach.
 - I znowu to robisz. - Prawdopodobnie przewrócił oczami.
 - Zmarnowałeś mnóstwo czasu - wyjaśniłem cicho i schowałem ręce do kieszeni swetra.
 - Matko, Bear, skończ pieprzyć - zniecierpliwił się nieco, na co trochę skuliłem się w sobie. Ja naprawdę nie chciałem... - Pobili cię, to nie jest twoja wina, rozumiesz? - westchnął. - Po prostu musisz mi powiedzieć, kto to był, bo inaczej sytuacja może się powtórzyć, a tego chyba byśmy nie chcieli.
 Nie miałem pojęcia, która część zdania przeraziła mnie bardziej. Cofnąłem się o kilka kroków, wpadając na jakąś szafkę.
 - Nie, nie, ja nie- ty nie rozumiesz, ja nie mogę.. - próbowałem mu tłumaczyć.
 - Bear, zrozum, może być jeszcze gorzej - mówił dość spokojnie, ale ja nie chciałem go słuchać. Jak niby miałem mu powiedzieć? Przecież oni by mnie zabili. A Rick... czy on by mi w ogóle uwierzył? To byli jego przyjaciele, a ja... - Musisz tylko powiedzieć mi imiona, a ja zajmę się resztą, okej? - Nie, błagam, przestań. - Muszę wiedzieć, kto to był, to nie może się powtórzyć.
 - N-nie, Rick, ja nie...
 - Tylko imiona, rozumiesz? I będzie po wszystkim. Nigdy więcej cię nie tkną.
 - J-ja nie mogę...
 - Tu nie chodzi tylko o ciebie, pomyśl, co jeśli zaatakują innych? - Przestań. - Można to po prostu zatrzymać.
 - Rick, proszę, ja nie...
 - Chcesz tej pomocy czy nie?
 - Przestań! - krzyknąłem i spojrzałem mu w twarz, po czym spuściłem wzrok, przerażony tym, co zrobiłem. - Przepraszam - wyszeptałem po chwili. - Boże, Rick, przepraszam, ja nie chciałem, nie chciałem...
 - Hej, dobra - urwał krótko Rick. - Już, musimy się oboje uspokoić. Usiądź. - Nie ruszyłem się z miejsca, czując się zbyt okropnie, żeby zrobić ruch. - Usiądź - westchnął.
 Przestawiłem beznamiętnie nogę, potem drugą i powtórzywszy ten cykl kilka razy, znalazłem się na łóżku. Rick wziął sobie krzesło i postawił je w dobrej odległości od łóżka.
 - Słuchaj, rozumiem twój strach, naprawdę - przerwał na chwilę - ale po prostu nie ma innego sposobu. Możesz jeszcze nie chodzić do szkoły, nic ci nie zrobią. Ja po prostu muszę się dowiedzieć, kto to był, dla dobra wszystkich, okej?
 - A co jeśli... tobie się coś stanie? - zapytałem cicho. - Nie chcę, żeby ktokolwiek przeze mnie...
 - Mi nic nie będzie - przerwał Rick. - Zaufaj mi, mam w tej szkole kontakty jak nikt. Więc jak będzie, powiesz?
 Zamknąłem na chwilę oczy. Chyba średnio miałem wyjście. Rick wyglądał na upartego i raczej nie opuściłby mojego pokoju bez dowiedzenia się prawdy.
 Powoli i niemiłosiernie się przy tym plącząc, opowiedziałem mu, jak wyglądali moi napastnicy. Po skończeniu mojej chaotycznej wypowiedzi spojrzałem niepewnie w stronę chłopaka w oczekiwaniu na reakcję. Rick jakby trochę zbladł, ale zaraz potem spojrzał się na mnie z wyrazem 'Serio?" niemal wypisanym na twarzy i westchnął jakby z politowaniem.
 - Ja wiem, że oni kazali ci tak powiedzieć, ale mów prawdę, serio.
 Coś ścisnęło mnie w żołądku.
 - Rick, ja mówię prawdę - wyszeptałem i poczułem piekące łzy pod powiekami. Szybko zamrugałem, żeby się ich pozbyć, i odwróciłem głowę.


Rick? ;---; Mi nie uwierzysz?

