Strony

niedziela, 24 grudnia 2017

Od Nicole cd. Sama

Rozmawialiśmy przez chwilę, nasz dialog jednak przerwała Sylvia, informując że nadrabia dzisiaj stracone lekcje. Zgodziliśmy się i osiodłaliśmy konie. Po uprzedzeniu instruktorki, że będę na Pokerze, ogarnęliśmy zmęczone wierzchowce. Ta jazda nie będzie należała do udanych, ale trzeba nadrobić co trzeba. O dziwo, jeździliśmy tylko my, co było sporą niespodzianką. Nasza "grupa" liczyła jakieś 6 osób. Rozgrzaliśmy konie i przeszliśmy do jeżdżenia drągów i cavaletti. Przez całą rozgrzewkę rozmyślałam o tej rozmowie z tatą. Miałam nadzieję że nie zepsuje mi tych świąt. Przy kłusie i galopie wróciłam do rzeczywistości.
- Noctis do środka, Nicole jedzie krzyżaka i stacjonatę. - zakomenderowała instruktorka. Płynnie przeskoczyłam obie przeszkody. Sylvia poprawiała mnie, cierpliwie tłumacząc mi że za bardzo spycham konia do środka. Ogarnęłam błąd i poprawiłam się przy kolejnych skokach. Gdy skończyłam, nadeszła kolej Sama. Wyjechał kłusem na ścianę, i zagalopował w narożniku. Przy kolejnym okrążeniu najechali na krzyżaka. Pochylił się w siodle, oddał wodze ogierowi i docisnął łydkę. Sylvia poprawiała w większości błędy powodowane nierówną wodzą przy skoku, i ucieczką bułanka do środka. Skończyliśmy jazdę nieco później niż było to planowane. Instruktorka podziękowała nam za jazdę i odprawiła do stajni. Rozsiodłaliśmy zwierzaki. Z Samem ustaliliśmy, że jutro  z samego rana się widzimy, bo obydwoje mamy coś do załatwienia.
Wróciłam do pokoju i rzuciłam się na łóżko. Nie miałam nic ciekawego do zrobienia więc postanowiłam zadzwonić do mamy.
-Halo? Nicole?- usłyszałam jej ciepły i zmartwiony głos.
-Tak to ja...
-Ojcu coś odbiło, nie przejmuj się nim- westchnęła. Czyli przyjedzie tu, wręcz zajebiście.
-Nie szkodzi, przyzwyczaiłam się już- odpowiedziałam. Rozmawiałyśmy jeszcze z piętnaście minut po czym się rozłączyłam. Resztę dnia spędziłam na ćwiczeniu układu świątecznego. Potem zasnęłam głębokim snem. Przed snem jeszcze przypomniałam sobie ostatnie słowa Alexa : Żyj tak jakby jutra miało nie być.
***
Obudziłam się z krzykiem, śnił mi się koszmar ale nie pamiętam sama jaki to był. Wstałam i ubrałam czerwoną sukienkę. Włosy przerzuciłam na bok i zalokowałam jednak nic to nie dało, nadal wyglądały tak samo. Zarzuciłam na siebie kurtkę i buty po czym wyszłam do stajni.
- Wesołych świąt! - usłyszałam znajomy głos, obejrzałam się za siebie i popatrzyłam na niego. Podbiegłam do niego a on wręczył mi psiaka którego trzymał w rękach. Był to czekoladowy labrador a na obroży miała napisane Wenus.
- Ja.. nie wiem co powiedzieć. - szepnęłam, tuląc do siebie psiaka. Nie wiedziałam jak mu dziękować to był najlepszy prezent jakiego mogłabym się spodziewać.
- Colli. - popatrzyłam na Sama ze łzami w oczach, i uśmiechem na ustach. -  Jemioła. - uśmiechnął się do mnie szelmowsko. Miałam wrażenie że chłopak wręcz specjalnie tu stanął. Uśmiechnęłam się do niego i odstawiłam psiaka na ziemię. Chłopak nadstawił policzek, zarzuciłam mu ręce na szyję i pocałowałam go prosto w usta, zamiast w policzek. Pocałunek trwał paręnaście sekund jednak i tak było namiętnie. Oderwaliśmy się od siebie, zawładnęła cisza i żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć. Czułam motylki w brzuchu i to wspaniałe uczucie które prawie każdy chciałby czuć. Czułam się wręcz wspaniale i idealnie.
-Dziękuję- szepnęłam i pocałowałam go jeszcze w policzek. Wzięłam Wenus i wyszłam ze stajni czekając na Sama.


Sam? B) to będzie długi dzień 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.