Od Ricka cd. Beauregarda

***
Siedziałem w kuchni popijając poranną kawę. Szkoła zaczynała się za jakieś dwadzieścia minut. Czułem się cholernie dziwnie po wczorajszy wieczorze. Jakoś winny wszystkiemu. Cholerne poczucie winy... ale przecież nie zrobiłem nic złego, prawda? Przecież to nie ja go pobiłem. Tylko kto i po co? (będzie magiczne przeskakiwanie bo jestem leniem^^)
***
Ostatnia lekcja mijała dość szybko. Cały dzień, sam w sobie szybko przeminął. Było też bardziej jakby pusto... Bear pewnie został w domu. W sumie czemu się dziwić, wczoraj ledwo potrafił wydusić jakiekolwiek słowo. A może to po prostu wina mojej obecności?
- Oh, Rick! - usłyszałem za plecami głos. Nie musiałem się odwracać by wiedzieć że to był Chease i reszta ekipy. Mruknąłem jedynie coś na miarę przywitania i zamknąłem swoją szafkę, uprzednie wyjmując jednak kurtkę.
- Hej, coś taki nie mrawy. Stało się coś? - zapytał Eric. Usiadłem na pobliskiej ławce, poprawiając sznurówkę prawego buta. Nie odpowiedziałem nic. Nie musiałem się tłumaczyć tym idiotom. Odstawiłem nogę na ziemię, założyłem kurtkę, po czym oparłem się o ścianę mierząc całą czwórkę wzrokiem.
- Nie wasz cholerny interes. - mruknąłem. Cała grupka zmierzyła mnie zmieszanym spojrzeniem, no może oprócz blondyna, który wybuchnął głośnym śmiechem. Uniosłem lekko brew, naprawdę nie miałem ochoty na jakieś jego wygłupy.
- Oj nasz, nasz interes. Jesteśmy rodziną, nie pamiętasz? - zaśmiał się.
- Jasne... - mruknąłem. Co racja to racja. Był moim przyjacielem. Jako jedyny znał mnie do dna. Razem dołączyliśmy do akademii, razem się wychowywaliśmy i jakoś tak zawsze trzymaliśmy się razem.
- No mów, widzę że coś cię trapi... Ri... - uśmiechnął się lekko i położył mi rękę na ramieniu. W odpowiedzi westchnąłem głośno i wywróciłem oczami.
- Ktoś... pobił Beara. - mruknąłem cicho. Chease wyprostował się na tą wiadomość i przybrał poważny wyraz twarzy. Cała reszta też jakby zaczęła uważniej się przysłuchiwać.
- Jak to? - zapytał cicho. - Po co ktoś miałby tego malucha pobić?! - oburzył się.
- Eh... Skąd mam wiedzieć... Nie zrobił do cholery nikomu nic złego. - odpowiedziałem.
- Ale... nie powiedział ci kto go pobił? - zapytał z kolei Eric.
- Nie... Nie chciał... Nie mam pojęcia co się stało i kompletnie źle się z tym czuje. - westchnąłem, chowając twarz w dłoni. Po chwili poczułem na swoich ramionach, drobny ciężar. Zdjąłem dłoń z twarzy, Chease położył mi rękę na plecy.
- Ej, nie masz co się obwiniać. - uśmiechnął się do mnie. Kąciki moich ust mimowolnie poszły w górę, na co blondyn uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Nie myśl że podziękuję ci za pocieszanie mnie idioto. - zmusiłem się do poważnego wyrazu twarzy.
- Nawet na to nie liczę. - zaśmiał się. Mimo wszystko, wiedział jednak że w "naszym" języku to znaczy dziękuję. Byłem naprawdę wdzięczny że jest ze mną.
***
Buster spał na moim łóżku kiedy przyszedłem do domu. Dałem mu spokój, plecak rzuciłem w kąt a sam poszedłem do kuchni. Rano zostawiłem telefon w kuchni, możliwe że ktoś zostawił mi jakąś wiadomość. Sięgnąłem ręką po telefon. Jedno powiadomienie. Nieznany numer. Bear... Odczytałem wiadomość, to faktycznie był on. Tylko że przepraszał. Wywróciłem oczami, tylko na to potrafił się wysilić nawet przez jebane SMS-y?! 
Wyszedłem z pokoju i skierowałem się do pokoju blondyna. Czułem się trochę zobowiązany by zobaczyć jak się czuje. Tylko trochę. Zapukałem do drzwi. Najwyżej mnie wygoni albo zacznie krzyczeć. Ale musiałem wiedzieć.

Bear?